NAST.pl
 
Komiks
  Facebook
Facebook
 
Forum

  RSS RSS

 Strona główna     Zapowiedzi     Recenzje     Imprezy     Konkursy     Wywiady     Patronaty     Archiwum newsów     Artykuły i relacje     Biblioteka     Fragmenty     Galerie     Opowiadania     Redakcja     Zaprzyjaźnione strony   

Zaloguj się tutaj! | Rejestruj

Patronat

LaValle, Victor - "Ballada o Czarnym Tomie"

Masterton, Graham - "Ludzie cienia"

Ukazały się

Galina, Maria - "Przesilenie"


 Jefremow, Iwan - "Gwiezdne okręty"

 Flannery, Peter A. - "Decimus Fate i talizman marzeń"

 Szostak, Wit - "Szczelinami"

 Mammay, Michael - "Kolonia"

 Insole, Colin - "Epifanie"

 antologia - "Opowieści niesamowite z Hispanoameryki"

 antologia - "Gdy Ziemia miała nas dość"

Linki

Enríquez, Mariana - "Niebezpieczeństwa palenia w łóżku"
Wydawnictwo: Echa
Tytuł oryginału: Los peligros de fumar en la cama & Las cosas que perdimos en el fuego
Tłumaczenie: Marta Jordan
Data wydania: Marzec 2022
ISBN: 978-83-8252-052-1
Oprawa: twarda
Format: 135 mm x 215 mm
Liczba stron: 368
Cena: 49,99 zł



