NAST.pl
 
Komiks
  Facebook
Facebook
 
Forum

  RSS RSS

 Strona główna     Zapowiedzi     Recenzje     Imprezy     Konkursy     Wywiady     Patronaty     Archiwum newsów     Artykuły i relacje     Biblioteka     Fragmenty     Galerie     Opowiadania     Redakcja     Zaprzyjaźnione strony   

Zaloguj się tutaj! | Rejestruj

Patronat

Corey, James S.A. - "Gorączka Ciboli"

Lee, Yoon Ha - "Smocza perła"

Ukazały się

Abercrombie, Joe - "Ostrze" (oprawa twarda)


 Komuda, Jacek - "Bohun" (wyd. 5)

 Larson, B.V. - "Rebelia"

 Lee, Edward - "Zgroza w Innswich" (wyd. 2)

 Lee, Edward - "Diabelskie nasienie"

 Klonowski, Jarosław - "Zimna fala"

 Kańtoch, Anna - "Zabawki diabła" (Powergraph)

 Saulski, Arkady - "Serce lodu"

Linki

Haghenbeck, F.G. - "Diablero"
Wydawnictwo: Rebis
Tytuł oryginału: El diablo me obligó
Tłumaczenie: Tomasz Pindel
Data wydania: Grudzień 2018
ISBN: 978-83-8062-346-0
Oprawa: miękka
Format: 135×215mm
Liczba stron: 208
Cena: 29,90 zł
Rok wydania oryginału: 2015



Haghenbeck, F.G. - "Diablero"

Rozdział I
Pan Nice Suit

Każdy z nas jest swoim własnym demonem i sami czynimy ten świat piekłem.

