NAST.pl
 
Komiks
  Facebook
Facebook
 
Forum

  RSS RSS

 Strona główna     Zapowiedzi     Recenzje     Imprezy     Konkursy     Wywiady     Patronaty     Archiwum newsów     Artykuły i relacje     Biblioteka     Fragmenty     Galerie     Opowiadania     Redakcja     Zaprzyjaźnione strony   

Zaloguj się tutaj! | Rejestruj

Patronat

Crouch, Blake - "Upgrade. Wyższy poziom"

Wells, Martha - "Efekt sieci"

Ukazały się

Wang, M.L. - "Miecz Kaigenu"


 Robinson, Kim Stanley - "Zielony Mars" (Wymiary)

 Campbell, John W. - "Coś" (Wymiary)

 Alameda, Courtney - "World of Warcraft: Smocza wojna"

 Brashears, Monica - "Dom pogrzebowy Cottona"

 Pawełek, Jakub - "Kres dnia"

 Masterton, Graham & Harris, Dawn G. - "Dni śmiertelnego strachu"

 Jordan, Robert & Sanderson , Brandon - "Bastiony mroku" (nowa edycja)

Linki

Maszczyszyn, Jan - "Mare Orientale"
Wydawnictwo: Stalker Books
Data wydania: Czerwiec 2024
ISBN: 978-83-6722-379-9
Oprawa: twarda
Liczba stron: 324
Cena: 59,99 zł



Maszczyszyn, Jan - "Mare Orientale"

