NAST.pl
 
Komiks
  Facebook
Facebook
 
Forum

  RSS RSS

 Strona główna     Zapowiedzi     Recenzje     Imprezy     Konkursy     Wywiady     Patronaty     Archiwum newsów     Artykuły i relacje     Biblioteka     Fragmenty     Galerie     Opowiadania     Redakcja     Zaprzyjaźnione strony   

Zaloguj się tutaj! | Rejestruj

Patronat

Masterton, Graham - "Ludzie cienia"

LaValle, Victor - "Ballada o Czarnym Tomie"

Ukazały się

Galina, Maria - "Przesilenie"


 Jefremow, Iwan - "Gwiezdne okręty"

 Flannery, Peter A. - "Decimus Fate i talizman marzeń"

 Szostak, Wit - "Szczelinami"

 Mammay, Michael - "Kolonia"

 Insole, Colin - "Epifanie"

 antologia - "Opowieści niesamowite z Hispanoameryki"

 antologia - "Gdy Ziemia miała nas dość"

Linki

Maszczyszyn, Jan - "Ciernie"
Wydawnictwo: Stalker Books
Data wydania: Kwiecień 2022
ISBN: 9788367223010
Oprawa: twarda
Cena: 59,99 zł



Pasje mojej miłości

Pasje mojej miłości

1

Tu rozciągał się świat Igholat. Po kres horyzontu stały na mocarnych nogach krążowniki dawnego imperium. Nikt nie krzątał się wokół, jak to zazwyczaj bywało w czasach wojny. Wiatr nanosił tylko kurz, a deszcze wpychały miałki pył w załamania konstrukcji.
Kosmodrom od południa okalały góry. U ich podnóża wznosiło się miasto, skąd chciwi władcy kontrolowali ogromne połacie Galaktyki i prowadzili niekończące się wojny. Teraz zaledwie kilku przechodniów przemknęło chyłkiem w obawie przed innym panem tej planety – człowiekiem.
Przybył tu niedawno. Statki ludzi nie przypominały niczego, co dotąd spotykali na polach bitewnych Igholatianie. Miały coś z czerniejących brył, ledwie wyróżniających się w kosmicznym mroku, które w sposób kontrolowany wykrzywiały perspektywę własnych cielsk i otaczającej je czasoprzestrzeni. Bryły zagarnęły armadę Igholat w kokon zacieśniających się wymiarów, a następnie kontrolujące je istoty z uśmiechem nieopisanego okrucieństwa wysłały cały ten militarny dobytek w śmiercionośny ogień najbliższej gwiazdy.
Zaledwie rok temu wpływy Imperium Igholat sięgały niemal po jądro galaktyki. Napotykając świeże, obce życie, dumni konkwistadorzy zawsze respektowali nieznany im dziwaczny garnitur genetyczny. Wyszukiwali w nim wszelkie możliwe opcje koegzystencji, wprowadzali do kodów unowocześnienia, niwelowali rozwiązania prowadzące do nikąd, a czasem stosowali kodeks uproszczenia symbiotycznego, zezwalający na zjednoczenie z pozoru niekompatybilnych genotypów. Żadne działania nigdy nie oznaczały totalnej destrukcji, nazbyt bowiem cenili sobie tę spontaniczność i zarazem geniusz ewolucji.
Ludzie byli inni.
Igholatianie nigdy nie spotkali tak bezlitosnych i wyrachowanych bestii. Na każdej z planet tego świata człowiek rozprzestrzenił zarazy nigdy im nieznane. Wirusy, zwane demontatorami, należały do struktur dezorganizujących ustalony porządek genetyczny. Istotom żywym nie pozostawiły wyjścia. Czekała je śmierć. Już każdą planetę spotkała planowa noc organicznej destrukcji. Już tereny ich prawowitych mieszkańców zastępowali nowi koloniści. Powstały gniazda szybkiego wylęgu zwierząt udomowionych i dzikich. Rozrastały się oazy bogatej i zarazem dziwnej, ziemskiej roślinności. Pojawiły się owady, których nie było tu od niepamiętnych czasów.
Wkrótce bio–modernizacyjne żniwo dobiegło końca.
Przejęto i poddano modyfikacji całkowitą masę żywą z dokładnością do molekuły.
Nic już nie przypominało świata „wczoraj”.
Zapanował nowy władca „jutra”.
To on zmienił wszystko.
Pozostała jeszcze jedna planeta.
Tu tliła się wątła nadzieja.
G–Ramu poddał się wibracji magnetycznego gniazda i z wolna wprowadził maszynę w manewr lądowania. Krążył nad zatłoczonym polem. Szukał wolnego miejsca. Nie chciał zniszczyć misternych siatek wychwytu kosmicznego, jakie pokrywały lądowisko. Mogły się jeszcze przydać. Patrzył na zamarłe krążowniki dawnego imperium. Prosił Bogów Losu o łaskę i odmianę przeznaczenia tego świata. Niestety, było coraz gorzej. Ludzie masowo lądowali już po przeciwnej stronie globu. Sprowadzili tam ze sobą miliony chorych, obce chwastopodobne rośliny i biotechnologię, która pozwalała szybko asymilować żywy inwentarz zwierzęcy do warunków panujących w świecie Igholat.
Jeszcze na coś czekali…
„Na co?” – zastanawiał się G–Ramu.
Igholatianin sprawnie postawił niewielki okręt. Po krótkiej negocjacji formalnej z mechanizmami otwarcia odepchnął główny właz. Zwinnym skokiem wydostał się na powierzchnię lądowiska. Ponad nim, nieco z boku, zawisł potężny, mroczny niszczyciel Ziemian. Wysypali się w tęczowych kulach z brzucha statku. Pilotowali je dość sprawnie. Większość poleciała w stronę miasta. Jedna z kapsuł osiadła tuż obok i z wnętrza wyszedł człowiek. W kuli pozostała kobieta. Czytała książkę. Przy jednym z jej kolan siedział chłopiec, a na drugim głowę opierała dziewczynka. Chłopiec dłubał w nosie.
Mężczyzna podszedł. Miał przenikliwe spojrzenie i jakąś miękkość w ruchach. Pozdrowił go dziwacznym ruchem ręki.
– Widzę, że traktujesz moją propozycję poważnie – rzucił w transgalaktycznym.
„Ci ludzie szybko się uczą” – pomyślał G–Ramu. Dopiero co tu przybyli, a już dość biegle opanowali język i niektóre zwyczaje panujące w gromadzie gwiezdnej.
W odpowiedzi rozwarł swoją szeroką paszczę w uśmiechu.
– Jeśli mogę zrobić coś przeciwko znienawidzonym nieprzyjaciołom, to jestem do usług – powiedział.
Był dość muskularny i dobrze uzbrojony, ale człowiek, choć dużo mniejszy i bez broni, wydawał się tym zupełnie nie przejmować.
– Dotrzymam słowa. Ty i twoja rodzina będziecie mogli odlecieć, gdzie wam się tylko spodoba, byle z daleka od ziemskich kolonii. – Przyjrzał się uważniej igholatianinowi i spytał: – Powiedz mi, wy naprawdę potrzebujecie aż dwudziestu siedmiu osobników do prokreacji?
– Owszem – odparł G–Ramu, znów z przyjaznym uśmiechem na swej szkaradnej twarzy. – Jeśli natrafimy na akumulację płodności, to możemy wydać na świat aż miliard młodych osobników w jednym miocie.
– Ale jeżeli jeden z waszej dwudziestosiedmiopłciowej rodziny będzie niesprawny seksualnie, to nastąpi koniec rasy?
– Wtedy musimy wziąć pod uwagę inne opcje.
– Tak? A jakie? – ciekawość ludzka miała w sobie sporo jadu.
– Niech to pozostanie moją tajemnicą – odpowiedział obcy oficer i jego uśmiech zamarł w cichym syku. Pytania obudziły jego podejrzliwość. Wielu z jego braci odradzało mu ten kontrakt. Nikt nie ufał istotom zdolnym do tak nieopisanych okrucieństw.
– No dobrze, poprzestańmy na tym. Potrzebuję całej waszej floty. Znajdź mi załogę dla tych krążowników, które widzisz na tym lądowisku, a szczodrze cię wynagrodzę. Nic im nie obiecuj, ale powiedz, że wezmę pod uwagę ich bohaterstwo.
– Gdzie polecą?
– Podbiją imperium waszego najzawziętszego wroga, Imperium Pytranii.

