NAST.pl
 
Komiks
  Facebook
Facebook
 
Forum

  RSS RSS

 Strona główna     Zapowiedzi     Recenzje     Imprezy     Konkursy     Wywiady     Patronaty     Archiwum newsów     Artykuły i relacje     Biblioteka     Fragmenty     Galerie     Opowiadania     Redakcja     Zaprzyjaźnione strony   

Zaloguj się tutaj! | Rejestruj

Patronat

Mammay, Michael - "Planeta"

Pullman, Philip - "Delikatny nóż"

Ukazały się

Lebbon, Tim - "Milczenie"


 Śmigiel, Łukasz - "Daemon"

 Black, Holly - "Królowa niczego"

 Jameson, Hanna - "Ostatni"

 Pilipiuk, Andrzej - "Przyjaciel człowieka"

 Jensen, Danielle L. - "Królestwo Mostu"

 Goodkind, Terry - "Wojenna nawałnica"

 Matheson, Richard - "Jestem Legendą i inne utwory"

Linki

Kres, Feliks W. - "Klejnot i wachlarz"
Wydawnictwo: Fabryka Słów
Cykl: Kres, Feliks W. - "Egaheer"
Data wydania: Czerwiec 2006
Oprawa: miękka
Format: 125 x 195 mm
Liczba stron: 600
Cena: 34,99 PLN
Tom cyklu: 3



Kres, Feliks W. - "Klejnot i wachlarz"