Rozdział osiemnasty
W którym jeszcze więcej się dzieje

– Oddziałując na niezapłodnione jaja mechanicznie albo z pomocą chemicznych odczynników, da się zmusić je do podziału i płód z nich żywy wyjdzie. – Bredził, gdy tak dotykał już nieprzytomnej od bólu dziewczyny, utrzymywanej w pozycji stojącej przez sługi jego morcowe. – W dłonie istot najwyższych wpisano umiejętność wydawania prądów twórczych lub jeszcze mocniejszych emanacji, zakłócających normalny obieg życia, by wstrząsając organizmem zwierzęcym, odgrywały rolę plemników. I my tę sprawność naszą stosujemy nie tylko w hodowli rzeźnej – zazgrzytał śmiechem, jaki tylko szern wydać może.
– Księżycowy pokurczu! – ryknąłem, gdy pozostali jego kamraci próbowali mnie powstrzymać, związać i bić do nieprzytomności.
Gorejące prądem palce starca zagłębiły się w ciało Alabamy jakby konsystencja właściwa dla brzucha zamieniła się przenikliwość galarety. Brodziły po wnętrzach palce i mieszały. Biedaczka na szczęście była bezprzytomna, ale aż posiniała bardziej, sfioletowiała i zbłękitniała. Ciało własny posiada rozum, a w nim cierpienie okropne, gdy stwór tak upiorny zamach przeprowadza na pryncypiach natury najwyższej.
– Powiesz mi wszystko, co chcę usłyszeć, albo jeszcze więcej bachorów jej narobię, a ma już pięć zygot obecnych w macicy – błyskał do mnie jak fleszem.
– Powiem – rzuciłem zrezygnowany i poczułem jak kropla krwi raz za razem umyka z mych ust i ląduje na brodzie.
– Wyprowadźcie sukę na stronę – rzucił do małych ludków, a oni rozkaz czym prędzej wypełnili. Zaszurały bose stopy dziewczyny, ciągnięte po posadzce jak martwe.
Pierwobylec z wysiłkiem wielkim, którego powodem była wiekowość, usiadł na podanym mu zydlu i mnie kazał umieścić naprzeciw, na innym, dużo twardszym, z wystającymi sękami. Jeden z szernów przyniósł mu jakieś zawiniątko, na które stary patrzył i patrzył, i jakby oczom czworaczym nie umiał uwierzyć. Spojrzał też na mnie górnymi ślepiami, po czym znowu na kamień trzymany w dłoniach i z jakąś nabożną uwagą gładził.
– Skąd to znalazło się w twoich rzeczach? – spytał.
– Kamień pochodzi z naszej biblioteki na Merkurym… – Przełknąłem ślinę. – Zezwolono mi na wypożyczenie.
– Za chwilę stracę cierpliwość i ci oberżnę nogi? Chcesz tego?
Patrzył tak srogim wzorkiem, że… Pokręciłem w zaprzeczeniu głową. Potem jakiś szatan mi umysł pomieszał, bom z gniewu niemal chciał go udusić. Przytrzymano mnie i silnym kopnięciem zamysł wybito z głowy.
– Mniejsza o to, skąd, ważne jest, co zawiera ów kamień od szczytu do podstawy wypełniony, tumanie – rzekłem. Przypomniałem sobie bladolicą Lutosławę, jej piersi sterczące i brzuch posiniały od elektrycznego stwardnienia. – Dziadzisko jesteś, a gówno wiesz! – wybuchnąłem stekiem wyzwisk. Nerw we mnie puścił. Zaszlochałem jak zbity i doprowadzony do kresu wytrzymałości młokos. – Jest to praca naukowa o najwyższym priorytecie. Zapis dokumentalny tyczący się szeregu innowacji technologicznych – dopowiedziałem tonem doprawdy przegranym.
Szern spoglądał to na mnie, to na kamień.
– Co innego zeń odczytuję.
– Boś łamaga i co więcej, analfabeta – zaśmiałem się z żartu, czując jak puchnie mi oko. Widziałem, jak zrywa się, by mi tym samym prądem elektrycznym, którym zrujnował zdrowie Lutki, wypalić dziurę w torsie. Zamknąłem oczy, oczekując ostateczności. Usłyszałem go, znów do siebie mamroczącego. Uchyliłem oka. Stał. Potem siadł. Wstał. Potem znów siadł. A ja czekałem, aż cios na mnie spadnie i ostatecznie zabije. „Po co mi był ten Księżyc?” – myślałem.
Ale odezwałem się w końcu, gdy tak się wahał, czy mi napięciem przywalić, czy nie.
