NAST.pl
 
Komiks
  Facebook
Facebook
 
Forum

  RSS RSS

 Strona główna     Zapowiedzi     Recenzje     Imprezy     Konkursy     Wywiady     Patronaty     Archiwum newsów     Artykuły i relacje     Biblioteka     Fragmenty     Galerie     Opowiadania     Redakcja     Zaprzyjaźnione strony   

Zaloguj się tutaj! | Rejestruj

Patronat

Haldeman, Joe - "Wieczna wojna" (Kolekcja Wehikuł czasu)

Wroczek, Szymun - "Piter. Bitwa bliźniaków"

Ukazały się

Kozak, Magdalena - "Minas Warsaw"


 Bradbury, Ray - "Green Town"

 Rowling, Joanne K. - "Harry Potter i Kamień Filozoficzny" (Hufflepuff)

 Rowling, Joanne K. - "Harry Potter i Kamień Filozoficzny" (Gryffindor)

 Rowling, Joanne K. - "Harry Potter i Kamień Filozoficzny" (Slytherin)

 Rowling, Joanne K. - "Harry Potter i Kamień Filozoficzny" (Ravenclaw)

 Sanderson, Brandon - "Dawca przysięgi", część 2 (twarda okładka)

 Roanhorse, Rebecca - "Wyścig do słońca"

Linki

Ringo, John & Williamson, Michael Z. - "Bohater"
Wydawnictwo: ISA
Cykl: Ringo, John - "Posleen"
Tytuł oryginału: The Hero
Data wydania: Lipiec 2008
ISBN: 978-83-7418-180-8
Oprawa: miękka
Format: 115 x 175 mm
Liczba stron: 304
Cena: 29,90 zł
Rok wydania oryginału: 2004



