NAST.pl
 
Komiks
  Facebook
Facebook
 
Forum

  RSS RSS

 Strona główna     Zapowiedzi     Recenzje     Imprezy     Konkursy     Wywiady     Patronaty     Archiwum newsów     Artykuły i relacje     Biblioteka     Fragmenty     Galerie     Opowiadania     Redakcja     Zaprzyjaźnione strony   

Zaloguj się tutaj! | Rejestruj

Patronat

Wolfe, Gene - "Miecz i Cytadela"

Abnett, Dan - "Uniwersum Marvela. Avengers: Wszyscy chcą rządzić światem"

Ukazały się

antologia - "Kryształowe smoki 2019"


 Kamiński, Tomasz - "Polowanie"

 Komuda, Jacek - "Wizna"

 antologia - "Tarnowskie Góry Fantastycznie 2"

 Hill, Joe - "Gaz do dechy"

 Hill, Joe - "Strażak" (2020)

 Hill, Joe - "NOS4A2" (2020)

 Hill, Joe - "Dziwna pogoda" (2020)

Linki

Krzywicki, Michał - "Plagi tej ziemi"
Wydawnictwo: Runa
Data wydania: Październik 2008
ISBN: 978-83-89595-45-4
Oprawa: miękka
Format: 125×195 mm
Liczba stron: 416
Cena: 29,50
Ilustracja na okładce: Jakub Jabłoński



Krzywicki, Michał - "Plagi tej ziemi" #1

PROLOG

Za młodu książę pomorski Warcisław był naszym dobrodziejem. I za to dostał nóż w plecy. Wiele lat temu mnisi, którzy jechali do Kamienia z cennymi zbiorami, zostali napadnięci. Los chciał, że Bóg pozbawił ich żywota, ale księgi nie zaginęły. Stały się cennym skarbem Biblioteki Brenneńskiej, a książę Przybysław roztoczył nad nimi opiekę. Za cenę życia wiecznego.
Wypis z kroniki klasztoru w Darguniu, A.D. 1144

