NAST.pl
 
Komiks
  Facebook
Facebook
 
Forum

  RSS RSS

 Strona główna     Zapowiedzi     Recenzje     Imprezy     Konkursy     Wywiady     Patronaty     Archiwum newsów     Artykuły i relacje     Biblioteka     Fragmenty     Galerie     Opowiadania     Redakcja     Zaprzyjaźnione strony   

Zaloguj się tutaj! | Rejestruj

Patronat

Fedyk, Karolina - "Skrzydła"

Sanderson, Brandon - "Do gwiazd"

Ukazały się

Neiderman, Andrew - "Adwokat diabła"


 Harkness, Deborah - "Cienie Nocy"

 Pilipiuk, Andrzej - "Karpie Bijem"

 Majka, Paweł - "Berserk. Spowiednik"

 Abbott, Tony - "Klątwa węża"

 Eames, Nicholas - "Krwawa Róża"

 Funke, Cornelia, del Toro, Guillermo - "Labirynt fauna"

 antologia - "Jednookie walety"

Linki

Crowley, John - "Dæmonomania"
Wydawnictwo: Solaris
Cykl: Crowley, John - "Ægipt"
Tytuł oryginału: Dæmonomania
Tłumaczenie: Joanna Bogunia, Dawid Juraszek, Anna Klimasara
Data wydania: Wrzesień 2010
Wydanie: I
ISBN: 978-83-89951-002-9
Oprawa: miękka
Format: 125 x 195 mm
Liczba stron: 650
Cena: 49,99 zł
Rok wydania oryginału: 2000
Wydawca oryginału: Bantam Press
Seria: Rubieże
Tom cyklu: 3