Ringo, John & Williamson, Michael Z. - "Bohater" #1

1

Sala odpraw Sekcji Głębokiego Zwiadu była funkcjonalna i zużyta jak sama sekcja. Ściany, podłogę i sufit zrobiono z matowej szarej plastali; nie było tu szafek, stołów ani innych świadectw ludzkiej obecności. Na przeciwległych ścianach znajdowało się dwoje drzwi, jedne i drugie z ciężkiej plastali niczym w bankowym sejfie. O użytych tutaj materiałach zadecydowały kwestie bezpieczeństwa – power packom i skrzyniom z amunicją zdarzały się wypadki, a kiedy power packi miały wypadek, słowo „katastrofa” było najłagodniejszym z możliwych określeń tego, co się wtedy działo.
Nikt też nie chciał, żeby wypadki zdarzały się żołnierzom, ale lepiej stracić SGZ niż całą bazę. Tak przynajmniej uważała reszta bazy.
Fretka pojawił się w sali pierwszy, niosąc krótki, tępo zakończony przebijak. Następna czwórka weszła z karabinami grawitacyjnymi i boczną bronią – oficjalnie nieautoryzowaną, ale mało kto miał ochotę dyskutować z żołnierzami na temat ich prawa do jej noszenia. Przeważały pulsery. Był też dodatkowy miotacz granatów i parę wielkokalibrowych pistoletów. Sztylet wszedł ostatni, machając swobodnie swoim snajperskim gaussem.
Fretka właśnie śmiał się z Thora, który wyzwał Sztyleta na pojedynek strzelecki.
– Co, szykujesz się na olimpiadę?
Thor skrzywił się.
Był przekonany, że używając standardowej broni, pokona Sztyleta – w końcu karabin snajperski to obrzydliwie drogi i rzadki sprzęt, którego właściwe ustawienie trwa kilka godzin – ale po pojedynku konto Thora zubożało o pięćset kredytów, a jego wynik miał go prześladować jeszcze przez wiele dni; doskonale wiedział, że koledzy długo nie dadzą mu o tym zapomnieć.
Sztylet, który używał standardowego karabinu grawitacyjnego, wpakował dziesięć kul z odległości pięciuset metrów w sam środek tarczy, naciskając spust najszybciej jak się dało, a następne dziesięć prawie tak samo szybko z tysiąca metrów. W tym drugim przypadku raz chybił, umieszczając pocisk na samej krawędzi koła za cztery punkty. Mogłoby się zdawać, że w ogóle nie celował, a zaraz po ostatnim strzale odwrócił się od tarczy, nie czekając, aż na ekranie pojawi się wynik. Strzelał nieludzko celnie, a jego ruchy były szybkie, płynne, bezbłędne, jak na snajpera przystało.
Thor znów się skrzywił, a pozostali parsknęli śmiechem.
– Dobra, to się robi nudne – oznajmiła w końcu Lala, dając sygnał do zmiany tematu.
Fretka wcisnął przycisk i z podłogi wysunęły się krzesła i stoły. Były tak samo szare jak wszystko w tym pomieszczeniu. Lala oparła swoje chude ciało o ścianę i stuknęła łokciem w przycisk – dłonie wciąż miała zajęte pękatym działkiem szturmowym – i ze wszystkich stron rozległa się łomocząca muzyka. To był jeden z tych męczących kawałków tanecznych, które lubiła, ale ustawiony tak cicho, by nikt nie narzekał. Na ścianach rozbłysły też hologramy malowideł wykonanych przez żołnierzy jednostki. Jeden z nich przedstawiał straszny szlak zniszczenia: porozbijane czołgi, poskręcane haubice rakietowe, zmiażdżone boty bojowe. Po lewej stronie widać było kapsułę desantową, a po prawej karykaturę olbrzymiego, kanciastego sierżanta w czarnym berecie komandosa SGZ. Mężczyzna miał w rękach ciężki karabin grawitacyjny, na jednym ramieniu miotacz granatów, a na drugim lekki moździerz; cała uprząż bojowa była obwieszona nożami i toporkami, a z jednej kieszeni wystawał mu pluszowy miś. Podpis brzmiał: „Najmocniej przepraszam, ja tylko tędy przechodzę”. Na drugim malowidle widać było straszliwe skutki nieudanego desantu – wszędzie walały się potrzaskane pancerze bojowe i rozbite promy, a ostrzał artylerii wciąż wzbijał chmury kurzu; wszystko to pokrywały rojące się małe killer boty. Na środku stał facet z dystynkcjami majora i stukał w klawiaturę komunikatora dalekiego zasięgu. Podpis brzmiał: „Uwielbiam, kiedy plan się sprawdza”. Wszystkie te obrazki były grzeczne w porównaniu z tymi, które krążyły po sieci i które umieszczano to i ówdzie na ekranach, opatrując je rozwinięciem skrótu SGZ: „Sekcja Głównie Zabitych” albo „Stanowczo Gówniane Zajęcie” (chociaż mało kto powiedziałby to żołnierzowi SGZ prosto w oczy, chyba że byłby jego bardzo dobrym znajomym). Podstawowym wymogiem do prowadzenia rozpoznania na wrogim terytorium był masochizm, więc SGZ umiała sobie radzić z dużymi stratami, ale potrafiła też powodować ich tyle, ile sama ponosiła, a nawet trochę więcej.