– Musisz wiedzieć o trzech zapisach obecnych w kamieniu – uprzedziłem jego ruch i powstrzymałem zamiar. Uniosłem na niego wzrok. Obraz w jednym oku pozostawał zamglony. – Drugi zapis istnieje w formie kodu i czytać go należy, używając jedynie szablonu, co określone jest w niektórych ustaleniach porządku wyrazów. Trzeci alfabet łączy te dwa pierwsze, bez których sam by nie powstał. Ale do jego odczytania konieczna jest wiedza metafizyczna1), którą posiadam i w której jestem ostro wyćwiczony.
– Doprawdy? A cóż tam takiego jest ukryte?
– Na przykład możesz się dowiedzieć, jak zsyntetyzować synto–atomy.
– Nie rozumiem.
– Wiedziałem, że niczego nie jesteś w stanie pojąć, zgryzoto! – ironizowałem. – Odkąd szernowie postawili na straży wiedzy i historii nieudaczników jak ty, stracili zupełnie kontakt z przeszłością, z tym, co w niej najdroższe, najwartościowsze i najwyższe duchowo. Ty, pozbawiony fantazji dziad, wyjałowiony z poczucia artystycznego smaku i sensu, nie byłbyś nawet w stanie zanalizować dowolnej konstrukcji logicznej zapisu. Błąd to jest, żeby postawić na szerna z dalekiej prowincji, tylko dlatego, że należy do znakomitego rodu. Wcale temu zapomnieniu osiągnięć naukowych nie pomagasz. Twój wiek? Półtora tysiąca lat zasuszy każdy mózg –naigrywałem się. Wiedziałem, że jeśli już mam umrzeć, to potrzebuję wspomnieniem się bolesnym na łotrze odbić.
– Czytasz moje myśli, psie? Może znasz me sekretne imię?
Wyczuł mnie doskonale. Zbytecznym było dalsze ukrywanie.
– Vor. Ummam.
Cierpko wykrzywił paszczę, wtedy dodałem, nie mogąc się wręcz powstrzymać:
– Mocno schorowany wieprz. Masz problemy z cukrzycą i nasilającą się demencją.
– Hm, dużo wiesz. Zwykle zabijam tych, którym poszczęści się poznać moje imię.
– Przecież już jestem martwy.
– Znów masz rację. Zatem czy dowiem się wreszcie coś o substancji, którą dzięki informacjom zawartym w księdze udało ci się zsyntetyzować na Ziemi? Co to jest?
– Metarolid.
Jakbym mu o czymś przypomniał. Jakby znał owo tworzywo niebieskie? Czy tylko z nazwy w legendach? Zdawałem sobie sprawę z przekazu telepatycznego. Niósł ze sobą precyzyjny, jasny termin, bez jakiegokolwiek zniekształcenia translacyjnego. Myśl uległa natychmiastowemu zestawieniu z zasobem prawie nieśmiertelnej pamięci. Kiwnął głową, że rozumie. Ale jakoś mnie tym ruchem nie przekonał. Podał mi inny kamień ze swojej kolekcji. Cały stos podobnych od początku rozmowy trzymał przy sobie, na ziemi. Podjąłem z jego ręki kruszeń, pewnym będąc, że mnie porazi prądem. Ale nie… Starzec wzrokiem tylko zmusił mnie do czytania.
– Ten kamień nigdy nie należał do mnie – zauważyłem.
– Żaden nie należy do ciebie, psie! Czytaj, niech wiem, że mówisz prawdę!
Przyjrzałem się pismu plamkowemu. Była to wersja językowa jeszcze starsza od wszystkich mi znanych. Obawiałem się, że wszystko pokręcę.
– To jeszcze dawniejszy alfabet. Hm… Jakaś święta księga? Staranność i akrybia… Piecza nad słowem i brak możliwości interpretacyjnej świadczą o tym. Hm, czuję to. Przeczytałem; „Zło wszelkie idzie z Ziemi. Jest ona gwiazdą zbuntowaną i przeklętą. Był czas w pradawności dziejów, w którym wschodziła i zachodziła, okrążając posłusznie Lunarum, niczym służebnica na postronku, powolna i oddana. Były czas zgromadzenia wszelkiej wody i powietrza, a szernów królestwo nie miało końca”. – Przerwał mi ruchem dłoni i sam z pamięci dokończył:
– „Dopóki, dopóty nie nadszedł dzień nienasycenia ostatecznego. I odtąd stoją zwaliska gór i trupy miast nad wyschłymi rzekami” – zakończył z westchnieniem cytat.
– No, owszem, datę onego zatrzymania wyliczono na miliard i dwieście milionów lat od zenitu wszelkiego powstania – stwierdziłem. Wzruszył na to ramionami, a ja nie uwierzyłem, że to wszystko już wie. – Wnioskuję, że raczej pomiędzy legendy należy wepchnąć historie o niemal geologicznym źródłostanie - dodałem. - To opowieści wyssane z palca. Przecież wiadomym jest powszechnie, że to Księżyc, jako że mniejszym jest satelitą, krąży wokół Ziemi. Ruch ten doprowadził do spowolnienia jej prędkości obrotowej. Oczywiście nie obyło się bez poniesienia kosztów własnych. Stąd wzięła się synchronizacja grawitacyjnej natury i jeden obrót równy jednej orbicie.