2

Pytrania nie była pojedynczą planetą.
Pytrania była gromadą kulistą o średnicy blisko dziesięciu tysięcy lat świetlnych. Otaczały ją mgławice pyłu gwiezdnego i gazu. Podświetlone od wewnątrz potężnym blaskiem masywnych niebieskich olbrzymów wypełniały niebo wysokoenergetycznymi łunami bieli i fioletu. Gromada w większości zawierała stare gwiazdy drugiej populacji i mnóstwo planet skalistych. Nie powinno ich tu być. Zwykle w takich skupiskach spotyka się niewielką metaliczność. Są to gwiazdy pierwszej generacji, bez okazji na wyprodukowanie czegoś cięższego atomowo niż hel, lit czy beryl.
Należy zanotować, że gromada kulista porusza się wokół galaktyki p wydłużonej orbicie eliptycznej i takie obiekty ze względu na masę i prędkość rzadko bywają przechwycone z przestrzeni międzygalaktycznej. Powstały więc z niemal czystych chmur wodorowych, w odróżnieniu od gwiazd z galaktycznego centrum, gdzie słońca formują się już z domieszką bogatej różnorodności atomów. Skąd wynikła ta różnorodność? Po prostu w tamtej przestrzeni, w rozwirowanych ramionach Galaktyki trup gwiazd ścieli się gęsto. Łatwo o rozszarpaną supernową i jej życiodajne atomy.
Nie jak w mrocznej i słabej reakcyjnie pustce intergalaktycznej.
Skąd więc w Pytranii mogły się wziąć planety skaliste? Trudno znaleźć jednoznaczną odpowiedź. Może taka gromada uległa zabrudzeniu, kiedy jej orbita przebiegła przez bogate w ciężkie pierwiastki rejony galaktycznego równika? Jednak takie wydarzenie należało do rzadkości.
Tak więc nie było podstaw, by sądzić, że ktokolwiek znajdzie w gromadzie kulistej dobrze uformowaną planetę skalistą. Raczej mógł spotkać globy jowiszowe, w całym wachlarzu wielkości i stanów energetycznych.
Materiałem wyjściowym zawsze pozostawał tam wodór z nieznacznymi domieszkami litu i helu.
A jednak metaliczność Pytranii, czyli ilość atomów cięższych od wodoru, sięgała dwudziestu procent. Nie ma takich obiektów w Galaktyce, ba, nawet w całym obserwowalnym wszechświecie. Dla porównania: z danych Universopedii wynika, że metaliczność w układzie słonecznym Bellii, Oradimusa czy Ziemi wynosiła tylko dwie setne procenta.
Wniosek był oczywisty. Obiekty stanowiące główną składową skupiska gwiezdnego zostały zgromadzone sztucznie. Spektroskopia wyjawiła też inną tajemnicę. Wewnątrz gwiazd były obecne superciężkie metale z rodziny orkidowców. Znowu nie natrafimy na nie w stabilnym stanie nigdzie w dostępnym świecie fizycznym. Ktoś wykorzystywał środowiska wnętrza gwiazd do kontrolowanej manipulacji niewystępującymi w wolnej naturze prawami fizyki i produkcji tych elementów na skalę przemysłową. Ludzie potrafili utrzymać w swoich laboratoriach WIFI pojedynczy atom orkidowca przez ułamek sekundy, rasa zamieszkująca Pytranię wytwarzała je w ilościach spektroskopowych.
Nie było chwili do stracenia. Statki ludzi były zbyt wielkie, żeby w ogóle zatrzymać się w pierwszym, napotkanym układzie. Przechodziły po hiperbolicznej, zmiatając flotę wroga falą czasoprzestrzennego zniekształcenia grawitacyjnego; zepchnęły tę falę jakoś zupełnie machinalnie w bladoniebieskie słońce, które w tych wzbierających uderzeniach przybrało formę wyciągniętego jaja.
Na ten widok pytrańczycy przegrupowali swoje wielkie statki wojenne i ukryli się na orbitach najmasywniejszych planet układu, czekając na spodziewane starcie.
Nie nadeszło.
To była tylko zaczepka.
Flota ludzi miała inny cel i to tam mknął statek za statkiem, pędząc przed sobą wzbierające fale zniekształconej po drodze czasoprzestrzeni. Słońce następnego układu pękło na dwoje. Stanowiło przecież wyłącznie gigantyczną kumulację zjonizowanego gazu i skomasowanej mocy materii. Przestrzeń, którą zakrzywiało, formowała się na nowo pod wpływem innej siły, ściśle kontrolowanej przez komputery pokładowe sił inwazyjnych. Fragmenty gwiazdy wściekle zawirowały, by znów na moment powrócić do sferycznie skoncentrowanych obiektów. Znów zaingerował człowiek i znów wzburzone kule gazu rozdrobniły się na jeszcze mniejsze wirujące fragmenty wielkości Jowisza. Wkrótce przygasły wiedzione w głąb ciemności impetem uderzenia. Teraz nie dawały już za wiele światła, nie kumulowały też grawitacji. Służyły jedynie gigantycznym i ociężałym statkom ludzi jako dodatkowe grawitacyjne boje do hamowania i zakrzywiania trajektorii lotu.
System przestał istnieć.
Układ planetarny z wolna objęła noc, planety rozsypywały się na zagubionych orbitach, a jego mieszkańców ogarnęła bezsilna rozpacz. Nigdy nikt nie zachowywał się tak barbarzyńsko i podle. Bezgraniczna wściekłość popchnęła ich do pogoni i walki.
Nie było już właściwie z kim walczyć. Nawet Igholatiańskie statki pomknęły za flotą ludzi. Pozostały tylko dziwne, długie okręty minujące. Przechodziły setkami, szybkie jak widma. Część pytrańskiej floty jeszcze ewakuowała planety, reszta w wydłużonym szyku ruszyła w pogoń za pędzącą flotą. Wszyscy przechodzili w nadświetlną, ale jakąś nietypową, widmową. Gwiazdy gromady, tak olśniewające, w potężnym zwyczajowym blasku dziwnie przygasły, rozmazały się, zszarzały, by nagle wybuchnąć jaskrawością, od której aż bolały oczy. Tu też ingerował człowiek.
Ludzie wchodzili do słońc Rihitiolu. Potęgi nad potęgami. Tu skończyły się żarty. Tu rozpoczynał się regularny front Imperium Pytranii. Statki Ziemian na przemian rąbały przestrzeń grawitacyjnymi salwami, wyrywając w niej dziury chaosu. Oberwało się jednej z planet wielkości Saturna. Rozlała się gazowymi jęzorami atmosfery przeplecionej oceanami metanu. Trzeba było ciąć kawałki krótkimi seriami omiataczy laserowych, żeby wyjść na czyste pole. Stąd aż do granic układu tłoczyły się walczące okręty.
Tylko jedno było jasne. Ludzie za wszelką cenę pragnęli dotrzeć do centrum. Był to gigant klasy widmowej B. Jego fioletowo–białe światło miało coś z psychodelicznego szaleństwa. Ludzie i Igholatianie szli szerokim klinem. Znów te same manewry i kumulowanie grawitacyjnych uderzeń. Flota Rihitiolu należała do najpotężniejszych i ustawiła się frontem blokując ich skomasowane uderzenie, przeczuwając, że tam, za plecami, rodzinna gwiazda znalazła się w prawdziwym niebezpieczeństwie.
Igholatianie jednak nadgryźli szyk statków z boku.
Było to zagranie szybkie, sprytne, przeprowadzone z pasją wytrawnego gracza. Przez sekundy wprowadziło zamieszanie, na które ludzie tylko czekali. Fala grawitacyjna ogromnej mocy przeszła przez czoło floty jak sztylet. Wygięła czasoprzestrzeń, wciągając w siebie statki i druzgocąc je w kataklizmie zderzeń, i jeszcze liznęła błękitną planetę tuż za nimi, aż ta sczerniała, kiedy tylko ocean gwałtownie zamienił się w pył i parujące błoto. Kilka gigantycznych statków ludzi przeszło przez wyrwę na grzbiecie tej fali. Jak mroczne klejnoty pomknęły ku samotnej gwieździe. Uderzyły. Bezbronne słońce rozszczepiło się na dwoje. Jedna część przygasła natychmiast, druga, wirując jak kropla rozwścieczonej temperaturą cieczy wyturlała się z systemu i zatańczyła w mrocznej otchłani. Pozbawione gwiazdy centralnej planety rozsypały się w rosnącym bałaganie.
Ale flota ludzi i ich sprzymierzeńców już leciała do następnego układu, a za nimi rwała znacznie liczniejsza i potężniejsza – rihitoliańska. Spotkali się w połowie drogi, na naprędce zaminowanej przez ludzi przestrzeni. Bitwa w ciemnościach była czymś, w czym wyspecjalizował się człowiek. Szybkie zamykanie kokonów przestrzennych i anihilacja. Energia, jaką wytworzyli w wyniku tej kraksy, pozwoliła im zniszczyć następne słońca bez walki.
Wtedy świat Pytranii poprosił o rozejm.
Ludzie tylko na to czekali. Nie negocjowali warunków, pomimo że tamci czekali. Do układów gwiezdnych napłynęły nowe statki i coś, czego nikt jeszcze tutaj nie znał. Ciągnięte przez rzędy grawitacyjnych holowników przypominało brązowego karła, który zachowywał się jak niesforna neutronowa gwiazda. Łypał smugami wysokoenergetycznych wiązek protonowych w odstępach nanosekund. Dla oka to był stały, bolesny blask. Grawitacyjna fala wepchnęła monstera do wnętrza gwiazdy systemu jako jej główne jądro. Jądro, które potrzebowało demonicznych zasobów energii, aby wypromieniować coś więcej niż energię. Moc WIFI, którą ludzie ochrzcili mianem Uniwersalnego Routera. Ta moc nadała im moc Bogów. Stali się panami wirtualnego świata, który wiązał się z rzeczywistością w trudnej do rozróżnienia mieszance.
Bez słowa zapytania wylądowali na jednej z planet w pasie mieszkalnym. Wysypali się w swych tęczowych kulach zastępujących skafandry i ze śmiechem wypełnili ulice największej metropolii zaganiając mieszkańców do domów lub żywcem paląc ich na ulicach.
Igholatianie postawili swoje statki obok okrętów ludzi. Stały w jednym lśniącym rzędzie. G–Ramu wyszedł na płytę lądowiska. Atmosfera planet Pytranii zawsze wywoływała u niego duszący kaszel. Patrzył z uznaniem na ludzi i wzgardą na pokonanych. Ile lat bezsensownych zmagań kosztowały jego rasę wojny o ten żyzny kawałek Galaktyki. Nikogo nie interesowały obszary z niską metalicznością. Potrzeba było milionów supernowych, żeby gwiezdny pył mógł użyźnić przestrzeń atomami cięższymi od wodoru. W naturze zajmowało to miliardy lat. Wypalane w piecach termonuklearnych gwiazd pierwiastki nie zawsze kończyły rozdrobnione w przestrzeni kosmicznej. Tylko niektóre ze słońc zdolne były do przekroczenia owej krytycznej masy wybuchu i rozprowadzenia życiodajnych substancji pośród generacji nowych, rodzących się światów. A bez nich nie było życia. Zatem wszystkie cywilizacje rwały się do centrów, gdzie królowały światy pełne wody i ciepła. Szczególnie tu, w gromadzie gwiezdnej Pytranii, ktoś na przestrzeni miliardów lat sztucznie skumulował niemożliwe bogactwo, teraz przechodzące w ręce tych w sumie opieszałych i niezdarnych dwunożnych istot.
G–Ramu uniósł głowę. Kilka tęczowych kul poczęło krążyć nad jego statkiem. Jedna zniżyła się, dotknęła powierzchni lądowiska, rozwarła się bezszelestnie i z wnętrza wydostał się człowiek. Śmiejąc się przyjaźnie stanął naprzeciw Igholatianina. Mężczyzna znów pozdrowił go dziwacznym ruchem ręki. G–Ramu potraktował ten gest jako gest zaszczytnego wyróżnienia. Pokłonił się w sposób stateczny i godny.
– I znowu się spotykamy, mój drogi G–Ramu – powiedział ciepło człowiek. – Nie masz już chyba do nas żalu za wasze światy, po tym, co zobaczyłeś na bitewnych polach Pytranii?
– Nie mam, panie – stwierdził w odpowiedzi Igholatianin, patrząc na przechadzającą się tam i z powrotem kobietę. Po raz pierwszy opuściła kulę. W jej oczach widział niecierpliwość i złość. Najwyraźniej nie akceptowała tego, co robi mąż.
– Możesz mnie nazywać Lord Carter – stwierdził sucho człowiek. – Teraz zobaczysz coś, o czym twoja rasa, ani nawet rihitiolianie nie mają bladego pojęcia.
Wyciągnął z kieszeni niewielkie pudełko. Szukał w nim wytrwale i wybierał, jakby to były kawałki czekoladek. Wreszcie założył na palce kilka przedziwnych, starych pierścieni. Każdy odpowiadał innemu pasmu mocy. Raptem wszystkie wrosły mu w skórę. Dłoń aż posiniała od wzbierającego w niej napięcia powłok. Carter pochylił się i zebrał z płyty lądowiska garść pyłu. Potem wyrzucił zawartość w powietrze i pozwolił drobinom na kontrolowane zawieszenie. Tymczasem słońce na niebie nieoczekiwanie przygasło, światło przybladło aż do stanu, w którym wszystkich obecnych ogarnął mrok. Człowiek w kilku ruchach otworzył wąski przesmyk dla promieni, które miały teraz tylko rozsrebrzyć wirujące drobiny, i pozwolić aby w wyniku tego stopniały i odparowały. Jednak coś poszło nie tak. Owiał ich tylko lodowaty wiatr. Materia pozostawała dalej w swym świętym, dawnym porządku. Carter machnął ręką zniecierpliwiony. Gwiazda na niebie zapaliła się na nowo.
– To pradawna technologia – rzucił niedbale człowiek. – Trochę unowocześniliśmy ją naszymi promiennikami WIFI. Zanieczyszczają rzeczywistość naszym wirtualnym światem mocy. Zniekształcają parametry psychofizyczne. Jakbyś snem zaraził rzeczywistość, ot co. W twoim Realu nie ma już praw natury, są tylko zachcianki człowieka. Każda z tych gwiazd w gromadzie wkrótce będzie miała własny wbudowany w jądro Globalny Router, emitujący podstawy nowego wirtualnego świata. Deszcz nie będzie padać, jeśli nie zezwoli na to ludzka wola, ty nie będziesz potrafił oddychać, jeżeli nie uzyskasz na to pozwolenia. – Wskazał metropolię za plecami. – I nie będzie negocjacji! Niech ci durnie zapomną o ustępstwach! Zamkniemy ich płuca w ułamku sekundy. Uśmiercimy ich, zanim odlecą na bezpieczną odległość z dala od naszej strefy WIFI. Tylko zbadamy ich przydatność dla naszego projektu, co zajmie chwilę, i… zginą.
– Co miałbym teraz uczynić dla pana, panie Carter? – zapytał G–Ramu z budzącą się paniką w głosie.
– Tylko jeden z twoich statków będzie ocalony. Upewnij się, że masz na nim najcenniejsze, co posiadasz. Resztę użyjemy w bitwach, z których się nie powraca.
– Rozumiem.
– My z żoną, jesteśmy archeologami. Weźmiesz teraz udział w nieoficjalnej misji. Nie myśl, że będzie ci łatwo, ale gwarantuję ci moim słowem, że tobie ani twoim kompanom nie spadnie przysłowiowy włos z głowy.
– A co konkretnie mam zrobić?
– Pomożesz nam w naszych wykopaliskach.
– A gdzie, jeśli można spytać?
– Wiesz, czego boją się te rihitiolańskie szczury?
G–Ramu spojrzał na nowego pana badawczo. Nie podejrzewał go o aż takie szaleństwo.
– Nie myślisz chyba, panie…? – wyjąkał niepełne pytanie.
– A właśnie tak, myślę o planetach Troarów.
Nikt dotąd nie zapuścił się w gromadę gwiezdną tak głęboko. Gwiazdy były tam stłoczone za ciasno, by jakiemukolwiek szybkiemu gwiazdolotowi udało się bezkolizyjnie manewrować. Dystans pomiędzy słońcami wynosił co najwyżej tygodnie lotu światła. Mimo, że nigdy nie doszło do zderzenia i obiekty poruszały się w perfekcyjnym tańcu, to nie dawały szansy nikomu i niczemu na kontrolowaną orbitę. Nie mówiąc już o lądowaniu na powierzchni zakazanych planetach Tryorów.
– Polecimy tam jednym statkiem – powiedział Carter. Dotknął jego zrogowaciałej piersi wskazującym palcem, na którym błysnął czarnym okiem starożytny pierścień. – Twoim statkiem.