Białe płatki sypały się z nieba, grubym wiekiem przykrywając burgundzkie bagna niedaleko Montbard i pokryte lodem strumyki, które wyznaczały granice cysterskiego opactwa Fontenay.
Na ośnieżonym dziedzińcu zaskrzypiał śnieg pod ciężarem pośpiesznie stawianych stóp brata furtiana. Zgrzytnęły zawiasy ciężkich drzwi, chwilę później od grubych murów odbił się donośny głos:
– Bernard z Clairvaux! Bernard z Clairvaux!
Próg przekroczył przełożony zakonu cystersów. Stanął w lekkim rozkroku, splótł dłonie jak do modlitwy, przystawił palce do ust i wyszeptał:
– Boże, bądź łaskaw mnie grzesznemu. A dla tych, którzy hańbią twą cześć, Jezusie Chrystusie, nie miej litości.
Zaraz za nim wślizgnął się sznur białych mnichów. Ostatni z nich, Przecław, z łomotem zatrzasnął za sobą drzwi. Jakby na zawsze.
– Większość jest w infirmerii. Ale część pozostała w kuchni. – Furtian ugryzł czerstwy bochen chleba, który wręczył mu jeden z przybyłych cystersów, i jęknął. – Od kilku dni nic porządnego w ustach nie miałem.
– W kuchni? – zdziwił się Bernard. – Nie w kościele?
– Tam najcieplej. Chociaż wczoraj przestali palić. Widocznie ledwo żyją. Jeszcze kilka dni, a sam bym zdechł. Ludzie z Montbard zaczęli już szeptać o zarazie.
– I niech tak zostanie. To, co się tu stało... – Bernard się zastanowił i po chwili dodał: – ...i zaraz się stanie, nie ma prawa wyjść nigdy poza mury tego opactwa.
Furtian wzruszył ramionami, jakby w życiu nic nie widział i nie słyszał.
Opat podziękował skinieniem głowy braciszkowi, za to, że dzięki niemu od kilku dni mieli wieści, co się wyrabia w Fontenay, i za to, że bez problemu wpuścił ich do opactwa. Kazał dwóm mnichom, by się zaopiekowali bratem furtianem. Braciszek z wdzięcznością przyjął ciepły płaszcz godny chyba samego biskupa, dodatkowe suchary, dzban wina.
Gdy upił łyk, może dwa, coś złapało go za gardło, diabelstwo jakieś albo sam Szatan, bo dech mu odebrało w jednej chwili, a w drugiej życie.
Ciało opadło bezwładnie na ścieżkę. Wino uciekało z upuszczonego naczynia, wsiąkało w śnieg.
Bernard podziękował Przecławowi ponurym uśmiechem. Mnich westchnął ciężko i skinął na resztę.
Mnisi rozbiegli się między zabudowaniami gospodarczymi jak psy. Wbiegli na krużganki, wtargnęli do pokojów gościnnych, które okazały się puste, wyważyli drzwi refektarza, wdarli się do kuchni, kilku przeszukało kuźnię i chlew. Opactwo wydawało się wymarłe, gdyby nie kwilenie świń i szczekanie psów, które jednak gdzieś się pochowały.
Bernard spojrzał na odbitą na tle nieba i śniegu ponurą sylwetkę niepoświęconego jeszcze kościoła, którego budowę dopiero co ukończono. Jednak wbrew jego żądaniom, w Fontenay nie wykonano do końca budowy głównego portalu. Nad wejściem do kościoła na rusztowaniach zalegał śnieg.
Bernard zaklął szpetnie. Za kilka miesięcy kościół miał poświęcić papież Eugeniusz III.
Opat skierował się w towarzystwie Przecława w stronę infirmerii, położonej na tyłach opactwa. Chorzy wyszli im jednak naprzeciw, wyłaniając się zza rogu refektarza. Kilku mnichów Bernarda cofnęło się w przerażeniu, ku wyjściu zaczął podążać sam opat. Chorzy zatrzymali się na dziedzińcu. Zwiesili nisko głowy, ale bynajmniej nie ze wstydu, tylko smutku. Nikt w Fontenay nie witał opata, bo nikt go się tu nie spodziewał. Unikali jego błogosławieństwa. Nie w smak im był krzyż nakreślony w powietrzu i szpetna mina na obliczu Bernarda, tylko według niego samego wyrażająca zatroskanie. Zaniedbane tonsury i nieobecne spojrzenia zdradzały, że przez ostatnie dni modlitwa była jedynym zajęciem mnichów w opactwie.
Trzech padło z wyczerpania na śniegu. Kolejny zachwiał się w omdleniu, ale bracia przytrzymali go cierpliwie. Zawisł na ich barkach jak Chrystus, z rozpostartymi ramionami. Jego głowa opadła bezwładnie na wychudłą pierś.
– Szkoda, że zaraza mnie nie ubiegła. – Bernard nie zamierzał okazywać heretykom miłosierdzia. Wskoczył między chorych i niczym bicz boży wybijał pięścią zęby i łamał nosy.
– Dla was jestem jak czyściec! Czeka was prawdziwy Sąd. Ale nie ja będę waszym sędzią, tylko sam Chrystus.
Gdy opuściły go siły i minął pierwszy gniew, Bernard przystanął. Z trudem wciągał do płuc zimne powietrze.
– A więc to wszystko prawda, co mówiłeś o Fontenay. – Wsparł się na ramieniu Przecława. – I co mówił furtian. Zobacz, jak oni wyglądają. Stronią nie tylko od kobiet, ale i od jadła. W ten sposób chcą się oczyścić przed śmiercią, którą na siebie dobrowolnie sprowadzają. Nawet ptaki wymarły. – Wskazał na gołębnik nieopodal kaplicy przylegającej do murów przy wejściu.
Z krużganka wybiegł jeden z psów Bernarda, by zdać opatowi relację z tego, co zobaczył w innych pomieszczeniach.
– To jakiś koszmar – wysapał. – Straszymy ich stosem, ale śmieją się nam w twarz. Mówią, że od wielu dni nie przyjmują żadnych pokarmów. Nawet wody. Wyglądają jak starcy. Nic nie chcą powiedzieć. Milczą jak zaklęci. Leżą wszędzie. W refektarzu, w swoich celach, nie dbając już o nic.
– Więc trucizna jest zbyteczna. – Bernard spojrzał znacząco na Przecława. – Spalcie wszystko. – Chrząknął i zerkając na furtiana i innych mnichów na dziedzińcu, dodał: – Wolę wszystko zniszczyć, niż choćby starać się to zrozumieć.
– Chyba ktoś już cię w tym ubiegł, opacie. – Przecław wskazał na budynek kościoła, gdzie dojrzał płomienie.
Chwilę potem klasztorem wstrząsnął potężny wybuch.