Ekshumacja aniołka

Ekshumacja aniołka
tłumaczenie: Marta Jordan

Moja babcia nie lubiła deszczu i zanim spadły pierwsze krople, kiedy niebo ciemniało, wychodziła z butelkami i na podwórku za domem zakopywała je do połowy, szyjką do dołu; wierzyła, że powstrzymają deszcz. Szłam za nią i pytałam, babciu, czemu nie lubisz deszczu, czemu nie lubisz. A ona nic, wykręcała się od odpowiedzi i z łopatką w ręce marszczyła nos, wyczuwając wilgoć w powietrzu. Jeśli w końcu zaczynało padać, czy była to mżawka, czy burza, zamykała drzwi i okna i głośniej nastawiała telewizor, żeby zagłuszyć hałas kropli i wiatru – dach domu był blaszany – a jeśli ulewa zbiegła się z jej ulubionym serialem, Combat!, nie było takiego, kto by zdołał wydusić z niej choćby jedno słowo, gdyż beznadziejnie podkochiwała się w Vicu Morrowie.
Ja uwielbiałam deszcz, ponieważ zmiękczał wyschniętą ziemię i pozwalał mi rozwijać moje zamiłowanie do kopania. Ach, te dołki! Używałam tej samej łopatki co babcia, bardzo niedużej; dziecko mogłoby się bawić taką na plaży, ale moja była z metalu i drewna, a nie z plastiku. Ziemia kryła w sobie okruchy szklanych zielonych butelek – ich krawędzie były tak stępione, że już nie cięły; płaskie kamienie niczym otoczaki albo drobny żwir z plaży. Co one robiły na podwórku za moim domem? Ktoś musiał je tam zakopać. Kiedyś znalazłam owalny kamyk wielkości i koloru karalucha, tylko bez nóg i bez czułków. Z jednej strony był gładki, za to z drugiej karbowania układały się w wyraźne rysy uśmiechniętej twarzy. Pokazałam go tacie, zachwycona, bo myślałam, że to jakaś relikwia, a on powiedział, że znaki przybrały taki kształt przez przypadek. Taty nigdy nic nie cieszyło. Znalazłam też czarne kostki do gry, z białymi, już prawie wyblakłymi kropkami. I resztki matowych szyb w kolorze zielonego jabłka i turkusu. Babcia przypomniała sobie, że to część jakichś starych drzwi. Bawiłam się także dżdżownicami, krojąc je na króciutkie kawałeczki. Nie żebym lubiła patrzeć na ich pocięte ciało, które przez chwilę wciąż się wiło, a potem szło dalej. Wydawało mi się, że jeśli posiekam dżdżownicę cienko jak cebulę, dokładnie rozdzielając wszystkie pierścienie, to już nie będzie mogła się zrosnąć. Nigdy nie lubiłam robali.
Kości znalazłam po pewnej burzy, która skrawek ziemi na tyłach domu zamieniła w błotnistą kałużę. Wrzuciłam je do wiaderka, w którym zwykle zanosiłam swoje skarby do mycia pod kranem na podwórku. Pokazałam je tacie. Powiedział, że to kości kurczaka albo od kotleta schabowego, a może jakiegoś martwego domowego zwierzęcia, pochowanego dawno temu. Psie albo kocie. Upierał się przy kurczaku, bo wcześniej, kiedy był mały, na podwórku za domem babcia miała kurnik.
Wyjaśnienie wydawało się całkiem do przyjęcia dopóty, dopóki babcia nie dowiedziała się o tych kosteczkach i nie zaczęła rwać włosów z głowy, wołając „aniołek, aniołek”. Jednakże krzyki nie trwały długo i wystarczyło jedno spojrzenie taty, a ucichły jak ręką odjął: znosił babcine „przesądy” (tak je nazywał), o ile tylko nie przesadzała. Babcia znała już ten jego grymas dezaprobaty i siłą starała się uspokoić. Poprosiła mnie o te kosteczki, więc jej oddałam. Potem odesłała mnie do mojego pokoju, spać. Trochę się zezłościłam, bo nie rozumiałam, za co zostałam ukarana.
Jednak później, tej samej nocy, zawołała mnie i wszystko mi opowiedziała. To była siostra numer dziesięć albo jedenaście, babcia nie była pewna, bo w tamtych czasach niezbyt się dziećmi przejmowano. Umarła kilka miesięcy po narodzinach, z powodu gorączki i biegunki. Ponieważ była aniołkiem – malutką zmarłą dziewczynką – zawinięto ją w różowy gałganek i podparłszy poduszką, posadzono na stole przystrojonym kwiatami. Zrobiono jej kartonowe skrzydełka, żeby szybciej odleciała do nieba, lecz nie napełniono buzi płatkami czerwonych kwiatów, bo dla jej mamy, a mojej prababci, był to okropny widok; miała wrażenie, że to krew. Tańce i śpiewy trwały całą noc i nawet musiano wyrzucić jakiegoś pijanego wujka i reanimować moją prababcię, która zemdlała od szlochania i gorąca. Indiańska płaczka odśpiewała hymny do Trójcy Świętej i jedyne, co za to wzięła, to kilka empanad.
– To było tutaj, babciu?
– Nie, w Salavino, w Santiago. Ależ był upał!
– W takim razie to nie są kości tej dziewczynki, skoro umarła tam.
– To one. Zabrałam je ze sobą, kiedy przyjechaliśmy tutaj. Nie chciałam jej zostawiać, bo po całych nocach płakała, biedactwo. Skoro płakała, kiedy miała nas tak blisko, w domu, dopiero by rozpaczała, gdyby została sama, porzucona! No to ją wzięłam. To już były same kosteczki; włożyłam ją do torby i pochowałam tam w głębi podwórka. Nawet twój dziadek nie wiedział. Ani prababcia, nikt. Bo tylko ja słyszałam, jak płacze. I twój pradziadek, ale udawał głupiego.