Crowley, John - "Dæmonomania" #2

2

Wszechświatowy wicher, który dął tak mocno tamtej nocy podczas jesiennego zrównania (nie szukajcie go w almanachach, datują się z czasów późniejszych, skrupulatni redaktorzy zdążyli już poprawić te niemożliwości i usunąć dziwne luki, słuchajcie mnie, a ja wam powiem): tamten potężny wicher i deszcz przypominały jesienne burze w rodzaju tych, które wszyscy doskonale pamiętamy; prawdziwa burza ze wszystkimi szykanami – szybki spadek ciśnienia atmosferycznego, okropny ciężar na piersi, czarna euforia w miarę jak front burzowy wysoki jak nocne niebo przetaczał się z rykiem i łomotem; potem słoneczny dzień zaśmiecony gałęziami i dachówkami, niebo i serce dziwnie, cudownie czyste. Tego rodzaju wicher. Wszystkie te jesienne burze sprawiają wrażenie, że wymiatają coś starego, przynosząc w zamian coś nowego.
Kiedy wicher jął dąć tamtej nocy, ale jeszcze nie osiągnął pełni mocy, Pierce Moffet siedział w maleńkim saloniku swojego ówczesnego mieszkania przy Maple Street w Blackbury Jambs, rozmawiając z sąsiadem Beau Brachmanem, który przycupnął na małym aksamitnym foteliku, od czasu do czasu odgarniając z twarzy dziewczęcym gestem długie, czarne włosy.
– W Tybecie – powiedział Beau – ćwiczą na snach.
– Tak? – Pierce uwielbiał słuchać Beau, nie był pewien czy nie jest w Beau trochę zakochany. Rozmawiali o tym jak świat można zmienić samym ludzkim zamiarem. (Świat: wszystko to, całe otoczenie, jego prawa, ograniczenia i dane, co jest, było, będzie – wiedzieli o co chodzi.) Wszystko wokół, w pudłach i torbach, w tym pokoju i sąsiednim stanowiło większość zawartości mieszkania, bo nazajutrz Pierce miał przeprowadzić się z Blackbury do domku w nieodległym Littleville. Na podłodze między rozmówcami stał wysoki cylindryczny imbryk turecki z mosiądzu oraz dwa mosiężne kubki; Beau podczas swoich podróży nauczył się pić i robić kawę, a Pierce przypadkiem miał imbryk i filiżanki nigdy wcześniej nieużywane; zatem sączyli teraz niewielkimi łykami słodki, mocny wywar bacząc by nie dotknąć wargami fusów na dnie.
– Nauczyli się – ciągnął Beau – jak zachować świadomość podczas snu, chociaż poddają się wszystkim wydarzeniom i doświadczają wszystkich przygód. Ale kiedy pojawia się niebezpieczeństwo, albo kiedy utkną z jakimś nieskończonym problemem nie do rozwiązania, wiesz o czym mówię…
– O tak, wiem.
– Albo dopadnie ich niepokój, albo ból, wtedy zmieniają sen, żeby bezpiecznie z tego wyjść.
– Na przykład?
– Na przykład pośród ciemnego znalazłeś się lasu i zagrażają ci dzikie zwierzęta; chcesz się stamtąd wydostać, więc świadomie wzywasz…
– Taksówkę.
– Pewnie.
– Proszę mnie zabrać do domu.
– Tak. Ćwicząc w ten sposób można się nauczyć postępować tak samo, kiedy się nie śni. Kiedy znajdziesz się w miejscu, gdzie potrzebujesz pomocy, albo nie wiesz jak się skądś wydostać; czujesz się zagrożony, albo…
– Różnica polega na tym – przerwał Pierce – że sny są w nas, w środku. Świat jednak jest na zewnątrz. My jesteśmy w nim.
– Aha – uśmiechnął się Beau; tak naprawdę wcale nie przestawał się uśmiechać, miał na twarzy niezmywalny uśmiech niczym na hieratycznej masce, twarzy Buddy, albo starożytnej greckiej rzeźbie, ale bardziej frywolny i przekorny.
Pośród ciemnego znalazłem się lasu. Pierce’owi przypomniał się stary program telewizyjny dla dzieci, do którego można było napisać, a wtedy przysyłali specjalną folię plastikową do założenia na ekran i pudełko kredek; a kiedy rysunkowy bohater programu (jak miał na imię?) stał bezradny nad przepaścią lub pod skałą, głos mówił natarczywie Szybko dzieci, narysujcie most albo Narysujcie drabinę, dzieci; a bohater ruszał dalej, tyle tylko że ruszał dalej nawet jeśli nic się nie narysowało, podróżując w powietrzu.
Ale gdyby przyjąć, że możesz zmienić świat jak to opisał Beau, że możesz przynieść szczęście w swoje i cudze życie, czy nie musiałbyś zarazem przyjąć, że okropne i nieprawdopodobne katastrofy, równie przypadkowe, równie odpowiednie, także są zmianami w świecie, których dokonałeś, cudami à rebours? A może były dziełem innych mocy, innych osób, równie dobrych w tym, co ty, albo i lepszych? Skoro potrafisz wybrać jedno, możesz uwierzyć, że wybierasz wszystko: że w każdej chwili stoisz na rozstaju dróg, które sam wytyczyłeś.
Winky Dink, tak nazywał się ten człowieczek z telewizji. Bezradny, głupiutki malec. Szybko dzieci, pomóżcie. Kto by to zrobił, pomyślał, kto by narysował most stąd do tamtąd, drzwi z pułapki bez wyjścia? Sztuczka polegała na tym, żeby przyjąć, iż ktoś gdzieś to zrobi i po prostu ruszyć w drogę.
W drogę.
Obaj myśleli zrazu, że wzmagający się wiatr otworzył drzwi na ulicę i trzasnął nimi: ale oto rozległ się szybki łomot kroków na schodach wiodących do mieszkania Pierce’a i usłyszeli, że ktoś go woła. Po chwili za szklanymi drzwiami stanęła Rose Ryder, stukając i szarpiąc za klamkę, z rozpaczą w oczach.