Rozmowy nieco ucichły, kiedy żołnierze wyłożyli na stoły swoją broń i zaczęli ją rozkładać do czyszczenia. Wszyscy byli oblepieni błotem, smarami i resztkami roślinności, ale broń była brudna jedynie z powodu jej używania. Żołnierze dbali o swoją broń, bo to od niej zależało ich życie. Obecność piratów, dzikich Posleenów wciąż wałęsających się od czasu zakończenia wojny, która omal nie zgubiła ludzkości, oraz nowe zagrożenie ze strony Blobów – wszystko to sprawiało, że zwiadowcy w każdej chwili byli gotowi do akcji.
Łoża karabinów były pokryte substancją maskującą, która upodobniała się do koloru i wzoru powierzchni otoczenia. Kiedy położono je na stole, natychmiast stały się prawie niewidoczne. Fretka zaklął.
– Maskowanie działa cały czas, nawet wtedy, kiedy nie ma już dość zasilania, żeby strzelać.
Wcisnął przycisk maskowania i broń powróciła do neutralnej szarości.
– Nie, nie cały czas – odpowiedział Goryl jako jeden ze specjalistów techników – ale długo. System jest mały, a tutaj otoczenie nie wymaga dużych zmian. Ale nie próbowałbym wyciągnąć takiej wydajności z kombinezonu intrudera, chociaż z drugiej strony łatwiej go wykryć.
– Nie bądź taki mądry – odparł Fretka. – „Doświadczony zwiadowca korzysta ze swoich umiejętności i sprytu, zamiast polegać na urządzeniach”.
Wzruszył ramionami i wrócił do swojej broni.
Sprawne palce żołnierzy bez żadnego wysiłku radziły sobie z częściami karabinów; komandosi potrafiliby je rozłożyć i złożyć nawet po ciemku. Matowe małokalibrowe lufy z wewnętrznymi sterownikami grawitacyjnymi jak zwykle położono na środku stołu, łoża odsunięto na samą krawędź, a między nimi rozłożono części mechanizmów spustowych i celowniczych. Przebijaki miały dość prostą konstrukcję: wysuwana jednostka zasilania, z którą nie trzeba było się patyczkować, i szkielet. Każdy żołnierz miał swój ulubiony schemat układania części broni, chociaż wszyscy przechodzili taki sam proces szkolenia. Jedynie Sztylet siedział sam przy stoliku i niemal pieszczotliwie czyścił swój karabin snajperski. Sztylet taki już był: zawsze w zespole i zawsze sam.
Thor wyciągnął komorę swojego karabinu grawitacyjnego i zajrzał do środka, wdychając ostry zapach palonego metalu, a potem zaklął na widok tego, co tam zobaczył. Niestety używana przez nich amunicja była niezgodna ze standardami. Producent zalecał pociski z rdzeniem ze zubożonego uranu w powłoce na bazie węgla, dopalone kropelką antymaterii. Uderzenie energii uwalniało antymaterię, a potem jej dezintegracja nadawała pęd pociskowi. Republika Islendzka nie miała jednak możliwości produkowania tak zaawansowanej technicznie amunicji, dlatego karabiny były zasilane z zewnętrznych akumulatorów, a rdzeń pocisków był ze zwykłego zubożonego uranu w grafitowym płaszczu.
Problem polegał na tym, że przy niewiarygodnie dużej prędkości wylotowej pocisków węgiel, a potem uran sublimowały i pokrywały komorę oraz gwint lufy substancją bardzo zbliżoną do stopu uranu z węglem. I niemal tak samo trudną do usunięcia.
Thor sięgnął do plecaka po bańkę napoju ze swoich „awaryjnych” racji.
– Co jest, do cholery? – mruknął, namacawszy coś twardego i niepodobnego kształtem do bańki. Złapał to coś i wyciągnął. To był kamień, na oko pięciokilogramowy. Zwykły kamień.
– Szubrawcy – powiedział z obrzydzeniem. To był stały dowcip jego kolegów. Za każdym razem, kiedy wracali z misji albo polowych ćwiczeń, jakiś palant podrzucał mu do plecaka kamień. W rogu swojej kwatery miał zrzuconych na kupę już ze czterdzieści kamieni. Nikt nie wiedział, po co je trzyma, i on też nie – to były po prostu jakieś tam pamiątki. Miał nawet jeden kamień pochodzący z Ziemi.
Wszyscy zaśmiali się głośno, tylko Sztylet parsknął pod nosem.
– Jeszcze jeden do twojej kolekcji, Thor – powiedział Goryl.
– Jasne. Kamienie, próbki betonu od saperów... Prędzej czy później ktoś mnie przymknie za szmuglowanie Rumakiańskiej Świętej Granitowej Bryły czy innego gówna. Ale wtedy zmuszę was, żebyście za mnie zapłacili grzywnę.
– Będziesz musiał – powiedział Fretka – bo Sztylet będzie miał całą twoją kasę.