– A tutaj płacze?
– Tylko kiedy pada.
Potem spytałam tatę, czy ta historia o dziewczynce aniołku to prawda, a on powiedział, że babcia jest już bardzo stara i mówi od rzeczy. Jednak nie wydawał się zbytnio przekonany; może czuł się skrępowany tą rozmową. Potem babcia umarła, dom został sprzedany, ja zamieszkałam sama, bez męża i dzieci, tata przeniósł się do apartamentu w Balvanerze i zapomniałam o dziewczynce aniołku.
Do czasu, aż dziesięć lat później zjawiła się u mnie w mieszkaniu, płacząc przy moim łóżku w pewną burzową noc.
Dziewczynka aniołek nie przypomina ducha. Nie fruwa w powietrzu, nie jest blada ani nie nosi białej sukienki. Jest na wpół zgniła i nic nie mówi. Gdy pojawiła się pierwszy raz, pomyślałam, że to sen, i próbowałam się obudzić z tego koszmaru; kiedy mi się to nie udało i zaczęłam rozumieć, że jest prawdziwa, krzyknęłam i się rozpłakałam i naciągnęłam na siebie kołdrę i zacisnęłam mocno oczy, a rękami zasłoniłam sobie uszy, żeby jej nie słyszeć, bo w tamtej chwili nie wiedziałam, że jest niemową. Kiedy jednak wyjrzałam, po kilku godzinach, dziewczynka aniołek nadal tam była ze strzępami jakiegoś starego koca zarzuconymi na ramiona niczym poncho. Palcem pokazywała na zewnątrz, w stronę okna i ulicy, i w ten sposób zorientowałam się, że jest dzień. Dziwnie jest widzieć zmarłego za dnia. Zapytałam ją, czego chce, ale w odpowiedzi nadal wskazywała palcem jak w filmie grozy.
Wstałam i pobiegłam do kuchni po rękawiczki, których używałam przy zmywaniu naczyń. Dziewczynka aniołek ruszyła za mną. To był dopiero pierwszy przejaw jej apodyktycznej osobowości. Nie dałam się zastraszyć. Włożyłam rękawiczki, chwyciłam ją za szyjkę i ścisnęłam. W próbie uduszenia zmarłego nie ma zbytniej logiki, jednak nie można być zrozpaczonym i jednocześnie trzeźwo myśleć. Nawet nie zakaszlała, za to mnie na palcach w rękawiczkach zostały resztki rozkładającego się ciała, a z jej szyi wyłoniła się tchawica.
Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że to Angelita, siostra mojej babci. Nadal mocno zaciskałam oczy, licząc na to, że albo ona zniknie, albo ja się obudzę. Ponieważ nic to nie dało, obeszłam ją dokoła i zobaczyłam, że na plecach, z pożółkłych resztek czegoś, co dzisiaj wiem, iż było różowym całunem, zwisały jej dwa prymitywne kartonowe skrzydełka z ponaklejanymi kurzymi piórkami. Po tylu latach już dawno powinny się rozpaść, pomyślałam, a potem roześmiałam się nieco histerycznie i powiedziałam do siebie, że mam w kuchni martwego niemowlaka, że to moja cioteczna babcia i że umie chodzić, chociaż, sądząc po wzroście, żyła niewiele ponad trzy miesiące. Musiałam zdecydowanie przestać myśleć w kategoriach tego, co jest możliwe, a co nie.
Zapytałam, czy jest moją cioteczną babcią aniołkiem. Jako że nie zdążono jej zarejestrować pod oficjalnym imieniem – Angela, Angelita (to były inne czasy) – zawsze określano ją nazwą pospolitą: aniołek. Wtedy przekonałam się, że chociaż nie potrafi mówić, odpowiada skinieniem głowy. A zatem babcia mówiła prawdę, pomyślałam, one nie pochodziły z kurnika, to, co wykopałam, kiedy byłam mała, było kosteczkami jej siostry.
Czego chciała Angelita, pozostało tajemnicą, gdyż poza potakiwaniem albo kręceniem przecząco głową nie robiła nic więcej. A jednak czegoś się domagała, i to pilnie, gdyż nie tylko nadal wskazywała palcem, to jeszcze nie dawała mi spokoju. Chodziła za mną po całym domu. Czekała na mnie za zasłoną, kiedy brałam prysznic; siadała na bidecie, kiedy się załatwiałam; stawała przy lodówce, kiedy zmywałam naczynia; i kucała obok krzesła, kiedy pracowałam na komputerze.
Przez pierwszy tydzień nadal prowadziłam normalne życie. Myślałam, że to może halucynacje wywołane przez nagromadzony stres i że sobie pójdzie. W pracy poprosiłam o kilka dni wolnego, wzięłam tabletki nasenne. Angelita ciągle tu była i stojąc przy moim łóżku, czekała, aż się obudzę. Kilkoro przyjaciół wpadło mnie odwiedzić. Początkowo nie chciałam odbierać ich esemesów ani otwierać im drzwi, jednak nie chcąc, żeby się jeszcze bardziej o mnie martwili, zgodziłam się z nimi zobaczyć. Tłumaczyłam się przepracowaniem, a oni zrozumieli, tyrałaś jak wół, powiedzieli. Żadne z nich nie widziało aniołka. Za pierwszym razem, kiedy przyszła do mnie przyjaciółka Marina, ukryłam Angelitę w szafie, jednak ku mojemu przerażeniu i niezadowoleniu uciekła i z tą swoją brzydką, zgniłą, szarozieloną twarzyczką usiadła na oparciu fotela. Marina niczego nie zauważyła.