– Co się stało? – zapytał Pierce otwierając drzwi, ale ona była przepełniona, zbyt przepełniona rozpaczą, żeby to opisać. Zaczęła płakać, albo się śmiać zanosząc się staccato jęków, które mogły stanowić preludium do czegokolwiek.
– Co się stało? – powtórzył Pierce. – Spokojnie. Co się stało?
Beau wyciągnął nogę, na której siedział i wstał.
– Przewróciłam samochód – wyrzuciła z siebie. Popatrzyła na Beau i Pierce’a z nagłą zgrozą, jak gdyby to oni ją o tym powiadomili.
– Co?
– Samochód. Przewróciłam go.
– Podczas jazdy?
Patrzyła na niego. Zdumienie na chwilę ją uspokoiło.
– No tak. Jak jechałam. No wiesz, Pierce.
– Kiedy?
– Teraz, minutę temu. O Boże.
– Gdzie?
Ale emocje znów ją opanowały; trzęsąc się usiadła na podłodze. Włosy ciemniejsze i dłuższe niż Beau, przesłaniały jej twarz.
– Och – jęknęła zza tej zasłony. – Och.
– No więc – zaczął Pierce, ale wtedy podszedł Beau i ukląkł koło niej. Ujął w dłonie jej twarz, by spojrzała mu prosto w oczy, ale nie powiedział ani słowa. Potem usiadł obok na podłodze i otoczył ręką jej drżące ramiona, skroń w skroń, aż ucichła. Pierce z rękami w kieszeniach patrzył na nich z góry.
– Więc – odezwał się wreszcie Beau – co się stało? Gdzie samochód?
Rose zatopiła twarz w zgięciu łokcia, by otrzeć łzy.
– Na Shadow River. Przy moście. Na czyimś trawniku.
– Dobrze się czujesz?
– Raczej tak. Trochę się potłukłam.
Podniosła wzrok na Pierce’a i znowu w inną stronę. Pierce nie po raz pierwszy pomyślał o jej nocnym życiu, pełnym dziwnych zdarzeń, jak gdyby była lunatyczką. Zwykle jednak działo się to naprawdę.
– Jechałam do miasta – powiedziała – ale za szybko. Tam jest taki ostry zakręt, wiecie? I coś przebiegło mi drogę.
Znów emocje chwyciły ją za gardło. Znów zdawała się dopiero słyszeć wieść o tym, co jej się przydarzyło i sprawiała wrażenie, jakby miała zaraz zacząć krzyczeć: ale ścisnęła się za policzki dłońmi i zatrzymała to w sobie.
– Coś?
– Coś jak pręgowiec. Nie widziałam zbyt dobrze.
– Pręgowiec?
– Albo szop. Więc ja – obróciła kierownicę w wyobraźni – a potem – przekręciła rękę w powietrzu imitując ruch samochodu. Znów załkała, ale ciszej.
Obaj mężczyźni milczeli. Beau ciągle ją obejmował; mieli do niej pytania, ale pozwolili, by na chwilę się oddaliła. Znów była w samochodzie, znów wpadała w poślizg, znów czuła, że rozstała się z ziemią, najpierw z lewej, potem z prawej strony.
– O cholera – szepnęła.
Pierce czując, że jej zgroza przeminęła także usiadł obok na podłodze i wziął ją za rękę.
– Ale jesteś cała. Tylko to się liczy.
Przecież mogła prowadzić własny samochód, małego czerwonego aspa kabriolet – tak myślał na początku, oczyma wyobraźni widział czerwony pocisk wirujący w powietrzu… Lecz oczywiście nie był to asp, kabriolet był w warsztacie (często tak się działo), a Rose prowadziła pożyczonego, przysadzistego sedana, o którym wyrażała się z pogardą, harriera (a może teriera, nie usłyszał dokładnie marki), który pewnie tutaj zawinił.
– To najważniejsze – powtórzył i pocałował ją w ocalałą głowę.
– Jak tu dotarłaś? – spytał Beau.
Sprawiała wrażenie jakby nie wiedziała. Dystans był spory, kilka przecznic (Pierce ciągle mierzył w przecznicach), przynajmniej mila ku granicy miasta i most przez rzekę Shadow. W jej oczach widać było, że ze zdziwieniem odtwarza tę drogę.
– Biegłam – powiedziała; strzeliła.
Odzyskała przytomność – odzyskała siebie – zwisając głową w dół na pasach, nie pamiętała momentu zapinania ich, ale najwyraźniej zrobiła to: znowu była to jedna z tych chwil, kiedy wychodziła z czarnego tunelu niewiedzy w miejsce, miejsce w swoim życiu, to miejsce; i musiała zrekonstruować całą drogę tutaj nie mając pojęcia jak, dlaczego. Czy ciągle się poruszała? Nie, to tylko wiatr na krawędzi zbitego okna. Czy to jej krew tak ciepło kapie po nodze? Nie, to leje się jakich płyn samochodowy. Cóż to za czarna istota przyciska się do bocznej szyby z otwartą mordą?
– Chyba walnęłam w ich skrzynkę na listy – powiedziała. – Tak, właśnie tak. – Drżącymi rękami zapaliła papierosa. – No i. Wyplątałam się z pasa, chyba otwarłam drzwi i wysiadłam. – Wysiadła obracając się przy tym, żeby stanąć do góry nogami obok swojego leżącego na prawym boku samochodu? Nie, mroczny świat obrócił się razem z nią, kiedy wysiadała, to samochód był do góry nogami, jedno z kół wciąż się kręciło. – Tak się bałam. Przyszłam tu nie wiem jak i teraz. Teraz. O cholera.
– Ale – powiedział Pierce – nic ci się nie stało i nikogo nie potrąciłaś…
– Uciekła z miejsca zdarzenia – przerwał Beau patrząc na zdumionego Pierce’a.
– Och.
– Tak się nie robi.
– O tak.
Pierce dopiero od niedawna miał prawo jazdy i dopiero teraz zaczynał pojmować do jakiego stopnia świat, w którym mieszkał, przystosowany był do samochodów i kierowców, jak ich potrzeba informacji i wskazówek, miejsc do parkowania i zawracania, pomocy w przypadku awarii lub zagubienia była zaspokajana – wcześniej tego nie dostrzegał; oczywiście istniały też kary, przepisy i nadzór równie drobiazgowe.