Wszyscy znów się roześmiali, nawet Sztylet, i znowu zaczęły się docinki na temat pojedynku.
– „Cześć, jestem Thor i nie umiem trafić nawet w dłuższy bok hangaru”.
– „Sztylet, zastrzel mnie, zanim znów spróbuję cię pokonać.”
– „He, ja być Thor, ja myśleć, ja strzelać do celu”. „To nic, powiedziała młoda dziewica, nie chcąc go zawstydzać, ja też nie czuję się najlepiej!”.
Thor milczał, czekając, aż z nudów zajmą się czymś innym.
– Lepiej, żebyś strzelał do Blobów celniej niż do tarczy – rzucił Fretka i wreszcie się zamknął, a wtedy wszyscy zaczęli się zastanawiać, jakie może być ich następne zadanie. Nie mieli żadnych wątpliwości, że zostaną wysłani przeciwko Blobom. Innych zagrożeń obecnie było niewiele, no i żadne z nich nie wymagało wyjątkowych umiejętności SGZ. Pytanie brzmiało, czy to będzie atak, zwiad, kolejna próba porwania, czy jakiś nowy pomysł bezmózgowców ze Sztabu Strategicznego.
Tak zwane Bloby, czyli Tslek, były nowym wrogiem planet tworzących Konfederację Islendzką. Były to ciemne, miękkie istoty bez trwałego kształtu, poruszające się na nibynóżkach. Jak dotąd mało kto widział Tsleka z bliska, a przynajmniej mało kto mógł o tym później opowiedzieć. Centra administracyjne kilku dalej położonych kolonii zostały zamienione przez coś, co nazywano bronią kinetyczną i co miało większą moc niż zwykłe spadające kamienie, w rozżarzony do białości opar. Podobnie jak atomówki i broń antymateryjna, takie urządzenia były zakazane wśród cywilizowanych ras, zwłaszcza ludzi. Po pierwszych doniesieniach o ataku kosmos przeżył szok. Natychmiast wysłano okręty Zwiadu i Operacji Specjalnych, by zbadały naturę zagrożenia, ale tylko niektóre z nich wróciły.
Tslek zajmowali bliżej nieokreśloną liczbę układów planetarnych na skraju zbadanego przez ludzi kosmosu. Na razie znaleziono tylko jedną planetę, na której obecne były cywilne Bloby – a przynajmniej dosyć duża ich grupa – ponieważ trudno ich było odróżnić od wojskowych Blobów. Dowódca ludzkich sił przeprowadził serię kinetycznych ataków odwetowych i wycofał się. Obecnie sytuacja przypominała dziwną wojnę – obie strony nawzajem się badały – ale na dziwnej wojnie można zginąć tak samo, jak na prawdziwej. Front jest płynny, ale jak najbardziej prawdziwy.
Do tej pory Blobom szło lepiej. Spadli na pogranicze, pozostawiając za sobą miliony zabitych kolonistów, ale gdyby dotarli do gęściej zaludnionych światów, liczbę cywilnych ofiar można by liczyć w miliardach.
Okręty zwiadowcze donosiły, że Bloby zaplanowały atak siłami dużej floty na Rdzeń. Normalnie stosowaną techniką było wpuszczenie napastnika, a potem zajście go od tyłu lekkimi siłami i przecięcie linii zaopatrzenia. Kwestią sporną pozostawał tylko kierunek ataku. Ziemia i Rdzeń mogły się tym nie przejmować, ale Republika Islendzka nie chciała znaleźć się na jego drodze.
Bloby najwyraźniej miały takie same potrzeby jak ludzie: wodór do tankowania okrętów, części zamienne, tlen, woda i świeża żywność. Używały także takich samych systemów napędowych: niskoenergetycznych „napędów dolinowych”, przenoszących statki z układu do układu „dolinami” między gwiazdami, zwanymi też trasami tranzytowymi, oraz „napędów tunelowych”, które ludzie i ich sprzymierzeńcy przejęli od wrogich Posleenów. Statki te potrafiły kosztem olbrzymiej energii „tunelować” z prędkością nadświetlną przez dowolne rejony przestrzeni, ale od czasu do czasu musiały uzupełniać wodór do napędów dolinowych oraz antymaterię do tunelowych, nie mówiąc już o innych zapasach. Część dostaw mogły im przywozić okręty zaopatrzeniowe – lepiej dowozić żywność niż hodować własną, gdyż rośliny zajmowały miejsce, które mogło być potrzebne na amunicję, i nie były tak skuteczne w oczyszczaniu powietrza, jak systemy recyklingowe – ale część, zwłaszcza paliwo, łatwiej było zbierać po drodze.
Właśnie z tych powodów Bloby musiały założyć na drodze swojego przelotu bazę, która spełniałaby pewne wymagania: dostęp do co najmniej jednej dobrej trasy tranzytowej, obecność w pobliżu jednej planety typu jowiszowego na paliwo oraz prawdopodobnie jednej typu ziemskiego, ze śladami blobowego rolnictwa.