– Możesz to udowodnić?
– Ależ oczywiście. Z dowodów paleontologicznych wynika, że doba ziemska miała niegdyś szesnaście godzin, a nie, jak dziś, dwadzieścia cztery. Gdyby oba ciała planetarne posiadały zbliżoną masę, oba zacięłyby się w orbicie synchronicznej, ukazując stale zwróconą ku sobie tę samą półkulę. Ale ponieważ wasze Lunarum jest zaledwie skałą, a nie planetą, to ukrywać musi dostatek wszelkiego życia za płaszczem wszelkiej śmierci.
– Wystarczy tego ględzenia. Udowodniłeś, że czytasz poprawnie. Tylko nie wiem, czy używasz mojego umysłu do interpretacji tekstu, czy autentycznie go śledzisz. Również twoja hipoteza o istnieniu jakiś zatartych wymiarów ukrytego pisma warta będzie sprawdzenia.
– Ale to jeszcze nie wszystko, stary głupcze. Jest jeszcze drugi i trzeci tekst w twojej księdze. Wszystkie wiodą do czwartego, najświętszego w nauce, dla ciebie niedostępnego, bo całkowicie niezrozumiałego. Mam na myśli jakieś wszechobecne w waszej literaturze kompendium naukowych osiągnięć. Ten fragment zatytułowałbym i opatrzył stemplem technologicznym. Notabene znakomita to idea, aby wszystkie, nawet najbardziej kretyńskie publikacje posiadały erratę z zasobem wiedzy podstawowej.
Stary doznał szoku, gdy mu wyłuszczyłem sposób odczytu szablonowego. Po czym wzruszył się. Nie znał w ogóle twórcy sonetów ani rymów przeze mnie odczytywanych.
– A co z czwartym?
– Mogę ci zaprezentować dezyderat na temat struktury materii i przestrzeni. Chcesz posłuchać mędrców, przed którymi i ja pochyliłbym głowę?
Zgodził się, raczej niechętnie. Najpewniej jego niewiara sięgnęła w tym momencie apogeum intensywności.
– Tylko posłuchaj: „W poznanych dotychczas strukturach materii, które omówiliśmy już wcześniej, istnieje porządek wstępujący. To jest atom, posiadający wszelkie marki go charakteryzujące, ulega w procesie nukleosyntezy zespoleniu nie tylko materiałowemu, ale również funkcjonalnemu. Z tym że uzyskuje nową charakterystykę, nigdy przedtem w przyrodzie nie występującą. Zapis funkcji syntetyzujących nowy zasób działań należy do szczególnego sortu takich samych atomów, na ten przykład pierwiastka tlenu, obecnego w uniwersum już w liczbach bilionowych, a więc bilionowych zachowań identycznych; programów. Co z wyżej wymienionego zdarzenia wynika? Ano, tlen nagle promuje wystąpienie praw natury dotąd nieobecnych, zarówno w związkach, jak i w samym sobie. Zaznaczyć trzeba, że wszystek ten proces przebiega w tle dynamicznym rozszerzającego się wszechświata, jak również pędów obecnych we wszechobecnej inercji, których nie należy, wręcz nie wolno bagatelizować. Zapytasz dlaczego? Bowiem plan struktury wewnętrznej atomu rozrysowany jest na siatce właśnie wymagającej ruchu, czy to inercyjnego, czy ekspansyjnego tła zdarzenia”. – Zamilkłem. Resztę przeczytanego tekstu pozostawiłem dla siebie
– Zmyślasz – rozjarzył się Vor. Jego świetliste czoło na długo pozostało mrugające.
– Nic podobnego. Obecny w naturze związek materii z energią opisał bardzo elegancką teorią i wzorem zatwierdził nasz sławny nadwiślański naukowiec Borys Jantyka.
– Na Merkurym?
– W Europie – palnąłem, chociaż skąd miał wiedzieć wyrodek, gdzie leży ten kontynent.
– Wstawaj – błysnął, sam się dźwigając z zydla i dając znak innym, by pomogli mię zmusić do ruchu. – Zaprowadzisz nas teraz do wozu gwiezdnego. Ciekawym metarolidu.
Powiem, że pojęcia nie mieli szernowie o katakumbach i zaworach hydrauliki, kierujących kamiennym kosmodromem. Sam wszystko musiałem uruchamiać. A powiem, że kodów matematycznych i logicznych pułapek zainstalowano tam bez liku.


