NAST.pl
 
Komiks
  Facebook
Facebook
 
Forum

  RSS RSS

 Strona główna     Zapowiedzi     Recenzje     Imprezy     Konkursy     Wywiady     Patronaty     Archiwum newsów     Artykuły i relacje     Biblioteka     Fragmenty     Galerie     Opowiadania     Redakcja     Zaprzyjaźnione strony   

Zaloguj się tutaj! | Rejestruj

Patronat

Podlewski, Marcin - "Księga Zepsucia. Tom 1"

Abercrombie, Joe - "Ostateczny argument" (oprawa twarda)

Ukazały się

Zychla, Marek - "Sitko"


 Chokshi, Roshani - "Aru Shah i koniec czasu"

 Fedyk, Karolina - "Skrzydła"

 Larson, B.V. - "Flota Oriona"

 Nieściur, Sławomir - "Kurs na kolizję"

 Lovecraft, Howard Philips - "Zew Cthulhu"

 Lawrence, Mark - "Koło Osheim"

 Wexler, Django - "Piekielny batalion"

Imprezy

Dni Fantastyki 2019 r.
Od: 2019-07-05
Do: 2019-07-07

Linki

Flint, Eric & Weber, David - "1633"
Wydawnictwo: ISA
Data wydania: Luty 2007
ISBN: 978-83-7418-139-6
Oprawa: miękka w obwolucie
Format: 135 x 205 mm
Liczba stron: 608
Cena: 35,90 zł