Planeta typu ziemskiego nie tylko zapewniałaby obszary pod hodowlę i przetwarzanie żywności bez dodatkowych kosztów budowy kopuł oraz innych instalacji niezbędnych na księżycach; pozwalałaby też załogom wypoczywać w godziwych warunkach. Biosfera dawała także bardzo dobrą osłonę przed wszelkimi próbami wykrycia – odbijała cząstki oraz inne ślady życia, wśród których można by się ukryć.
Bloby nie sprawiały wrażenia głupich i najwyraźniej posługiwały się tym samym systemem logicznego rozumowania co ludzie. Oznaczało to, że tak samo jak ludzie były świadome swoich potrzeb i domyślały się, że ludzie o tym wiedzą, dlatego najpewniej były przygotowane na jakieś misje zwiadowcze.
A misje takie bywały bardzo brutalne i krótkie. Sekcja wiedziała, że każde zadanie może być ich ostatnim, zwłaszcza że najświeższe wydarzenia trudno było nazwać obiecującymi, ale żołnierze starali się z tego żartować lub w ogóle ten temat omijać w rozmowach. Parę sekcji niedawno zniknęło, ale nikt nie wiedział, dokąd poleciały ani co się stało; żołnierze otrzymali tylko raporty informujące, że sekcja taka i taka jest „zaginiona, prawdopodobnie stracona”.
Żołnierze rozmawiali właśnie o zaginionych towarzyszach, kiedy pojawił się dowódca ich sekcji. Zwykle nie reagowali na jego widok, gdyż codziennie z nimi pracował, a poza tym przepisy zabraniały marnowania czasu na salutowanie, jeśli nie było przy nim oficera w stopniu powyżej kapitana. Ich stosunki były wystarczająco oficjalne, by przestrzegać dyscypliny, i wystarczająco swobodne, by mogli odnosić się do siebie jak towarzysze. Ale tym razem żołnierze zesztywnieli i natychmiast zamilkli – kapitanowi towarzyszyła dziwna istota, niemal niespotykana: Darhel w mundurze.
Wszyscy instynktownie się zjeżyli. Nawet po blisko tysiącu lat kontaktów z Darhelami nie byli oni lubiani. Odkąd w pewnym momencie zostali panami ludzkiej rasy, wciąż mieli reputację nieuczciwych, niegodnych zaufania cwaniaków. Uważano, że są zmienni jak pogoda i wredni jak grzechotniki – Darhelowie wydawali się czerpać przyjemność nie tylko z samego zarabiania pieniędzy, ale także z dymania przy tym innych. Żaden z żołnierzy sekcji nigdy się z nimi nie zadawał, ale wszyscy znali krążące o nich opowieści.
Przyniósłszy ostrzeżenie przed Posleenami, żarłocznymi międzygwiezdnymi istotami, które pustoszą planety jak szarańcza pola, Darhelowie dali ludzkości technologię i broń w zamian za jej doświadczenie i sztukę wojenną. Ale technologię dawkowali tak, że kiedy Posleenów wreszcie powstrzymano, straty w niedostatecznie wyposażonych ludzkich siłach były straszliwe. Darhelowie upierali się, że to było nieuniknione i wynikało z kwestii logistycznych, ale nikomu nie umknął fakt, że zginęło osiemdziesiąt procent ludzkiej rasy, że niedobitków przez niemal sto lat traktowano jak niewolników i że ci, których podczas wojny przeniesiono „dla ich bezpieczeństwa”, rozproszyli się po galaktyce, gdzie asymilowali się w obcych społecznościach i niemal całkowicie zapominali o ludzkich procesach myślowych. Darhelowie oczywiście wspomagali ludzkość w dziele odbudowy i ponownego zasiedlania Ziemi za „rozsądną cenę” – którą to cenę sami ustalali. Nie podzielili się też swoimi technologiami – większość tego, co ludzie posiadali, przetworzono z resztek, które przetrwały wojnę.
Ostatecznie okazało się to śmiertelnie poważnym błędem Darhelów. Powinni byli pozostawić ludzkość jej własnemu losowi albo potraktować ją uczciwie. Kiedy stało się jasne, że nie zrobili ani tego, ani tego, reakcja ludzi była... typowo ludzka. Tylko niektórzy Darhelowie przetrwali programy eksterminacji wprowadzane w życie przez ocalałe państwa.
Ten Darhel, któru do nich przyszedł, miał bladą, prawie przezroczystą skórę i oczy o pionowych źrenicach. Większość z nich miała zielone albo purpurowe tęczówki – on miał purpurowe z delikatną turkusową obwódką. Jego twarz była typowo darhelska, wąska i lisia, a włosy miał podobne do ludzkich, srebrno-czarne; czasami obcy mieli metalicznie złote włosy. W przypadku Darhelów określenia „złoty” i „srebrny” należało traktować dosłownie, gdyż ich włosy nie były po prostu blond czy siwe. Obcy mieli spiczaste uszy, którymi strzygli w chwilach stresu, oraz rekinie zęby. Rzadko się uśmiechali. Wyglądali jak klasyczne elfy z powieści fantasy. Ten konkretny Darhel nie strzygł uszami i miał na ustach wyćwiczony powitalny uśmiech zaciśniętymi wargami. Sądząc po jego oczach, ten uśmiech mógł oznaczać wszystko... lub nic.