***

Opat z Clairvaux patrzał na niebo i modlił się, by runęło na całe Fontenay. Ale wciąż padał tylko śnieg, który zdążył już przykryć zgliszcza kościoła. Spod białej kołdry mnisi Bernarda wygrzebywali resztki monstrancji, kawałki krzyża z ołtarza, część nawy głównej.
Przecław wspiął się na stertę gruzu. W ślad za nim poszedł jeden z klasztornych psów – bura suka. Łasiła się przez chwilę, ale mnich nie zamierzał jej głaskać. Odskoczyła więc kilka susów dalej i zaczęła rozgrzebywać śnieg. Już po chwili skamlała i szczekała na przemian. Suka trzymała w pysku nadpalony ochłap ludzkiego mięsa. Oczy jej błyszczały, długi ogon przecinał powietrze. Tym razem Przecław potargał jej zmierzwioną od śniegu czuprynę, poklepał po grubym karku.
– Puść! – Lekkim uderzeniem w pysk zmusił psa, by upuścił zdobycz, i pozwolił mu odbiec.
Bernard stał kilka kroków od pogorzeliska. Wydawał się skupiony na modlitwie, ale Przecław domyślał się, że szeptał pod nosem najgorsze przekleństwa przeciwko tym, którzy ośmielili się puścić z dymem kościół.
– Co jest? Masz tego więcej? – Przecław ukucnął przy psie, który wrócił, nie przestając machać ogonem i szczekać. – No to chodźmy – powiedział niechętnie. Od smrodu spalenizny kręciło mu się w głowie, ale dał się zaprowadzić kilka kroków dalej.
Z podmokłego śniegu sterczały kikuty nadpalonych ludzkich kości: rozgrzebane przez psa piszczele, żebra, dwie czaszki.
Bernard ruszył za nimi. Z trudem wspiął się na pogorzelisko, nie zbaczał z wyznaczonej przez Przecława ścieżki.
Przykucnął przy jednym z trupów i z obrzydzeniem starł mu z twarzy puchową maskę, jakby chcąc się upewnić, że nie dojrzy tam niczego prócz zwęglonej czaszki.
– To Hugon – parsknął, zrywając z szyi trupa ocalały krzyżyk. – Heretyk, zaprzaniec. Jego teologia wypadła sroce spod ogona. Miał chłonny umysł, który, jak widać, nie okazał się dla niego błogosławieństwem. – Wstał i spojrzał w stronę refektarza. – Razem z nim i umierającymi w infirmerii mamy trzy tuziny. Musimy odnaleźć jeszcze tuzin. Zabierajcie się do roboty! – ponaglił mnichów.
Braciszkowie zaczęli zbierać odnajdywane kości i przenosić do wielkiego dołu na cmentarzu za kuźnią, układali je, porządkowali, liczyli i dopiero potem przysypywali fosforem.
Śnieg nie zamarzał, kopanie nie sprawiło im więc trudności. Pracowali bez przerw na odpoczynek.
Przecław tymczasem naliczył kilka kolejnych trupów. Dzięki furtianowi, który przez posłańca zdawał Bernardowi dokładne relacje o wszystkich heretyckich spotkaniach, o gościach w opactwie, wiedzieli, ilu obecnie mnichów mieszkało w klasztorze.
Zmierzchało już, gdy jednemu z cystersów łopata ugrzęzła w czymś miękkim. Przerwał pracę i kiwnął na Przecława. Mnich uklęknął i zaczął odgarniać dłońmi resztki śniegu.
Twarz okazała się cała, nienadpalona. Z ziemi wystawała ręka. Na serdecznym palcu świecił w blasku dnia pierścień przeora.
– Nawet Jakub. – Opat pokręcił głową. – Cóż. Cztery tuziny mamy skompletowane. Reszta uciekła. Gruzy po klasztorze zryliśmy przecież do gołej ziemi. – Powiódł wzrokiem po hałdach usypanego na dziedzińcu gruzu. Spojrzał na gołe, wypalone ściany, zniszczoną nawę, pożarty przez ogień ołtarz. To wszystko, co zostało z jego kościoła.
Nagle usta przeora się rozchyliły.
Bernard natychmiast ukucnął przy nim, przystawił ucho do jego ust.
– Wyspowiadaj się, Jakubie – szepnął.
Wydawało się, że przeor się uśmiechnął.
– Wolę zdechnąć – szepnął, nie otwierając oczu.
– Właśnie to robisz. Ale część z was uciekła.
– Nie uciekli, opacie – zagryzł wargi – tylko zamierzają, wbrew tobie, nadal budować Królestwo Boże na ziemi.
Opat złapał go za policzki.
– A wiesz może gdzie?
– W Langwedocji, gdzie nie sięga władza królów; nie sięgnie i twoja.
– Langwedocja. – Bernard pokiwał w zamyśleniu głową. – Spuszczę tam wszystkie swoje psy! Ale dlaczego miałbym ci wierzyć, Jakubie?
– Bo już jesteś martwy. Tylko o tym nie wiesz.
Bernard pobłogosławił szyderczo przeorowi, który wydał ostatnie tchnienie.
– Obróciliście mój kościół w gruzy. Odwdzięczę się wam. Zmienię każdą heretycką wioskę w cmentarz, dopóki się nie dowiem, co przede mną wywieźliście z Fontenay.



