NAST.pl
 
Komiks
  Facebook
Facebook
 
Forum

  RSS RSS

 Strona główna     Zapowiedzi     Recenzje     Imprezy     Konkursy     Wywiady     Patronaty     Archiwum newsów     Artykuły i relacje     Biblioteka     Fragmenty     Galerie     Opowiadania     Redakcja     Zaprzyjaźnione strony   

Zaloguj się tutaj! | Rejestruj

Patronat

Crouch, Blake - "Rekursja"

Bardugo, Leigh - "Oblężenie i nawałnica"

Ukazały się

Rak, Radek - "Baśń o wężowym sercu"


 Corey, James S.A. - "Prochy Babilonu"

 King,Stephen - "Pan Mercedes" (2019)

 Rogoża, Piotr - "Niszcz, powiedziała"

 Anson, Jay - "Amityville Horror"

 Shannon, Samantha - "Zakon Drzewa Pomarańczy", część 1

 Cervantes, J.C. - "Posłaniec burzy"

 Bardugo, Leigh - "Król z bliznami"

Linki

Domagalski, Dariusz - "I niechaj cisza wznieci wojnę"
Wydawnictwo: Fabryka Słów
Cykl: Cykl krzyżacki
Data wydania: Kwiecień 2011
ISBN: 978-83-7574-426-2
Oprawa: miękka
Format: 125 x 195 mm
Liczba stron: 370
Cena: 34,65 zł
Seria: Asy polskiej fantastyki



Domagalski, Dariusz - "I niechaj cisza wznieci wojnę" #2

Visočica

Dotarli na miejsce tuż przed zmierzchem. Według węgierskich wywiadowców, w samym Visoko stacjonowały oddziały buntowników, więc ominęli osadę dużym łukiem i gdy słońce chowało się za horyzontem, stanęli u podnóża wzgórza Visočica. To tu, na jego szczycie, w pilnie strzeżonej twierdzy miał się ukrywać djed.
– Jezu Przenajświętszy – szepnął Tomasz. – Cóż to za dziwo?
Porośnięte gęstwiną wysokie na ponad dwieście metrów wzgórze miało kształt ostrosłupa o czterech równo nachylonych stokach. Wyglądało raczej na bryłę postawioną ręką potężnego olbrzyma niż twór natury.
– Pamiętacie, jak Jarosław z Iwna rozprawiał o tym, co widział w Afryce? – rzekł zaintrygowany Skarbek. – Przed ośmioma laty, gdy walczył z Maurami pod murami Tetuan, dostał się do mameluckiej niewoli. Zawiedli go, wraz z innymi więźniami, na zachód, gdzie miał zostać niewolnikiem, bo musicie wiedzieć, że Mamelucy w przeciwieństwie do swoich niewiernych pobratymców, okupów nie biorą. Jarosław po trzech miesiącach zdołał zbiec i wędrując przez pustynię różne dziwa widział. Razu pewnego trafił do zagrzebanego w piaskach starożytnego miasta, gdzie wśród posągów ni to ludzi, ni to zwierząt ujrzał olbrzymie, sięgające nieba kamienne piramidy. Ponoć wzniesione zostały ręką ludzką przed tysiącem lat.
– Nie szkoda było tyle kamienia? – zdziwił się Janusz Brzozogłowy. – Lepiej setki twierdz postawić lub mur wybudować wokół całego kraju. Po diabła sztuczne góry stawiać?
– Do chowania zmarłych. To były grobowce.
Rycerze zamilkli, z lękiem wpatrując się w piętrzące się przed nimi wzgórze. Oczyma wyobraźni widzieli wychodzące z lasu rzesze ożywieńców. Przegniłe twarze bośniackich wojowników, trzymających w kościanych dłoniach przerdzewiałe miecze, spływające krwią tasaki. Wstawali z grobów, żeby dokonać zemsty.
– Dość tego bajania – rozzłościł się Michał Küchmeister. Pokręcił głową próbując odgonić mroczne myśli. – Zanim ciemności zapadną, musimy wdrapać się na wzgórze, a potem zakraść do twierdzy i pojmać djeda.
– Myślałem, że wystarczy nam jego głowa? – spytał drwiąco Skarbek.
– Wpierw chcę z nim pomówić – odparł Krzyżak wpatrzony w szczyt, na którym majaczyła niewielka, półkolista twierdza.
Janusz Brzozogłowy wymienił znaczące spojrzenia z Zawiszą.
Ruszyli przedzierając się przez gęste krzaki porastające stromy stok, kluczyli wśród drzew wybierając najdogodniejsze ścieżki i minęła godzina, zanim wdrapali się na szczyt. W szarości zmierzchu dostrzegli wyłaniające się ponure mury twierdzy i upiornie sterczącą basztę, w której, jak podejrzewali, ukrywał się djed.
– Trzech strażników na murach – szeptał Vladko wracając ze zwiadu. – Nie wiem, ilu w środku.
– To się okaże, gdy tam wejdziemy – mruknął zakonnik.
– Jak masz zamiar to uczynić? – zapytał Tomasz Kalski. – Wszak miłościwy Bóg w swojej łaskawości skrzydeł nam nie dał, a same nie wyrosną.
– Jak wy, Polacy, chcecie wojny wygrywać, skoro Bóg nie tylko skrzydeł wam poskąpił, ale również rozumu?
Rudowłosy rycerz warknął wściekle i sięgnął do miecza.
– Nie czas i miejsce na spory – Zawisza przytrzymał jego dłoń.
– Każ mu zatem zawrzeć niemiecką gębę, bo utłukę jak psa.
– Wpierw ja z ciebie krew wytoczę, jak ze świni – syknął Krzyżak.
– Spokój! – Sulimczyk spojrzał na zakonnika. – Jak rozumiem obmyśliłeś jakiś fortel?
Michał Küchmeister uśmiechnął się tylko.