Wkrótce potem wyprowadziłam Angelitę na ulicę. I nic. Nie licząc pana, który spojrzał na nią przelotnie, po czym odwrócił się, spojrzał jeszcze raz i zmienił się na twarzy, pewnie spadło mu ciśnienie; albo pani, która dosłownie rzuciła się do ucieczki i prawie wpadła pod czterdziestkę piątkę na ulicy Chacabuco. Niektórzy ludzie musieli ją widzieć, przypuszczałam, choć zapewne niewielu. Żeby oszczędzić im nieprzyjemności, ilekroć wychodziłyśmy gdzieś razem – a raczej kiedy ona szła za mną, a mnie nie pozostawało nic innego, jak zgodzić się na jej towarzystwo – zabierałam coś w rodzaju plecaka, w którym ją niosłam (okropnie wygląda, kiedy chodzi, jest taka malutka, to sprzeczne z naturą). Kupiłam jej też maseczkę z bandaża, jakim osłania się blizny po poparzeniu twarzy. Teraz na jej widok ludzie czują wstręt, lecz zarazem wzruszenie i litość. Patrzą na dziecko bardzo chore albo bardzo okaleczone, ale już nie martwe.
Gdyby tata mógł mnie widzieć, myślałam, on, który stale narzekał, że umrze, nie doczekawszy wnuków (i nie doczekał się ich, rozczarowałam go i w tej, i w wielu jeszcze innych sprawach). Nakupowałam jej zabawek, żeby miała się czym zająć, lalek i plastikowych klocków, i gryzaków, jednak nie wyglądało na to, żeby coś jej się zbytnio spodobało, tylko tym swoim cholernym paluchem ciągle wskazywała na południe – to już zauważyłam, to zawsze było południe – rano, wieczorem i w nocy. Mówiłam do niej, zadawałam jej pytania, ale nie była zbyt rozmowna.
Aż któregoś ranka zjawiła się ze zdjęciem domu z czasów mojego dzieciństwa, gdzie na podwórku znalazłam jej kosteczki. Wyciągnęła fotografię z pudełka, w którym przechowuję stare zdjęcia: ohyda, całą resztę upaćkała swoją gnijącą, obłażącą skórą, były wilgotne i lepkie. Teraz palcem wskazywała na dom, wyraźnie natarczywie. Chcesz tam pojechać?, spytałam, a ona odparła, że tak. Wyjaśniłam jej, że dom już nie jest nasz, że go sprzedaliśmy, na co jeszcze raz powiedziała „tak”.
Włożyłam ją do plecaka z maseczką na twarzy i wsiadłyśmy do piętnastki, w kierunku Avellanedy. Ilekroć gdzieś jedziemy, nie patrzy w okno, nie przygląda się ludziom ani niczym nie zajmuje; świat zewnętrzny obchodzi ją tyle samo co zabawki. Posadziłam ją sobie na kolanach, żeby jej było wygodnie, chociaż nie wiem, czy może jej być niewygodnie ani czy to pojęcie cokolwiek dla niej znaczy; nawet nie wiem, co czuje. Jedno, co wiem, to że nie jest zła i że z początku bałam się jej, ale teraz już nie.
Do domu, który kiedyś był mój, dojechałyśmy około czwartej po południu. Jak zawsze latem ciężki zapach rzeki Riachuelo i spalin, docierający od strony Avenidy Mitre, mieszał się z fetorem śmieci. Piechotą przecięłyśmy plac, potem minęłyśmy klinikę Itoiz, gdzie umarła moja babcia, i na koniec obeszłyśmy dokoła stadion klubu Racing. Za nim, dwie przecznice dalej, stał mój dawny dom. Jednak teraz, w drzwiach, co miałam zrobić? Poprosić nowych właścicieli, żeby mnie wpuścili? Pod jakim pretekstem? Nawet o tym nie pomyślałam. Chodzenie wszędzie z martwym niemowlakiem wyraźnie rzuciło mi się na mózg.
To Angelita wkroczyła do akcji. Nie musiałyśmy wchodzić. Żeby zajrzeć na podwórko, wystarczyło przechylić się przez otaczający je murek, a tylko tego chciała: popatrzeć. Zajrzałyśmy obie, trzymałam ją na rękach – murek był dość niski, zapewne byle jak zbudowany. Tam, gdzie wcześniej rozciągało się kwadratowe podwórko, znajdował się niebieski plastikowy basen, wpuszczony w wykopany dół. Żeby zrobić owo zagłębienie, niewątpliwie usunięto całą ziemię i przy okazji kości Angelity zostały wyrzucone nie wiadomo gdzie, rozniesione, pogubione. Zrobiło mi się jej żal, biedactwa, i powiedziałam, że bardzo mi przykro, ale nic nie mogę na to poradzić; powiedziałam nawet, że żałuję, że ich jeszcze raz nie wykopałam, kiedy dom szedł na sprzedaż, żeby je pochować w jakimś zacisznym miejscu albo blisko rodziny, jeżeli tego sobie życzyła. Przecież spokojnie mogłam je włożyć do jakiegoś pudełka albo wazonu i zabrać do domu! Źle ją potraktowałam i zapytałam, czy mi wybaczy. Angelita powiedziała, że tak. Zrozumiałam, że przyjęła moje przeprosiny. Zapytałam, czy teraz czuje się lepiej i czy sobie pójdzie, czy mnie zostawi samą. Odparła, że nie. Dobra, powiedziałam, a ponieważ jej odpowiedź wcale mi się nie podobała, szybkim krokiem ruszyłam na przystanek piętnastki, zmuszając ją, aby pobiegła za mną, przebierając swymi bosymi stópkami, z których – jako że były przegniłe – wyłaniały się białe kosteczki.