Chal-Chenet otworzył usta, ale zamknął je po chwili i tylko zmarszczył brwi. Rozum podpowiadał, by nie pokpiwać pochopnie z bojaźni świątobliwych braciszków. Czyżby naprawdę nie było na świecie ludzi o niemiłej powierzchowności i okropnym sposobie bycia? Każdy przecież spotkał w życiu kogoś, do kogo poczuł nagłą, choć bezzasadną odrazę, niechęć, czasem pogardę. I na pewno istnieli także ludzie wzbudzający strach samą postawą.
— Dobrze, ojcze, niech będzie. Ale teraz muszę prosić o dalsze wyjaśnienia. Dlaczego ojciec namawia mnie do spowiedzi, wróżąc śmierć, co nikomu nie jest miłe? I jaki związek ma to wszystko ze mną?
— Ów przybysz pytał nie tylko o Domy Reus.
— A o co jeszcze pytał?
— Raczej: o kogo. O pana.
— Pytał o mnie?
— Nie o kawalera Chal-Chenet, mówiąc ściśle. Pytał, czy nikt inny nie przybył do klasztoru w tej samej sprawie, co on. Powiedziano, że nie, bo wtedy jeszcze było to prawdą. Dzisiaj jednak... Myślę, kawalerze, że dzisiaj by skłamano. Gdyby braciom bertystom wystarczyło odwagi, ukryliby fakt, że odwiedził ich kawaler Chal-Chenet. Nie znając pana, nie dostrzegli w nim jednak tego, co ujrzeli w oczach tamtego przybysza. Baliby się wydać na pana wyrok śmierci.
— Nic mi jednak nie powiedzieli.
— I niezmiernie tego żałują, podobnie jak zacny ksiądz proboszcz. Uspokoiłem ich sumienia, obiecując, że rozmówię się dzisiaj z panem.
Szlachcic znowu zmarszczył lekko brwi, lecz po chwili potrząsnął głową.
— To przypadek. Kogokolwiek ten okropny przybysz miał na myśli, na pewno nie chodziło mu o mnie. Nie znam tego człowieka, nie znam w ogóle nikogo takiego. Ba, pytanie, czy w ogóle znam kogokolwiek w całej wielkiej Nolandii. Całe życie spędziłem w Valaquet, na krótko tylko jako żołnierz zapędziłem się do Nordii i Arelay, posłuszny rozkazom przełożonych... trudno jednak powiedzieć, żem te kraje poznał, bo usłane trupami błonia wszędzie są takie same. Ale mniejsza o to. Ojciec mi mówi, że jutro będę nieżywy? Za sprawą kogoś, kogo wcale nie znam, a kto groźnie wyglądał i pytał o miejscowe legendy?
— Tak, bo dużo wiem o twoim życiu, synu, a najbardziej znam najnowsze twoje dzieje. Nie minęły nawet trzy miesiące odkąd przybył z Valaquet posłaniec wiozący specjalne pismo, w tym piśmie zaś, obok nazwiska generała Roberta hrabiego Se Rhame Sar, aż dwukrotnie wymieniono i pańskie. Wiem o klejnocie nieszczęsnej hrabiny Se Rhame Sar; znam losy samego hrabiego, a nawet los jego przybocznego gwardzisty, mężnego kawalera Chal-Chenet; znam całą historię aż do chwili, gdy gwardzista ów wyjechał z miasta Lens-Re-Toy, a potem wrócił, wioząc ciało niejakiego Benochta, wiernego sługi hrabiego, któremu to słudze poczciwy ksiądz Welanese urządził piękny pochówek. Czy nie tak właśnie było, kawalerze? Szczycisz się pan swym doświadczeniem, mówisz, żeś wiele w życiu widział, pozwól więc sobie powiedzieć, że nawet nie wiesz, kim jesteś, a raczej: kim się stałeś przez sam udział w jednym tylko epizodzie z życia hrabiego Se Rhame Sar. Ktoś, kto uwikłał się w taką historię, nie jest już panem swego losu, nigdy już nie będzie osobą prywatną, zawsze znajdzie się ktoś, kto zażąda odeń pomocy, wyjaśnień, zdania sprawy z takich albo innych czynów, a wreszcie zdradzenia tajemnic. I najbardziej zdradzenia tajemnic! Nie wiesz, w jakiej grze bierzesz udział, a jest to gra nieobojętna dla monarchów rządzących państwami, mało tego: nieobojętna nawet dla Władcy wszystkich władców, dla samego Pana w Niebiosach, by nie wspomnieć o Jego nikczemnych adwersarzach... Waszmość chcesz mi teraz dalej opowiadać, że nic cię nie może dotyczyć, a podróżujesz po świecie ot, tak sobie? I liczysz na święty spokój?
Odchylony na oparcie krzesła Chal-Chenet milczał z przymkniętymi oczami, słuchał jednak bardzo uważnie. Gdy zakonnik skończył, ostatnie jego pytanie długo wisiało w powietrzu, nim nadeszła ostrożna odpowiedź:
— Nie wiem, dla kogo mógłbym przedstawiać jakąś wartość. Tajemnic nie mam, proszę mi wierzyć. Skoro ojciec tak dobrze zna me losy, to powinien wiedzieć i o tym, że przy rozstaniu mój wódz zwolnił mnie z obowiązku bycia dyskretnym. Pamiętam jego słowa jak dziś, bo był człowiekiem godnym najwyższego szacunku, którego podziwiałem i po żołniersku kochałem. Powiedział mi: „Od tej chwili nie mam już tajemnic poza jedną: nie powiem ci, dokąd teraz pojadę. Lecz gdy ktoś cię zapyta, powiesz tak: hrabia Se Rhame Sar obiecuje, że już wkrótce będzie głośno o tym, gdzie pojechał i co uczynił”. Oto własne jego słowa, zacny ojcze. I w samej rzeczy, nie jest już tajemnicą w Valaquet, dokąd jechał; wiadomo też, co uczynił. A ostatnie słowa generała przekazałem pani Se Potres, dostojnej jego siostrze, ta zaś pozwoliła mi czynić, co zechcę. Nie wróciłem jednak do regimentu, pod którego sztandarem dostałem się do niewoli, bo z końcem roku wygasł mój kontrakt i już go nie przedłużyłem.