***

Miroslav poprawił szłom, mocniej ujął pochodnię i ruszył na obchód twierdzy. Dowódcą straży był zaledwie od tygodnia, kiedy staremu Kulinowi zeszło się z tego świata. Nie zginął od miecza, nie zawisł z pętlą u szyi, jak zazwyczaj umierali bośniaccy mężczyźni. Po prostu jego serce nie wytrzymało. Skonał w łożu, wieczorem położył się spać i już się nie obudził. Nie miał żony ani dzieci, więc nikt za nim oczu nie wypłakiwał, tylko strażnicy z Visočicy, gdy już go w mogile złożyli, krużą wina uczcili jego pamięć.
Miroslav nie chciał tej godności. Wolałby po dawnemu iść z oddziałem w las, polować na Węgrów i wyrzynać ich, póki siłw rękach starczy. Nienawidził ich z całego serca za to, że ośmielili się wtargnąć na bośniacką ziemię, grabić, mordować, gwałcić. Zabrali im wolność i chcieli wytępić wiarę. Miroslav wraz z innymi poprzysiągł, że odłoży miecz dopiero, gdy ostatni z najeźdźców opuści Bośnię.
Najbardziej jednak nienawidził Szeklerów. W wojsku, które przywiódł Zygmunt Luksemburski, można było spotkać Wołochów, Mołdawian, Słowaków, a nawet Polaków, jednak to Szeklerzy znani byli z największego okrucieństwa. Zwano ich „Czarnymi Węgrami” i gdziekolwiek się zjawiali, kroczyła za nimi Śmierć. Kmiotków żywcem palili, dzieci na pal wbijali, jeńców torturowali dla samej tylko przyjemności, a kobiety, które dostały się w ich ręce, już nigdy nie odzyskiwały zdrowych zmysłów.
Wszedł na mur i spojrzał na pogrążoną w ciemności okolicę. Chmury zasnuły księżyc i tylko w nikłym świetle gwiazd widać było majaczące w dolinie ciemne kształty chat i dym z kominów. Ludzie w Visoko siadali do wieczerzy.
Nagle ciszę rozdarł szczęk oręża, najpierw stłumiony, później coraz głośniejszy. Miroslav spojrzał w kierunku odgłosów. Uciekającego mężczyznę ścigało dwóch zbrojnych. Co chwilę obracał się, wymieniał kilka ciosów i biegł dalej zmierzając do twierdzy. Musiał już widzieć pochodnie na murach i zapewne też dostrzegł stojących na blankach strażników.
– Ratujcie! – krzyczał po bośniacku. – Przybywam z Doboru. Przysyła mnie Tverdko z wieściami.
Miroslav zmarszczył czoło i czekał. Musiał mieć pewność.
Tymczasem uciekinier jakieś dwadzieścia kroków od bramy potknął się. Ścigający uderzył mieczem, ale mężczyźnie cudem udało się odwrócić i przyjąć cios na zastawę. Przeturlał się, unikając uderzenia drugiego miecza, poderwał się na równe nogi. Pchnął sztychem ale tylko lekko naruszył kolczugę wroga.
– Ulitujcie się! – krzyczał. – To Szeklerzy. Zaraz mnie zatłuką.
Oczy Miroslva zalśniły wściekłością.
– Otwierać bramę! Na nich!
Strażnicy odwalili ciężką zasuwę, rozsunęli drewniane skrzydła drzwi i gdy chcieli ruszyć z odsieczą, do środka wpadło czterech zbrojnych. Pierwszy z Bośniaków padł z rozpłatanym czołem, po uderzeniu krzyżackiego ostrza, drugiego przeciął niemal na pół miecz Janusza Brzozogłowego, kolejnych dwóch poległo od sztychów Zawiszy Czarnego. Ostatni zdołał sparować cios Jana Farureja, ale rycerz ponowił atak rozłupując czerep strażnika. W tym samym momencie rudowłosy Tomasz Kalski i Skarbek z Gór, którzy udawali atak na Vladka, rzucili się do bramy. Miroslav zrozumiał, że padł ofiarą podstępu. – Do broni! – krzyknął, ale wszyscy jego ludzie byli już na placu. Słysząc szczęk chwycili za broń i wybiegli z kwater. Jeszcze nie całkiem przebudzeni, w płóciennych koszulach, w byle jak naciągniętych nogawicach, stawali do walki z wrogiem odzianym w pancerze.