Flint, Eric & Weber, David - "1633" #5

Rozdział 5

– Mam! – wykrzyknął niespodziewanie Gustaw Adolf. – Złóżmy im wizytę!
Axel Oxenstierna, stojący tuż obok niego przy otwartym oknie nowego pałacu z widokiem na serce Magdeburga, otworzył szeroko oczy. Spoglądał na jeden z budynków, które ostatnio wzniesiono w mieście. A konkretnie: piorunował go wzrokiem. I to bardziej specyficzną ornamentykę niż sam budynek.
Niemal każda budowla w Magdeburgu była nowa albo prawie nowa. Dwa lata wcześniej, w trakcie długiej, pełnej potworności wojny, bawarscy żołnierze Tilly’ego splądrowali miasto. Zamordowano większość mieszkańców – jakieś dwadzieścia-trzydzieści tysięcy ludzi, w zależności od tego, kto o tym opowiadał – a sam Magdeburg puszczono z dymem. Mało co uchowało się przed grabieżą, gdy armia Tilly’ego w końcu opuściła miasto.
Tymczasem już od miesięcy (począwszy od decyzji Gustawa Adolfa, który ubiegłej jesieni ustanowił Magdeburg stolicą swego nowego królestwa zwanego Konfederacją Księstw Europejskich) w mieście wrzało jak w ulu. Nikt nie znał całkowitej liczby ludności, ale Oxenstierna nie miał wątpliwości, że przekroczyła ona już trzydzieści tysięcy. Ludzie z całych środkowych Niemiec – a nawet spoza nich – dosłownie zalewali miasto, aby wykorzystać szanse, jakie im stwarzało. Wszędzie powstawały wszelkiego rodzaju konstrukcje: nowe posiadłości, rzecz jasna, – w tym także nowy pałac cesarza, w którym Oxenstierna właśnie przebywał – lecz również przedziwnie wyglądające fabryki wzdłuż brzegów Łaby, które zaprojektowali amerykańscy poddani Gustawa. Z miejsca, w którym stał, Axel był w stanie dostrzec fabrykę okrętów, gdzie John Simpson i jego ludzie budowali nowe opancerzone łodzie.
„Poddani – pomyślał kwaśno Oxenstierna. – To tak, jakby nazywać wilka »pieskiem« tylko dlatego, że na chwilę pozwolił sobie założyć obrożę. Ze sznurkiem zamiast smyczy i bez kagańca”.
– Chyba żartujesz – warknął. – Gustawie, ty przecież nie mówisz poważnie.
Odwrócił głowę, żeby spojrzeć na swego władcę. Postura Gustawa II Adolfa – tudzież Gustavusa Adolphusa w wersji zlatynizowanej – dorównywała jego pozycji w świecie. Król Szwecji i cesarz Konfederacji Księstw Europejskich był olbrzymim mężczyzną. Mierzył dobrze ponad metr osiemdziesiąt, był szeroki w barach i mocno umięśniony. Warstwy tłuszczu, które nieuchronnie pokrywały jego ciało zawsze wtedy, gdy król nie brał udziału w wyczerpujących kampaniach, tylko dodawały powagi jego postaci.
– Chyba żartujesz – powtórzył kanclerz, tym razem już niemal błagalnie.
Gustaw wzruszył ramionami.
– Czemu niby miałbym żartować?
Pochylił twarz okoloną krótkimi jasnymi włosami i zwieńczoną kozią bródką, która łączyła się z grubymi wąsami. Jego potężny haczykowaty nos zdawał się wycelowany wprost w obraźliwą konstrukcję poniżej.
– To są moi poddani, Axelu, nawet jeśli... – Zaśmiał się tubalnie. – Przyznaję, że te łajdaki zdają się kompletnie tą zależnością nie przejmować. Ale chciałbym ci przypomnieć, że ani razu – ani razu, Axelu – otwarcie się nie zbuntowali.
– Nie, otwarcie nie – przyznał kanclerz. Z kwaśną miną przyglądał się osobliwym bliźniaczym łukom, które zdobiły odległy gmach. Były jasnozłotego koloru, co sprawiało, że wyróżniały się spośród szarości otaczających budynków. Zwłaszcza że ta szarość należała głównie do okolicznych fabryk.
Przypuszczalnie właśnie ten kolor irytował Oxenstiernę bardziej niż cokolwiek innego. Częściowo dlatego, że jego jaskrawość, odznaczająca się na tle nowo wzniesionych burych fabryk i warsztatów, podkreślała ów niezwykły fakt, że te przeklęte komitety korespondencyjne praktycznie zawsze znajdowały chętnych słuchaczy wśród klasy robotniczej, gwałtownie wyrastającej w środkowych Niemczech. A już szczególnie gwałtownie w Magdeburgu.
Głównie jednak irytowało go to, że złota farba była naprawdę droga.
Konsekwencje całej tej sytuacji nie dawały Oxenstiernie spokoju. W królestwach zdarzało się, że wśród części populacji pojawiały się niepokoje i radykalne poglądy. Nie było w tym nic niezwykłego. Od dwóch wieków Europę trawiły okresowe wybuchy masowego niezadowolenia – a nawet rebelie. Ruch comuneros zatrząsł nawet posadami hiszpańskiego królestwa Karola V, Holendrzy całkowicie pozbyli się Habsburgów, zaś w poprzednim stuleciu Cesarstwem Niemieckim wstrząsnęły Wojna Chłopska i zajęcie Münster przez anabaptystów. Nawet Szwedzi miewali własne niepokoje społeczne, takie jak powstanie chłopskie pod wodzą Nilsa Dacke, które miało miejsce sto lat wcześniej.
Większość tych rebelii była jednak łatwa do stłumienia. Powstańcy z zasady stanowili jedną wielką zbieraninę ubogich wieśniaków i mieszczan – niejednokrotnie zwyczajnych włóczęgów – „dowodzonych” (jeśli w ogóle można użyć takiego sformułowania) przez garstkę najniżej urodzonej szlachty. Niedouczonych, i to zarówno w kwestii realiów politycznych, jak i wszystkiego innego, pozbawionych na dobrą sprawę jakichkolwiek przewodnich zasad, poza fanatyczną religijnością i nienawiścią do uciskających ich możnych. Niezależnie od tego, jak wielkie były „armie” powstańców – chłopi ze środkowych i południowych Niemiec wysłali kiedyś do boju przeszło sto pięćdziesiąt tysięcy mężczyzn – prawdziwe wojsko, odpowiednio dowodzone i zorganizowane, miażdżyło ich najpóźniej po dwóch latach. Z wyjątkiem Holendrów, którzy cieszyli się specjalną przewagą, żadne z europejskich powstań nie trwało długo.
