NAST.pl
 
Komiks
  Facebook
Facebook
 
Forum

  RSS RSS

 Strona główna     Zapowiedzi     Recenzje     Imprezy     Konkursy     Wywiady     Patronaty     Archiwum newsów     Artykuły i relacje     Biblioteka     Fragmenty     Galerie     Opowiadania     Redakcja     Zaprzyjaźnione strony   

Zaloguj się tutaj! | Rejestruj

Patronat

Pullman, Philip - "La Belle Sauvage"

Heinlein, Robert A. - "Drzwi do lata" (Kolekcja Wehikuł czasu)

Ukazały się

Duncan, Emily A. - "Niegodziwi święci"


 Wlazło, Alicja - "Iskra"

 Lisińska, Małgorzata - "Bajki krasnoludzkie"

 Jabłoński, Witold - "Popiel"

 Bonowicz, Karina - "Nie wywołuj wilka z lasu"

 Mróz, Remigiusz - "Echo z otchłani"

 Kuang, Rebecca F. - "Wojna makowa" (zintegrowana)

 Headley, Maria Dahvana - "Dziedziczka jeziora"

Linki

Komuda, Jacek - "Galeony Wojny", tom 2
Wydawnictwo: Fabryka Słów
Cykl: Galeony wojny
Data wydania: Styczeń 2008
ISBN: 978-83-60505-88-5
Oprawa: miękka
Format: 125 x 195
Liczba stron: 296
Cena: 28,99
Seria: Bestsellery polskiej fantastyki



Komuda, Jacek - "Galeony wojny", tom 2 #1

Tako rzecze Pierwszy i Ostatni, co był martwy, a ożył...