Miroslav dostrzegł, jak obryzgany krwią rudowłosy rycerz ze zwinnością rysia unika sztychów i bez litości tnie jego ludzi. Słyszał o nim, to szybszy od błyskawicy Tomasz Kalski herbu Róża. Obok potężny mężczyzna rąbał mieczem jak toporem, a co uderzył, to krew tryskała. Wiedział, że to Janusz Brzozogłowy, o którego czynach nawet Turcy rozprawiali. Tuż za nimi niesiony walką płowowłosy rycerz śmiał się radośnie i żadne z bośniackich ostrzy nie mogło go dosięgnąć. Tylko jeden człowiek mógł tak wyzywać los – Skarbek z Gór herbu Habdank. Jednak największe przerażenie budzili w nim dwaj, walczący ramię w ramię, wojownicy o czarnych włosach i oczach niczym rozpalone węgle. Mówiono o nich, że sami potrafią rozbić cały hufiec, zdobyć każdy zamek, a niewierni na dźwięk ich imion zalewają się łzami. Zawisza Czarny i jego brat Jan Farurej. A na samym końcu szła Śmierć. Zbrojny rycerz obleczony w biały płaszcz z czarnym krzyżem.
Miroslav wiedział kim jest i po co przyszedł. Zrozumiał, że nie ma ratunku, otrząsnął się z otępienia i podbiegł w stronę baszty.
– Ogień! – krzyknął do strażnika na wieży. – Rozpal ogień!
Nagle poczuł przeszywający ból. Spojrzał na tkwiącą w ramieniu strzałę. Na szczęście rana nie była groźna. Ułamał drzewce, podniósł wzrok i ujrzał Bośniaka, tego, który udawał uciekiniera. Wyciągał właśnie z kołczana kolejną strzałę. Miroslava ogarnęła furia.
– Zdrajco! – krzyknął wściekle.
Vladko wiedział, że nie zdąży już naciągnąć cięciwy i wycelować. Odrzucił łuk, wyciągnął miecz i ledwo sparował cios. Potem kolejny. Miał przed sobą człowieka ogarniętego żądzą mordu. Dla niego był zdrajcą – wrogiem gorszym od Węgra, nawet Szeklera. Człowiekiem, który z własnej woli pomagał unicestwić swój naród.
Rycerz z Vrhbosny przyjął na zastawę kolejny cios i mógł uderzyć, rozłupując czaszkę strażnika, ale zawahał się. Miał przeciw sobie Bośniaka, rodaka. Ponownie zasłonił się przed wściekłym atakiem i znowu mógł uderzyć, bo napastnik był kiepskim szermierzem. Chociaż wojownik w czasie walki powinien myśleć tylko o pokonaniu wroga, w głowie Vladka kłębiło się tysiące myśli. Czy kiedyś skończy się zabijanie? Czy na Bałkanach brat zawsze będzie stawał przeciwko bratu? Czy bośniacki naród zasługuje na wolność, na przetrwanie?
Spojrzał w pałające gniewem oczy przeciwnika i nie znalazł w nich odpowiedzi. A może to właśnie była odpowiedź? Ludziom tak naprawdę nie zależy na wolności, na życiu w szczęściu i pokoju, oni chcą wojny. Zamiast budować – chcą niszczyć, zamiast dawać miłość – zadawać ból. Dla nich nie ma nic piękniejszego od widoku przelewanej krwi. A w Bośni splamiony jest nią każdy skrawek ziemi, kamień, skała. Narodzą się następne pokolenia, dla których zabijanie i nienawiść będą najwyższą wartością.
Vladko mocno zbił ostrze przeciwnika, odsuwając je daleko i uderzył. O ile wypuszczonej z łuku strzały nie sposób powstrzymać, to rękę prowadzącą ostrze, owszem. Zatrzymał cios. Nie miał już serca do walki. Przymknął powieki i chwilę później poczuł przeszywający ból. Ogarnęła go ciemność. Śmierć przywitał z ulgą.