3

– Kurwa, „Lord”. – Kiwała z politowaniem głową. – Wszystko, tylko nie „Lord”. Coś ty znowu wymyślił? – mówiła, układając rzeczy w szafkach igholatańskiej kajuty, która miała być ich domem przez długie miesiące.
– No, dobra – mruknął z niechęcią. – Powiem mu jutro, żeby mnie tytułował „Pan”.
– I jeszcze jedno – kontynuowała z nieustępliwością godną prawdziwej kobiety. – Na jaką cholerę używasz tych pierścieni? Wykryją to na parsek. Przecież zamkną nas za takie pokazówki!
– Pierścienie nie są notowane. Pochodzą z niezarejestrowanego wykopaliska z głębi Drogi Mlecznej. To obca, przypadkiem kompatybilna z naszą technologia. Nikt nie zorientuje się w tym wojennym rozgardiaszu. Zresztą, mam kilka identyfikatorów genetycznych. Zanim mnie znajdą, miną wieki.
– Miną wieki, zanim coś trafi do twojej pustej pały. – Mówiąc to, odwróciła się do chłopca. – Orsan, mówiłam! Nie dłub w nosie! Na tym statku są takie hordy bakterii, że nawet dziesięć zestawów immunologicznych nie pomoże. – Znów z oburzeniem zwróciła się do męża. – Powiedz coś temu chłopakowi! To przecież twój syn.
– A co, mam mu dać lekcje dłubania w nosie? – Wzruszył ramionami. Potem kontynuował z krzywym uśmiechem: – Zleję go po paluchach młotkiem, to go wyleczy. – Parsknął dzikim śmiechem, widząc zaskoczoną minę syna. Nie wiedział, co to starożytny młotek. – Tata żartuje – uspokoił go.
– Wiesz, co myślę… – powiedziała Cynthie, kiedy przenosili i ustawiali bagaże w nowym locum – Mogliśmy wynająć za parę groszy najemników z Hlidii. Nie ufam tym…
– Igholatianom? To poważne istoty. Dwadzieścia siedem płci to dość bezpieczna bariera. Nawet na ciebie nie spojrzą.
– Ja widziałam wzrok tego Ramu.
– Przesadzasz.

4

Wyszli z nadświetlnej trochę za wcześnie. Patrolujące jeszcze nie spenetrowaną przez armię przestrzeń Rihitiolańskie statki przeszły akurat obok. Czy można w kosmosie mówić „obok”, kiedy ma się na myśli tylko cztery jednostki astronomiczne? Faktem jest, że gdyby ich zauważyli, zmietliby ich jedną salwą, jak tylko przestrzeń wykazałaby pierwsze oznaki anomalii. Zabarwiała się wtedy czerwienią na obszarze miliona kilometrów sześciennych, jakby krwawiła tym nadejściem. G–Ramu nerwowo śledził odlot jednostek wroga. Był zaprzątnięty ciągle toczącą się inwazją w rejonie granic gromady gwiezdnej. Butni i pewni siebie, nie mieli jeszcze okazji poznać ludzi, a marną, samotną jednostkę ighotaliańską po prostu zignorowali.
– Mamy jeszcze dwa na kursie. – Carter wskazał palcem nadchodzące statki. Jeden był ogromny i ten nie wiadomo czemu trzymał się z tyłu. Drugi nie bawił się w ceremonię powitalną i już raził ich serią z dziobowych laserów. Statek igholatiański zatrząsł się od otrzymanych razów. Coś zawyło przeraźliwie, strzeliło, nadało im szalonej bocznej energii, w wyniku której polecieli wykrzywionym kursem wprost na księżyc jowiszowej planety, którą właśnie mijali. To poszły sterowniki nadświetlne, nieodzowna część przy każdym skoku w nadprzestrzeń. Bez nich do najbliższego systemu wlekliby się miesiącami. Pomimo uszkodzeń udało im się skryć w księżycowy cień. Planeta, dotąd schowana poza satelitą poraziła ich swym niesamowitym blaskiem. Musiała posiadać swoje własne źródło energii. Pod wpływem rozpędu wolno wychodzili poza tarczę księżyca.
Tymczasem statek Rihitiolan przyjął wyczekującą pozycję po przeciwnej stronie satelity i gotował się na zadanie śmiertelnego ciosu. Pośród Obcych panowało niepisane prawo nieingerencji w ruch ciał niebieskich. Nikt nie miał prawa uszkodzić bądź zmienić ze skutkiem katastrofalnym orbity planety, chociaż każdy technologicznie był do tego zdolny.
Tym razem znalazł się ktoś, kto ignorował prawo i ustalał własne zasady.
Tym kimś był… Carter.
Stał w sterówce sam. Wokół zapanowała panika. Załoga rzuciła się do szalup. Miarowo tykały mierniki. Syczały upusty pneumatyki. Krajobraz za całościenną szybą sterowni wypełniała przemykająca i już kończąca się powierzchnia księżyca. Za chwilę miał się pojawić rihitioliański krążownik.
Carter sięgnął po swoje pudełko mocy. Szybko wybierał kombinacje pierścieni. Nie było chwili do stracenia. Kilka nieopacznie spadło mu na podłogę.
– Zawsze mówię, durniu, żebyś kupił sobie wreszcie na te śmieci jakieś profesjonalne etui – rzuciła Cynthie, podając mu kilka skwierczących od bliskości dłoni pierścieni. Niewiadomo kiedy stanęła obok. Niewiadomo dlaczego miała ze sobą dzieci.
Mężczyzna założył sygnety na palce w gorączkowym pośpiechu. Powoli wrastały i pokrywały się nową oślizłą skórą. Jego dłoń stała się fioletowa i gruba, wreszcie zacisnęła się w pięść.
Tę pięść nakierował na małą iskrę błyszczącego w oddali statku.
Wolno mierzył.
Poza księżycowym cieniem WIFI ruchomej ziemskiej bazy było ledwo uchwytne. Potrzeba było nie lada umiejętności, aby zapanować nad strumieniem plików informacyjnych dla kontroli przestrzennej. Kiedy udało mu się lokalnie wytworzyć dodatkowe pola grawitacji, zrozumiał, że wygrał.
Zatrzymał własny statek zupełnie. Rozpalił fragment księżyca i zatopił w odmętach miniaturowej czarnej dziury. Z niesłychanym impetem proces ten porwał sąsiadującą przestrzeń i coś, co tkwiło ukryte poza nią. Kształt wrogiego krążownika wydłużył się, pękł w ogniu eksplozji i zgasł pochłonięty czernią mazi rozkrzewiającego się zniekształcenia.
Drugi, większy okręt próbował zbiec. Szedł całą wstecz, a mimo to zbliżał się nieustannie.
– Ten dokujący statek będzie nasz – stwierdził człowiek.
– Tak, panie Carter – odpowiedział bez zmrużenia oka stojący już obok G–Ramu. Stał niemo zapatrzony w człowieka. Jego podziw nie miał granic.
„Oto nadistota, na którą czekała jego rasa. Oto przedwieczny genotyp, którego mędrcy od eonów poszukiwali!” – myślał.
– Załoga powinna już nie żyć – stwierdził znów Carter, przerywając jego rozmarzenie. – Dopiero co udusiłem ich wszystkich – roześmiał się, wskazując swoje pudełko po landrynkach i poukładane w nim w tym samym zwyczajowym porządku sygnety. – Nie powiem, miałem w tym swoją przyjemność. Te szorstkie, jakby wypełnione kamieniami gardła były ciężkie do zamknięcia.
Wszyscy obecni ryknęli śmiechem. Nie wiadomo, kiedy wypełnili mroczną sterówkę. I ta nienawiść, z jaką dzielił się z nimi człowiek też była im bliska. Zdążyli w ciągu tej godziny pełnej zmagań i potu polubić za to pana Cartera.
Prędko zadokowali do obezwładnionej jednostki.
Przejęli kontrolę nad lukami towarowymi.
Rechotali jeszcze, gdy człowiek kazał im wyrzucić martwe ciała przez otwór wyładunkowy. Sporo tego było i wszyscy martwi należeli do pytrańskiej elity rządowej, nie mówiąc o Matce Żyworodnej, nabrzmiałej od zapłodnionych bulw. Wyglądała jak nadmuchany, obśliniony wieloryb.
Po namyśle rozszarpali ją na strzępy.
Pozostawili stary okręt na ciasnej orbicie stacjonarnej. Nowy statek był większy, lepiej uzbrojony i bardziej zwrotny. Było coś jeszcze na jego pokładzie...
Potężne kadzie rozrodcze i genetyczne generatory, w zespoleniu podobne do wielkiej zainstalowanej w korpusie okrętu fabryki dzieci. Takiej, w jakie wyposaża się floty kolonialne.

5

– Po co ci była ta czarna dziura, do cholery?! – rozpoczęła swą codzienną dawkę narzekań Cynthie. Układała rzeczy w nowej szafie. Gabinet admirała floty rihitiolańskiej był znacznie przestronniejszy. Miał widok na całą dziobową część statku. W oknie rozpinała się galaktyka, nieco z boku pyszniła się rozpalonymi błękitnymi olbrzymami gromada kulista, w głąb której zmierzali. – To jest karalne i niebezpieczne. Nie chcesz mnie chyba pozostawić wdową na pastwę tych parszywych istot.
– Myślisz, że… oni się zorientowali, że reprezentujemy tu tylko siebie? – spytał, przeglądając mapy na tablecie.
– Nie – odpowiedziała, wycierając nos. – Są przestraszeni. Zbyt sterroryzowani regułami własnego technokratycznego społeczeństwa. Myślą, że u nas jest podobnie. Poza tym ta ich multi–seksualność…
– To ciekawe. Zauważyłaś? Reagują jak zbiorowa matka. Nagminna nadopiekuńczość i wścibstwo.

