NAST.pl
 
Komiks
  Facebook
Facebook
 
Forum

  RSS RSS

 Strona główna     Zapowiedzi     Recenzje     Imprezy     Konkursy     Wywiady     Patronaty     Archiwum newsów     Artykuły i relacje     Biblioteka     Fragmenty     Galerie     Opowiadania     Redakcja     Zaprzyjaźnione strony   

Zaloguj się tutaj! | Rejestruj

Patronat

Crouch, Blake - "Rekursja"

Abercrombie, Joe - "Zemsta najlepiej smakuje na zimno" (2019)

Ukazały się

Ziębiński, Robert - "Piosenki na koniec świata"


 Palmer, Ada - "Siedem kapitulacji"

 Pilipiuk, Andrzej - "Przeszłość dla przyszłości"

 antologia - "Wigilia pełna duchów"

 Chesterton, Gilbert Keith - "Człowiek, który był Czwartkiem"

 Węcławek, Dominika - "Skoczkini. Zapiski z międzygwiezdnego lotu"

 Rusnak, Marcin - "Diabły z Saints"

 Lisińska, Małgorzata - "Zakonna"

Linki

Komuda, Jacek - "Czarna bandera"
Wydawnictwo: Fabryka Słów
Data wydania: Marzec 2008
ISBN: 978-83-7574-000-4
Oprawa: miękka
Format: 125 x 195 mm
Liczba stron: 384
Cena: 29,99
Seria: Bestsellery polskiej fantastyki