Oscar Wilde


Dziś

Ulice przedstawiały dość dołujący widok, jakby cała ludzkość marzyła tylko o rozpieprzeniu swojej planety. Szerokie wybetonowane ulice przypominały zżerane gangreną arterie. Po obu ich stronach tłoczyły się pozbawione wszelkiej ambicji budynki, gdzieniegdzie przedzielone pustymi terenami, naiwnie czekającymi, aż pochłonie je jakaś firma budowlana. Reklamy po hiszpańsku zapewniały, że nadaje je stacja z najlepszą gorącą – „caliente!” – muzyką, i zachwalały usługi Nickiego Lópeza Cháveza. „Adwokat specjalizujący się w prawie pracy! Możesz zarobić 10.000 dollars cash!” Jeśli Los Angeles to miasto najdalej położone od Boga, to East Side musi tkwić w samym tyłku diabła. Jako jeden z jego hemoroidów.
Nikt by nie uwierzył, że jest północ. Dzielnica nie spała, tylko żyła swoim życiem. Trzeba jednak było mieć oczy szeroko otwarte, żeby nie zarobić jakiejś kulki w prezencie od jednego z tutejszych gangów. Deszcz pokrył okolicę tłustawą warstwą, przypominała czuprynę alfonsa. Ponieważ panował zaduch, miejscowi wychodzili zaczerpnąć powietrza pod pajęczynami schodów przeciwpożarowych albo w bramach budynków. Uciekli tu przed koszmarem głodu ze swoich krajów. Umieli poradzić sobie z upałem i ze służbami imigracyjnymi, w przerwach od pracy wachlowali się czym popadnie, zasuwali jako sprzątacze kibli w McDonaldach. Stały tam kobiety w koszulach nocnych z koroną wałków na głowie; faceci w slipach i z wielkimi brzuchami wietrzyli sobie jaja, wypuszczając to jedno, to drugie nogawką. Mężczyzna w czarnym garniturze patrzył na nich i prowadził dalej auto. Przyglądał się całym rodzinom wymieniającym się plotkami na podwórkach zastawionych rozwalonymi rowerami i pełnymi butelek, których nikt nie odniesie do skupu. Jego samochód wyglądał jak brylant na talerzu fasoli. Zerknął na plan miasta. Połowy tutejszych ulic w ogóle na nim nie było. Ale adres, którego szukał, owszem. Zaznaczył go sobie kółeczkiem.
Skręcił z głównej alei i zapuścił się w boczną uliczkę, ciemną jak gardziel gada, a w radiu Los Lobos grali swój tex-mex. Grupa młodych facetów stojących przy metalowej beczce, z której buchał ogień, odprowadziła go wzrokiem. Popijali z butelki schowanej w papierowej torebce i pociągali z wielkiej cytrynowożółtej fajki. Opuścił szybę w swoim oknie, ale nie wyłączył klimy. Żadnych ustępstw dziś w nocy. Chciał im tylko pokazać, że wcale się nie zgubił. Odpowiedział im teleskopowym spojrzeniem. Jeden z tamtych wykonał w jego stronę obelżywy gest.
Dojechał do końca ulicy, pod drewniany dom pomalowany na niemożliwy do rozpoznania kolor, ni to czerwony, ni zielony, który czekał na niego z otwartymi drzwiami, zapalonym światłem, na chodniku piętrzyły się śmieci, a obok, w chevym 74, czerwony metalik, siedział człowiek. Auto zostało starannie wystylizowane na hot roda: z niskim zawieszeniem, jakby przygotowane na jakąś postapokaliptyczną wojnę. Na masce miało plastikową figurkę Cantinflasa przebranego za diabła, a pod spodem napis gotycką czcionką: „Diabeł mi kazał”.