Co gorsza, nosił paski starszego sierżanta. Ciekawe, czy dochrapał się ich kombinatorstwem, w nagrodę za swoje cwaniackie zdolności, czy zdobył je uczciwie, w walce w polu? Ale czekała ich jeszcze jedna niespodzianka: znaczek sensata nad lewą kieszenią.
Po tysiącach lat starań ludzkość wreszcie zaczęła stawiać pierwsze kroki na polu ponadzmysłowej percepcji. Zwłaszcza wojsko zaczęło ją stosować do najrozmaitszych celów. Wprawdzie mało który wojskowy sensat potrafił „czytać w myślach”, ale wielu wyczuwało na odległość emocje, a nieliczni potrafili określać przyszłość.
Jak można było się spodziewać, wszyscy obawiali się ich zdolności zaglądania do prywatnych zakamarków umysłu – każda istota myśląca ma myśli, których wolałaby nie zdradzać – dlatego większość uważała sensatów za bardzo niewygodne towarzystwo.
Paru sensatów trafiło do Sekcji Głębokiego Zwiadu. Byli to zazwyczaj empaci, którzy potrafili wyczuć zasadzkę na podstawie emocji przeżywanych przez zaczajonych przeciwników, nawet z odległości paru kilometrów.
– Witajcie. Mam nadzieję, że ćwiczenia dobrze wam poszły – przywitał ich kapitan. Żołnierze coś odruchowo wymamrotali, cały czas gapiąc się na Darhela.
Kapitan najwyraźniej był przygotowany na taką reakcję.
– Przedstawiam wam Tirdala San Rintai – powiedział, nie marnując czasu. Darhel skinął głową i cierpliwie czekał. – Tirdal ma ograniczone zdolności empatyczne klasy drugiej i ukończył kurs na sensata SGZ z drugą specjalnością medyka polowego. Będzie wam towarzyszył podczas następnej misji.
Rozległy się pomruki niezadowolenia, które przerwał Sztylet.
– Bez urazy, sir, Tirdal – skinął głową Darhelowi – ale jesteśmy razem od dawna i tworzymy dobrze zgrany zespół. Nie potrzeba nam nikogo nowego na początku misji, bez czasu na przygotowania czy trening. Będzie nam raczej przeszkadzał niż pomagał.
Kapitan przygwoździł Sztyleta spojrzeniem.
– Tak ci się wydaje? A skąd wiesz, jaki jest cel waszej misji? – Nie dając Sztyletowi czasu na odpowiedź, mówił dalej, ucinając wszystkie inne sprzeciwy, które mogłyby się pojawić. – Fakty są takie: mamy rozkaz przygotować się do zrzutu na planetę, która prawdopodobnie jest w rękach Blobów, żeby zdobyć informacje oraz być może artefakty i jeńców. Jedyna sekcja, która wróciła z takiego zadania, miała ze sobą sensata, dlatego my też zabierzemy sensata. Koniec, kropka. Masz z tym jakiś problem, sierżancie?
Powiedział to z naciskiem, patrząc na Sztyleta; wyraźnie dawał mu do zrozumienia, że ma dość kwestionowania każdego rozkazu. Snajper potrafił strzelać jak nikt inny i umiał podejść nawet geparda, ale jego szacunek dla przełożonych pozostawiał wiele do życzenia.
Sztylet odpowiedział mu stanowczym, ale niezbyt hardym spojrzeniem.
– Zrozumiano, sir – odparł. – Tirdal, witamy w oddziale.
Darhel wreszcie się poruszył – wystąpił do przodu z wyciągniętą dłonią.
– Witam cię, Sztylet. Jestem pewien, że nasza współpraca się uda.
Głos miał dźwięczny i niski, a uścisk dłoni mocny. Potem chwyt jego palców stał się miażdżący, a purpurowo-turkusowe oczy zajrzały w oczy Sztyleta, jakby chciał przez nie spojrzeć w głąb jego mózgu.
Sztylet mocno zacisnął dłoń. Oprócz tego, że był znanym na wielu planetach strzelcem, był też jednym z najsilniejszych w tym oddziale bardzo silnych mężczyzn, ale mimo to nie mógł pokonać Darhela. Po chwili poczuł, że obcy zaczyna jeszcze mocniej zaciskać rękę – miał wrażenie, że jego dłoń znalazła się w uchwycie mechanicznej prasy – i na jego twarzy pojawił się grymas bólu, a wtedy Darhel znów się uśmiechnął i puścił jego dłoń.
Sztylet nie dał niczego po sobie poznać, mimo że czuł się zaskoczony niepokojącym zachowaniem i siłą Tirdala.
– Jasne, nie ma sprawy – mruknął, powstrzymując się, żeby nie potrząsnąć obolałą dłonią.
– Nie mogę się doczekać naszej wspólnej akcji. – Obcy kiwnął głową, ani na moment nie odwracając spojrzenia oczu o pionowych źrenicach od twarzy snajpera.
Potem pozostali przywitali się z nim i przedstawili. Tirdal skinął każdemu z nich głową, nie mówiąc już nic więcej.