Komuda, Jacek - "Czarna bandera" #2

Lodowy szkwał

To, co ujrzeli, było niewiarygodne... Wprost nie mieściło się w głowach. Nawet w tych porąbanych, kudłatych i pełnych wszy łbach niedoszłych piratów z Liona.
Wśród lodów uwięzione były dwa statki. Nie, nie brygantyny czy fregaty. To były dużo mniejsze i wielce dziwaczne jednostki. Pierwsza tkwiła przed nimi, zakuta w lodzie niemal do linii wodnej, nieco pochylona na bakburtę, ze sterczącymi trzema masztami. Poczerniały, smukły kadłub był jeszcze cały, choć od samej góry pokrywał go rząd sopli, szron i lód. Statek nie był duży - z bliska Sanders oceniał go na góra osiemdziesiąt, może dziewięćdziesiąt ton, lecz nawet w najmniejszym stopniu nie przypominał kryp z Bristolu, Amsterdamu czy Kingston. Z daleka można by go wziąć za małego slupa, tyle że nie miał, jak slup, przedłużonego bukszprytu i tylko jednego masztu. Pozbawiony był olinowania i żagli, bo wiatry, mróz i śnieg zniszczyły takielunek dawno temu; maszty wznosiły się teraz nad pokładem nagie i żałosne, niby wyschnięte pnie drzew.
Drugi był znacznie większy, z wyniesionym wysoko nad pokład kasztelem rufowym. Z jego pokładu wychodziły aż cztery maszty, z których dwa przednie nosiły - patrząc po zachowanych rejach - ożaglowanie rejowe, a dwa ostatnie - skośne. Szczegółów konstrukcji Sanders nie widział, bo jednostka stała nieco wyżej i była oddalona o dobre trzysta stóp od pierwszego statku.
Widok był tak niesamowity, że przez długą chwilę całą grupę jakby zamurowało. Prędzej spodziewaliby się tutaj pięknych syren albo żywego krakena niż dwóch statków uwięzionych w lodach przed Bóg wie ilu laty. Sanders pierwszy zdał sobie sprawę z faktu, iż skoro oglądane przez nich jednostki nie były fregatami, brygantynami ani slupami, nie wyglądały na okręty liniowe ani stare hiszpańskie galeony, to musiały zostać zwodowane bardzo dawno temu i pozostawać w lodzie przez stulecia. Przez jakieś sto, a może nawet dwieście lat!
Ale w jaki sposób znalazły się w bryle lodu, o kilka tysięcy mil od krainy śniegów na południu? Sanders przypomniał sobie, że nieraz widywał w tych okolicach płynące z południa góry, otaczające niezbadaną Terra Australis, na których czasem widzieli ptaki albo śmieszne nielatające kaczki. Jeśli zatem ogromne bryły lodowe odrywały się gdzieś w dalekich stronach od jakiejś większej całości i niosły na swych grzbietach zwierzęta, tedy dlaczego nie mogły przywlec tutaj uwięzionych statków?
Tak czy owak, był to pomyślny znak od losu. Na tych łajbach mogła być woda, żywność, nie wspominając już o rumie czy dużej szalupie. Bez żadnej zachęty prawie biegiem rzucili się w stronę mniejszej jednostki. Potykając się, ślizgając po lodzie, klnąc i przepychając, stanęli wreszcie pod starą, ciemną burtą, która nad podziw dobrze zniosła lodowe okowy.
– Podsadźcie mnie! – rzekł Sanders, widząc, że nie doskoczy do bocznej drabinki. Dokoła nie było żadnej liny ani beczki, po której mógłby wspiąć się na pokład.
– Ja, ja pomogę – zajęczał Phil.
– Ty, głupcze, pilnuj lepiej swojej rzyci – warknął Sanders – bo jak ci dam kopa, to za morze poleci!
Wnet Charlie i Goldon spletli ręce, zgięli się wpół. Sanders postawił stopę na ich dłoniach, wtedy dźwignęli go w górę. Przeszorował po mokrych, oblodzonych deskach, wreszcie złapał się falszburty kilka stóp wyżej. Stęknął, ale podciągnął się na ramionach, z trudem przelazł przez burtę.
Pokład statku zawalony był śniegiem, który gdzieniegdzie zdołał już odtajać. Widać karawela, bo tak chyba nazywano przed laty takie statki, była głęboko uwięziona w lodach i tylko promienie słońca sprawiły, że wyłoniła się spod lodowych okowów jak złoto spod bandaży indiańskiej mumii. Na deskach spod białej warstwy wystawały kawałki drewna, potrzaskane reje, resztki zbutwiałych lin. Tu i ówdzie można było dostrzec wyrwane z łoża armaty, piramidki kul, zmiażdżone beczki i wiadra.
Kwatermistrz wsparł się o rozwaloną kołkownicę, podał rękę Charliemu, wciągnął go na pokład. Potem wspólnymi siłami pomogli wejść Goldonowi i całej reszcie. Wkrótce stali już przy grotmaszcie, rozglądając się dokoła. Wyglądało na to, że karawela nie była zniszczona – dobre dębowe drewno przetrwało stulecia pod lodem w nienaruszonym stanie, wątpliwe jednak, aby statek nadawał się do żeglugi.
Ruszyli na rufę, do forkasztelu, sprawdzić, co stało się z załogą. Drzwi wiodące do nadbudówki były zamknięte na głucho. Sanders i pozostali bez namysłu dobyli noży, wyrąbali kawał lodu wokół progu. Bartholomeu chwycił za żelazny pierścień, szarpnął drzwi do siebie. Trzymały mocno, więc przez chwilę siłował się z zawiasami. Szarpnął mocniej i wówczas puściły z trzaskiem, rozwarły się na oścież, a wtedy w mrocznym wnętrzu rozległ się głośny trzask, świst i jęk dartego metalu. Sanders zamarł, dobył pałasza i dopiero wówczas zajrzał do środka. Wnętrze kajuty kapitańskiej było ciemne i lodowato zimne. Na wprost wejścia dostrzegł dziwną konstrukcję – skrzynię, na niej łoże zaopatrzone w wygiętą w łuk metalową sztabę. W rowku tkwiła gruba strzała, a cięciwa, która powinna spoczywać za nią, była pęknięta. Gruby sznur szedł od spustu tej pradawnej broni aż do drzwi.
Sanders zalał się potem, kiedy dotarło do niego, że zastawiono tu pułapkę na niespodziewanego gościa. Każdy, kto chciałby wejść do kajuty, dostałby bełt z kuszy prosto w sam środek żywota, zanim jeszcze zdołałby wykrztusić słowa powitania.
Na szczęście czas zrobił swoje. Bartholomeu zrozumiał, że trzask i świst pochodził od cięciwy, która pękła po zwolnieniu spustowej dźwigni. Tylko temu zdarzeniu zawdzięczał, że nie leżał teraz przeszyty grubym jak trzy palce bełtem. Przeżegnał się i poszedł dalej.
Kiedy wyprostował schylone plecy, poczuł, jak przenika go zimny chłód. Kajuta była lodowym grobowcem, w którym – jak na deskach teatru – wciąż rozgrywało się przedstawienie ostatnich chwil życia załogi karaweli. W hamaku leżał jakiś człek. Inny siedział przy palenisku; po prostu zamarzł, ściskając w dłoni hubkę i krzesiwo. Sanders dostrzegł mężczyznę siedzącego przy stole, ściskającego w bladych palcach gęsie pióro. Leżała przed nim otwarta, zamarznięta księga, ledwie widoczna spod warstwy zlodowaciałego śniegu, który dostawał się do kajuty przez te wszystkie lata, gdy statek spoczywał uwięziony wśród lodów. Obok na podłodze dostrzegł jeszcze jedne zwłoki. Dwa kolejne ciała leżały po kątach – jedno na podłodze, a drugie – zwinięte w kłębek na kuferku.
Mróz zabił tych wszystkich ludzi dawno temu. Zmroził krew w żyłach, zamienił w blade, sztywne kukły. Na ciałach prawie nie widać było rozkładu. Kajuta nie cuchnęła jak trupiarnia, a zwłoki, poubierane w dziwaczne bufiaste kaftany i kapelusze, pookręcane łachmanami i gałganami na podobieństwo żebraków, nie zdążyły jeszcze odtajać, bo słońce nie miało przystępu do mrocznego wnętrza.
Sanders zdjął kapelusz. Jego kompani skłonili głowy, żegnali się, spoglądali ze strachem na zmarłych, którzy wyglądali jak pogrążeni w głębokim śnie.
Sanders zbliżył się do stołu. Odgarnął śnieg z księgi leżącej przez zmarłym, uderzył rękojeścią pałasza, aby skuć lód ze stronic, chuchnął i z trudnością oczyścił otwarte stronice na tyle, że mógł zerknąć na wpisy. Zawilgocony papier niemal rozsypywał się w palcach.
Gdy Simps szarpnął za okiennicę, rozleciała się z trzaskiem na kawałki, wpuszczając promień światła. Sanders pochylił się nad stołem. Bał się, że jeśli spróbuje oderwać księgę od stołu, dziennik pójdzie w strzępy, więc z trudem przesylabizował ostatni wpis na środku strony. Tekst, o dziwo, był po angielsku.