Czekający w środku facet stary nie był, choć młodość już dawno zostawił w jakimś więzieniu. Włosy miał nażelowane i zaczesane do tyłu, nie tak długie, żeby trzeba je było wiązać w kucyk, ale też nie tak krótkie, żeby fryzjer miał robotę. Nosił koszulkę bez rękawów z napisem „Bush to gówno”. Nogawki szerokich spodni wpuścił w amerykańskie buty wojskowe. Żeby nie było miejsca na wątpliwości, na szyi wisiało mu kilka blach identyfikacyjnych. Rywalizowały o miejsce z krzyżykiem z czerwonych granatów oprawionych w srebro. Cienki i zabawny wąsik, jak u nastolatka z dyskoteki, zdobił jego twarz. Miał papierosa przyklejonego do wargi, niezapalonego.
Mężczyzna w garniturze zaparkował mercedesa obok karmazynowego samochodu tamtego. Nie pasowali do siebie tak bardzo jak bankier i ladacznica. Wysiadł, trzymając w ręku metaliczną walizeczkę.
– Punktualny as fuck, stary! Nice suit! Armani? – krzyknął Latynos, odsłaniając w uśmiechu uzębienie przypominające kolbę kukurydzy, z dwoma złotymi zębami.
Mężczyzna w garniturze popatrzył na swój strój, jakby dopiero zauważył, że ma coś na sobie. Czarna marynarka. Biała koszula. Bardziej neutralny niż znaczek pocztowy.
– Wydaje mi się, że Hugo Boss – odpowiedział po hiszpańsku, wyciągając rękę na powitanie. Nie miał akcentu z dzielnicy, tylko taki, jakiego człowiek uczy się na uniwersytecie, czytając Cervantesa, Garcíę Márqueza i Octavio Paza.
Latynos uścisnął mu dłoń, że aż klasnęło. Rozszczekały się psy w pobliżu.
– Ready? Elvis Infante go fuck tonight… – zawołał facet z wąsikiem, otwierając drzwi swojego auta.
Mężczyzna w garniturze nawet nie drgnął.
– No, śmiało. Jedziemy, panie Nice Suit.
– Pojadę za tobą swoim – odpowiedział tamten z powagą. Nadal się nie poruszył. Wyglądał jak sztywny i znudzony manekin, w drogim garniturze, ten cały pan Nice Suit.
– Słuchaj, broder, ta twoja fuckin bryka to jakby sama krzyczała: „Zabijcie mnie, jestem dzianym białasem” – wyjaśnił tamten.
Z domu wyszedł dzieciak, na oko dziesięciolatek. Trzymał potężnego dwulufowego gnata.
– Mój bratanek Lencho popilnuje ci auta.
Mężczyzna w garniaku przyjrzał się chłopakowi. Miał na sobie brudną piżamę ze Spidermanem i strupa z zaschniętych smarków pod nosem. Nie odkładając nawet na chwilę broni, wytarł sobie nos rękawem. Gdyby strzelba nie odstraszyła złodzieja, wizja zarażenia się grypą podziała na pewno.
Mężczyzna w garniturze wsiadł do chevy’ego, zajął miejsce obok kierowcy. Elvis Infante pomachał dzieciakowi. Ruszył z hałasem godnym startującego concorde’a. Jadąc przez ciemne okolice, obaj patrzyli przed siebie. Miało się wrażenie, jakby zapuszczali się w głąb wioski zaatakowanej przez wirus Ebola: prędzej czy później przyjdzie ci tu umrzeć.
– A ty, panie Nice Suit, pracujesz już dla Konklawe? – zapytał Elvis Infante, puszczając płytę Celso Piñi, akordeonowe wariacje rodem z Monterrey.
– Ja? Nie, przecież znasz mnie, mam nowego szefa – odpowiedział oschle, tonem biurokraty wygłaszającego pouczenie podatkowe.
– Too much chcesz zapłacić, facet, ale kim jest Elvis Infante, żeby coś ci doradzać? Nie, vato? Twoja kasa – powiedział, wjeżdżając w aleję z pasem zaśmieconego trawnika pośrodku, oświetloną wysokimi latarniami, wokół których wirowały ćmy.