6

Przeszli w nadświetlną z duszą na ramieniu. Podróż z tą szybkością w takim gwiezdnym tłoku zakrawała na szaleństwo. Na szczęście był to krótki skok wprost do samego centrum. Wypadli wprost na orbitę wokół gigantycznej planety przypominającej Ziemię. Lśniła od błękitu oceanów, a chmury w swym bajońskim nadmiarze wręcz oślepiły ich śnieżną bielą.
Natychmiast rozpoczęli manewr lądowania. Łagodnym łukiem oblecieli miasta odkryte jeszcze z wysokości pierwszej orbity. Pomimo panującego dnia, emanował z nich obcy i odpychający mrok. Wylądowali z dala od nich, bojąc się zagubienia w plątaninie potężnych ulic.
Wysypali się na zewnątrz.
Otaczała ich płaska równina, rozcięta korytami wyschniętych rzek, ciągnęła się po siny horyzont. Skąpa, blada roślinność zaledwie muskała ją swoją zielenią. Niebo, jaskrawo–pomarańczowe o poranku, z wolna przykrywały chmury. Wiało od nich chłodem. W dali poruszały się ogromne kształty legendarnych w galaktyce zwierząt. Sześcionożna podstawa biologicznej konstrukcji ledwie utrzymywała nieproporcjonalnie wyrośnięte ciało. Masywną głowę porastały potężne, ruchliwe wypustki. Zwierzęta manipulowały nimi niczym gigantycznymi palcami. Wwiercały się pod powierzchnię ziemi w poszukiwaniu pokarmu, nasłuchiwały i wydawały za ich pomocą przedziwne dźwięki. Jednak to nie siła mięśni utrzymywała ociężałe cielska istot w równowadze. Istniała druga, niebywale potężniejsza moc pozwalająca im nawet na ich swobodną lewitację, gdy przenosiły się z miejsca na miejsce. Telekinetyka.
W niebo wznosił się wówczas kurz i dało się słyszeć odległe porykiwania. Jakby rój gigantycznych bąków próbował usadzić się na wiotkiej gałęzi. Widać dotarły do wąskiej nici snującego się pod ziemią pokarmu, bo nie ustawały w przepychance o najlepsze miejsca.
Niedaleko nich poruszała się osamotniona bestia. Znudzona szukała swojego kęsa w ziemi. Towarzyszył jej łoskot osypujących się kamieni. Reagowała cichym, basowym lamentem na suchość i beznadziejną jałowość podłoża.
To ku niej G–Ramu i Carter skierowali pierwsze kroki. Zdołali się zbliżyć na odległość paru metrów, gdy Troar odkrył ich obecność.
Ryknął krótko i ostrzegawczo, przestępując z nogi na nogę dawał oznaki swego zdumienia. Podniósł się na potężnych nogach, a jego ceglasty łeb z obrzydliwym nosem pochylił się i zaczął ich obwąchiwać. Carter uniósł dłonie. Metal pierścieni płonął w nich żywym ogniem. Delikatnie dotknął palcami skóry zwierzęcia i szybkimi ruchami palców wypalił na niej runy posłuszeństwa. Troar natychmiast pochwycił wąsami jego rękę, ale uścisk szybko zelżał, stał się delikatny i poddańczy.
– Będziesz dla nas kopaczem. – W tonie głosu Cartera nie było pytania, dał się słyszeć rozkaz.
– Nikt od tysiącleci nie ośmielił się wypowiedzieć wobec mnie komendy - wychrypiała bestia. – Takich śmiałków spotyka żałosny koniec. Lepiej zawróć ze swojej drogi, głupcze!
– Mogę sam wyrwać tej planecie jej tajemnice. Ale szukam precyzji – odrzekł człowiek. Prosty gniew rozpalił mu oczy.
– Wiem, czego szukacie, ty i ten igholatiański zdrajca. Czuję piekło w waszych duszach. – Troar bardziej emanował słowami, niż udzielał się werbalnie.
– To bardzo pięknie. Dowiedz się jeszcze, że ja nie odchodzę z pustymi rękami. Nigdy! – Grymas złości nie schodził z twarzy Cartera, zdawało się, że od dawna tam mieszka.
Odszedł kilka kroków. Jego ręce już pracowały. Pieczołowicie układał się z planetarną siłą grawitacji. Długa na kilometr skiba ziemnej deformacji rozszerzyła się w glebie jak w maśle, potem dodatkowe wiry uniosły jeszcze głębsze masy skalne i wyrzuciły gdzieś na bok. Następny płat ziemi poleciał gdzieś poza stojący statek. Carter wiedział, że jest obserwowany. Ta manifestacja mocy miała posłużyć do kruszenia oporu, do łamania woli, wreszcie do zachwiania wiary we własne siły.
Teraz potrzebował delikatności i precyzji. Odwrócił się, wydając nieme polecenie. Troar, ociągając się, sięgnął ręką do wykopu. Jego palce wiły się i przeplatały. Pod falbanką jego ruchliwych kończyn wyrósł wpierw kopczyk, a potem kształt niewielkiego fundamentu odkrytego muru. W pracy archeologicznej Troar oszczędził nawet fantasmagoryjne ozdoby wieńczące krawędź cegły.
– Wystarczy – rzucił człowiek oschle. – Te ruiny akurat mnie interesują. Wiem, że głębiej są następne, jeszcze starsze. Tworzą warstwy skały osadowej, bo planeta była od milionów lat zamieszkała. Gatunek po gatunku pozostawił tu swoje ślady, a one nawarstwiały się, stapiały i wspólnie starzały. Pomiędzy nimi są niezniszczalne artefakty, jak dobrze zachowane skamienieliny, jak rodzynki w cieście. Chcę je stąd zabrać!

7

– Znowu zgrywałeś się przed tym biedakiem. Wszystko widziałam na podglądzie. Ile zaznaczyłeś tych krówek? Nikt się nie zorientował, że to zwykły szwindel z kodem dla bydła? – Cynthie była wkurzona. Lubiła być wkurzona.
– Nie. Zauroczyłem wiarę – odrzekł, ściągając niemrawo buty. – Patrzą na mnie teraz jak na swojego Boga. – Wstał bosy, przytulił ją i pocałował w powieki – Mamy koło setki tych zwierząt razem z małymi. Gdzieś używaliśmy podobnych do wykopalisk… Nie pamiętam dokładnie, może Rynthia? Wiesz, te wyschnięte oceany i odsłonięte podwodne miasta. Ale te tutaj nie mogą się równać z niczym innym w Galaktyce. Posiadają jakąś przedziwną moc, ich wąsy wydłużają się pod ziemią i rosną do monstrualnych rozmiarów. Są jak robaki drążące jabłko. Dosięgają skał metamorficznych i się nie palą. Nie wiem, na czym cud polega, ale dojdę do tego.
Stali na brzegu ciągnącego się po horyzont wykopu. Nieopodal błyszczał statek. Spod mocarnych nóg ciągle wznosił się dym. Ściany pokrywały dziwne rihitiolańskie ryty.
– Śmierdzisz – stwierdziła, patrząc mu w oczy.
– Czym?
– Śmierdzisz jak zboczony wieprz.
– Jak śmierdzi zboczony wieprz? – Przycisnął ją mocniej, wdzierając się kolanem pomiędzy jej nogi. – No, jak kochanie?
– Czuję wodę kwiatową na twojej szyi.
– To jest tylko zaschnięta ślina G–Ramu. Jak mówi to pluje – zdołał się usprawiedliwić.

8

G–Ramu podskoczył i z całą siłą swoich mocarnych ramion wbił rozczapierzone ostre dłonie w twardą szyję Troara. Wisiał tak chwilę nieruchomo, czekając, aż ustaną konwulsje ogromnego cielska i wtedy popuścił uchwyt. Monstrum zwaliło się na bok, w głąb rowu. Oto pierścienie pana Cartera ukazały swą moc, zwielokrotniając jego igholatiańską siłę.
– No, brawo! – człowiek podszedł do Igholatianina, prosząc gestem o zwrot pierścienia. – Niech reszta bydła wie, co je czeka w razie niesubordynacji. – Pomógł mu ściągnąć pierścień. Jeszcze przez chwilę ręka G–Ramu pozostawała sina, wyglądając na mocno poparzoną.
– Boli.
– No. O! To nie są żarty. Ale twoje ciało szybciej ulega metamorfozie niż moje – rzucił z nieukrywanym podziwem Carter. – Musisz zatem bardzo uważać. To niebezpieczne narzędzia. A do bólu się przyzwyczaisz, jak każdy mężczyzna. – Pogładził go po twarzy na pocieszenie, bo obcy niewiadomo czemu się rozpłakał. – Dziwne, że ten pierścień pasuje ci na jeden tylko palec, a żaden inny z pozostałej kolekcji w ogóle nie wchodzi – zastanawiał się człowiek.
– Troar niemal cię zabił, panie.
– On tylko zamknął mnie w swoim polu. To było niegroźne. Czułem kontakt. – Człowiek wyglądał na podekscytowanego.
Po chwili wahania G–Ramu przyciągnął go ramieniem do siebie. Przycisnął delikatnie i wpił żabie usta w jego małe, wąskie i suche. Wypełnił językiem usta tego człowieka, aż stały się lepkie, gorące, spragnione, uległe, a wreszcie pełne i radosne. Puścił go i aż się sam zatoczył.
Patrzyli na siebie przez chwilę w milczeniu. Carter podrapał się po głowie. Takie coś zdarzyło mu się po raz pierwszy w życiu. Nie chciał o tym pamiętać. Podszedł do ostatniego oczyszczonego przez Troara fragmentu skały. Pochylił się i w końcu usiadł. Przesunął dłoń ponad odkrytą próbką i skanując ją w myśli oznaczał wektory biegnące do potencjalnego łupu. Na wierzchu jego dłoni pojawiły się ekrany biologicznych monitorów, a na nich skomplikowane wykresy.
– Zobacz tutaj – mówił do G–Ramu. – Ta delikatna linia biegnąca wzdłuż ma grubość pół milimetra i reprezentuje około miliona lat. To skamieniałe drewno. Interesujący jest fakt, że w każdym fragmencie konstrukcji murów odnajdujemy tę właśnie warstwę reprezentującą szokujący wielkością szmat czasu. Prawdopodobnie posiada specjalne rytualne znaczenie, a może nawet znaczenie praktyczne. Hm…
Przejrzał następny odłamek skały, który Troar odłożył przed śmiercią specjalnie dla niego.
– Wydaje się, że pradawni mistrzowie budowlani wznosili tu swoje konstrukcje na bazie tego drewna, ale nie spełniało ono roli fundamentu, a raczej relikwii posiadającej całkiem praktyczną i wymierną moc. Zamykali w trumnach swoich mistrzów, a oni śnili, wypełniając zjawiskową rzeczywistość nowym, wirtualnym programem. Zatem widzimy tu znowu ślady tej samej idei, która przewija się przez wszystkie wykopaliska archeologiczne Galaktyki.
– Panie Carter? – wyszeptał nieoczekiwanie Igholatianin. Zbliżył się. Carter chciał mu coś odpowiedzieć. Nie zdążył. Usta Igholatianina skleiły jego własne w kolejnym, pożądliwym pocałunku. Carter nie oponował. Działo się z nim coś dziwnego. Powoli zdawał sobie sprawę, że nie może żyć bez tej subtelnie pachnącej wilgoci, bez tego doskonale wypełniającego, manewrującego w ustach jęzora poruszającego się w idealnym rytmie pozwalającym na coraz swobodniejszy oddech i coraz większą płynącą z tego przyjemność. Nigdy żadna kobieta w jego życiu, a miał ich wiele, nie potrafiła tak wspaniale całować. Poczuł, że G–Ramu ściąga z niego kombinezon. Drżał trochę. Broń Boże z zimna! Nie! Z drżącego oczekiwania, z niewyczerpanej żądzy przyjemności. Samo obnażenie się przed obcą istotą było niewypowiedzianie przyjemne.
– Panie Carter, chciałbym tu z panem pozostać do skończenia świata.
Carter uśmiechnął się. Dziwne, ale on też nie chciał się stąd nigdzie ruszać.