– Ale – odezwał się znów – no wiesz. Jak to szło? Byłaś pod wpływem?
– Pierce, oczywiście. Ciągle jestem.
– Och.
Zasłoniła oczy dłońmi, papieros wystawał jej spomiędzy palców mierząc w sufit.
– Boże. Jeśli zrobią mi badania, stracę prawo jazdy. Na pewno.
Jej kabriolecik miał sporo rys po spotkaniach z innymi samochodami, nigdy nie była winna, ale gromadziło się to na pewno gdzieś w archiwach. Mogła być teraz pijana, ale Pierce sądził, że pewnie pomyślnie przeszłaby badanie; jej reakcja na piwo czy dwa była jakby psychotropowa, wręcz bachanalska. Wiedział o tym.
– Czy w tym domu byli jacyś ludzie? Ktoś cię widział?
– Nie wiem. Nie widziałam świateł. Objęła się żałośnie rękami. – Co ja teraz zrobię?
– Więc może mamy czas?
– Czas? – spytała z wahaniem. – Jaki czas?
– Pojedziemy zobaczyć – powiedział Beau. – Może zdążysz wrócić, zanim.
Zerwała się; własne ramiona otaczały ją ciasno niczym kaftan bezpieczeństwa.
– Nie, nie, nie mogę. Nie mogę. Nie potrafię. – Oparła się o Pierce’a z zamkniętymi oczami szukając w nim schronienia.
Beau patrzył na nich być może zastanawiając się (jak wydawało się Pierce’owi) jakie miejsce może zająć w tej sytuacji, by coś tu naprawić. Wicher akurat wtedy uderzył w dom aż przez ściany przeszło drżenie, jak gdyby przepychał się w drodze przez Maple Street ku górom.
– Pojedziemy zobaczyć – powiedział. – Pierce?
– Pójdę po samochód – odparł. Miał nadzieję, że stanowczo.
– Nie! – krzyknęła Rose i chwyciła go za rękę. – Zostań.
– Pojedziemy moim – rozstrzygnął Beau. – Będę za minutę. Jak mnie usłyszycie, zejdźcie. Mam pewien pomysł, ale to od was zależy.
Gdy wyszedł, Pierce zaprowadził Rose do drugiego pokoju, największego w mieszkaniu, zarazem sypialni i gabinetu i posadził ją na łóżku.
– Stracę pracę – jęknęła.
– Z tego powodu? Na pewno nie.
– Nie z tego. Zamykają ośrodek.
Rose była asystentką i pracownikiem socjalnym w Centrum Psychoterapii „Las”. Pierce słyszał plotki. Duże kwoty poszły na adaptację do nowych zadań, mówiono też, że personel jest dobrze opłacany, że to szczęściarze. Ale ośrodek był ogromny i pomimo publicznego wizerunku solidności i zamożności, ładnych logo i lśniących vanów na ulicach, a także wsparcia dla lokalnej społeczności, zawsze zdawał się pozbawiony znaczenia – a być może korzeni? – tak jak pensjonariusze.
– Powiedzieli ci?
– Mówić to oni nie mówią. Ale zapowiedzieli, że przydziały pracownicze na wiosnę zostaną ogłoszone dopiero końcem roku. – Ośrodek działał w systemie niejako semestralnym, trochę jak swoista szkoła, tylko, że najpopularniejsza latem, zimą przeważnie zamknięta (trudności z ogrzewaniem i dojazdem na zaśnieżony stok). – Powiedzieli nam na przyjęciu. No wiesz.
Przypomniał sobie, że właśnie tego wieczora była na przyjęciu dla personelu na koniec sezonu. Wino, może piwo. Nie miał kto się nią zaopiekować. Prosiła, żeby z nią nie jechał.
– Ale – zaprotestował – nic konkretnego.
Położyła się na łóżku rozrzucając długie włosy po poduszce.
– Ojej – zalamentowała. – Co ja teraz zrobię? Co zrobię?
Położył się obok, by ją objąć. Wicher szalał wokół nich. Co ona teraz zrobi? Pomyślał o tych wszystkich, którzy dzisiaj pracowali na swoim, którzy, jak oni, wyszli z uniwersytetów z dyplomami w kieszeniach, prawdziwymi, lecz bezużytecznymi (w jej przypadku literatura amerykańska), którzy dostali pracę w opiece społecznej, albo otwierali za oszczędności sklepiki, uczyli się prostych rzemiosł i sprzedawali swoje produkty, albo cudze produkty, albo też samych siebie, zawsze wiedząc, że to nie potrwa długa.
On przecież też. Dziwne to było pokolenie, luźny szew społecznej materii, niektórzy z nich przeznaczeni do wielkich rzeczy, inni nie, niektórzy uniesieni porywem zdarzeń i zgubieni na zawsze. W większości byli optymistami, ale u ich stóp zawsze mogła otworzyć się otchłań skłaniająca do zadumy i lęku.
On sam od dawna im służył – kobietom w takiej konsternacji. Mógłby wręcz (gdyby chciał) uwierzyć, że był tu z tego powodu, by służyć im i pomagać: kobietom poszukującym czegoś, sztuki, umiejętności, pasji, pomysłu na rozwój samych siebie i sposobu wykorzystania go. Artystyczne dusze, pewne, że posiadają moc, ale nie mające na co jej wykorzystać, drapieżcy starający się (we łzach, w amoku, w mroku nocy) odkryć co jest ich zwierzyną łowną. „Kim mam być, co mam zrobić?”
Nie dał Rose odpowiedzi. Wiedział o co się go tu prosi, ale nie zamierzał dawać odpowiedzi, nie miał już nic do dania, a nawet gdyby miał, zatrzymałby dla siebie, bo jego potrzeba była równie wielka. Służył bezinteresownie (nie bezinteresownie, lecz na pewno lekkomyślnie, a biorąc pod uwagę ostateczny koszt, wychodziło na to samo); nasłużył się już i nie miał zamiaru tego ciągnąć. Non serviam. Nie tym razem. Cholera, nie tym razem.
– Przyjechał Beau – powiedział i podniósł się.