Autor: Mariana Enríquez
Dodano: 2022-03-22 08:18:25
Komentarze
-Jeszcze nie ma komentarzy-
Komentuj


Artykuły

Pasje mojej miłości


 Ekshumacja aniołka

 Śniadanie wdowy, opowiadanie ze zbioru "Upiory XX wieku"

 Wywiad z R.J. Barkerem

 "Kraina Lovecrafta" - książka a serial

Recenzje

Szostak, Wit - "Szczelinami"


 Buehlman, Christopher - "Czarny Język"

 Abercrombie, Joe - "Mądrość tłumu"

 Kristoff, Jay - "Wampirze cesarstwo"

 Ciszewski, Marcin - "Most we mgle"

 Maas, Sarah J. - "Dwór Srebrnych Płomieni"

 Czarnecki, Piotr - "Reder '44"

 Pynchon, Thomas - "V"

Fragmenty

 King, Stephen & Chizmar, Richard - "Ostatnia misja Gwendy"

 Chakraborty, S.A. - "Imperium złota"

 Maszczyszyn, Jan - "Broilia"

 Clift, Bethany - "Ostatnia na imprezie"

 Novik, Naomi - "Ostatni absolwent"

 Asimov, Isaac - "Gwiazdy jak pył"

 Masterton, Graham - "Ludzie cienia"

 Shusterman, Jarrod & Neal - "Roxy"

Projekt i realizacja:sismedia.eu       Reklama     © 2004-2022 nast.pl     RSS      RSS