— I nie spotkał się pan więcej z generałem?
— W jaki sposób? Nie zabrał mnie ze sobą, bom był ranny i bezużyteczny. Potem wyszło na jaw, że generał nie żyje, odebrał żołnierską śmierć od kuli... choć prawda, że z własnej ręki.
— Jest pan tego pewien, kawalerze?
— Czy ojciec oszalał? Czego miałbym być pewien?
— Że generał hrabia Se Rhame Sar nie żyje.
— Uroczystego pogrzebu nie było, bo chrześcijański pochówek samobójcy nie przysługuje — odrzekł sucho Chal-Chenet. — Nikt nie zabiegał o wystawny pogrzeb, albowiem potężna matka wyrzekła się swojego syna, starsza siostra zaś, niemal wszechwładna w Valaquet, widziała w bratu tylko przydatne wojenne narzędzie. Pozostała pani Anna Jasena, która przywłaszczyła sobie jego hrabstwo i jest teraz lodowym upiorem, o czym ojciec doskonale wie.
— Byłeś pan na pogrzebie?
— Nie, nie byłem, lecz wyznaję, że rozmowa zaczyna mnie nużyć, a mógłbym powiedzieć, że i drażnić... Czy ojciec powie mi wreszcie, kim naprawdę jest i czemu ma służyć to badanie? Kto posyła ojcu listy z Valaquet i z jakiego powodu to czyni?
— Panie kawalerze — rzekł powoli i trochę uroczyście zakonnik — wymordowane przed wiekami kulty nie wracają do świata ot, tak sobie. Wszystko to dzieje się za przyzwoleniem Opatrzności. Pohańbiono naszego Stwórcę, z imieniem Jego Syna na ustach mordując bliźnich tylko za to, że nie zetknęli się ze światłem jedynej prawdziwej wiary. Pan Bóg daje nam oto szansę odkupienia grzechów naszych ojców. To, co przed wiekami wypalono ogniem, winniśmy dziś poskromić, głosząc Słowo Boże, z miłością w sercach i Ewangelią w ręku.
— Daruje ojciec, ale w jaki sposób dotyczy to mojej osoby? Ciężko to wyznać wobec duchownego, lecz moja religijność... jakkolwiek szczera, daję słowo... jest jednak religijnością żołnierską. Ojciec chce, bym głosił Ewangelię?
— Proszę pana o pomoc w rozpoczynającej się właśnie bitwie.
— Wyśmienicie, oto w samej rzeczy zadanie dla żołnierza. Ale w jakiej bitwie, proszę ojca?
— Przeciwko tym, którzy pragną dzisiaj uśpić przywrócone do życia kulty, by następnie rozpętać nową wojnę, taką samą, jaką przed wiekami toczyli przeklętnicy z Bractwa Rycerskiego.
— Bardzo to zagmatwane, przyzna ojciec.
— Co jest dla pana niejasne, kawalerze?
— Prawdę mówiąc, wszystko. Nic nie rozumiem, a jestem już bardzo zmęczony. Proszę spojrzeć: nachodzi ojciec obcego człowieka w wynajętym przez niego pokoju, mówi „niech będzie pochwalony”, a poza tym nic więcej, na co ów człowiek mógłby odpowiedzieć. Kreśli ojciec wizje jakichś tajemnych zmagań, knowań kogoś przeciw czemuś... może zresztą czegoś przeciw komuś... Czego ojciec chce ode mnie? Proszę to wreszcie powiedzieć.
— Spotkania... albo nawet nie spotkania, bo tylko powiadomienia o czymś pańskiego generała.
— Czy ojciec dobrze się czuje?
— Dostojny Robert Se Rhame Sar żyje, pan zaś jesteś jedynym człowiekiem, który wie, gdzie on się ukrywa — odparł zakonnik, równie surowo i sucho, jak przed chwilą Chal-Chenet. — Zaufany sługa, ale bardziej przyjaciel i żołnierz. Oto, jaka jest prawda. I wszystko, co zawiera się w tej prawdzie, zachcą z pana wydobyć wrogowie hrabiego, kawalerze.
— Ojciec rzeczywiście oszalał. Widzę, że tracę tu czas.
— Zaprzecza pan temu, kawalerze?
— Czy zaprzeczam oczywistym bredniom?
— Temu, co powiedziałem.
— Ojcze... o ile w ogóle jest pan zakonnikiem, w co zaczynam wątpić... Przecież nawet, gdyby te rojenia miały być prawdziwe, to nie przyznałbym tego przed rodzoną matką, cóż dopiero przed kimś, kogo nie znam. Jakiej odpowiedzi ojciec oczekuje? To naprawdę zakrawa na szaleństwo.
— Jestem pańskim sprzymierzeńcem, kawalerze. Zginiesz, pozbawiony pomocy, a twoja tajemnica zostanie ci wydarta. Ja zaś nawet nie żądam, byś mi ją powierzył. Oferuję pomoc, ocalenie, ty zaś przekaż tylko wiadomość, nie proszę o nic więcej.
— Mam przekazać wiadomość?
— Tylko tyle.
— Ale komu?
— Panu hrabiemu.
— Więc nieboszczykowi?
— Wiem, że hrabia Se Rhame Sar...
W Chal-Chenecie naprawdę obudził się żołnierz.
— No nie, przebrała się miarka. Idź już, klecho — rzekł, wstając — bo dostarczę argumentu takiego, jaki przedstawiłem oberżyście.
— Nierozsądnie odrzuca pan pomoc.
— Przeciwnie, bardzo rozsądnie mówię wariatowi: fora! Oberżysto! — huknął w głąb gospody, by pokazać, że rozmowa naprawdę dobiegła kresu. — Wino i posiłek do pokoju, już! Zgłodniałem po długiej spowiedzi!
Protazyta bezradnie pokręcił głową i rad nierad ruszył ku drzwiom. Zatrzymał się jeszcze na chwilę.
— Muszę się z kimś porozumieć... i przyjdę znowu, kawalerze. Powiem wtedy, kim jestem, i przedstawię dowody, dzięki którym będziesz mógł mi zaufać. A tymczasem proszę, strzeż się pan. Teraz mogę tylko... — Pokręciwszy głową raz jeszcze, nakreślił palcami krzyż w powietrzu, zostawiając szlachcicowi błogosławieństwo.