Kręciło się tam sporo kobiet, pojedynczo, w grupkach, samotnych, opierały się o wraki niegdyś będące samochodami, paliły i czekały na klientów. Czerwone auto zwolniło jak gepard czający się na ofiarę. Kobiety niespokojnie przemieściły się dalej, jakby ktoś wdepnął w gniazdo os. Elvis Infante zatrzymał się przy jednej z nich. Opuścił szybę. Ona rozejrzała się na boki, jakby w obawie przed zjawami kręcącymi się w ciemnościach. Pochyliła się nad autem. Była szczupła. Same mięśnie i kości, niewiele zostało na piersi. Tłustawe włosy opadały jej na ramiona. Długie rzęsy okalające zielonkawe oczy, tyle tylko zostało z niegdysiejszej urody.
– Czego sobie życzysz, szefuniu? Idziemy na maksa? – zapytała.
Elvis przyjrzał się jej i odwrócił w stronę zleceniodawcy.
– Musisz zapytać o pozwolenie tego twojego gringo kumpla?
Elvis capnął dziewczynę za ramię, zupełnie jak rekin szczęką. Wyprostował je i pokazał panu Nice Suit.
– Ile sobie zapodałaś? Brałaś herę? – zapytał, pokazując liczne ślady po igle na jej skórze.
Dziewczyna wiła się jak przydeptany wąż.
– Puść ją – polecił mu pan Nice Suit.
Latynos usłuchał. Dziewczyna poleciała tyłkiem na asfalt. Potem wstała i kilka razy kopnęła w oddalające się auto.
– Nie nadaje się. Te lasie cały dzień się tylko szprycują. Ładują w siebie wszystko. Nie dadzą rady – burknął z irytacją. Spojrzał na nią w lusterku wstecznym. Pokazała mu środkowy palec, z sugestią, żeby go sobie wsadził w odbyt. – Nie miała ni w cholerę akcentu. Pewnie przeszła granicę dopiero parę miesięcy temu. Stuknięta laska, skończy w masowym grobie w Juárez. Fuck!
Pan Nice Suit wskazał na coś palcem. Zupełnie jakby nie słyszał jego smętnego monologu. Nie za to mu płacił. Elvis uśmiechnął się na widok wybranki zleceniodawcy. Podjechał bliżej. Zanim się zatrzymał, błysnął złotymi zębami.
– To Curlys. Znam ją. Pracowała dla mnie parę lat temu. Nie szprycuje się żadnym shitem.
– Da radę? – zapytał pan Nice Suit.
Elvis wzruszył ramionami i splunął na chodnik. Kobieta ruszyła w ich stronę, kołysząc biodrami. Była przy kości, na pewno w szkole wytykali ją palcami. Miała farbowane blond włosy. Twarz okrągłą, upstrzoną na policzkach zabawnymi piegami, wyglądała przez to jak niesforna uczennica, na którą nagle spadło trzydzieści parę lat. Kostium jej nie pomagał, niewielkie fałdki szukały sobie ujścia na zewnątrz.
– Ej, Elvis! Gdzieś ty się podziewał? – zapytała kobieta z uśmiechem.
Infante mrugnął do niej. Podniósł koszulę, odsłaniając bliznę biegnącą mu przez klatkę piersiową.
– Ano tutaj, Curlys. W Szpitalu Ogólnym. Dwa dni w śpiączce – wyjaśnił.
Pan Nice Suit zauważył, że tych dwoje się lubi. Kobieta w odpowiedzi zadarła kieckę, miała majtki z Hello Kitty i wyraźną bliznę na brzuchu. Elvis aż zagwizdał. Była ogromna, większa niż ta jego.
– Ciachnęli cię, słonko?
– Dzie tam! Cesarka. Dziewczynka, cztery kilogramy – wyjaśniła, opuszczając z powrotem spódnicę.
Infante zaśmiał się. Złapał ją za rękę i wymamrotał jej do ucha:
– Chcesz zarobić, Curlys? Ten tu obok, Hugo Boss, ma jedną robótkę. Nieźle płaci.
Pan Nice Suit podał jej rękę i przywitał się uprzejmie. Kiedy ona odwzajemniła uścisk, uśmiechnął się szeroko. Prawie dostała orgazmu na ten widok.
– Ale ja pracuję tylko z lifesaverami – powiedziała poważnie.
Nice Suit skinął potakująco. Elvis również.