Chociaż Rose i Pierce pewnego lata w Faraways byli kochankami, nie byli sobie wierni; przynajmniej Pierce zakładał, że ona nie była mu wierna; jej tłumaczenia nie zawsze były zrozumiałe, a nigdy nie trzymały się kupy, jak nikt potrafiła wypierać się – przede wszystkim przed samą sobą – co lub z kim kombinowała; gdy wypiła kilka drinków, noce zamykały się za nią niczym sny, a mężczyźni i przygody nie rejestrowały się wyraźnie w jej pamięci. Kiedyś przyjęła propozycję podwiezienia od pewnego znajomka (asp znowu w warsztacie?), a kiedy wyciągnęła samochodową popielniczkę, zauważyła brzeg małego pojemnika; czując nieokreślony bryzg pamięci, sięgnęła po nie i wyjęła szkła kontaktowe, których nie mogła znaleźć od wielu dni.
– Zniszczone?
– Nie. Tylko brudne.
– Potrafił wyjaśnić?
– Nie potrafił. Jak mógłby, skoro ja nie potrafiłam.
– A więc nie wiesz, co jeszcze mogło stać się w tym samochodzie, oprócz tego, co stało się ze szkłami.
– W sumie nie.
Nie mógł od niej wymagać wierności, nie miałby czym jej odpłacić i nie wiedziałby co z nią zrobić, gdyby mu ją dała. Każda, z którą miał lub zakładał taki komplet miłości i wierności nie utrzymała go i myślał, że dał już sobie spokój. A jednak nie podjąwszy świadomej decyzji całe to lato był wierny Rose, przynajmniej w tym sensie, że nie miał oprócz niej żadnej kochanki. Albo tylko jednego imaginacyjnego, fantazmowego: bratnią duszę, inkuba oraz (był o tym przekonany) rajfura, który złączył go z Rose.
Swego syna Robbie’ego.
– Chciałabym go poznać – powiedziała Rose. Wierzyła, że Robbie to dziecko jego ciała, poczęte z bardzo dawną miłością, wychowane przez dziadków gdzie indziej, które dopiero teraz znów pojawiło się w życiu Pierce’a. tak jej to przedstawił. A mówiąc o tym i uprawdopodobniając to, Pierce odkrył o Robbiem pewne rzeczy, których nie odkryłby w innych przypadku.
– Być może tak się stanie.
Trwała sierpniowa noc, gorąca jak dzień; byli nadzy, po szyje zanurzeni w nieruchomej czarnej wodzie wypełniającej opuszczony kamieniołom na górze Merrow.
– Jest brunetem jak ty?
– Blondynem. Coś jakby bursztynowy miód; może jeszcze ściemnieje.
– Piaskowy blond.
– Oczy też barwy miodu. – Może zrobionego przez słynne pszczoły z góry Hymettus.
– Inaczej niż ojciec.
– Całkowicie.
Pierce liczył na to, że jego wymyślony syn i kochanek (o tym Rose nie powiedział) zniknie. Szybko lub wolno, ale zniknie z jego życia, a Rose wejdzie w nie głębiej. Ale Robbie nie odszedł, kiedy przybyła Rose. Stał się tylko gęstszy, jaśniał miodowym ciepłem, kiedy Pierce i Rose spotykali się tamtego lata. Był z nimi (choć widział lub postrzegał go tylko ojciec) tamtej gorącej nocy w kamieniołomie Merrow. Śmiejący się chłopiec Caravaggia, nagi na steli z granitu tuż nad wodą z policzkiem na podciągniętym kolanie.
– Ciepło – powiedziała. Zanurzyła się, aż jej podbródek połączył się ze swoim słabym odbiciem na powierzchni wody. – Najpierw było mi gorąco, a woda była zimna, teraz powietrze jest zimne, a woda ciepła.
Podpłynął do niej powoli. Jej twarz była niewyraźna, włosy roztapiały się za nią w czarnej wodzie. Wyczuwali pod sobą głębię, jej ciężar tyleż materialny co jej ciemność gęsta. Dlaczego nocą głęboka woda sprawia wrażenie bestii, istoty, zwłaszcza gdy pływa się nago?
Stawy po kamieniołomach są głębokie, wielosążniowe, choć może nie aż tak głębokie jak niektórzy sądzą. Na samym dnie leży czerwony impala, w której para zakochanych zatonęła w 1959 roku; bagażnik jest otwarty, ponieważ walizki, z którymi uciekali zauważono na drugi dzień unoszące się na powierzchni, stąd dowiedziano się, że zjechali ze zbocza. Mówi się, że para wciąż jest w środku, po szyje w mule, ona za kierownicą, on u jej boku (z ręką na drzwiach, za późno, za głęboko). Ale to nieprawda. Nurkowie wydobyli ciała, teraz spoczywają pogrzebane w ziemi jak to zwykle bywa, z dala od siebie.
Wyżej droga, po której jechała impala, od dawna zamknięta, prawie już zniknęła; zakochani i pływacy zostawiają teraz samochody przy drodze dojazdowej i idąc pieszo obok niemal nieczytelnych znaków Zakaz wstępu docierają do granicy kamieniołomu. W ten sposób dotarli tu Rose i Pierce. Nadal jedynym dogodnym sposobem zanurzenia się jest skok. Więc Pierce wziął Rose za rękę (dla jakiej innej kobiety musiałby być tak odważny?) i skoczyli razem nogami do przodu, patrząc w dół, krzycząc.