12 lipca Anno Domini 1514. Śnieżna nawałnica szaleje już dziesiąty dzień. Wczoraj zgasł ogień. Szyper Black bezskutecznie stara się go rozniecić. Nie żyje Marcus i Fendein – skonali na pokładzie, powaleni niemocą, ledwie wyszli z luku. Konamy z zimna... Kiedy piszę te słowa, pióro przymarza mi do ręki. Nie sposób dotknąć kawałka metalu, aby nie zostawić na nim pół funta skóry.
Catherine jest uwięziona w lodach. Nie ma żadnej nadziei na wyrwanie się z pułapki. Nie możemy dokończyć tratwy. Giniemy...
Pokiwał głową, bo zrozumiał wszystko. Zginęli straszną śmiercią, zapewne zepchnięci przez wiatr w głąb lodowych pól na południu, gdzie ich statki zostały uwięzione jak w kleszczach. 1514... Ponad dwieście lat przeleżeli w lodach otaczających Terra Australis. Sanders pokręcił głową. Nie mieli tutaj już nic do roboty. Jeśli nawet chcieliby się bawić w piratów, tedy wyprzedził ich wiatr, mróz i śnieg.
– Charlie, Nates! – rzekł cicho. – Pójdziemy sprawdzić drugi statek. A wy, Simps, poszukajcie żywności, prochu i jakiejś szalupy.
O dziwo, Simps posłuchał. Widać wolał nie wychylać się przed innych i nie zdradzać ze swoją niechęcią, dopóki kwatermistrzowi sprzyjało szczęście.