Mewy zniżały lot nad statkiem. Siadały na masztach i rejach, czasem zrywały się do lotu, krzycząc przeraźliwie, ale zaraz wracały, jak gdyby czatując na dusze zabitych. Krążyły wokół okrwawionego krejera coraz bliżej, coraz natarczywiej. Musieli się spieszyć...
- Zejdźmy pod pokład - mruknął Jakimowski.
Cyrulik przepuścił go pierwszego. I bynajmniej nie z wrodzonej grzeczności. Rozsądny wybór, bo zaraz za drzwiami rufowej zejściówki dostrzegli kolejne zwłoki, klęczące na stopniach schodni, z rozpłatanym barkiem, wyszarpanym prawym policzkiem, prawym okiem wyrwanym z oczodołu. Oderwaną od ciała rękę znaleźli dopiero w dole schodków. Dłoń wciąż ściskała nóż o szerokim, marynarskim ostrzu...
Jakimowski zerknął na Bedekera. Cyrulik był blady, dygotał, ale wciąż jakoś trzymał się. Do kroćset, co za medyka przyjęła do służby komisja. Co on robił, kiedy pod pokład znoszono mu ludzi z oderwanymi nogami lub pozostałości tych, którzy spotkali się blisko z zawartością lufy szturmaka albo periera? Modlił się? Mdlał? Zamykał w kajucie?
Ruszyli dalej, do mesy i kapitańskiej kajuty. Tego, co zobaczyli na progu, poczciwy Bedeker już nie zdzierżył. Zakrztusił się, zacharczał, a potem poleciał schodami w górę, zatykając oburącz gębę. Jakimowski usłyszał stukot butów, gdy ten dopadł burty, a potem odgłosy świadczące, że żołądek wojskowego cyrulika na chwilę zmienił się w bulgocący kocioł kaszubskiej czarownicy. Szlachcic miał tylko nadzieję, że Bedeker zdołał szczęśliwie zdryfować na burtę i nie zanieczyścił pokładu. W innym wypadku załogę czekałoby długie cegiełkowanie deku...
Omal nie parsknął śmiechem. Jakie cegiełkowanie?! Do kroćset, planki tej krypy przesiąkły krwią tak bardzo, że dawny blask przywróciłby im chyba tylko hebel sprawnego cieśli! Albo rozbiórka głównego deku.
Spoważniał na widok nieszczęśnika, który leżał na progu kapitańskiej kajuty. Marynarz miał prawie oderwaną głowę. Ale nie to było najgorsze. Ciało zostało nadjedzone przez lewiatana. Z rozerwanego żywota wywleczono trzewia, prawy bok był wyżarty, rozszarpany.
Przez morską bestię albo...
Szczury!
Były tu wszędzie. Kłębiły się przy ciele, szarpały wnętrzności, targały za boki, przeciskały się pomiędzy żebrami... Dokoła zastygła krew. Na deskach podpokładu, na drzwiach, nawet na okopconym suficie...
Teraz nawet Jakimowski pociągnął solidnie z bukłaka. Odpędził kilka natrętnych szczurów kopniakami, na resztę machnął ręką. Wszedł do środka.
W kajucie kapitana panował spokój i porządek.
Jeśli nie liczyć zakrwawionych ciał dwóch majtków i trupa starego szypra w kącie. Dziwne, ale poza rozszarpanym gardłem, nie było widać na nim żadnych śladów bestii. Nieszczęśnik nawet nie pomyślał o obronie. Kapitański rapier wisiał w pochwie nad koją, dwa pistolety leżały obok przyśrubowanego do pokładu krzesła. Jakimowski sprawdził je - były nabite, a zamki nakręcone.
A potem dostrzegł różaniec zwieszający się z martwych dłoni kapitana. Biedaczyna modlił się; wzywał na pomoc Pana albo ofiarowywał mu swoją duszę. Niepotrzebnie, bo i tak trafiła do raju. Kimkolwiek by nie był ten człowiek i czegokolwiek nie uczyniłby za życia, strach, jakiego doświadczył przed śmiercią, był odpowiednią pokutą i zadośćuczynieniem za najgorsze grzechy. Jakimowski był tego pewien.
Kim w takim razie albo czym była bestia, że kapitan, mając na podorędziu broń, nawet nie sięgnął po nią? Że wolał zawierzyć różańcowi, niż oddać choć jeden, nawet chybiony strzał?
Jakimowski obejrzał dwa pozostałe ciała. Wokół zakrwawionej dłoni jednego z martwych zawinięty był rzemyk z krzyżykiem. Obok drugiego nieboszczyka leżały szczątki rozerwanego różańca. Czyżby kapitan i dwóch jego zuchów porzucili jakąkolwiek myśl o walce? Modlili się w kajucie, podczas gdy Lewiatan krwawo zabawiał się z resztą załogi?
O Boże święty, za dużo było tych wszystkich śmierci...
Na stole leżał otwarty dziennik okrętowy, rozbita flasza atramentu, który spłynął na deski podłogi, a potem wysechł, tworząc owalną ciemną plamę.
Dziennik... Cóż tym razem pozostawił Lewiatan ku przestrodze i pamięci? Jaki wpis czekał w księdze?
Jakimowski pochylił się nad kartami. Napis, uczyniony drżącą ręką kapitana, brzmiał:
Tako rzecze Pierwszy i Ostatni, co był martwy, a ożył...
Znów cytat z Biblii. Apokalipsa świętego Jana. Bluźnierstwo, bo Lewiatan podszywał się tym razem pod Pierwszego i Ostatniego, to jest pod Jezusa Chrystusa.
W jaki sposób bestia zmuszała szyprów do pozostawiania zapisów w dziennikach?
Jakimowski dałby sto dukatów komuś, kto potrafiłby udzielić na to pytanie rozsądnej odpowiedzi.
Wyszedł z kajuty, zajrzał do oficerskiej mesy.
I teraz poczuł to samo, co Bedeker. Na Die Katze płynęli pasażerowie.
Niewiasta z małym dzieckiem na ręku.
Lewiatan zabił ją. Reszty dokończyły szczury...