* * *

Motelowy pokój, do którego weszli, ostatni raz sprzątany był chyba w czasie wojny secesyjnej. Czuć było w nim wymiotami, moczem i crackiem. Zasłony straszyły czarnymi dziurami wypalonymi przez papierosy. Dywan stanowił formę pośrednią między filcową wykładziną a różową gumą do żucia. Kiedy się po nim szło, podeszwy lekko się przyklejały, wydając charakterystyczne plaf! wydymanej gumy balonowej.
Elvis otworzył butelkę millera light. Podał ją panu Nice Suit, siedzącemu obok na przybrudzonym krześle. Curlys paliła na korytarzu. Z oddali dobiegał ich koncert na syreny i wystrzały. Od czasu do czasu zagłuszał go łoskot helikopterów krążących nad dzielnicą. Pan Nice Suit upił łyk z butelki. Piwo było lekkie i jakby zleżałe. Podał butelkę Curlys. Podziękowała, ale nie wzięła.
– Nie piję – wyjaśniła. Stała w progu, z papierosem w kąciku ust, przyglądając się mężczyźnie w garniturze. Po chwili zapytała: – To Armani?
– Boss – odpowiedział oschle. Dokończył piwo.
Elvis klęczał na podłodze i kończył usypywać białym proszkiem okrąg wokół łóżka. Narysował kredą kilka słów pradawnymi znakami, dość skomplikowanymi, poustawiał tu i tam świeczki. Wreszcie uznał dzieło za gotowe. Otrzepał dłonie. Dopił piwo. Beknął tak, że zabrzmiało to jak ryk Godzilli.
– Do łóżka, słonko! – krzyknął.
Kobieta wypluła papierosa. Rozdeptała go swoim czerwonym butem na obcasie. Ale nie ruszyła się z miejsca.
– Czekam na mojego lifesavera – powiedziała spokojnie.
Zupełnie jakby wywołany tymi słowami, naprzeciwko ich pokoju zaparkował pickup marki Chevrolet na oponach od monster trucka. Dobiegała z niego puszczona na maksa muzyka. Zmiksowany kawałek Manu Chao.
Z samochodu wysiadł ogolony na łyso mężczyzna. Miał na sobie samą skórzaną kamizelkę, bez koszuli. Do tego bermudy w kwieciste wzory i niebieskie kowbojki. Wyglądał jak turysta przebrany za Teksańczyka.
– To jest twój lifesaver? Tecate? – zapytał z niezadowoleniem Elvis.
Łysy coś burknął. Curlys podeszła do łóżka i położyła się. Elvis odwrócił się w jej stronę.
– Przecież to jest fuckinsukinsyn jeden! – wypalił.
– Daj spokój… Bierz się do roboty, nie mamy całej nocy – pogoniła go kobieta.
Elvis splunął, że aż poleciało na niebieskie buty przybysza. Łysy nie skomentował. Wrócił do pickupa. Wziął ze środka Biblię, stułę, plastikowy pojemnik z hostiami, naczynie z wodą i wrócił do środka. Zamknął za sobą drzwi. Dopiero teraz zdał sobie sprawę z obecności pana Nice Suit. Pozdrowił go skinieniem głowy. Czarny garnitur odpowiedział tym samym. Wszyscy starali się zachowywać w cywilizowany sposób.
Elvis zgasił światła. Wyjął stary zeszyt z notatkami, bez okładki, który wcześniej trzymał złożony na pół w kieszeni spodni. Strony zapisane były gęstym maczkiem, do tego trochę miejsca zajmowały rysunki przedstawiające różne symbole. Zaczął recytować archaiczne frazy. Brzmiały staro, jakby pokryte były pajęczynami. Mówił głosem głębokim, wręcz jaskiniowym, kojarzącym się z grzebaniem w ziemskich flakach. Z każdą następną strofą ciemność coraz bardziej gęstniała. Z każdym wersetem rosła temperatura. Curlys jęknęła i zaszamotała się w podnieceniu. Elvis wciąż stał w środku okręgu. Tylko kilka kroków od niego Tecate czekał z Biblią jak strażak obserwujący fajerwerki. A kiedy te się zaczęły, były naprawdę spektakularne. Disneyland może się schować. Łóżko zadrżało. Żarówki w bocznych lampkach eksplodowały. Z prześcieradeł zaczęła cieknąć krew, a jęki Curlys zmieniły się w głosy przemawiające po aramejsku. Ciemne i dalekie.