Rozumieli się bez słów. Ta lodowa góra i jej zawartość była prawdziwym darem losu. Jeszcze dzisiejszego ranka ich życie było więcej niż niepewne, teraz zaś mieli być może widoki na jadło, wodę, proch, a także drewno na budowę dużej tratwy, na której mogliby bez kłopotu dopłynąć do Patagonii.
Sanders przywołał kompanów. Czas było sprawdzić drugi statek. Ciekawiło go też, dlaczego załoga Catherine ustawiła przed drzwiami pułapkę na nieproszonych gości. Czyżby doszło do buntu?
Tak czy owak, wyjaśnienie tej zagadki leżało na kolejnym statku.
Drugi statek był znacznie większy, bardziej pękaty, zaopatrzony – na ile można to było poznać z resztek masztów i lin – w ożaglowanie przypominające zwykłe brygi i fregaty. Choć na fokmaszcie miał tylko foka, na grot-maszcie zachowały się jeszcze reje grota i grotmarsla. Na bezanmaszcie niósł skośny łaciński bezan, jak zwykłe statki handlowe pływające między Indiami Zachodnimi a Anglią, Francją i Holandią. To była karaka – statek starszy niż wszystkie prababki Sandersa; zapewne był w użyciu za czasów dawnych Hiszpanów. A może nawet takim przypłynęli do Ameryki jej pierwsi odkrywcy w czasach, kiedy w lasach na miejscu obecnego Plymouth, Nowego Amsterdamu i Charlestonu wyły jeszcze wilki i indiańskie diabły.
Do statku zbliżali się wolno, brnąc w roztopionym śniegu, ślizgając się po lodzie, klnąc i przepychając. Do grupy dołączył Phil, bo Sanders nie miał już siły, by odpędzić głupka. Aby podejść do burty, musieli wspiąć się na wzniesienie – górę wypiętrzającą się w postrzępionym masywie lodowca. A kiedy uczynili to i zbliżyli się do statku, kwatermistrz zamarł i pokręcił głową z niedowierzaniem.
Uwięziona w lodzie karaka była wypalona jak pusta skorupa owada. Ogień strawił większość wewnętrznych pokładów, wypalił dziury w burtach, niszcząc, co się dało. Jedynie maszty i niektóre pokładniki sterczały nad rumowiskiem, w które zamienił się główny dek statku.
Sanders szarpnął nadpaloną, rozlatującą się deskę, Charlie pomógł mu, chwytając z drugiej strony.
– Ja, ja pomogę! – zabulgotał Phil.
– Twoja pomoc potrzebna jak dziura w moście – warknął Bartholomeu. – Idź lepiej do szalupy! I pilnuj, żeby jej nie ukradli!
Z trudnością wyłamali spaloną plankę spomiędzy wręgów. Sanders pierwszy przecisnął się do środka, stanął na rumowisku poczerniałych bali i desek, które kiedyś było chyba główną ładownią karaki.
I wówczas jęknął, bo przez chwilę miał wrażenie, że znalazł się na dnie piekła. Wnętrze musiało zostać zasypane tonami śniegu, który zmienił się z czasem w twardy jak skała lód, skrywając to wszystko, co wydarzyło się we wnętrzu płonącego statku. Pod promieniami słońca stopniał, odsłaniając tajemnicę. Działo się tutaj wiele rzeczy. Złych rzeczy, od których pot zrosił czoło Sandersa.
Spod topniejącego lodu i śniegu prześwitywały zwęglone ciała marynarzy. Szkielety szczerzyły nań zęby rozwarte w nadobnym uśmiechu Pani Śmierci. To było dziwne, ale pożar, który strawił karakę, wygasł chyba sam, z naturalnych przyczyn, bowiem część zwłok została spalona niemal na popiół, a kwatermistrz dostrzegał tylko poczerniałe kości i zwęglone kule czaszek. Inne z kolei wyglądały na ledwie muśnięte płomieniem – miały zwęglone ręce, nogi lub twarze, na których zastygła przedśmiertna męka i ból.
Najgorsze czekało ich dalej. Na stępce, wśród poczerniałych, pokrytych grubą warstwą śniegu kamieni balastowych, spoczywała nadtopiona bryła lodu. Człowiek, który się z niej wyłaniał, był częściowo spalony. Nie żył od dwustu lat, a jednak dzięki wiecznej zmarzlinie, która wniknęła w jego ciało, wciąż klęczał, wychylał się spod niej, szeroko rozwartymi ramionami obejmując... powietrze. Jak gdyby usiłował chwycić w objęcia bryłę płonącego lodu, a potem pozostał tak, unieruchomiony przez zimno i mróz, na wieczną pamiątkę swego poświęcenia.
Już to samo w sobie było straszne. Jednak potworne przerażenie na popalonym obliczu martwego aż nadto wyraźnie mówiło, że w chwili kiedy przyszło marynarzowi pojednać się z Panem, zamiast złocistego anioła ujrzał na własne oczy wszystkie diabelskie bestie gnieżdżące się na dnie oceanów.
Phil, który wcisnął swój kudłaty łeb do wnętrza kadłuba, zaszlochał, widząc tę scenę, a Sanders przeżegnał się znowu. Na brodę papieża, nie był zbyt religijny, po latach spędzonych na morzach nie bardzo ruszały go obrazki haftowane krwią i ludzkimi trzewiami, jednak na widok tak okrutnej śmierci znów stracił rezon i fantazję, które odzyskał dzięki lodowej górze i uwięzionym w niej statkom.
Co zaszło na pokładzie? Pożar? Bunt? Czy ktoś zaprószył ogień, czy też celowo podpalił statek?