Dodano: 2006-06-13 09:31:40
Komentarze
-Jeszcze nie ma komentarzy-
Komentuj


Artykuły

Wiedźmin Netfliksa: zachwyt czy rozczarowanie?


 Nie tylko Netflix animuje króliki, czyli „Wodnikowe Wzgórze” przez dekady

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e06)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e05)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e04)

Recenzje

Flint, Eric - "1632"


 Simmons, Dan - "Zimowe nawiedzenie"

 Butcher, Jim - "Zmiany"

 Tolkien, J.R.R. - "Upadek Gondolinu"

 Cherezińska, Elżbieta - "Wojenna korona"

 Raduchowska, Martyna - "Fałszywy Pieśniarz"

 Abercrombie, Joe - "Szczypta nienawiści"

 Eames, Nicholas - "Krwawa Róża"

Fragmenty

 Heinlein, Robert A. - "Drzwi do lata"

 Archer, K.C. - "Instytut" #1

 Lebbon, Tim - "Milczenie"

 Maszczyszyn, Jan - "Necrolotum"

 Jensen, Danielle L. - "Królestwo Mostu"

 Simon, Lars - "Lennart Malmkvist i osobliwy mops Buri Bolmena"

 Foster, Alan Dean - "Obcy"

 Hendel, Paulina - "Droga Dusz"

Projekt i realizacja:sismedia.eu       Reklama     © 2004-2020 nast.pl     RSS      RSS