Tymczasem to... było coś innego. Sam fakt, że komitety korespondencyjne zawsze potrafiły zebrać od swych zwolenników fundusze na kupno złotej farby, był niewielką, lecz wyraźną tego oznaką.
– Szlag by trafił tę przeklętą kobietę – mruknął Axel. – Czasem myślę...
– Nie waż się tego mówić – przerwał mu król. – Nie waż się, Axelu. Ani w mojej obecności, ani w obecności kogokolwiek innego. – Gustaw obrócił głowę, kierując swój drapieżnie zakrzywiony nos na kanclerza. – Nie jestem tym angielskim królem – Henrykiem II, prawda? – który ponoć rzekł: „Dalibóg! Czy ktoś oswobodzi mnie od tego klechy?4”.
Znów powrócił do lustrowania złotych łuków.
– Poza tym przesadnie się zamartwiasz. To, co ciebie najbardziej przeraża w Gretchen Richter i jej malkontentach, mnie akurat uspokaja. Niech ci się nie wydaje, Axelu, że masz do czynienia z ciemnymi wieśniakami. Czytałem ich broszury i gazety. Podobnie jak i ty. Są wielce przemyślane i uczone, pomimo ich ostrej wymowy. Czy kiedykolwiek wymieniali mnie jako swego wroga?
Oxenstierna zacisnął szczęki.
– Nie – przyznał niechętnie. – Przynajmniej jeszcze nie. Ale poznałem tę kobietę – podobnie jak i ty – i jeśli ciągle myślisz, że ona przy pierwszej nadarzającej...
– Możesz ją za to winić? – warknął Gustaw. – Powiedz mi, arystokrato, czy gdybyś przeszedł przez to, co ona, też byłbyś pełen szacunku i podziwu dla tych „znaczniejszych” od siebie?
Spojrzał na niego.
– Nie sądzę! To, że skarga pochodzi od człowieka niskiego urodzenia, nie oznacza, że owa skarga jest bezzasadna – dobrze ci radzę, kanclerzu, byś o tym nie zapominał. Ani o tym...
Gniew powrócił na jego twarz.
– Ani o tym, że Bóg nie stosuje takich podziałów. Z pewnością nie w niebiosach, niezależnie od tego, co ustanowi na tym świecie.
Oxenstierna stłumił westchnienie. Jego władca był człowiekiem pobożnym, oddanym swej własnej, nieco specyficznej interpretacji luteranizmu. A może była to po prostu spuścizna jego rodowych tradycji. Dynastia Wazów doszła do władzy w Szwecji między innymi dlatego, że wielki założyciel rodu – Gustaw Waza, dziadek mężczyzny stojącego obok – zawsze skłonny był stanąć po stronie pospólstwa w sporze z arystokracją. Od czasu do czasu Gustaw Adolf uważał za stosowne przypominać o tym wszystkim swym szlachetnie urodzonym podwładnym.
– Dość! – wykrzyknął Gustaw. W słowie tym zadźwięczała nutka wesołości. – Chcę złożyć im wizytę, Axelu, i tak właśnie zrobimy. Dziś.
Odwrócił się od okna i ruszył ciężko w stronę drzwi.
– Tym bardziej że od twoich szpiegów wiemy, że ten cały Spartakus przebywa obecnie w mieście. Równie dobrze mogę teraz wyrobić sobie o nim zdanie. Według pozyskanych informacji to właśnie on, bardziej niż Gretchen Richter, jest przywódcą całej bandy.
– Oni nie mają prawdziwego przywódcy – zagrzmiał Axel, idąc w ślad za swym władcą. – Richter jest najbardziej znana, ale przynajmniej pół tuzina innych odgrywa równie ważną rolę jak ona. Nawet jeśli...
Gorycz powróciła do jego głosu, i to z pełną mocą. Kolejne słowa wypowiedział raczej z żalem niż potępieniem.
– Gdzie, na litość boską, córka drukarza nauczyła się tak przemawiać publicznie?
Znajdowali się już na korytarzu. Człapanie Gustawa trudno było nazwać „marszem” z uwagi na to, że stawiał kroki z delikatnością wołu. Przemieszczał się jednak bardzo szybko.
– Powiedz mi coś więcej o tym Spartakusie – zażądał przez ramię.
– Po pierwsze, to nie jest jego imię. To zwyczajna głupia poza, którą przyjmuje w swoich broszurach. Naprawdę nazywa się Joachim Thierbach – a może von Thierbach – i wydaje się pochodzić z mniej znaczącego rodu saskiej szlachty.
– Jeśli to „von” Thierbach, to może wcale nie pomniejszej.
Axel potrząsnął głową z rozdrażnieniem.
– Sasi! A właściwie wszyscy Niemcy! Kto może pojąć tę ich skomplikowaną hierarchię? Przypuszczam, że nawet oni sami nie mogą.
Dotarli już do bramy pałacowej; król niemal sadził w dół po schodach, aż w końcu znalazł się na ulicy. O ile ten błotnisty teren można było określić mianem „ulicy”. Nawet tutaj, w dzielnicy królewskiej, robotnicy kładący nowy bruk lub naprawiający stary nie nadążali za gwałtownie odradzającym się miastem.
Pilnujący bramy oddział szkockich najemników natychmiast zaczął formować szyk wokół monarchy. Gustaw Adolf gestem nakazał im wrócić na posterunek.
– Myślę, że to byłby błąd dyplomatyczny. – Wizja okazania prawdziwego męstwa jak zawsze uradowała króla Szwecji. – Chyba rozsądniej będzie wkroczyć jako kapitan generał Gars.
Przystanął i uśmiechnął się szeroko do Oxenstierny.
– A czy tak nieustraszony żołnierz potrzebuje ochrony?
Axel w końcu uznał, że trzeba poddać się temu, co nieuchronne i odwzajemnił uśmiech.
– Z całą pewnością nie. – Spojrzał na miecz u boku Gustawa i położył dłoń na rękojeści swojego. – W końcu można z tego zrobić dobry użytek, a my wiemy, jak tego dokonać. Zadrżycie przed nami, studenci, rzemieślnicy i ulicznicy!
Gustaw wybuchnął śmiechem.
– Raczej nie. Ale myślę, że będą uprzejmi.