9

– Tylko popatrz na siebie. Podtrzymuję opinię. Wyglądasz jak zboczona świnia. – Cynthie nerwowo zagryzła wargi. Stali na dnie wykopu. Setki metrów w głąb ciągnęły się odkopane ruiny murów. – Popatrz na siebie jeszcze raz. Gdzie masz kombinezon?! Ta potargana koszula, rozerwany pasek u spodni, włosy… Kto wyrwał ci włosy? Usta ci krwawią!
– Wpadłem do rowu… – Carter ciągle nie mógł przyjść do siebie. Trudno mu było wyrównać oddech.
– Przyznaj się… Biłeś się z jakimś Igholatianinem i oberwałeś? – niemal stwierdziła. – Widziałam to martwe zwierzę. Jakby ktoś pastwił się nad nim cały dzień. Okropny widok. Sama bym się wściekła, gdybym tylko wiedziała, kto to zrobił?
– Ten zwierz był oporny. Poza tym celowo niszczył artefakty. – Chciał odwrócić uwagę żony. – Lepiej powiedz mi, co mamy do tej pory.
Uśmiechnęła się. Zawsze kiedy rozmawiali o eksponatach i potencjalnych zyskach, odzyskiwała dobry humor.
– To pomieszczenie za mną to była niegdyś zbrojownia. Pełno tu różnorodnej broni, prawdziwy skarb dla kolekcjonera, ale ten kawałek to prawdziwy rarytas – powiedziała, podając mu coś w rodzaju colta.
– Co w nim takiego dziwnego? Wygląda jak marna podróbka z Dzikiego Zachodu.
– To jest warte kupę kasy na rynku kolekcjonerskim. Ta broń nie strzela. Wysyła coś, co imploduje w żądanej odległości. Nie wiem, jak to konkretnie działa i jakie jest zasilanie. Cholera, to powinno być zardzewiałe od miliona lat, a jest pięćdziesiąt milionów lat starsze. Na Ziemi mogłyby się tym bawić dinozaury.
Carter zważył broń w dłoni. Była ciepła. Może żarła energię wprost z jego serca? Przestraszył się i zrobił wielkie oczy.
– No, dawaj to z powrotem, ty tchórzu. Nie dam ci nawet połówki egzemplarza, na pewno strzelałbyś jutro z tym z twoim G–Ramu do zwierząt.
Mężczyzna przełknął ślinę w straszliwym podejrzeniu, że jednak wszystko widziała.
– Odkryliśmy dziwne pasma drewna emanującego promieniowanie wirtualne – powiedział jakby od niechcenia.
– Myślisz… – Przerwała, widząc nadbiegających Igholatian. Biegli z nowiną. Odkopano jedną z trumien.
Carter i Cynthie wymienili porozumiewawcze spojrzenia. Ogarnęła ich euforia. Pobiegli.

10

Nad wykopem krążyły Troary. Teraz można było zobaczyć, skąd pobierają tę swoją niespożytą energię. Były szybkie jak rój pszczół. Bystre i niebezpieczne. Trudne do osaczenia i kontroli. Odebrały znalezisko jako swój osobisty sukces. Nie pozwalały podejść obcym i ludziom nawet na krok. Trzeba było użyć mocy pierścieni, żeby je przepędzić. Carter zakładał je wszystkie po kolei. Ręce mu się trzęsły i połowa nie pasowała. Utył czy co? Musiał użyć wszystkich. Wciskał je, aż darła się skóra i lała krew. Ręce mu nabrzmiały od ciężaru zarośniętych żyłami fioletu dłoni. Pomimo że Troary odsunęły się na bezpieczną odległość, na poły wykopana trumna emanowała takimi ilościami energii, że łatwo jej pasma wymykały się spod kontroli i topiły okoliczną ziemię. Mogli zapomnieć, że to świństwo da się załadować na jakikolwiek statek.
Carter podszedł na odległość kilkunastu metrów. Tutaj rozpoczynał się mrok w środku jasnego dnia. Powietrze falowało. Zaduch bił od odsłoniętego fragmentu trumny. Widział ją dobrze. Pośród rytów zdobiącego ją pisma jaśniały dwa głębokie pęknięcia. To stamtąd wydobywała się moc, która w miejscu wykopu zawładnęła światem. Rozwarł te miejsca, pozwolił się im wydobyć i wniknąć do otaczającego ich świata. Ryk wzmagał się. Nie wiadomo, kiedy się zaczął, ale trwał i potężniał. Wieko trzasnęło. Coś jak potężny wybuch targnęło powietrzem.

***

– No, dzisiaj mi zaimponowałeś, kotku. – Cynthie tuliła się do męża całym arsenałem piersi. Przyciągnął ją za pośladki bliżej. Leżeli nadzy w centrum pokoju. Obok bawiły się dzieci.
– Wiesz, pomyślałem sobie, że jeśli zamykali dawnego króla czy mistrza w tej trumnie, to otwarta musiała nie przejawiać wielkiej mocy – mówił. Jego oddech pełen był zapachu rihitiolańskiego wina, które pili razem chwilę przedtem z absurdalnie wielkiej butelki. – Dopiero po uzyskaniu wskazówek czy też wzmocniona jakimś duchem zamkniętej w niej istoty naprawdę osiągała niesamowitą moc. Mój komplet WIFI potrafi utworzyć niewielką, co prawda, czarną dziurę, przeciąć księżyc na pół, ale tu stanąłem niemal bezradny wobec siły kilku przeklętych desek i trupa.
– Ten G–Ramu dziwnie na ciebie patrzy… – Jej usta muskały skórę na jego torsie.
– Przesadzasz. – Zdawał się palcami przeliczać jej włosy.
– Tak, ja też widziałem, tato! Zachowujecie się jak dwa pedały! – dobiegł głos z głębi pokoju. Mały Orsan jeszcze nie spał.
– Widzimy to, kotku. Nie wywiniesz się. – Pocałowała go namiętnie w usta. Czuł jak twardnieją jej sutki. – Czytałam opracowanie w necie galaktycznym na temat seksuologii Igholatu.
– No i co?
– Mają te swoje dwadzieścia siedem płci, mieszają geny pomiędzy sobą w skomplikowanej grze miłosnej, ale kiedy osiągną pełne nasycenie genetycznego garnituru, ich goole są gotowe do złożenia tylko w jednym optymalnie doskonałym osobniku, którego wybierają spośród siebie. Reszta musi spieprzać albo…
– Albo?
– Zostaje zamordowana przez znosiciela lub przez tego, który ma już uformowane goole.
– A po czym poznaje się takiego osobnika?
– Po zapachu.
– Hmm…
– Zapachu wody kwiatowej.
Wbiła się w jego usta pocałunkiem. Zdławiła jego niewypowiedziane słowa, potem spiła z niego oddech. Przewrócił ją na plecy. Nigdy nie była aż tak gorąca jak tej nocy. Wiła się pod nim i jęczała. Mimo to miał kłopoty z ejakulacją. Męczył się z tym od dłuższego czasu. Od czasu pierwszego pocałunku z G–Ramu.
Cynthie usnęła wyczerpana.
„Smutna pinda z pojedynczą dziurką rozkoszy”. Wykradł się z pokoju. Całkiem nagi przebiegł ciemnymi korytarzami statku. Zapukał dość nieśmiało. Drzwi otworzył obcy. Uśmiechnął się na samą myśl o tym, co go czeka.

11

Carter nie przypuszczał, że zapach, jakim był przesiąknięty, mimo że tak delikatny i subtelny, będzie czytelny dla rodziny G–Ramu. Wszyscy patrzyli na niego z przestrachem. W niektórych oczach zobaczył nienawiść. Dopiero teraz znalazł czas, żeby się wszystkim dokładnie przyjrzeć. Nie byli jednakowi. Każdy reprezentował trochę inną odmianę tej samej rasy. To nie tak subtelna różnica jak kolor skóry, nie, raczej jak odrębny gatunek zwierzęcia. Wygląd, zachowanie, zwyczaje, nawet mówiony język był ciut inny, różny w intonacji czy naleciałości. Gdzieś to wszystko musiało się kulminować, jednoczyć we wspólnym celu posiadania potomstwa. Ale wszyscy byli trudni, wszyscy uparci, jacyś niejednolici, różni. Zauważył, że cieszy go ten fakt panującej niezgody, braku porozumienia i harmonii. Nawet pogłębiał ich wzajemne złośliwości, jak się to mówi dolewał po cichu oliwy do ognia. Rozpalał ich ciągłe dyskusje, wzburzał swoimi poglądami, które zmuszeni byli tolerować. Uwielbiał wysuwać argumenty, to wspierając, to druzgocąc jedną ze stron w nieustających kłótniach. Zawsze chodziło o dawne pola bitewne, o starych generałów, czy stan techniczny floty.
Carter nie tolerował umizgów. Bacznie przyglądał się tego typu gestom. Szczególnie jeden osobnik w rodzinnej braci, drab w miękkim chitynowym pancerzu, gdy nie widziany, próbował nawet pieszczotliwie szczypać pupę niczego nie podejrzewającego G–Ramu. Prawdopodobnie zachęcony nieprzemijającym zapachem jego miłości z człowiekiem.
Carter nie zawahał się dopaść go w miejscu odosobnienia i utopić w rihitiolańskim nocniku wielkim jak wanna. Miał w tym swój prywatny interes, przypuszczał, że ta rasa zginie, jeśli zniknie brakujące w procesie rozrodczym ogniwo. Zresztą postanowił od tej pory nie dzielić się z nikim G–Ramu. Ten obcy miał należeć tylko do niego. Później, gdy już mu się znudzi, będzie cenną zabawką najznakomitszych burdeli Galaktyki.
Miał tylko kłopot z Cynthie. Patrzyła na niego jakoś dziko i pożądliwie. W nocy nie dawała mu spać. Jękami budziła nawet dzieci. Kiedy zasypiała… uciekał.

12

Zamknęli się w pokoju sami. To był słabo oświetlony, przesycony aromatem starych igholatiańskich win, standardowy mostek kapitański. Nic, tylko surowy osprzęt i szerokie rihitiolańskie łoże, takie właściwie dla wszystkich ras w tym rejonie galaktyki.
– Panie Carter – powiedział nagle G–Ramu, stając przed nim. Widział, że walczy ze sobą. Przełykał gwałtownie ślinę i oddychał nerwowo. Bał się swojej decyzji. – Ja już nie umiem myśleć o niczym innym.
Nie dokończył, bo człowiek musnął ustami jego wielkie oczy. Były miękkie w dotyku języka, jakieś zamszowe i ciepłe, powieki drgały pod nimi jakby dotknięte snem.
– Nie trzeba, ja sam czuję się przy tobie bosko. Tylko nie lubię całej tej twojej rodziny.
G–Ramu wzruszył ramionami.
– Mogę ich dla pana wszystkich zabić – wyszeptał namiętnie.
– O, i to mi się podoba. Zabij ich. Wszystkich po kolei. – Przez chwilę się zastanawiał. – Albo lepiej razem. Albo jednak po kolei.