Dodano: 2011-01-18 17:16:58
Komentarze
-Jeszcze nie ma komentarzy-
Komentuj


Konkurs

Wygraj powieść o Spider-Manie


Artykuły

Nie tylko Netflix animuje króliki, czyli „Wodnikowe Wzgórze” przez dekady


 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e06)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e05)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e04)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e03)

Recenzje

Sanderson, Brandon - "Do gwiazd"


 Funke, Cornelia, del Toro, Guillermo - "Labirynt fauna"

 Aldiss, Brian W. - "Non stop"

 Sanderson, Brandon - "Rytmatysta"

 Warren, Ed i Lorraine & Chase, Robert David - "Nawiedzenia. Historie prawdziwe"

 Podlewski, Marcin - "Księga Zepsucia. Tom 1"

 Sullivan, Michael J. - "Zniknięcie córki Wintera"

 Vonnegut, Kurt - "Syreny z Tytana"

Fragmenty

 Zbierzchowski, Cezary - "Distortion"

 Rak, Radek - "Baśń o wężowym sercu"

 Petrucha, Stefan - "Marvel: Spider-Man. Wiecznie młody"

 Kańtoch, Anna - "Diabeł w maszynie"

 Bławatska, Helena P. - "Opowieści okultne"

 Majka Paweł, Rusak Radosław - "Czerwone żniwa. Uderzenie wyprzedzające"

 Karnicka, Anna - "Paradoks Marionetki: Sprawa Marionetkarza"

 Ruocchio, Christopher - "Imperium ciszy"

Projekt i realizacja:sismedia.eu       Reklama     © 2004-2019 nast.pl     RSS      RSS