– Taki jest mój plan – powiedział Beau do Pierce’a i zaśmiał się sam z siebie. Widzieli już pulsujący niebieski poblask za zakrętem po drugiej stronie rzeki. Podjechali powoli, nie najkrótszą trasą, a Beau tłumaczył. Sprawa wydawała się dość prosta, choć serce Pierce’owi drżało; nigdy nie potrafił łatwo negocjować z ziemską władzą, zwykle nie zakładał, że można z nią negocjować, a tylko uginać się lub unikać.
Beau zatrzymał samochód po drugiej stronie przewróconego żółwia jakim stał się samochód Rose i zaciągnął ręczny. Gliniarze zwrócili na nich uwagę, kiedy tylko Pierce wysiadł.
Zawiózł ją do domu, nie, podwiózł ją z przyjęcia do domu, a raczej do miasta, kiedy, nie, zawiózł ją bezpiecznie do siebie (gdzie, tak, teraz była), a potem wrócił sam z powrotem na górę, ponieważ zostawiła swoje, zapomniała swoich szkieł kontaktowych, a on zaproponował, że pojedzie po nie. Ale nie mógł ich znaleźć. No więc wracając do miasta tutaj właśnie coś przebiegło mu drogę. Myślał, że szop, może. Coś przebiegło mu drogę. Samochodu też dobrze nie znał, sam prowadził sedana marki steed. W każdy razie duży, amerykańskim. I.
Beau przybył by potwierdzić, że Pierce do jego, Beau domu, w stanie pełnej zdumienia dezorientacji. Nie, nie ranny, może uderzony w głowę. Lekarz? Nie, nie. Chwilowo. Teraz w porządku. Dlaczego oddalił się przed zawiadomieniem policji? Pierce (nie po raz pierwszy, ani ostatni, ani też najgorszy) tłumaczył się niewiedzą. Poprosili, żeby Pierce stanął w oświetlonym miejscu, zajrzeli mu w twarz świecąc mocną latarką; potem kazali mu iść po białej linii wzdłuż pobocza.
Potrafił to zrobić i zrobił. Wystąpił z szeregu by zająć jej miejsce, i miał zamiar zrobić wszystko czego od niego zażądają; swoją (chwilową, przejściową) niewinnością zastąpi jej winę i weźmie także na siebie brzemię jeśli trzeba je będzie wziąć. Nie było żadnego: musiał zrobić to i tamto czego wcześniej nie robił, wezwać pomoc drogową (najwidoczniej pracowali w nocy) i wypełnić parę formularzy; a teraz czyste konto Pierce’a było zbrukane, poczuje rezultat kiedy pójdzie zapłacić następne składki. Ale wtedy o tym nie wiedział.
– Coś się dzieje w „Lesie” – powiedział do Beau kiedy jechali z powrotem. – Nie wiem co. Coś.
– Ja wiem – powiedział Beau spokojnie. – Tak. Wiemy, że coś się dzieje.