13

Carter siedział w głównym fotelu pilota, na statku obcych. Fotela nie zrobiono na jego miarę, zdawał się w nim mały i niepozorny. Poza tym był nagi, a powierzchnia siedzenia lodowato zimna, jednak rozgrzewała go perspektywa bezczelnego obnażenia. Nie wiedział, skąd u niego pojawiło się nagle tyle dewiacji? Ale wobec całej tej skubanej rodzinki i kochanka okazywał dumę i rozkoszne poczucie wyższości. Też nie rozumiał, gdzie to uczucie ma swe korzenie.
Do sterowni wbiegła Cynthie. Była w przeciwsłonecznym kapeluszu. Drżała. Z jej oczu płynęły łzy.
– Ty męska dziwko! – krzyknęła i natychmiast brudną od gliny dłonią zakryła usta… z obrzydzenia.
Carter uśmiechnął się do niej. Kiedy go szarpała za rękę, nawet się nie poruszył, żeby nie stracić niczego z błogości chwili, w jakiej zamknął go G–Ramu. Igholatianin dyskretnie odciągnął ją na bok.
– G–Ramu, musisz mi pomóc – wyszlochała w jego ramiona. – Ten drań jest w orgazmie. Stary zbok! – wykrzyknęła, zanosząc się płaczem.
– Co się stało? – zapytał obcy.
– Znalazłam córkę – ledwo mówiła, łkając. – Znalazłam zamordowaną córeczkę. Miała dopiero osiem lat. Ktoś wyrwał jej nogi i głowę, a resztę wrzucił do wykopu. – Jej ręce dygotały. Wspomnienie spienionej od śliny szyi córeczki ją oślepiało. – Taka straszna śmierć – mówiła. – G–Ramu?! – zapytała, patrząc mu głęboko w oczy.
– Tak? – pytaniem i tak wyrażał gotowość.
– Pomóż mi znaleźć mordercę – poprosiła. Myślała przez chwilę i dobitnie stwierdziła: – To musiał być ktoś od was! Znalazłam ślady bestialskiego gwałtu.
Twarz G–Ramu była jak z kamienia. Tylko w oczach rodziło się zimne, obojętne spojrzenie, które przebiegło kobietę jak dreszcz od stóp do głów.
– Dobrze więc. – Skinął na dwóch pilotów. Obaj drżeli, kiedy wychodzili we czwórkę na zewnątrz. Zrobili kilka kroków i zatrzymali się pod wielkim wspornikiem statku. Coś miarowo syczało im ponad głową.
– Gdzie masz tę broń, którą znalazłaś wczoraj w wykopaliskach? – zapytał G–Ramu z lodowatą nutą w głosie.
Patrzyła na niego z niedowierzaniem.
– No… Mówię o tej, którą schowałaś za pasek swoich spodni – wyjaśnił zimno.
W jego oczach widziała tylko beznamiętną wściekłość. Podała mu z wahaniem miniaturowego colta, którego znalazła podczas samotnego spaceru przed zachodem słońca.
– Ładny – rzucił twardo. Wymierzył do swoich towarzyszy i strzelił im kilkakrotnie w brzuchy. Zwinęli się jak puste, papierowe worki. Ta broń strasznie wysuszała.
– Teraz jesteśmy już kwita? – zapytał. W jego ustach coś poruszało się nieustannie. Wielkie gardło przesuwało się tam i z powrotem. Czuła jego słodki oddech, jakby najadł się przed chwilą cukierków.
– Ja… Ja… – Nie umiała wykrztusić słowa. Cofnęła się o krok. Wtedy z wnętrza statku wybiegł młody igholatiański chłopak. G–Ramu strzelił mu w głowę. Czaszka z sykiem i skwierczeniem zapadła się do środka. Chłopak biegł jeszcze krzywo, ale w końcu zwalił się na bok.
– Nie pomyślałem o tym – mruknął swoim lodowatym tonem. – Masz rację. Ostatnia ofiara była w zbliżonym wieku. Teraz jesteśmy kwita. O zwłoki się nie martw. Troary zeżrą wszystko. Na tej pustyni nie mają wielkiego wyboru.
Podał jej ciepły jeszcze rewolwer. W oczach miał już tylko zimną obojętność. Z oczu Cynthie wypłynęły krople łez. Nie przestawała się trząść. Odtrąciła jego rękę. Nie chciała broni, na której ciążyło przekleństwo.

14

– To potwory! Zrób coś! – Stała naprzeciw niego w samym biustonoszu. – Nie mogłam znaleźć jej głowy! Rozumiesz?! Głowy! Mój Boże… Znalazłam pojedyncze, małe oko, które okazało się jakimś parszywym, oślizłym grzybem, włosy, które były wysuszonym mchem! Ja zwariuję, rozumiesz?!
– Spokojnie, Cynthie. Mamy kopię naszej Riany w głównym banku genetycznym Ziemi. No co? – żachnął się. – Najwyżej nie będzie pamiętać ostatniego roku. Nie było nawet czego. Tylko wojna i podróże.
– Ale ty i ten G–Ramu! Durniu! – Jej dłonie zacisnęły się z bezbronnej rozpaczy.
– Mam ci przypomnieć tych sukinsynów z Loganii? Co z nimi robiłaś? – Miał na ustach drwiący uśmiech. Dziwny jak na tak obrzękłą twarz.
– Ale zobacz, co on z tobą robi. Wyglądasz jak podtruty. Straciłeś naturalne kolory. Jesteś jakiś zimno siny. Brak ci koordynacji ruchów. I… Nie dotykaj mnie! – rzuciła szybko, kiedy próbował chwycić ją za rękę.
W odpowiedzi zrobił nieśmiały krok w tył
– Nawet już nie chcę. – Kompletnie stracił nadzieję na jej udobruchanie. – Chciałem tylko powiedzieć, że wyprowadzam się.
– Że co? – Nie wyszło jej to zdziwienie. Duchowo nie mieszkali już razem.
– Dobrze słyszałaś. Przenoszę się do mieszkania G–Ramu. – To imię podziałało na nią jak rażenie prądem.
– Ty… – Brakowało jej słów. – Całkiem oszalałeś! – Gwałtownie uniosła rękę. – Zrób jeden krok w tamtą stronę i nie chcę cię znać! – wykrzyknęła z bólem.
– A pewnie. W banku genetycznym znajdziesz moją kopię z czasów sprzed wyprawy – rzucił za siebie. Jej ostatnie słowa tylko jeszcze bardziej go zachęciły do kolejnych pijanych kroków.
– Przecież jesteś notowanym kryminalistą. Takich się nie kopiuje – stwierdziła sardonicznie.
– Trudno, znajdziesz kogoś innego. – Trzasnęły drzwi.

15

– No, cześć… – Chłopak podniósł wzrok znad znaleziska. Siedział sam w wykopie. Słońce paliło tu niemiłosiernie. Był cały spocony, ale, jak rodzice, zainteresowany znaleziskiem. Sam sprzedawał, co znalazł. Była to forma kieszonkowego.
– Nie znam pana – rzucił oschle.
– Znasz, znasz. – G–Ramu zmierzwił mu włosy swoją żabią dłonią.
– Nie znam, po tym, co robi pan z moim ojcem. – Ze złością odepchnął dłoń Igholatianina. Przełknął głośno ślinę. Nawet język mu drżał.
– Słuchaj – mówił dalej bardzo spokojnie G–Ramu – lubię twojego ojca. A jeszcze bardziej lubię ciebie.
– Mama mówiła, żeby was wszystkich omijać z daleka.
– I dlatego tu jesteś?
Chłopak zmieszał się.
– Nie wie, że tu jestem. – Przeraził się brzmienia własnych słów. Glina na dłoni zasychała. Czuł, jak pęka, kiedy przetacza się pod nią linia strachu.
– Myśli, że jesteś na statku?
Przytaknął głową w odpowiedzi.
G–Ramu pociągnął go za ramię.
– W takim razie chodź ze mną. Coś ci pokażę.
Chłopak podążył bardzo niechętnie. Zagłębili się w labirynt na poły zniszczonych ścian. Wszystko tu szeptało jakieś zaklęcia czy wiersze. Można było od tego oszaleć. Od paru dni krążyły tu chmary jakichś owadów. Były nieznośne. W tym końcu pracowało kilku Igholatian. G–Ramu przywitał się z nimi uśmiechem. Stali przez chwilę nieruchomo. Jak skazani przed szwadronem śmierci. Nieoczekiwanie obcy wyciągnął z kieszeni niewielki przedmiot. Czarny rewolwer mamy. G–Ramu wsunął go w dłoń chłopaka.
– Jak masz na imię? – zapytał z uśmiechem jaszczurki.
– Orsan – rzucił niechętnie chłopiec.
– Żal ci siostry? Chciałbyś ją pomścić? Zastrzel tych tam pod ścianą. Już ich nie kocham.
– Mama wczoraj… – zaczął wyjaśniać.
– Ale ty nie masz do mnie żalu? Może chcesz wyrównać straty? Zabij ich. – Jego wielkie oczy miotały krótkie błyskawice.
– To nie jest czysty interes. Kochałem swoją siostrę. Ty chcesz jej życie w zamian za śmierć tych, których sam chcesz się pozbyć. Musiałbym zabić ciebie.
– O, targujesz się – warknął.
– Jeśli czujesz się winny, to pozwól mi ustalić cenę – przekonywał Orsan.
– Nic nie będę z tobą ustalał, smarku. – Złapał go, ścisnął za ramię i cisnął do rowu. Chłopak upadł na dno wypełnione wodą. Nie tracąc chwili, rzucił się do ucieczki. G–Ramu ruszył w ślad za nim. Orsan czuł jego oddech na plecach. Wtem ktoś go złapał, uniósł za nogi wysoko w powietrze. Rozwierał dziecięce nogi coraz szerzej i szerzej, niemal je rozrywając. Chłopiec krzyczał z bólu. Poczuł w swojej dłoni ciągle trzymaną broń. Strzelił na oślep za siebie. Kogoś trafił, bo upadł razem z tym kimś, ale nie był to G–Ramu. Ten ciągle śmiał się gdzieś z boku.
– Tylko to… sprawi mi przyjemność… smarku! – krzyczał i rechotał na przemian.
– Później pogadamy o przyjemnościach, jak dopadnie cię moja kula! – odkrzyknął chłopiec, biegnąc wzdłuż rowu.
– O, to lubię. Zachowujesz się jak twój tatuś.
– Pieprz się!
Do końca rowu pozostało parę metrów. Tam zaczynała się skarpa.
– Dopadnę cię, nie pożałujesz.
– Mammmo! – Stanowisko archeologiczne Cynthie było tuż obok.
G–Ramu wpadł na jego plecy jak rozwścieczony zwierz. Kąsał go zębami, dość pieszczotliwie i delikatnie. Wykręcił mu głowę, dość łagodnie i wcałował się w dziecięce oczy, tak bez gwałtowności. Cieszył się, że mały krzyczy, że jest cały sztywny, obolały w rozpaczy. Ścisnął go mocniej długimi, sztywnymi od podniecenia palcami. Potrafiły nieść ból, pieszczotliwie gładzić i penetrować, przebijać i rozrywać, nawet ciąć, będąc w specyficznym złożeniu. Była to w końcu jedyna broń tej rasy w pradawnych zamierzchłych czasach, kiedy wszyscy mieszkali na drzewach. Wpił się pocałunkiem w małe usta, rozerwał ubranie i począł wylizywać to małe ciało. Jednak niewielki błąd i drobne ciałko wymknęło się mu z przeraźliwym wrzaskiem. Zarechotał. Jego śmiech przerodził się w przeciągły gulgot, potem warczenie, kiedy mały strzelił w skarpę ziemi tuż obok głowy.
– Jesteś cholernie nieczuły, jak twoja siostra! Z waszej rasy dobrze smakują tylko dojrzali mężczyźni! – krzyknął za nim, poprawiając na sobie przywdziany na tę okazję generalski mundur.