– Masz Vade retro satana? – pan Nice Suit zwrócił się do Tecate.
Ten przytaknął. Mówił zupełnie naturalnym głosem, jakby to była sympatyczna pogawędka za barem. Tymczasem ciało Curlys zaczęło unosić się w konwulsjach. Obracała się w powietrzu, jakby wisiała na niewidzialnej linie. Z ust leciała jej piana. Zwróciła kolację: burrito.
Nagle zwiotczałe, unoszące się ciało drgnęło. Wykonało szereg ruchów absolutnie niemożliwych dla istoty ludzkiej. Skóra na rękach pękła, otwarły się rany, z których popłynęła krew. Cały pokój wypełnił specyficzny pogłos. Jak skrzydełka muchy. Nabierał mocy i osaczał przebywających w środku. Z ust Curlys wyleciały chmary much i wysunęły się macki. Elvis cofnął się o krok. Rozpoznał tego, który się z niej materializował. Zadrżała mu prawa ręka. Miał wrażenie, jakby od środka pleców przesuwała mu się bryła lodu, że aż jęknął. Zastukał do drzwi i otworzył mu dawny znajomy, którego miał nadzieję nigdy więcej nie oglądać. Poczuł mocne ukłucie nienawiści i to pozwoliło mu się uspokoić. Elvis odwrócił się w stronę mężczyzny w garniturze.
– Lepiej go puśćmy, man… To on.
– Nie przerywaj.
– To nie jest żaden z tych zwyczajnych. Wiem to, całe życie próbuje mnie dopaść.
Mister Nice Suit tylko nieco szerzej otworzył oczy.
– Dokończ robotę – rozkazał. Był precyzyjny. Ostrzejszy nawet od nauczyciela przeprowadzającego niezapowiedziany sprawdzian.
– Tym razem złapię cię za jaja, ty sukinpsisynu… Zapakować czy na miejscu? – rzucił Elvis, podchodząc do metalowej skrzynki, która stała u jego stóp. W tej chwili nieuwagi odwrócił się plecami do lewitującej Curlys, która pchnęła go nogą jak średniowieczny rycerz włócznią. Elvis runął na ścianę, zostawiając zagłębienie i ślady krwi.
Twarz kobiety przepoczwarzała się w skupisko zębów, języków i ślepi. I wszystkie one przemawiały jednocześnie:
– Draco sit mihi dux… Draco sit mihi dux… – Głos zmienił się w męski. Nieżyjącego od dziesięciu lat Latynosa. Tylko Elvis umiał go rozpoznać, a teraz leżał na podłodze. Nigdy dotąd nie słyszał, żeby jego brat powiedział mu: – …pieprzony sukinsynu… za każdym razem Belzebub się na mnie wyżywa. A ty dalej swoje.
Tecate szybko zarzucił sobie na szyję stułę i zaczął recytować łacińskie modlitwy:
– Crux sancta sit mihi lux. Non draco sit mihi dux… Vade retro satana. Nunquam suade mihi vana… Sunt mala quae libas. Ipse venena bibas.
Wyjął butelkę i polał kobietę wodą. Zaczęła się wić jak dżdżownica posypana solą. Istota, w którą zmieniła się Curlys, ryknęła. Łóżko zatrzeszczało, jakby rozpadło się na pół. Strop pękł, magiczny krąg się przerwał.
– Krąg przerwany! – krzyknął mężczyzna w garniturze, zrywając się z krzesła.
W tej samej chwili Tecate był o włos od śmierci: istota ucapiła go za gardło, wyraźnie zamierzając skręcić mu kark. I zrobiłaby to, gdyby Elvis nie zerwał sobie z szyi krzyżyka i nie umieścił go na piersiach tego, co kiedyś było kobietą. Metalowy znak stanął w płomieniach.