Kiedy Pierce wrócił Rose spała; zrzuciła pościel, ale się nie rozebrała, leżała powykrzywiana na prześcieradle jak swastyka, długie stopy miała bose, twarz ukrytą we włosach. Rozebrał się nagle zdławiony i rozpalony i położył się obok. Kiedy wyłączył światło, wicher jakby się rozdął i wypełnił pokoje; w kuchni coś spadło z papierowym szelestem, a Rose się obudziła. Uniosła się jak gdyby z głębokiej toni i usiadła jak gdyby na brzegu basenu patrząc w głąb. Potem obróciła się do Pierce’a rozciągniętego nago obok.
– Nie było żadnego pręgowca – powiedziała.
– Myślałem, że mówiłaś o szopie.
– Nie było żadnego.
Zastanowił się co to mogło znaczyć. Że nie miała żadnej wymówki na utratę kontroli nad pojazdem na tym zakręcie. Że wcale nie straciła panowania, przynajmniej nie nad samochodem, który wykonał to, co mu kazała. Pozostawało jedno pytanie – dlaczego – i nie zamierzał jej go zadawać.
– Okej – powiedział. Znów położyła się i założyła ręce za głowę.
W pokoju robiło się zimniej w miarę jak do środka wkradało się powietrze z zewnątrz. Zasypiała to znów się budziła, wierciła i rzucała bezwolnie, w końcu poszła do łazienki. Słuchał wichru i spłuczki w toalecie. Przydreptała z powrotem i wspinała się na łózko, kiedy ją zatrzymał.
– Zaczekaj. Chwilę.
Stała przed nim, a on siedział na krawędzi łóżka. Rozpiął jej dżinsy, pociągnął za zatrzask i suwak; położyła mu ręce na ramiona. Wyłuskał ją ze spodni ciągnąc je w dół, żeby mogła uwolnić z nich nogi.
– Proszę – powiedział.
Rozpiął i zdjął jej też koszulę, a potem objął, by rozpiąć biustonosz. Delikatnie trącił uwolnione piersi, spojrzał w nieobecne oczy, wpuścił ją z powrotem do łóżka.
– Straszny ten wiatr.
Naprawdę stawał się niepokojący. Z zewnątrz dobiegały dźwięki, dyszkant stukotów, łomotów i gwizdów na melodię wiatru, których nie dało się zinterpretować, dopiero następnego dnia miały się okazać krzykiem zbiegłych mebli ogrodowych lub powyrywanych sztachet.
– A jeśli to jest to? – spytała.
– To znaczy?
Ale ona znów spała, a przynajmniej nie odpowiedziała; spojrzał na jej twarz w mroku i nie potrafił stwierdzić czy ma zamknięte oczy.
Tak naprawdę wiedział co to znaczy, bo to właśnie od niego usłyszała mitologię wiatru, który wieje tam, gdzie chce, jako jedyny element Natury nie będący pod władzą Boga i dlatego być może do dyspozycji naszego Wroga; słyszała odeń opowieści o wichrach – zmieniaczach historii, jak kiedyś taki wiatr zniszczył hiszpańską Armadę i w ten sposób ocalił Anglię przed katolickim podbojem, słynny wiatr, który, jeśli sprawdzić w ówczesnych kronikach, nie istniał. Opowiedział jej o wichrze, który unosi z sobą dawną epokę i innym wichrze, który przynosi nową oraz o ciszy pomiędzy. Opowiedział jej o wielu rzeczach.
Boże, jakże targały nią sny – teraz jej ramię wyprostowało się i spoczęło na jego torsie a z otwartych ust z każdym oddechem dobywało się ciche dziecięce kwilenie strachu. Zwykle nie pozwalał jej spać obok.
Nie, nic nie stanęło jej na drodze, co musiałaby ominąć gwałtownym ruchem, chodziło raczej o coś co podążało za nią, a od czego uciekała. Któż pędzi tak szybko nocą i na wietrze?
Zadrżał do szpiku kości i przykrył swą nagość.
Kiedy było późno Robbie wyszedł z werandy Pierce’a i stanął nad ojcem. Pogrążony w głębokim snie Pierce zdumiał się wyraźną obecnością chłopca, wyraźniejszą niż kiedykolwiek. Złote włoski na ramionach; ohydny spokój uśmiechu peszącego i zachęcającego zarazem, który Pierce nieczęsto widywał, a którego tak często poszukiwał za pomocą środków duchowych i fizycznych. Robbie pochylił się i pocałował go w policzek, odwrócił się – spełnił swój obowiązek, teraz wzywali go inni i inne zajęcia. W otchłani snu niezdolny, by go zawołać, Pierce czuł, jak odchodzi, ale nie zapamiętał tego: zapamiętał tylko, że obudził się nagle, opuszczony, tylko z kobietą u boku i straszliwym wichrem za oknem.