16

– Mammmo… – Orsan wpadł na nią potargany i skrwawiony. W jego dłoni jeszcze dymił mały rewolwer. Ten sam, który nosiła od dłuższego czasu w swojej kieszeni. Zwisł ramionami na jej brzuchu i upadł do stóp, łkając.
Trzęsąc się od wizji i przeczucia, upadła razem z nim.
– Co się stało, dziecko? Dzieciaku, uspokój się, mów. Mój mały! Przestań płakać! Mów!
– G–Ramu…
– Co G–Ramu?!
– Lizał mi usta, lizał mi brzuch i potem… pupę. – Orsan trząsł się jak w gorączce. – Kazał mi zabijać swoich krewnych. Mówił, że już ich nie kocha! – szlochał bardziej. – Mówił… że mam sobie odebrać dług. – Łzy ciekły mu po twarzy. – Mówił, że jestem mały, sztywny smark, że nie znam się na pieszczotach! – W kąciku jego ust pojawiła się krew z pękniętej wargi. – Taki sam sztywny smark jak moja siostra.
– Gdzie jest ten skurwiel?!
– Za skarpą. Nie idź tam! Proszę, nie idź! – Trzymał się mocno jej ręki. – On tu nie przyjdzie. Wiem! Boi się ciebie, mamo!
– Boi się… – prawie wyprostowało ją to zdziwienie – mnie?!
Chłopiec całował jej dłoń, kiedy mówił:
– Nie jest dobrze, kiedy się nie kochacie z ojcem. Mała Riana powiedziała mi jednej nocy, kiedy słuchaliśmy odgłosów z waszego łoża, że bez seksu nie ma zdrowej rodziny, że tata oszaleje od chcicy i wybierze sobie obiekt zastępczy. Dla mamoszka liczy się archeologia. Tylko kopanie i dłubanie.
– Więc to wszystko moja wina? – Była więcej niż zła.
– Tak myślałem przedtem. – Orsan przełknął ślinę. Ciągle się bał… nawet mamy! – Trochę czytałem. Kiedy rozmawiałaś z ojcem na ten temat, sam przeszukałem net. Igholatianie mają dwadzieścia siedem płci. Tak?
Skinęła głową twierdząco.
– Współżyją razem do czasu, kiedy jeden z nich uzyska gotowy do rozrodu pakiet genetyczny. Tak zwane goole. Wtedy wynajduje z pozostałej paczki najlepiej rokujący garnitur rozrodu i składa w nim swoje goole. Resztę rodziny usuwa. Może ich nawet zabić.
– Wiem o tym wszystkim. Nie myśl o tym. To napędza twój strach. – Gładziła jego włosy. To był ciepły ruch. Uspokajał go.
– Nie, mamo. On się ciebie boi, bo możesz odebrać mu ojca. – Orsan był odkrywczy, był przekonywujący, był szokujący w swojej odkrytej prawdzie.
– O czym ty mówisz?
– Oni posiadają bardzo silny instynkt posłuszeństwa wobec tego seksualnego rytuału. Członkowie rodziny Ramu go nie zabiją. Ty możesz. – Patrzył jej w twarz z bolesną nadzieją.
– Zabić ojca? – Zaszkliły się jej oczy.
– I ja mogę… – Zadrżały mu usta.
– Co ty? O czym ty, do diabła, mówisz?!
– Lepiej biegnijmy na statek, mamo. Nie mamy chwili do stracenia. On… On… Już go zainstalował w wylęgarni. Zamknął się na statku i zaraz wystartuje.

17

Po ostatniej upojnej nocy z G–Ramu Carter leżał na ogromnym rihitiolańskim łożu otoczonym przyrządami niewiadomego pochodzenia. Nie chciał się ruszać, nawet nie chciał uronić chwili z błogości, którą odczuwał. Ruch oznaczał bodźce, oznaczał ponowne zatrudnienie układu sensorycznego i stłumienie rozkoszy. Czuł, że jego ciało napęczniało, wzdęło się w ogromie tego uczucia. To był puch, pianka sięgająca nieba, to nie była gumiasta naciągnięta skóra. Ledwie można go było rozpoznać w tym stanie. Tylko jego usta i bezczelne, upiorne oczy pozostały takie same. Roześmiał się zjadliwie na dźwięk kroków G–Ramu. Patrzył na Igholatianina z bezgraniczną miłością i oddaniem. Oddał mu wszystko, nawet pierścienie mocy WIFI, wiedząc, że Armia i tak go z nimi kiedyś przyskrzyni. G–Ramu potrzebował tej mocy, było niemożliwością dźwignąć ważące ponad tonę ciało człowieka.
– Tylko ja i ty – wyszeptał człowiek. Ton jego głosu pieścił każde słowo. Nie mógł dojrzeć sufitu. Skąd na tym statku taka wielka hala?
– Tak, panie Carter.
– Nie musisz mnie tak nazywać. Mówiłem, że dla ciebie mogę być po prostu Geofrey. – Zabrzmiało to jak delikatne upomnienie.
– Ja… Ja nienawidzę pana od pierwszego dnia, kiedy pana ujrzałem.
– Oj nieładnie… To boli, G–Ramu. – Nie potrafił nawet wiercić się na łóżku, a pamiętał, że tak to lubił przed każdym kolejnym zbliżeniem.
– Niech więcej niż boli. Niech cię piecze w najgłębszym zakątku twego serca, niech ten rozjątrzony ból wyleje się na ciało, niech zszarpie najmniejszy splot twoich nerwów, niech przejmie cię goryczą i niepojętą niemocą! Poczujesz wtedy to, co czułem ja, kiedy mordowaliście moich bliskich, paliliście miasta i niszczyliście planety.
– Nie wierzę w to, co mówisz, łotrze… Powiedz, że tylko droczysz się ze mną, że to znowu kolejna twoja figlarna zabawa…
– Należy ci się pewne wyjaśnienie – zaczął G–Ramu poważnym tonem. Carter nie był przyzwyczajony to poważnych rozmów już od dłuższego czasu. Ranił go ten ton. – Moja rasa jest inna niż twoja. My nie niszczymy życia, raczej celebrujemy jego różnorodność. Wynaleźliśmy sposób na jednoczenie genetycznych struktur. Rasy, które napotkaliśmy, podbijając Galaktykę, miały nie tylko wady, ale również zalety. Zrobiliśmy wszystko, żeby te właśnie zalety wykorzystać w nowych projektach ighotoliańskiej nadistoty. Nie było to łatwe. Natura wydała nas na świat, bo miała w tym swój cel – propagację i ochronę życia. Wyniesienie tego życia pomiędzy gwiazdy. Dlatego nie niszczyliśmy. To była nasza filozofia i wiara. Wszystko, co napotkaliśmy na naszej drodze, poddawaliśmy drobiazgowym badaniom. Każdy nowy wzór genotypu był dla nas bezcenny. Ładowaliśmy to do naszej zbiorowej genetycznej pamięci i stosowaliśmy w tworzeniu i doskonaleniu nowych gatunków. Zaczynaliśmy od drobnoustrojów. Potem udało się nam wykreować nowe gatunki zwierząt, wreszcie spróbowaliśmy na nas samych. Dlatego potrzebowaliśmy aż dwudziestu sześciu osobników o różnej potencji genetycznej i lat grupowej miłości, aby uzyskać jednolity pakiet nasienia zdolnego zawrzeć w sobie wszystkie genotypy. Z tobą to było eksperymentowanie i wielkie wyzwanie. Goolo było gotowe w kilka dni. Udało się. Ty i pięćdziesiąt procent naszego materiału genetycznego pozwoli na stworzenie rasy, która będzie zewnętrznie nie do odróżnienia od człowieka, a wewnętrznie będą to tylko nasze igholatiańskie dzieci.
– To będą bękarty! – ryknął ciepłym głosem Carter. Ciągle go jeszcze kochał. Pomimo tych słów. Pomimo ich brzmienia.
– Panie Carter, to będą nasze dzieci, a jeśli się nie uda z panem, spróbujemy jeszcze raz. Pełno jest w waszej rasie takich jak pan, starych lubieżników i wszelkiej maści seksualnych zboczeńców. Dotrzemy do właściwego genotypu, zrewidujemy i zmiażdżymy tę waszą butę i arogancję. Zjednoczymy z tym, co pozostanie, naszą nienawiść i okrucieństwo. To, co się urodzi, stanie się przekleństwem wszechświata! – Wybuchł szalonym śmiechem. – Ta hala nie jest kolejną sypialnią. To łoże, na którym tak wygodnie leżysz, nie jest łóżkiem do uprawiania miłości. Te wanny pełne odżywczych cieczy nie służą do kąpania. Skrzętnie to miejsce ukrywałem. Nie będzie więcej miłości między nami. Tak, tak, nigdy jej nie było, zawsze cię tylko nienawidziłem, nienawidziłem aż do granic rozkoszy. Jesteś w pokoju porodowym rihitiolian. Przychodzili na świat bardzo podobnie jak my, podobnie jak my pokochali naturę i jej troskę o zachowanie gatunków. Seks w waszym ludzkim wykonaniu jest prostacki uczuciowo, prymitywny technicznie i w ogóle nieinteresujący erotycznie. Nawet ewolucja nie zadbała o odizolowanie miejsc usuwania odpadków z organizmu od miejsc erogennych. Musiałem się za każdym razem przebijać przez pokłady zwykłego łajna. Posiadacie w technologii rozrodu mikroskopijne, pojedyncze jajeczko i miliony, ba, miliardy ślepych strzałów, żeby je trafić i zapłodnić. Co za prymitywne marnotrawstwo. Moje goolo przenika wszystkie miliardy pana komórek i przekształca je w komórki macierzyste nowego ciała. Każda z nich będzie nowym niezależnym organizmem. Sami wybieramy spośród siebie Matkę Żyworodną. Będziemy mieli nagle miliardowe potomstwo, panie Carter. Kiedy nasze dzieci przybiorą ludzki kształt, będą na zawsze w waszym społeczeństwie bezpieczne i silne.
Carter zarechotał na dźwięk tych słów.
– Ty igholatiański psie – zaczął. – My zabijamy samych siebie z jeszcze większą przyjemnością. Nie jestem tu oficjalnie. Ja to wszystko robiłem na własną rękę. Dopiero poznasz smak ludzkiej potęgi, jak się do ciebie dobierze policja genetyczna. – Jego głos był zachrypnięty, ale mocny i straszny w tak wielkim ciele.
– Jak to? Przecież jesteście tak doskonali. Zabijacie samych siebie?
Nie usłyszał odpowiedzi. Statek się zakołysał. Wstrząsnęła nim eksplozja. Stabilizatory położenia przez chwilę z trudem utrzymywały pozycję pionową. Ktoś wysadził solidnie zamknięty właz wejściowy. G–Ramu pożałował, że zaraz nie wystartował.