Przyjrzał się nadpalonemu trupowi i serce mu zamarło. Z piersi mężczyzny sterczał krótki bełt wystrzelony z kuszy... Zabito go. Ustrzelono jak dzikiego zdeba, a potem? Właśnie, co potem? Spalono?
Tego wszystkiego było za dużo jak na jego głowę. Za dużo jak na ten dzień, opłacony krwawym trudem, strachem, zemstą, a potem nadzieją na zbawienie.
- Ahooooj! Tutaj! Bywajcie!
To był głos Natesa. Dochodził z boku, spoza statku.
- Chodźcie!
Skoczyli ku dziurze w burcie, wyszli na zewnątrz. Nates krzyknął znowu - jego nawoływanie dobiegło od strony bukszprytu. Sanders popędził tam, brnąc w śniegu, pozostawiając za sobą głębokie ślady. Majtek stał na lodowym polu jakieś trzydzieści stóp od dziobnicy karaki, pochylał się nad wgłębieniem w lodzie, a jego oblicze było blade ze strachu.
Sanders skoczył do niego, potknął się, a Phil w ostatniej chwili wyciągnął do niego rękę. Bartholomeu chwycił ją, łapiąc wraz z uściskiem równowagę, wyrwał dłoń wściekły, że skorzystał z pomocy głuptaka, który w załodze Liona był dziewką do wszystkiego - włączywszy szpetną sodomię pod pokładem.
A potem przebrnął przez śnieg, stanął obok dygocącego Natesa. Spojrzał na to, w co wpatrywał się marynarz, i aż pokręcił głową z niedowierzaniem.
Pod nimi był płytki, wyrąbany w lodzie dół. Niegdyś zapewne wypełniał go śnieg, który stopniał, odsłaniając coś, co wyglądało jak zmutylowane ciało człowieka. Co było w dole? Jak to opisać? Porąbany niemal na kawałki, pokryty zlodowaciałą krwią trup. A najdziwniejsze, że zmarły miał dłonie związane drutem za plecami, a stopy spętane liną i odrąbaną głowę, która w dodatku obrócona była tyłem naprzód. Co za diabeł?
Sanders złapał za ramię i ścisnął rozdygotanego Natesa. Obrócił chmurną twarz w stronę Charliego.
- Spokój, kamraci! - warknął. - To była jakaś egzekucja, zemsta. Być może mieli więźniów na pokładzie. Albo ich szyper był mniej wyrozumiały niż Hands i zdjął im kapelusze z karków razem z łbami.
Sam nie wierzył w tę gadaninę. Jeśli to było ciało skazańca, dlaczego tedy ułożono mu głowę odwrotnie? I po co wiązano razem stopy, a ręce skrępowano drutem? Aby nie wstał z grobu? Do kroćset, co tu się wydarzyło? Co za szaleństwo rozegrało się na uwięzionych w lodzie statkach, że jego pierwszym aktem stały się zamarznięte trupy zabarykadowane w kapitańskiej kajucie, drugim spalony wrak i zwęglone ciała, a trzecim - ten dziwny grób z makabryczną zawartością? Jaka historia powiązała te trzy przeklęte miejsca?
- Tam coś się świeci - rzekł Charlie. - Obok tego ścierwa, kamraci, patrzcie... Niech ja skonam. To złoto!
Faktycznie, przez lód przebijały żółte rozbłyski czegoś ukrytego pod zwałami szarego, roztopionego lodu.
– Nie ruszajcie tego! – warknął Nates. – Tfu, tfu! To czartowska sztuczka. Przeklęty skarb! Nie tknę złota wyciągniętego z parszywego miejsca!
– Ja wcale nie chcę tego ruszać... Ale uważajcie sami... To jakaś złota figura. Posąg, bracia, jak u dawnych Indian.
– I przeklęty jak złoto Cortésa! – warknął Nates, żegnając się nabożnie. – Nikomu nie pozwolę go ruszyć! Co tak patrzysz, Sanders! Lepiej stracić rękę, niż obrabować ten grób!
– Znam kogoś, kto zrobi to za nas. – Sanders wyszczerzył zęby w uśmiechu, bo złoto zawsze miało tak magiczną siłę, że jego blask płoszył wszystkie cienie, duchy, diabły i demony. – Phil! Chodź tu! Potrzebujemy pomocy!
Wezwany kiep rzucił się niemal do nóg kwatermistrza. Prawie zaszlochał z psiej radości, że wreszcie ktoś zwrócił na niego uwagę.
– Wejdź tam i wyjmij spod lodu tę żółtą rzecz – nakazał Bartholomeu. – Szybciej, chłopcze, nie będziemy tu stać i czekać na przekroczenie równika!
Phil skoczył do grobu, uderzył łokciem, drapał popękany lód, darł go palcami, aż poszła mu krew spod paznokci. I w końcu, po długiej chwili ciężkiej pracy, chwycił w zakrwawione dłonie ukryty pod lodem przedmiot. To był wielki i ciężki posążek – niezdarnie oddany indiański idol, przypominający trochę jaszczurkę, a trochę kajmana rozwierającego paskudną paszczę pełną złotych zębów.
Złoto zabłysło w promieniach słońca, a wówczas głośny huk wstrząsnął ich zmysłami. Gdzieś dalej, za linią stromych, poszarpanych lodowych iglic, ogromny kawał góry musiał osunąć się do wody, uświadamiając wszystkim, że chwila, gdy pływający fragment lądu spocznie na dnie morza, zbliża się nieuchronnie.
Sanders z zachwytem przyjrzał się idolowi. Czyżby ładownia ocalałej karaweli pełna była złota? Czy zaginione statki wiozły do Europy łupy zdobyte na Indianach? Wszystko było jeszcze przed nimi, choć należało się spieszyć.
– Rzuć to w diabły! – warknął Nates. – Wyrzuć to kurewstwo do morza! To jakiś demon, diabeł, to...
– To góra złota, bracie! – zawołał wesoło Sanders.