– Nie dorwiesz mnie… – zdołało wymamrotać to coś, co siedziało w Curlys.
Tecate padł na lepką podłogę. Twarzą wylądował na nieświeżych resztkach burrito. Tymczasem pan Nice Suit zdążył dopaść do swojej walizki. Elvis jęczał z bólu zasypywany ciosami przez demona. Ten wybił mu jeden ze złotych zębów, który wylądował obok głowy Tecate.
– Ty gnoju. Wiesz, że posuwam twoją matkę? Sette uomini dei morti! Sette uomini dei morti! – Języki toczyły ślinę, otoczone ślepiami i mackami. Słowa były niespójne jak myśli po zbyt wielu skrętach.
Mężczyzna w garniturze wyjął ze swojej walizki metalowe pudełko. Wydobył z niego niewielki kawałek gołej kości. Złapał pustą butelkę po piwie i wsunął kość do środka. Cichym głosem zaczął coś recytować. Pokazał butelkę istocie. Ta zafalowała. Jęzorami oblizała swoje oczy i kły, jakby w reakcji na ten widok. Elvis padł na łóżko. Podniósł wzrok, żeby się przyjrzeć, jak stwór opuszcza fizyczne ciało Curlys przez jej usta niczym rój much, macki i ślina, i wsuwa się do butelki.
– Korek! Szybko! – krzyknął mężczyzna w garniturze.
Elvis w rozpaczliwym pośpiechu wyjął nóż. Złapał Tecate za dłoń i obciął mu jeden palec. Ten wrzasnął z bólu. Elvis podał palec swojemu zleceniodawcy. Pan Nice Suit zręcznie zatkał butelkę amputowanym kawałkiem ciała. Istota miotała przekleństwa ze środka butelki, rozciągając ją na boki. Elvis złapał oddech. Zdał sobie sprawę, że drży ze strachu. Już od lat nic go tak nie przeniknęło aż do szpiku kości. Ostatni raz w wojsku, w Afganistanie. Próbował teraz wypędzić lęk ze swojego ciała jak nieproszonego gościa.
Pan Nice Suit umieścił butelkę w walizce ze spokojem ulicznego skrzypka chowającego po występie instrument do futerału.
– Dawaj go – warknął na niego Tecate.
Obaj mężczyźni obrócili się w jego stronę. Miał rozbity nos, a z rany po palcu ciekła mu krew, mimo to mierzył w nich z broni 9 mm. Chyba był to walther. Pan Nice Suit nie wypuszczał walizki z rąk.
– Chcesz go sprzedać Japończykom? Ile ci dają? – zapytał tą swoją elegancką hiszpańszczyzną.
– Fuckin gówno cię obchodzi, co z nim zamierzam zrobić… – odpowiedział tamten, wyszczerzając się w mocno hemoglobinowym uśmiechu.
– Hej, man! Wyluzuj, Tecate. Ten, którego tam mamy, nie nadaje się do walk. Nie ma ciała, to bydlę żywcem cię zeżre. On kąsa, nie certoli się. Jeśli go wypuścisz, zrobi się prawdziwe pandemonium – wyjaśniał Elvis, zlizując własną krew.
Tecate przyjrzał się śliwie pod okiem Infantego. Zobaczył krew i strach. Nie przejął się. Podchodził coraz bliżej, nie opuszczając broni. Nice Suit także nie wypuszczał walizki. Zanim Tecate zdążył zrobić ostatni krok, dostał kulkę w czoło. Nad lewą brwią pojawiła się dziurka. Na brzegach miała trochę masy mózgowej. Znów runął jak wyburzana ściana. Więcej już nie wstał. Elvis patrzył na malutki rewolwer w ręku Curlys.
– Nikt nie będzie obrabiał moich klientów! Wiszą mi kupę fuckin money za złapanie tego bydlaka! – huknęła na trupa leżącego na różowym dywanie.
Pan Nice Suit podał jej chustkę, całą twarz i ciało miała w siniakach.
– Radziłbym, żebyśmy pojechali do szpitala. Ten demon nieźle cię sponiewierał.