* * *
Okazało się, że Spartakus był więcej niż uprzejmy. Był wprost dworski. A swymi niewymuszonymi manierami i swobodnym, aczkolwiek pełnym szacunku zachowaniem udowodnił, że podejrzenia Oxenstierny nie były bezpodstawne. Prawie na pewno „von” Thierbach.
Gustaw nie miał nic przeciwko temu, żeby się dowiedzieć. Gdy więc on i Axel spoczęli już przy stole w rogu magdeburskich „Łuków Wolności” (obydwaj mieli spore trudności z zachowaniem powagi na widok gromady ludzi wlepiających w nich oczy z każdego zakamarka przestronnej „izby jadalnej”), król od razu przeszedł do rzeczy.
– Jak to z tobą jest, młodzieńcze? Joachim Thierbach? A może von Thierbach?
Joachim uśmiechnął się. Mężczyzna siedzący na wprost króla i kanclerza nie mógł mieć więcej niż dwadzieścia pięć lat. Był szczupłej budowy i raczej wysoki. Okulary tkwiące na nosie w połączeniu z przedwcześnie łysiejącymi skrońmi nadawały mu wygląd uczonego.
– Von Thierbach, Wasza Wysokość. Mój ród pochodzi z miasteczka nieopodal Lipska.
– Niecodzienne pochodzenie, tak mi się wydaje, jak na kogoś o twoich, że się tak wyrażę, „skrajnych poglądach”.
Thierbach wzruszył ramionami.
– Czemuż to, Wasza Wysokość? Czemuż miałbym się ograniczać do horyzontów umysłowych małostkowego szlachetnie urodzonego Sasa? – Uśmiech niepostrzeżenie przeszedł w gorzki, ironiczny grymas. – „Małostkowy” jest tu właściwym słowem. Okupować niezbyt wielką posiadłość, władać niezbyt wielką gromadą brudnych i ledwo piśmiennych chłopów. Tacy właśnie są „szlachetnie urodzeni”.
Axel patrzył z wściekłością. Gustaw się uśmiechał.
– Owszem, najczęściej tak jest – zgodził się król.
Przestronny budynek, który zajęły komitety korespondencyjne, utrzymany był w dużej czystości. Wręcz w niezwykłej, jeśli porównać z większością ówczesnych budynków. Dla zwolenników ruchu politycznego Gretchen Richter dbałość o czystość i higiena osobista były niemalże obiektem kultu – choćby dlatego, że były „nowoczesne”. Nawet Axel po cichu przyznawał, że akurat ten konkretny aspekt działalności komitetów jest godzien pochwały.
Wnętrze budynku urządzono iście po spartańsku. Meble były tanie i prymitywne, podobnie jak mieszczące się w części kuchennej piece i piekarniki. Jedynym wyjątkiem był nowy żeliwny „piec Franklina” usytuowany w rogu głównego pomieszczenia. Gustaw powstrzymał się od wyszczerzenia zębów w uśmiechu. Jeden z jego szwedzkich dworzan niedawno oznajmił kwaśno, że komitety korespondencyjne przyjęły piece konwekcyjne tak samo, jak wczesny Kościół przyjął symbol krzyża.
Król zerknął na półmisek z jedzeniem, który przyniósł jeden z usługujących młodzieńców. Leżały na nim jakieś plastry przypominające mieszaninę kapusty kiszonej i roztopionego żółtego sera, położone na czymś, co wyglądało jak chleb. Pomimo że Gustaw zrezygnował ze swego tradycyjnego obfitego drugiego śniadania, nie kusiło go, by spróbować tego jedzenia. Bez wątpienia jakiś niezbyt wykwalifikowany piekarz zrobił je na miejscu z najtańszych dostępnych produktów.
Wiedział, że to również jest jedna z tych rzeczy, które denerwowały jego kanclerza. Połączenie niechęci do wygód z aż nazbyt widoczną umiejętnością zbierania funduszy świadczyło o swoistym fanatyzmie członków komitetów korespondencyjnych. Niezależnie od tego, w jak wielkim stopniu zaczerpnęli swą ideologię od amerykańskich mentorów, żarliwość, z jaką się do niej stosowali, musiała chyba nawet samych Amerykanów przyprawiać o dreszcze.
Rozumiał obawy Axela. Teoretycznie komitety rzeczywiście były dość niebezpieczne. Jednak...
„Wojna to wojna, kampania to kampania, bitwa to bitwa, a potyczka to potyczka. Nie mylmy jednego z drugim”.
– Powiem wprost – rzekł. Wskazał kciukiem na siedzącego tuż obok kanclerza. – Mojego przyjaciela i doradcę, tego tutaj Oxenstiernę, martwią wasze zamiary. I zagrożenie, jakie te zamiary mogą stanowić dla mych rządów.
Joachim przez chwilę patrzył uważnie na Axela. Było w jego spojrzeniu coś sowiego. Uczonego, owszem – lecz sowy to też drapieżniki.
– Ma rację, że się martwi – powiedział wreszcie ostro. – Ale nie z powodu naszych zamiarów, lecz z powodu logiki wydarzeń. Nie będę kłamał, Wasza Wysokość. Może nadejść taki czas – podkreślam: może – że znajdziemy się w przeciwnych obozach. Lecz jeśli o mnie chodzi, wolałbym uniknąć takiej ewentualności.
Król chrząknął.
„Proszę. Nawet najwięksi radykałowie mają swoje frakcje. Tego się spodziewałem”.
– Richter nie wróci jeszcze przez jakiś czas – zauważył łagodnie. Drążył.
Thierbach przeniósł na niego swój sowi wzrok.
– Proszę nie spodziewać się rozłamów w naszych szeregach, Wasza Wysokość. Albo może proszę ich nie interpretować w niewłaściwy sposób. To prawda, że Gretchen i ja nie zawsze się zgadzamy. Nikt z tego zresztą nie robi tajemnicy. Obydwoje pisaliśmy broszury i wygłaszaliśmy przemowy, w których te różnice były dość wyraźne.
Gustaw zerknął z ukosa na Axela. Kanclerz wydawał się lekko zarumienić. Król poczuł się rozdarty między rozbawieniem a irytacją. Najwyraźniej dla arystokratycznego Oxenstierny subtelne różnice w opiniach radykalnych demokratów były nie do uchwycenia.
„Muszę postarać się o własną sieć szpiegów – pomyślał król. – Wnikliwych, którzy zrozumieją to, co zobaczą, zamiast sapać z oburzenia. Chyba że jestem w wielkim błędzie...”.