Wypadł jak burza na górny pokład, rzucił się do burty. Przez chwilę myślał, że jego żywot zamieni się w płonącą komorę prochową, szczęśliwie jednak, dzięki żelaznej woli i wstawiennictwu Wszystkich Świętych, udało mu się powstrzymać gwałtowny pożar trzewi.
- Ośmiu zabitych - mówił w chwilę później, stając przed komisarzami. - Żadnych śladów mieczy, szabel czy rapierów Żadnych ran od kul czy kartaczy Cała załoga zginęła od kłów i pazurów jakiegoś ogromnego stworzenia.
- Czy się bronili?
- Trzech dobyło pałaszy, jeden półhaka. Nie wydołał strzelić. To wszystko.
- Masz waść gorzałkę?
- Mam.
- Dawaj!
Jakimowski podał bukłak wysokiemu komisarzowi. Posse pił długo, osuszył naczynie do dna niczym wytrawny majtek. Potem odetchnął, otarł pot z czoła.
- Tego nie uczynił człowiek! - jęknął Bedeker. - Mości panie Posse, ja jestem starym cyrulikiem... Potrafię
odrzynać piłą nogi i wypalać rany prochem szybciej, niż
katolik odklepuje grzechy na spowiedzi. I to wszystko
zrobię na trzeźwo! Umiem wyrywać zęby tak sprawnie, że nie ma potrzeby, aby ściskać łeb chorego w imadle ani używać do tego celu ciesielskiego dłuta. A nawet jak jestem pijany potrafię zalutować czaszkę złotym talarem tak gładko, że będzie można potem kruszyć na łbie kwarciane szklenice! Ale czegoś... Herr Jesus! Czegoś takiego jeszcze nie widziałem, Pan mi świadkiem, mnie, nieszczęsnemu Hermannowi Bedekerowi, cyrulikowi floty królewskiej! Nie wierzyłem w brednie o diabłach i czartach, ale po tym, com ujrzał, gotów jestem pierwszy podłożyć ogień pod stos czarownika! Mości panowie! To uczyniły czarne moce, piekielne zaklęcia! Lewiatan to bestia z piekła rodem, wezwana przez popleczników i czcicieli złego. Nie w naszej mocy ją pokonać!
- Panie nasz i Mistrzu, Jezusie Chrystusie. - Blady Giese przeżegnał się powoli. Wyglądało na to, że pobyt na pokładzie Die Katze umocnił go w wierze równie skutecznie, co przechadzka po najniższym kręgu piekła. Szkoda może, że nie wstąpił pod pokład i nie zobaczył tego, co Jakimowski, bo wówczas pewnie podziękowałby jutro za służbę albo pognał w te pędy do kościoła Mariackiego, aby wspólnie ze swymi braćmi w luterskiej wierze żałować za grzechy. Wszak to, co ujrzeli na Die Katze, wystarczało w zupełności, aby z rozwiązłego pijanicy i rozpustnika uczynić wiernego adoratora Najświętszej Marii Panny, a z zuchwałego sodomity i opilca - pokornego nowicjusza u świętego Dominika.
- Co mamy czynić, na Boga?
- Wezwać księdza - wycharczał Bedeker. - I żałować za grzechy!
- Egzorcyzmy... - jęknął Giese. - Należy wyświęcić ten okręt...
- Lewiatan nie jest diabłem ani pospolitym demonem! - warknął Jakimowski. - Mości panowie, nie traćcie zdrowego rozsądku!
- Powinniśmy odprawić egzorcyzmy we flocie - powtórzył Giese. - A nade wszystko sprowadzić z Bremy doświadczonego mistrza od wykrywania czarownic. Ktoś musiał rzucić urok, który sprowadził demona...
- Jaki urok, do diabła! - ryknął Jakimowski. - Czy wyście poszaleli?! Powtarzam raz jeszcze: bestia nie jest dziełem czarta, ale nieprzyjaciela koronnego!
- A jeśli tak - Posse pochylił się nad ciałem martwego majtka i wskazał okrągłe rany po kłach dobrze widoczne na zmasakrowanych plecach - tedy czy ów nieprzyjaciel ma w załodze wilkołaki, które zamiast czynić użytek z pałasza, gryzą i kąsają nieszczęsne ofiary?! Po czym to blizny, mości komisarzu, jeśli nie po kłach i szponach?! A może, znaczy, zaprzeczysz mi, mości panie? Znaczy, zadasz kłam słowom wysokiego komisarza okrętów królewskich?! Znaczy, śmiesz wmówić nam, że to, co tutaj widzimy, to nie jest czartowska sprawka, ale jakiś podstęp albo fortel wojenny?
- Tak, zaprzeczę! - wykrzyknął Jakimowski.
Wargi Possego ściągnęły się, odsłaniając pożółkłe zęby. Dickmann wiedział już, że jest źle; że fawor komisarza hetmańskiego spadł niżej niż dno helskiej głębi, a przy najbliższej sposobności zostanie on odesłany tam, skąd przybył. Do obozu wojsk koronnych pod Choj­nicami i Człuchowem, wraz z listem, w którym Posse zawiadomi hetmana Koniecpolskiego, że obecność imć Jakimowskiego w Latarni i Gdańsku jest stanowczo i bezwzględnie niepożądana!
A Jakimowski padł na kolana obok zwłok; dramatycznym gestem rozerwał zapięcie żupana, zerwał go z ramienia i części pleców.
- Zobaczcie - warknął - co mam na ciele! Oto odpowiedź na wasze pytania!
Posse zamarł. Giese jęknął. Na plecach Jakimowskiego widniały białe, zabliźnione dawno rysy po szponach... Okrągłe, białawe dziurki od kłów, podobne wielce do tych, które widzieli na zakrwawionym ciele marynarza z Die Katze!
Zapadła cisza. Jakimowski szarpnął za kołnierz żupana, nasunął go na plecy pokryte starymi bliznami.
- Dobry Boże! - jęknął wreszcie Giese. - Skąd to? Mości Jakimowski? Czyście spotkali się z bestią? Z Lewiatanem? Jak? Gdzie? Kiedy?!