Dodano: 2008-10-04 09:15:50
Komentarze
-Jeszcze nie ma komentarzy-
Komentuj


Artykuły

Sam Sykes - wywiad z autorem "Siedmiu czarnych mieczy"


 Wiedźmin Netfliksa: zachwyt czy rozczarowanie?

 Nie tylko Netflix animuje króliki, czyli „Wodnikowe Wzgórze” przez dekady

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e06)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e05)

Recenzje

Wilhelm, Kate - "Gdzie dawniej śpiewał ptak"


 Collins, Suzanne - "Ballada ptaków i węży"

 Bradbury, Ray - "Green Town"

 Taylor, Dennis E. - "Gdyż jest nas wielu"

 Butcher, Jim - "Opowieść o duchach"

 Harrow, Alix E. - "Dziesięć tysięcy drzwi"

 Wolfe, Gene - "Miecz i Cytadela"

 McDonald, Ian - "Luna: Wschód"

Fragmenty

 Elison, Meg - "Księga Bezimiennej Akuszerki"

 Możdżeń, Konrad - "Chodź ze mną"

 Zamiatin, Jewgienij - "My"

 Urbanowicz, Artur - "Paradoks"

 Sykes, Sam - "Siedem czarnych mieczy"

 Kisiel, Marta - "Małe Licho i lato z diabłem"

 Masterton, Graham - "Dzieci zapomniane przez Boga"

 Hałas, Agnieszka - "Czerń nie zapomina"

Projekt i realizacja:sismedia.eu       Reklama     © 2004-2020 nast.pl     RSS      RSS