Chwilowo odsunął te myśli na bok. Zbyt wiele intrygujących rzeczy odnajdywał w siedzącym naprzeciwko młodzieńcu, żeby zaprzątać sobie głowę czym innym.
„...przez resztę życia będę miał do czynienia z Thierbachem, Richter i im podobnymi. Dobrze jest poznać swych wrogów – i swych przyjaciół zarazem, bo królowi nie zawsze łatwo jest odróżnić jednych od drugich”.
– Byłbym wdzięczny, gdybyś rozwinął temat. – Pomimo całej łagodności, słowa te były ni mniej, ni więcej, tylko królewskim rozkazem.
Młody Thierbach nie uniósł się gniewem. To również było intrygujące. Z doświadczenia wiedział, że większość młodzieńców w gorącej wodzie kąpanych właśnie tak by się zachowała.
– Różnice między mną a Gretchen to nie tyle różnice w poglądach, Wasza Wysokość – a już z pewnością nie w pryncypiach – co raczej różnice, które wynikają z naszej odmiennej działalności. Gretchen jest... – Nie był to brak określeń, lecz raczej szukanie tego najwłaściwszego. – Nazwijmy ją naszym „duchem przewodnim”. Ona nie zna strachu, zawsze pierwsza wedrze się przez każdy wyłom.
Gustaw kiwnął potakująco głową. Poznał już tę młodą kobietę – pierwszy raz spotkali się, gdy stała z dymiącym pistoletem nad trupami chorwackich kawalerzystów w służbie cesarza Habsburga. Część z nich zabiła osobiście.
Joachim uśmiechnął się, poprawił okulary i przejechał dłonią po wysokim czole.
– Ufam, że sam też bym się przed takim wyłomem nie zatrzymał. Ale zdecydowanie nie jesteśmy z tej samej gliny. Ja jestem bardziej organizatorem naszych komitetów. Tym, który stoi z tyłu i dba o to, by ci nieustraszeni z pierwszych szeregów nie omdleli z braku pożywienia. – Uśmiechnął się jeszcze szerzej. – Amerykanie mają na to takie jedno pospolite określenie: „pierdolony gryzipiórek”.
Gustaw wyszczerzył zęby. Oxenstierna wprost się roześmiał. Mimo całego swego snobizmu kanclerz nie był świętoszkiem – sam zresztą dowodził wojskiem na polu bitwy.
– Pierdolony gryzipiórek – zachichotał. Spojrzał na siedzącego obok monarchę i dorzucił: – Taką właśnie rolą Gustaw zazwyczaj mnie obdarza.
Oxenstierna przeniósł wzrok z powrotem na młodego radykała po drugiej stronie stołu i – po raz pierwszy – Gustaw dostrzegł w jego oczach coś więcej poza absolutnym brakiem zrozumienia i skrywaną pogardą.
„Bogu dzięki. Przydałby mi się twój intelekt, Axelu, tak dla odmiany. Twoje uprzedzenia są dla mnie bezużyteczne”.
– Kontynuuj, proszę – powiedział kanclerz. O dziwo, ton jego głosu był równie uprzejmy jak same słowa.
– Chodzi mi po prostu o to, że z uwagi na swą pozycję na przedzie Gretchen często nie zważa na to, co można by określić mianem politycznej logistyki kampanii. – Twarz Joachima zdawała się teraz należeć do znacznie starszego mężczyzny. – Królu i kanclerzu, ja jestem świadom zarówno kosztów rewolucji, jak i korzyści z niej płynących. Przestudiowałem książki historyczne, które Amerykanie przywieźli ze sobą – wy bez wątpienia również. I pomimo że te książki w znaczącym stopniu pomogły mi dojść do odpowiednich wniosków, zarazem jednak przestrzegły mnie – myślę, że bardziej niż Gretchen – przed grożącymi nam niebezpieczeństwami. Tak więc osobiście skłaniałbym się ku wolniejszej kampanii.
Sowi wzrok powrócił i tym razem był bardzo drapieżny.
– Miasto można przecież zdobyć na wiele różnych sposobów. Zażarta bitwa przy wyłomie, a później grabież to tylko jeden z nich, a biorąc wszystko pod uwagę, zazwyczaj nie jest to najlepsze rozwiązanie.
Gustaw II Adolf, król Szwecji, cesarz Konfederacji Księstw Europejskich, odwzajemnił to spojrzenie drapieżnego ptaka. Ponieważ niemal powszechnie uznawano go za najwspanialszego żołnierza owych czasów, było to spojrzenie imponujące. Wielki zakrzywiony nos tylko potęgował wrażenie.
Pomimo tego młoda sowa nie skuliła się pod spojrzeniem dojrzałego orła. Z jakiegoś względu to uspokoiło Gustawa.
– Zgadza się – rzekł ostro. – Oblegałem i zdobyłem już wiele miast – pewnie więcej niż jakikolwiek człowiek naszych czasów. Najlepszym sposobem na wygranie oblężenia jest sprawić, by obrońcy się poddali. A z doświadczenia wiem, że jest to znacznie łatwiejsze, gdy mogą się poddać z honorem oraz godnością i wymaszerować z miasta, niosąc swą broń i sztandary. A już najlepiej jest wtedy, gdy wstępują potem do ciebie na służbę.
Wreszcie Thierbach zdawał się być tym, kim naprawdę był – młodzieniaszkiem stawiającym czoła starszemu i znacznie potężniejszemu mężczyźnie. Miał minę... nie speszoną, nie, nawet nie zdenerwowaną – lecz chyba odrobinę niepewną.
– Też tak uważam – powiedział cicho. – Nie dążę do rozlewu krwi, Wasza Wysokość. Gretchen też nie, cokolwiek myślą o niej ludzie.
Teraz był to już młody chłopak. W jego oczach malował się smutek.
– A co z nią, tak przy okazji? Czy coś wam wiadomo? – Oszczędnym gestem wskazał na gromadę ludzi w pomieszczeniu. – Wszyscy się o nią martwimy. Sytuacja we Francji wydaje się... niepomyślna.
Gustaw zaśmiał się krótko.
– A czy właśnie nie dlatego ją tam wysłaliście? „Niepomyślna”, też coś! To wymarzone miejsce dla wichrzyciela.
Joachim zdobył się na uśmiech, lecz najwyraźniej troska go nie opuściła.
Król machnął ciężką dłonią.
– Nic mi nie wiadomo. Ale...