Rozdział dwudziesty
W którym, cofamy się nieco w naszej historii i niespodzianka goni niespodziankę

– Otwieraj właz! – Vor nie dość, że był zdumiony moją znajomością układu sekretnych przejść i czasowych pułapek, najwidoczniej wpadł w szał, widząc, do czego może doprowadzić czytanie literatury naukowej.
– To nie takie proste – skrzywiłem się z niesmakiem. – Widzisz te trzy wyżłobienia cechu odlewniczego na powierzchni klapy? Należy przyłożyć dłonie należące do członków załogi, co najmniej dwie. Inaczej mechanizm nie zaskoczy i nie pozwoli nam się dostać do środka – próbowałem zyskać na czasie.
– Mówisz o prawej czy lewej dłoni?
Aż zmroził mnie tym pytaniem i wzrokiem, któremu śmiało mogłem zarzucić szaleństwo.
– O lewej… – wyjąkałem, dławiąc się własną śliną i przeczuwając, co się święci. Przypuszczałem, że znów palnąłem niewybaczalne głupstwo.
– Każ odjąć lewą dłoń więźniowi i przynieść tutaj – zwrócił się do sługi.
– A dziewczyna?
– Na razie wystarczy chłopak.
– Ale przecież on tu sam może przyjść – zaprotestowałem.
– Za późno. Mój pomysł jest lepszy.
Czerwona mgła przysłoniła mi wzrok. Szaleństwo opanowało umysł. Byłbym przywalił poczwarze, gdybym nie był trzymany przez silne ramiona i zagrożony dwudziestoma tysiącami woltów.
– Nie! Skłamałem – rzuciłem się mimo wszystko. – Obecność linii papilarnych nie jest konieczna. Jest drugi sposób, inny. Do otwarcia użyjemy kodu dwójkowego! – zawyłem z rozpaczy.
– Sourrent? – upewnił się szern co do obecności adiutanta.
– Tak, panie?
– I przykaż morcom, żeby zaopiekowali się żyłami, niech podwiążą i skóry ofierze nie obgryzają, tylko sprawnie zaszyją – dodał, parsknąwszy szyderczym zgrzytem. – Młody może nam się jeszcze przydać.
Odciętą dłoń Kaspra dostarczono w stalowym pojemniku.
Sinopalczasty kułak pływał w brei podobnej do oliwy.
Dziwne, że zwinął się w pięść i nie dał rozprostować.
Pozwolono mi na podjęcie go z naczynia i przyłożenie do stempli. Właz odskoczył, nie bynajmniej od symultatywnego nacisku kompletu dłoni, lecz uruchomiony przyciskiem, którego lokalizację znałem tylko ja.
– Oj, nie szanujesz ty swoich przyjaciół – szydził Vor, obserwując moje pomieszane ruchy. – Są dla ciebie niczym. Honor też masz popsuty. Łatwo na język przechodzi ci kłamstwo. Jesteś gorszy od moich pospolitych szernów, którzy za grosz godności nie mają, a co z nich chamstwo wybatożę, to po ćwierci dnia powróci. – Mędrzec zazgrzytał z rechotu i dalej perorował: – Udowodnię ci, żeś śmieć, a nie wykształcony na cudzych księgach mądrala – wyświetlił mi bezgłośny komunikat.
Chciałem dostać się do wnętrza wozu, lecz mnie odepchnął. Nie pozwolił mi wejść nawet na jeden stopień rozciągniętej drabiny. Kazał czekać na dole, podczas gdy on wspiął się, a towarzysze jego z furkotem skrzydeł długo wpadali do środka przez otwarty właz. Niektórzy lądowali na metalowym progu. Inni po prostu pojazd wkoło w zbiorowym skrzeku oblatywali. Morców ze dwa tuziny ujrzałem wchodzących. Przepychali się jeden przez drugiego, wskazywali na mię palcami i parszywie po staropolsku przeklinali; „skurczybyk, skurczybyk, skurczybyk!”. Trochę zetrwało, zanim doszedł do mnie głos z góry.
– Pan nasz chce widzieć ciebie!
Co też było do przewidzenia. Potrzebował staruch pilnej rady. Siłą rzeczy mnie miał tylko za autorytet w sprawach technicznych.
– Już idę – rzuciłem, chwytając się drabiny.
Powiem prawdę; włos zjeżył mi się na głowie, po grzbiecie przeczołgał dreszcz w mrożącym krew przeczuciu. Byłem prawie pewny, że nie wytrzymam, skorzystam z okazji i sięgnę po ukrytą w przepierzeniu balkonu broń. „Kropnę dziada!” – strzeliła myśl. Pomyślałem, że oto już rychtuje się kres mego życia, że jak przystało na człowieka honoru, zginę niechybnie z rewolwerem w dłoni. Magazynek chotoma mieścił trzydzieści pocisków. Zatrzasnąłbym klapę i wystrzelałbym większość drani, tylko jak potem bym uciekł, skoro ściana wlotowa kosmodromu na ciasno z posadzką się zwarła?