Dodano: 2008-08-01 14:01:55
Komentarze
-Jeszcze nie ma komentarzy-
Komentuj


Konkurs

Wygraj "Bitwę bliźniaków"


Artykuły

Wiedźmin Netfliksa: zachwyt czy rozczarowanie?


 Nie tylko Netflix animuje króliki, czyli „Wodnikowe Wzgórze” przez dekady

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e06)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e05)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e04)

Recenzje

Vonnegut, Kurt - "Rysio Snajper"


 Pullman, Philip - "La Belle Sauvage"

 Flamma, Adam - "Wiedźmin. Historia fenomenu"

 Majka Paweł, Rusak Radosław - "Czerwone żniwa. Trzeci front"

 Baoshu - "Odzyskanie czasu"

 Majka Paweł, Rusak Radosław - "Czerwone żniwa. Uderzenie wyprzedzające"

 Jordan, Robert - "Wojownik Altaii"

 Scalzi, John - "Imperium w płomieniach"

Fragmenty

 Hałas, Agnieszka - "Czerń nie zapomina"

 Dworakowski, Witold - "Wieczny buntownik"

 Ziębiński, Robert - "Dzień wagarowicza"

 Baoshu - "Odzyskanie czasu" (przedmowa)

 Hendel, Paulina - "Czarny świt"

 Baoshu - "Odzyskanie czasu"

 Canavan, Trudi - "Klątwa kreatorów"

 Clare, Cassandra & Chu, Wesley - "Czerwone Zwoje Magii"

Projekt i realizacja:sismedia.eu       Reklama     © 2004-2020 nast.pl     RSS      RSS