* * *
Później Axel łajał go i rugał. Godzinami i dniami, które przeszły w tygodnie i miesiące. Gustaw Adolf zawsze jednak był człowiekiem stanowczym. Od czasu, gdy jako szesnastoletni książę poprowadził armię ojca do zdobycia duńskiej twierdzy, wiedział już, że brak zdecydowania jest znacznie częstszą przyczyną przegranych bitew – i wojen – niż jakiekolwiek błędy.
– Zgoda – powiedział zdecydowanie. – Jeśli to będzie konieczne, zrobię, co tylko będę mógł, dla tej waszej podżegaczki. Macie moje słowo. Z mojej strony – jeśli będzie to konieczne – oczekuję od was pełnego poparcia w walce z mymi wrogami. Sytuacja we Francji, jak raczyłeś to ująć, wydaje się niepomyślna.
Richelieu – syknął Joachim. Gustaw ucieszył się, słysząc, że syk rozszedł się po całym pomieszczeniu.
Młody radykał wyprostował się.
– Richelieu, Habsburgowie – całe to ścierwo – przeciwko nim, Wasza Wysokość, komitety korespondencyjne zawsze będą cię wspierać.
Po raz kolejny szmer, jaki rozległ się wśród tłumu, wskazywał na to, że młody Thierbach mówił w imieniu ich wszystkich. Gustaw skinął głową.
– Dobrze. A teraz, zanim się oddalę, czy jest jeszcze coś, co chciałbyś omówić?
Joachim przyglądał mu się swymi poważnymi, sowimi oczyma. W końcu rzucił nieco gwałtownie:
– „Omówić” nie jest może najwłaściwszym słowem, Wasza Wysokość. Powiedziałbym raczej: zilustrować pewien problem.
Obrócił się na krześle i wskazał na jednego z młodzieńców stojących z przodu zbiorowiska. Młokos, najwyżej siedemnastoletni, niski i kościsty.
– To Friedrich Gulda. Pochodzi z Meklemburgii. Jest sierotą. Już od pięciu lat, kiedy to Wallenstein tamtędy przeszedł. Udało mu się ukryć w polu, gdy mordowano jego rodzinę. Chował się tam przez kilka godzin, słuchał tego wszystkiego. Żołnierze Wallensteina bynajmniej się nie spieszyli.
Pozwolił, by Gustaw Adolf i Oxenstierna wyobrazili sobie ze szczegółami, co to oznaczało. Ponieważ obaj byli doświadczonymi żołnierzami, nie mieli z tym żadnych problemów. Palec Joachima wskazał następną osobę.
– Ta dziewczyna to Hannelore. Ma szesnaście lat. Pochodzi z Brandenburgii. Podobna opowieść, z tym że przeżył też jej starszy brat, a ich najbliższych zabili Duńczycy. Tak im się przynajmniej wydaje. Mogli to być również ludzie Mansfelda. Kto to wie? Pospólstwu, a zwłaszcza chłopom, trudno jest odróżnić jedną armię najemników od drugiej.
Gustaw Adolf zacisnął szczęki.
„Trudno je odróżnić również ze względu na domniemanych »przywódców«. Między innymi dlatego przystałem na propozycję Stearnsa. Albo Simpsona, bo chyba od niego wyszła”.
Palec przesunął się dalej i zatrzymał na mężczyźnie o surowych rysach, który miał około dwudziestu pięciu lat. Wyraz jego twarzy był... nieprzejednany.
– To właśnie jej starszy brat. Gunther Achterhof. – Usta Joachima wykrzywiły się. – Na początku, gdy Gunther tu przybył, miał ze sobą zawinięte w szmatę jakieś potworne wyschnięte uszy i nosy. Cały tydzień zajęło mi przekonanie go, żeby je wyrzucił. Na szczęście już wcześniej pozbył się intymnych narządów.
Spojrzał na króla i kanclerza wzrokiem równie surowym jak Achterhof.
– Wraz z kuzynem i paroma sąsiadami schwytali później dwóch żołnierzy. Maruderów. Zapewne to nie byli ci, którzy zamordowali jego rodzinę, lecz Gunthera to nie obchodziło. W najmniejszym stopniu. Najemnik to najemnik.
Jeśli to w ogóle możliwe, w tym momencie twarz Joachima miała w sobie jeszcze więcej surowości niż twarz Achterhofa.
– Dla niego książę, który wynajął tego żołnierza, to po prostu kolejny książę. Gunthera już niezbyt obchodzą – jeśli w ogóle – subtelne rozróżnienia. Podobnie jest z jego kuzynem Ludwigiem, tym wysokim mężczyzną stojącym w kącie.
Palec nieubłaganie przesuwał się dalej.
– Ten rudowłosy to Franz Heidbreder. Również pochodzi z Meklemburgii. Na szczęście większość jego rodziny przeżyła. Tam stoi jego brat Friedrich, a tam są jego kuzyn Moritz i kuzynka Agnes. Trzy lata temu stracili swoje gospodarstwa, kiedy twoja szwedzka armia, panie, przybyła do Niemiec. Zarekwirowano wszystkie owce, a wraz z nimi niemal całą resztą. Owszem, zapłacono im za owce. Tylekroć jednak obniżałeś wartość swej waluty, panie, że większość kupców nie przyjmuje już szwedzkiego pieniądza.
Masywne szczęki Gustawa zacisnęły się jeszcze mocniej, lecz nie oponował. Rzeczywiście obniżał wartość swej waluty, chcąc ukryć olbrzymie wydatki związane z wyprawą do Niemiec.
Joachim kontynuował głosem cichym, lecz twardym niczym granit.
– Matka Franza umarła pierwszej zimy z powodu choroby, którą sprowadził głód. Jego najmłodszy brat zmarł wiosną. Cała rodzina opuściła Meklemburgię i starała się znaleźć schronienie gdzie indziej; jeden z kuzynów i ciotka umarli po drodze. Znowu choroba z powodu osłabienia brakiem żywności i dachu nad głową. Gdy Franz znalazł ciało ciotki, miała wepchniętą w usta garść trawy. Pod koniec najwyraźniej starała się ją zjeść.
Twarz Oxenstierny była napięta. Na obliczu króla malowała się obojętność. Kanclerz już miał coś powiedzieć, kiedy władca położył swą ciężką dłoń na jego ramieniu.
Tymczasem palec Joachima wskazywał dalej. Twarz młodego saskiego arystokraty chyba nieco złagodniała.
– Tamta dziewczyna to Mathilde Wiegert. Tak się składa, że to ona przedstawiła mnie Gretchen Richter. Pochodzi z Palatynatu, ją również wojna skazała na wygnanie. Samą Mathilde poznałem, kiedy studiowałem w Jenie. Razem ze swą kuzynką Ingą zostały ulicznicami, żeby mieć na życie dla siebie i grupy młodszych dziewcząt.
Urodziwa młoda kobieta zwana Mathilde posłała Gustawowi Adolfowi lekki uśmiech. W całym pomieszczeniu jej twarz była jedyną uśmiechniętą. Król wiedział jednak, że ów uśmiech tak naprawdę nie był skierowany do niego. Skierowany był do młodzieńca, który właśnie przedstawiał królowi niezbyt delikatną „ilustrację”.
Joachim z powrotem obrócił się na krześle i spojrzał na Gustawa i Oxenstiernę.
– Tak się składa, że Mathilde jest również bezpośrednią przyczyną mojego odejścia od rodziny. Mój szlachetnie urodzony ojciec nie miał nic przeciwko temu, żebym sypiał z dziewką z pospólstwa – co więcej, zachęcał mnie do tego, traktując to jako część mojego wykształcenia – lecz wpadł w szał, kiedy dowiedział się, że planuję ją poślubić, gdy prawo w Magdeburgu zmieni się na wzór prawa Stanów Zjednoczonych.
„Gdy” zmieni się prawo. Nie „jeśli”. To również mówiło samo za siebie.
– Taka właśnie jest pobożność arystokracji, królu i kanclerzu. Do tego właśnie – do niczego innego – sprowadzają się wasze subtelne rozróżnienia między luteranami, kalwinistami i katolikami. Który arystokrata ograbi i wyzyska którego plebejusza, jak mu będzie najdogodniej.
– Dość! – warknął Oxenstierna.
Cichy pomruk przetoczył się po ogromnej sali. Joachim wlepił w Oxenstiernę kamienne spojrzenie.
– Właśnie, kanclerzu. O tym mówię. Dość.
Rozwścieczony Oxenstierna zaczął się podnosić. Tym razem jednak Gustaw, który cieszył się niebywałą siłą, zwyczajnie schwycił go za ramię i posadził z powrotem na krześle.
– Będziesz słuchał mego ludu, kanclerzu – syknął. – Nie zamierzam utracić dynastii z powodu głupoty arystokracji. – Posłał Oxenstiernie własną wersję kamiennego spojrzenia; żarliwość Joachima nadrabiał pewnością siebie. – Waza. Nie zapominaj.
Obrócił się do Joachima. Wyczuł, że tłum za plecami nieco się uspokoił. Przez chwilę król i rewolucjonista obserwowali się nawzajem. W końcu Gustaw Adolf skinął głową na znak, że podjął decyzję. W końcu nie pierwszy raz król Szwecji uznał za stosowne spalić za sobą most w trakcie kampanii.
– Postanowiłem sprowadzić rodzinę ze Szwecji tutaj, do Magdeburga. Przynajmniej moją córkę. Jak może wiesz, Krystyna jest jeszcze młoda. Ma siedem lat.
Rozejrzał się po pomieszczeniu. Większość zgromadzonych wyglądała na nastolatków i ludzi po dwudziestym roku życia. Jednak tu i ówdzie dostrzegł kilkoro starszych – a także garstkę dzieci.
– Pałace to bardzo nudne miejsca dla żywiołowej dziewczynki. Myślę, że raz na jakiś czas wycieczka tutaj dobrze by jej zrobiła.
Znów spojrzał na Thierbacha. Przez chwilę młodzieniec wydawał się sparaliżowany. Następnie zdumiony, a potem...
Jego wątłe ramiona wyprostowały się.
– Będzie musiała nauczyć się piec – oznajmił zdecydowanie głosem, w którym prawie nie czuło się drżenia. – Taka jest zasada.
Axel wyglądał tak, jakby był na skraju apopleksji. Gustaw zarechotał.
– Przewybornie! – powiedział, uderzając masywną dłonią w blat. – Jej matka, a moja żona, dostanie, rzecz jasna, ataku. Podobnie byłoby z moją własną matką. Z drugiej jednak strony moja babka, małżonka wielkiego Gustawa Wazy, była ponoć znakomitym piekarzem. Nie widzę żadnego powodu, żeby nie przywrócić tej umiejętności w naszym rodzie.