Następnego poranka – trwożliwie błękitnego, z uciekającymi przed czymś chmurami – Rose siedziała na werandzie Pierce’a i rozmyślała paląc papierosy podczas gdy Pierce ładował pudła i meble na ciężarówkę swojego przyjaciela Brenta Spofforda: był to ten sam człowiek a nawet ta sama ciężarówka, która kiedyś przywiozła Pierce’a i te książki z miasta na wieś. Kiedy skończyli, wyjechali z Jambs (machając po drodze do wychodzącej z apteki Rosie Rasmussen, Rosie, która była w pewnym sensie pracodawca Pierce’a, a także w innym sensie kochanką i wybranką Spofforda) i ruszyli ku Littleville, do domu dokąd Pierce się przeprowadzał. Niemal spodziewał się, ze na miejscu odkryje, że dom zniknął usunięty jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki przez wiatr – ale czekał na niego.


Dodano: 2010-08-23 22:45:44
Komentarze
-Jeszcze nie ma komentarzy-
Komentuj


Konkurs

Wygraj "Ostatniego strażnika"


Wygraj "Nawiedzenia"


Artykuły

Nie tylko Netflix animuje króliki, czyli „Wodnikowe Wzgórze” przez dekady


 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e06)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e05)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e04)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e03)

Recenzje

Sullivan, Michael J. - "Śmierć Dulgath"


 Wójtowicz, Milena - "Vice versa"

 Sullivan, Michael J. - "Róża i cierń"

 Heinlein, Robert A. - "Hiob. Komedia sprawiedliwości"

 Szostak, Wit - "Poniewczasie"

 Sullivan, Michael J. - "Wieża Koronna"

 Sweterlitsch, Tom - "Świat miniony"

 Baxter, Stephen - "Masakra ludzkości"

Fragmenty

 Eames, Nicholas - "Krwawa Róża"

 Wójtowicz, Milena - "Vice versa"

 Christopher, Adam - "Ciemność nad miastem"

 Warren, Ed i Lorraine & Chase, Robert David - "Nawiedzenia. Historie prawdziwe"

 Guzek, Marcin A. - "Szare Płaszcze: Rubież"

 Babraj, Rafał - "Dystrykt Warszawa"

 Neiderman, Andrew - "Adwokat diabła"

 Heinlein, Robert A. - "Hiob. Komedia sprawiedliwości"

Projekt i realizacja:sismedia.eu       Reklama     © 2004-2019 nast.pl     RSS      RSS