Zobacz też:
galeria


Dodano: 2008-03-13 17:08:35
Komentarze
-Jeszcze nie ma komentarzy-
Komentuj


Artykuły

Nie tylko Netflix animuje króliki, czyli „Wodnikowe Wzgórze” przez dekady


 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e06)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e05)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e04)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e03)

Recenzje

Raduchowska, Martyna - "Fałszywy Pieśniarz"


 Abercrombie, Joe - "Szczypta nienawiści"

 Eames, Nicholas - "Krwawa Róża"

 Kisiel, Marta - "Małe Licho i anioł z kamienia"

 Le Guin, Ursula K. - "Cała Orsinia"

 Lawrence, Mark - "Święta siostra"

 Aldiss, Brian W. - "Cieplarnia"

 Abercrombie, Joe - "Ostateczny argument" (oprawa twarda)

Fragmenty

 Simon, Lars - "Lennart Malmkvist i osobliwy mops Buri Bolmena"

 Foster, Alan Dean - "Obcy"

 Hendel, Paulina - "Droga Dusz"

 Cook, Glen - "Port Cieni"

 Zbierzchowski, Cezary - "Distortion"

 Rak, Radek - "Baśń o wężowym sercu"

 Petrucha, Stefan - "Marvel: Spider-Man. Wiecznie młody"

 Kańtoch, Anna - "Diabeł w maszynie"

Projekt i realizacja:sismedia.eu       Reklama     © 2004-2019 nast.pl     RSS      RSS