* * *
Oxenstierna zaczął stanowczo protestować, gdy tylko wyszli z budynku. Gustaw jednak machnął niecierpliwie ręką, każąc mu się uspokoić.
– Później, Axelu, później. Wiesz równie dobrze jak ja, że moja żona nie będzie w stanie wychować mojej córki. To urocza kobieta, lecz... słaba. Ile już kłopotów przysporzyła nam jej podatność na wpływy dworskich pochlebców?
Przystanął gwałtownie z butami zagrzebanymi w błocie i spojrzał gniewnie w dół na kanclerza.
– I ty też wiesz – czytałeś przecież te same księgi – co się stało z Krystyną. Mimo niezaprzeczalnego intelektu i rozlicznych talentów ostatecznie przeszła na katolicyzm i abdykowała. Nie dopuszczę do tego!
– Ale wtedy byłeś martwy, w tamtej... – Axel jakby starał się uchwycić coś dłonią. – Innej historii. W tej żyjesz.
Król wzruszył ramionami.
– Zgadza się. Ona jednak musi wychowywać się między kobietami. Przynajmniej częściowo. – Wskazał ruchem głowy na „Łuki Wolności”. – Mów, co chcesz o Gretchen Richter i jej kamratach, ale im akurat słabość jest obca.
Twarz Axela oblała się niemal purpurą. Gustaw postanowił nieco ustąpić. Położył dłoń na ramieniu kanclerza i zaczął prowadzić go z powrotem w stronę pałacu.
– Bądź spokojny. Nie zamierzam pozwalać, żeby Krystyna spędzała zbyt wiele czasu wśród tej zgrai radykałów. Co to, to nie. Znajdę jakąś odpowiednią arystokratkę, żeby była jej... Jak to nazywają Amerykanie? „Wzorzec osobowy”, o ile dobrze pamiętam.
Oxenstierna wydawał się nieco udobruchany. Gustaw, mając przed sobą dzień pełen sporów i debat, postanowił już nie drążyć tematu. Nie ma potrzeby wspominać o konkretnej arystokratce, którą miał na myśli.
Niestety jednak, mimo często bezmyślnych uprzedzeń, Oxenstierna był niebywale przenikliwy. Nie przeszli jeszcze dziesięciu kroków, gdy twarz kanclerza znowu przybrała srogi wyraz.
– To niemożliwe. Gustawie! Chyba nie myślisz...
– A niby czemu nie? – zapytał stanowczo król. – Uważam, że moja najnowsza – i zarazem najmłodsza – baronowa będzie wymarzoną towarzyszką dla Krystyny.
Wystawił jeden palec.
– Z uwagi na czasy, w których przyszło nam żyć, Krystyna powinna nauczyć się strzelać.
Potem wystawił drugi palec.
– Z drugiej strony Julie Mackay siedzi na koniu niczym wór ziemniaków. Krystyna zaś już teraz jeździ wyśmienicie, mogłaby więc pomóc baronowej nabyć umiejętność, która, z tym bez wątpienia się zgodzisz, jest niezbędna dla poważanej szwedzkiej arystokratki.
– Julie Mackay jest w Anglii – burknął Oxenstierna. – Może już nawet w Szkocji.
– Cóż z tego? Przecież wróci.
– Sytuacja w Anglii również nie wydaje się „pomyślna”.
– Cóż z tego? – powtórzył Gustaw. Wskazał kciukiem za siebie, na „Łuki Wolności”. – Skoro muszę ratować jedną pyskatą młodą niewiastę, to czemu od razu nie dwie?
Przez chwilę stąpali w milczeniu. W końcu Axel westchnął.
– A może trzy, a może cztery. Nigdy nie sądziłem, że nadejdzie dzień, w którym to powiem, ale żałuję, że nie ma wśród nas Rebeki Stearns. Brakuje mi... jej rady. Jest wielce przenikliwa i tak łatwo się z nią pracuje.
Gustaw zaśmiał się tubalnie.
– Zaiste. Intrygujące, jak to wszystko się układa, nieprawdaż? W porównaniu z Gretchen Richter albo Julie Mackay Rebeka Stearns nagle sprawia wrażenie najmądrzejszej kobiety na świecie.