18

Cynthie skradała się w ciemnościach korytarza. W jej rękach drżał mały karabin z laserowymi ładunkami detonującymi. Trzęsła się. Nie chciała krzyczeć. Jeszcze nie teraz. Orsan wbiegł do statku razem z nią, ale straciła go z oczu, kiedy w dymie po wybuchu po prostu się rozkaszlała. Jeśli go zawoła, odsłoni swój słaby punkt. Igholatianin będzie wiedział, że zgubiła syna. Znajdzie go i użyje jako tarczy. Drżała na myśl o takim zwrocie akcji.
Trzymała się ściany. Gdzieś tam były drzwi do ładowni. Zapakowali wszystkie trumny, jakie znaleźli. Były otwarte, w razie czego schowa się do wnętrza i poeksperymentuje z kontrolowaną magią. Uśmiechnęła się do tej myśli.
– Hhhej? – Ten szept przerażał. Ten szept nadchodził gdzieś z góry. Ten szept mógł spadać z czarnych krążków komunikatorów. Ten szept mógł być pytaniem o jej położenie.
Milczała dalej, posuwając się wzdłuż korytarza z palcem na podwójnym spuście broni. Plecami wycierała cały chłód ze ściany, aż spływał z niej mrożącym potem.
– CCCynthiieee… – szept syczał. – Jesteś, pizdo, blisko. Czuję to.
Nie dawała się sprowokować. Tylko na ustach poczuła smak łzy.
Jakiś cień, czarniejszy niż ta ciemność, skoczył gdzieś w bok, gdzie powinny być drzwi. Strzeliła. Detonacja ją oślepiła. Upadła na kolana, jęknęła. Nikogo tam nie było, tylko ściana zapadła się do środka jakiegoś pomieszczenia, paląc się z furią. Dym znów niemal ją udusił. Pobiegła w ciemność. Tylko żeby się ukryć. Teraz już nuciła słowa jakiejś bojowej pieśni z kobiecych szwadronów inwazyjnych. Pomagały w takich chwilach jak najlepsza modlitwa. Gdzieś tu była ładownia, gdzieś tu…
– Cynthiiieee… – Szept był blisko. Nadchodził zza rogu. Wierzyła, że widzi tę żabią twarz z wielkimi jak u sowy oczyma. Bała się tylko spaprać strzał.
– Twój mąż rodzi – mówił – Cynthieee. Będziemy… tatusiamiiii… – Rechotał przez chwilę, zanim zamilkł w przeciągłym syku.
Drzwi. Drzwi. Drzwi. Zobaczyła zarys klamki i drzwi. Klamka. Nacisnęła w pośpiechu. Źle. Poprawiła uchwyt, karabin przeszkadzał. To była rihitiolańska pierdolona klamka. Zawsze miała z nią kłopoty. Szybko odłożyła broń pomiędzy nogi i naparła dłońmi z całej siły. I to nieomal ją zgubiło. G–Ramu tylko na to czekał. Wyskoczył z ciemności wprost na otwierane drzwi. Sczepił się z jej ciałem, wierzgnął nogami, żeby dobrze ją przygwoździć swoim ciężarem, kiedy upadną na podłogę. Cynthie stęknęła głucho, jej plecy niemal się rozpadły na dwoje. Było tu kilka stalowych stopni. Czuła, jak ścinają jej skórę razem z super wytrzymałym kombinezonem. Obcy unieruchomił ją splotem ramion tuż pod schodami. Czuła jego kwiatowy, pełen jadu oddech. Nawet zlizał własną ślinę z jej ust.
– To taki żarcik, Cynthie – skomentował. – Bawimy się dalej?
Milczała przez chwilę.
– Masz mojego męża.
– Mam was wszystkich – zarechotał wręcz z podziwu dla swego geniuszu. – Ciebie, żmijo, zostawię sobie na sam koniec. Jesteś zbyt wulgarnie zachęcająca. Wolę wstrzemięźliwość i opanowanie. Łatwiej uzyskać stadium miłosnego upojenia, tak bezwzględnie niezbędnego do rozpoczęcia procesu fuzji moich goolo z komórkami ciała donora.
– Nic mi już nie zrobisz.
– Zrobię, zrobię – syknął krótko. Z oczu sypały mu się iskry.
Cynthie splunęła mu w twarz.
– Czujesz?! – warknęła. – To nie jest zapach mojego męża. Ja też jestem zapłodniona przez jednego z was. Czujesz, psie?
Nie wierzył. Nie wierzył, ale zwlókł się z niej załamany. Nawet gdyby kłamała, to czuł w jej ślinie… smak pędzącego przez żyły, jak trucizna, rozrodczego płynu.
– Kto?! – Jakże stanowczo to zabrzmiało. Biedny dureń się pyta.
– Moogie. – Słowo jeszcze nie zdążyło opuścić jej ust, a już na łokciach wymknęła się spod niego. Kopnęła go jeszcze na wylocie z całej siły w żółwią pierś. Ciągle tkwił jak ogłuszony w tej samej pozycji, z rozdziawioną paszczą pełną jakiegoś wyrodnego mlasku, który brała za niesmak czy oburzenie. Dość, by dać jej czas na skok w ciemność.
G–Ramu leniwym ruchem sięgnął do włącznika na ścianie. Ładownię zalało jaskrawe światło. Oboje wyglądali na śmiesznie małych naprzeciw rzędu gigantycznych trumien. Wieka leżały oparte o ścianę. Wszędzie walały się sterty skrzyń i kosze nieposegregowanych artefaktów. Na niektórych widniał biały numer identyfikacyjny. Cynthie ciągle się cofała w stronę najbliższej trumny. G–Ramu wahał się.
– Nie możesz mnie zabić… To wbrew regułom – wyjawiła mu swą myśl. Zdała sobie sprawę, że zgubiła gdzieś laserowy karabinek. Przeszedł ją dreszcz złego przeczucia. Było coraz mniej miejsca i coraz mniej czasu.
G–Ramu uniósł wolno głowę. Patrzył na nią z wściekłą nienawiścią.
– Mogę olać reguły. Jestem tu sama, bez świadków nie istnieją prawa. Nie wierzę w duszę, nie mam więc wewnętrznej bariery dla czynu. Zastanawiam się tylko…
– Długo ci to zajmuje. – Próbowała ręką namacać pudła za plecami. Musi w nich być jakaś broń czy choćby zardzewiały, długi gwóźdź.
– Zastanawiam się tylko, jak cię rozszarpać. I tego twojego smarka. – Nagle drgnął przerażony. – Gdzie masz smarka? – ryknął. Jaskrawe światło nakreśliło sporo cieni na jego ciele. Wyglądał jak złożony z kościanych, sztywnych fragmentów. Co za dziwna istota…
– Mój Orsan? – roześmiała się radośnie, ręka znalazła kilka rewolwerów naraz. – Mój syn zabija teraz swojego ojca.
Stał oniemiały. Na jego twarzy malowała się zgroza.
– Czy…?!
– Czy ziemskie dzieci zabijają rodziców?! – dokończyła za niego pytanie. – Pewnie! Synowie karzą śmiercią ojców z różnych powodów! Czeka cię miliard śmierci, tatusiu! – rzuciła za nim, gdy wyrwał się jednym skokiem na korytarz.
Nie traciła czasu. Wyszarpnęła kilka rewolwerów i pobiegła za nim, krzycząc i płacząc na przemian.

19

Nacisnął rihitiolańską klamkę i kopnął drzwi. Stanął jak wryty. Naprzeciw łoża stał chłopiec. Oburącz trzymał broń. Wizję strzału w głowę ojca roztrząsał każdy skrawek jego ciała. Topniały mu oczy. Płakał. Opuszczał i podnosił lufę swojego jakże małego rewolweru, jakby próbując wszystkie parszywe zaklęcia śmierci.
– Ej, smarku! – zawołał G–Ramu sprężony w swoim biegu, bo już biegł, mocarny w każdym kroku, pochylony i syczący jak jaszczur. – Zobacz, co mam. – Pokazał trzymany w dłoni okrągły pulsujący przedmiot. – Twoją pukawką możesz mnie i twojego ojca co najwyżej kurewsko uszczypnąć.
Chłopiec stał oniemiały. Zadanie widać mocno go przerosło.
G–Ramu biegł. Sala była potężna. Kilkanaście kadzi do filtrowania i karmienia małych. Wielkie nagrzewnice i wentylatory. To był wysoko rozwinięty technologicznie przemysł rozrodczy. Nic, z czym mógłby się równać człowiek z jego pojedynczą macicą i ślepą jak kura szansą zaistnienia.
– To jest blokator. – Machnął nim w powietrzu jak policjant odznaką. – Pozwala na ograniczenie mocy broni w całym tym obszarze. Doskonały dla dowódcy podczas rozejmu. Niezastąpiony dla policjanta w akcji. Znalazłem to w ruinach.
Zatrzymał się parę metrów przed nim. Mówiąc, wyszczerzył do niego… dłonie. Palce rosły, sztywniały. Nie, nie, to nie była jakaś tam erekcja palców. To był pradawny zew mordu. Mechanizm, broń ukryta w igholatiańskim ciele od milionów lat. Kiedyś, gdy istoty te w dzikich hordach przemierzały bezkresy planety w poszukiwaniu pożywienia i życiowej przestrzeni. Walcząc tylko… na ręce.
Palce rosły, puchły, potężniały, przedtem sflaczałe, stały się teraz zrogowaciałe i ostre jak szpony. Te parę metrów do chłopca pokonał w jakimś dzikim tańcu, w podskokach, które nie miały nic z hojności dynamizmu, a raczej wiele z radości szczura. Wytrącił mu z rąk rewolwer i przebił go jedną z dłoni jak harpunem. Rzucił zwiotczałe ciało bardzo daleko, bo aż na ścianę. Roztarł plamę krwi na podłodze żabią nogą. Brzydziła go. Odpychała go jej czerwień.
– Aaaa…
Cynthie uderzyła go w plecy. Upadł, ale od razu zerwał się na równe nogi. Biegła do łoża porodowego. Z jej nogi kapała krew. Kulała.
Biegł za nią i chichotał. Strzelała i nie trafiała. Chichotał i biegł, drapiąc ją po plecach długim pazurem. Miał ją na wyciągnięcie ręki i mógł tylko szarpnąć raz i ostatecznie. Otworzyć jej skórę aż po dumnie wypięte piersi. Mógł. Mógł… ale nie chciał. Strzeliła w ciało Cartera, aż ten drgnął obudzony.
– Kochanie? Cynthie? – Miał spojrzenie pełne białej mgły.
– Milcz, ty zapleśniały dupku.
Następny strzał był nieprzyjemny. Był bliższy.
– Mówiłem smarkowi, że ta broń jest dobra na pchły. – G–Ramu złapał ją i odwrócił do siebie. Odtrąciła go. Odskoczyła. Miała jeszcze tyle siły wśród łez i rozpaczy.
– Gińńń!!!
To, co zrobiła teraz, zaskoczyło nawet ją samą. To była mała zardzewiała wyrzutnia miniaturowych strzał z rozwierającym się ostrzem. Piękna broń nieznanej rasy z peryferii galaktyki Mlecznej Drogi. Użyła jej przedtem tylko raz. Teraz znalazła ją w swojej skrytce z narzędziami archeologicznymi. Wyrwała to małe żelastwo z kieszeni kombinezonu. Zbliżyła do głowy męża i wystrzeliła. Bryzgi krwi lśniły na jej czole, kiedy cofała się w stronę wyjścia. Krok za krokiem, byle dalej od tej przeklętej poczwary.
G–Ramu pochylił się do skoku. Potem nagle zwiotczał i uśmiechnął się zrezygnowany.
– Mam jeszcze ciebie i twoje igholatiańskie bękarty Moogiego. – Wzruszył ramionami. – Chodź do mnie, Cynthie, poczujesz pasję mojej miłości. – Znów pochylił się z sykiem żmijki.
Cynthie przełknęła głośno ślinę. Jej decyzja była nieodwołalna, jedyna, przeszywająca przerażeniem i lekkim dreszczykiem satysfakcji, słuszna i jednocześnie przeraźliwie druzgocąca, oparta na pryncypialnych przesłankach zemsty za syna. Jaka? Jaka?, pytała samej siebie, kiedy wyrzutnia tuż pod szczęką eksplodowała w przeraźliwie zardzewiałym smaku.
Melbourne 2011


Autor: Jan Maszczyszyn
Dodano: 2022-05-12 09:14:28
Komentarze
-Jeszcze nie ma komentarzy-
Komentuj


Artykuły

Pasje mojej miłości


 Ekshumacja aniołka

 Śniadanie wdowy, opowiadanie ze zbioru "Upiory XX wieku"

 Wywiad z R.J. Barkerem

 "Kraina Lovecrafta" - książka a serial

Recenzje

Szostak, Wit - "Szczelinami"


 Buehlman, Christopher - "Czarny Język"

 Abercrombie, Joe - "Mądrość tłumu"

 Kristoff, Jay - "Wampirze cesarstwo"

 Ciszewski, Marcin - "Most we mgle"

 Maas, Sarah J. - "Dwór Srebrnych Płomieni"

 Czarnecki, Piotr - "Reder '44"

 Pynchon, Thomas - "V"

Fragmenty

 King, Stephen & Chizmar, Richard - "Ostatnia misja Gwendy"

 Chakraborty, S.A. - "Imperium złota"

 Maszczyszyn, Jan - "Broilia"

 Clift, Bethany - "Ostatnia na imprezie"

 Novik, Naomi - "Ostatni absolwent"

 Asimov, Isaac - "Gwiazdy jak pył"

 Masterton, Graham - "Ludzie cienia"

 Shusterman, Jarrod & Neal - "Roxy"

Projekt i realizacja:sismedia.eu       Reklama     © 2004-2022 nast.pl     RSS      RSS