Dodano: 2007-12-19 18:10:27
Komentarze
-Jeszcze nie ma komentarzy-
Komentuj


Konkurs

Wygraj "Wojnę makową"


Artykuły

Wiedźmin Netfliksa: zachwyt czy rozczarowanie?


 Nie tylko Netflix animuje króliki, czyli „Wodnikowe Wzgórze” przez dekady

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e06)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e05)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e04)

Recenzje

Petrucha, Stefan - "Marvel: Spider-Man. Wiecznie młody"


 Moore, Stuart - "Marvel X-Men: Saga Mrocznej Phoenix"

 Abercrombie, Joe - "Zemsta najlepiej smakuje na zimno"

 Schwartz, Alvin - "Upiorne opowieści po zmroku"

 Neiderman, Andrew - "Adwokat diabła"

 Corey, James S.A. - "Wzlot Persepolis"

 Corey, James S.A. - "Prochy Babilonu"

 King, Stephen - "Instytut"

Fragmenty

 Jabłoński, Witold - "Popiel"

 Headley, Maria Dahvana - "Dziedziczka jeziora"

 Mortka, Marcin - "Żółte ślepia"

 Schwab, V.E. - "Vengeful. Mściwi"

 Collins, Suzanne - "The Ballad of Songbirds and Snakes"

 Dick, K. Philip - "Możemy cię zbudować"

 Heinlein, Robert A. - "Drzwi do lata"

 Archer, K.C. - "Instytut" #1

Projekt i realizacja:sismedia.eu       Reklama     © 2004-2020 nast.pl     RSS      RSS