Dodano: 2007-02-12 11:29:47
Komentarze
-Jeszcze nie ma komentarzy-
Komentuj


Konkurs

Wygraj "Czarcie słowa"


Wygraj "Nie ma czasu"


Artykuły

Gra o tron subiektywnym okiem (s08e01)


 Wywiad z Edem McDonaldem

 Polska fantastyka 2019 r. - co nas czeka?

 Nightflyers - książka i serial

 Naomi Novik o "Mocy srebra"

Recenzje

Howard, A.G. - "Alyssa i obłęd"


 Fletcher, Charlie - "Ostatni"

 Scalzi, John - "Upadające imperium"

 Lovecraft, H.P. - "Nemezis i inne utwory poetyckie"

 Vonnegut, Kurt - "Śniadanie mistrzów"

 antologia - "17 podniebnych koszmarów"

 antologia - "Harda Horda"

 Le Guin, Ursula K. - "Nie ma czasu. Myśli o tym, co ważne"

Fragmenty

 Schwab, V.E. - "Vicious. Nikczemni"

 Lawrence, Mark - "Koło Osheim"

 Górski, Piotr - "Reguła zakonu"

 Zembaty, Wojciech - "Głodne Słońce. Ołtarz i krew"

 Świerczek-Gryboś, Magdalena - "Openminder"

 Le Guin, Ursula K. - "Nie ma czasu. Myśli o tym, co ważne"

 Majka, Paweł - "Jedyne: Ścieżki krwi"

 Kańtoch, Anna - "Zabawki diabła"

Projekt i realizacja:sismedia.eu       Reklama     © 2004-2019 nast.pl     RSS      RSS