* * *

Kiedy Elvis zaparkował swoje auto przy mercedesie, zaczynało świtać. Usyfione słońce wysuwało się znad fabrycznych kominów. Przed domem jego bratanek spał ze strzelbą pod pachą. Przy każdym oddechu nadymała mu się bańka smarków u nosa. Elvis gestem poprosił pana Nice Suit, żeby nie hałasował. Nie chciał budzić młodego. Mężczyzna w garniturze zrozumiał. Otworzył drzwi swojego samochodu i wsadził do środka walizkę, a Elvis wniósł chłopaka do domu. Ten ani na chwilę nie wypuścił broni.
Elvis Infante wrócił do swojego pracodawcy, który czekał w samochodzie. Zatrzymał się w niewielkiej odległości i zmrużył oczy oślepiony porannym słońcem.
– Wiesz, kogo dziś złapaliśmy? – zapytał Nice Suit.
– Starego znajomka. Pierwszy raz widziałem go, kiedy zabił mojego brata, od tamtego czasu ciągle próbował spieprzyć mi życie. Nie sądziłem, że kiedyś będę mieć szansę na zemstę. Shit, ze wszystkich demonów świata akurat ten się nam trafił! Fuckin zbieg okoliczności! Nie pamiętasz? To było nasze pierwsze polowanie, panie Nice Suit.
– Sprawa z Bel Air? To była katastrofa. Staram się o tym zapomnieć.
– Otóż to. Dlatego nie chcę wiedzieć, co z nim zrobisz, obiecaj tylko, że nie wypuścisz – mówił Elvis. Wytarł sobie resztkę krwi z twarzy.
Nice Suit zrobił nieokreśloną minę. Mogła znaczyć cokolwiek. Elvis uznał to za zgodę. Zadowolony zapytał:
– Wsadziłeś jakąś relikwię do tej butelki? Fuck! Jasna cholera! Aż tak ich korci, żeby zniszczyć wszystko, co święte… Niezły się z ciebie zrobił zawodnik, panie Nice Suit. Nie ma śladu po tamtym przygłupie, z którym pracowałem w Bel Air.
Mężczyzna w garniturze wyjął z walizki plik banknotów grubości książki telefonicznej. Wręczył go Elvisowi.
– To kawałek żebra Świętej Teresy Mediolańskiej. Jej ciało nie ulega rozkładowi. Nie mógł się oprzeć pokusie – wyjaśnił. Wyjął kolejny plik i również podał go Infantemu. Ten wziął zaskoczony. – To dla tej damy, która nam pomogła. Daj jej, kiedy już wyjdzie ze szpitala.
Mężczyzna w garniturze zamknął szybę. Elvis zdążył jeszcze rzucić:
– Stary, oszukałeś mnie…
Garniak spojrzał na niego z twarzą bez wyrazu, całą noc miał taką, jak kamienny posąg. Uniósł brew w milczącym pytaniu, o co chodzi.
– Twój garnitur, panie Nice Suit, to wcale nie jest Hugo Boss. Od samego początku wiedziałem… To Donna Karan – wypalił Elvis. I nie czekając na odpowiedź, wszedł do domu.
Siedzący w samochodzie mężczyzna założył sobie koloratkę. Sprawdził w lusterku, czy leży równo. Kiedy uznał, że jest dobrze, wziął komórkę i wybrał numer. Ktoś odebrał i wtedy powiedział krótko:
– Mam jednego, księże biskupie. Jadę na plebanię.



Dodano: 2018-12-08 10:06:42
Komentarze
-Jeszcze nie ma komentarzy-
Komentuj


Konkurs

Wygraj "Serce lodu"


Wygraj drugi tom "Drogi Szamana"


Artykuły

Wywiad z Edem McDonaldem


 Polska fantastyka 2019 r. - co nas czeka?

 Nightflyers - książka i serial

 Naomi Novik o "Mocy srebra"

 Wywiad z Brandonem Sandersonem

Recenzje

Saulski, Arkady - "Serce lodu"


 Morgan, Richard - "Upadłe anioły" i "Zbudzone furie"

 Simmons, Dan - "Letnia noc"

 James, Marlon - "Diabeł Urubu"

 Kisiel, Marta - "Oczy uroczne"

 Saramago, José - "Rozterki śmierci"

 Vonnegut, Kurt - "Rzeźnia numer pięć"

 Cameron, Miles - "Plaga mieczy"

Fragmenty

 Kańtoch, Anna - "Zabawki diabła"

 Lee, Yoon Ha - "Smocza perła"

 Kisiel, Marta - "Oczy uroczne" #2

 Kisiel, Marta - "Oczy uroczne" #1

 Malinowska, Marta - "Iluzja"

 Urbanowicz, Artur - "Inkub"

 Liu, Cixin - "Piorun kulisty"

 Haghenbeck, F.G. - "Diablero"

Projekt i realizacja:sismedia.eu       Reklama     © 2004-2019 nast.pl     RSS      RSS