A więc nie miałem złudzeń. Przeczuwałem swój bliski koniec, bo skończyć się to mogło tylko fatalnie. Dlatego gdy pojawiłem się w obrysie ramy włazu z całkiem przekonywającym uśmieszkiem, kompletnie wyprowadziłem go z równowagi. Wszedłem i udałem, iż napotkany bałagan w ogóle mnie nie obchodzi. Furia tych istot była dla mnie kompletnie niezrozumiała. Zbyt mało rzeczy zgubionych, nazbyt wiele odnalezionych. Pozostało mieć nadzieję, że szubrawcy na moment spauzują, a ja znajdę chwilę, by niezauważenie sięgnąć po broń.
Ale nie, Vor nadal miotał się po galerii i niszczył precyzyjne, zegarowe sprzęty, jakby przeszkadzała mu ich cudowność. Zajrzał nawet do komór specjalnych, gdzie w zamrażarkach trzymaliśmy zapasy i medykamenty. Wybaczyć nie mógł, że ziemski naród, tak z powierzchowności prymitywny, dorobił się owoców technologicznego zrozumienia. A ja? Ciągle miałem przed oczyma Lutkę i Kaspra. I zemstę szykowałem. Już miałem prawie rękę na stalowym drągu. Już drugą otwierałem metalową klapkę. Już zacisnąłem palce na rękojeści rewolweru Chotomskiego.
Już zamierzałem wystrzelić…
Gdy on nagle ochłonął. Błyskawicznie ukryłem broń w kieszeni. Nie mieściła się, lufa wystawała.
Vor kazał swoim doprowadzić mnie przed swoje oblicze.
Gdy stanąłem naprzeciw tego mocarnego karła o skrzydłach cuchnących przez nieużytek, ujrzałem, jak pory jego skóry pulsują, unoszą się na parszywym ryju, co było ponoć objawem skrajnej nienawiści, jadu i agresji. Furia wylewała mu się aż z czterech oczu. Gibkie wężowe ręce o sześciopalczastych dłoniach ruszyły w mym kierunku, jakby zamierzały mnie pochwycić i zetrzeć na proch.
– Ukryłeś przede mną prawdę, ladaco! Pojazd przewiózł aż pół tuzina śmierdzących psów! Gdzie jest reszta twej kompani? Mów! – I począł mnie okładać straszliwymi łapskami, aż upadłem, zsunąłem się z galerii w dół, spadłem ku promieniście rozmieszczonym fotelom.
Ochoczo ruszył za mną.
Raptem znieruchomiał, jak wszyscy wokół. I nie bynajmniej na widok mej dłoni trzymającej wymierzony rewolwer. Coś zadudniło niespodzianie. Coś sprawiło, że nagle ziemia zadrżała i luźne przedmioty z półek Metarolida nie po raz pierwszy w tej podróży pospadały.
Pomruk, donośny niczym grzmot, przebiegł górę. Wzniósł tony duszącego gardło kurzu. I oto rozwarła się ściana niezdobyta.
Na początek ostre światło słońca niby struga się przesączyło, ale gdy tak podnosiła się kamienna kurtyna wyżej i wyżej, blask oślepiający wypełnił wszelkie zakamarki lądowniczej lady. Usiadłem z wrażenia. Bezpośrednio przed mymi oczyma jaśniał wizjer. Za szybą małego okna właśnie wydarzał się cud.
Oto dwa potężne, obce pojazdy; każdy dziesięciokrotnie wykraczający ponad tonaż naszego skromnego Metarolida, podchodziły do lądowania na stanowisku pierwszym i trzecim. Okręty wysuwały czepliwe macki. Z sykiem zasysały się z lądowniczą płytą, buchały parą i czarnym dymem lądowniczych spalin. Niby czarne gigantyczne żuki zginały kolana podwozia i jak warujące psy siadały na płycie kosmodromu.
– No i są nasi! – wykrzyknąłem na to. Ton mój był zwycięski. Jednym ruchem odbezpieczyłem wajchy. – Zabieraj tyłek w troki, bo teraz ja dopilnuję, by szufelką cię zbierali! – zawołałem, wzburzony do granic.
Szern wydarł się na mnie zgrzytliwym chichotem, który podobnym był do krzyku rozpaczy. Nigdy przedtem ani potem nie napotkałem u nich większej trwogi, zgrozy i przerażenia jak wtedy. Z dzikim łopotem skrzydeł stwory wdarły się w wąski przesmyk włazu. Nawet Vor miał problem, by ustalić, z kim ma do czynienia.
Rzuciłem się za nimi. Pierwej niż morcowie dopadłem włazu. Zatrzasnąłem i numerycznie zablokowałem. Odwróciłem się i napotkałem niespodzianie inny matadorski wzrok.
I tak stanąłem sam naprzeciw ludu maleńkiego, któren w obłąkanym lęku jeszcze bardziej się kulił, kurczył i jęczał. Któren w udawanej żałości umiał zabić, zdradzić i sponiewierać.
Ludkowie ci byli rozmiaru małych dzieci; pięciolatków, nie starszych. Kiedy mi się opierali, krzyczeli. I tak było, gdym zatrzaskiwał za poczwarami właz główny. Chóralnie się wdarli, zespołowo gryźli, tupali nóżkami i atakowali małymi piąstkami. Nie wytrzymałem presji i jednym uderzeniem roztrząsnąłem ich po kątach. Byłem przecież na Księżycu.
Polecieli, zderzając się boleśnie z meblami. Wtedy zamilkli, ukryci za szafami.
Wiedziałem, że lepszej okazji już mieć nie będę. Tym bardziej że niczego dobrego spodziewać się po nowo przybyłych też nie mogłem. Przecież sam sobie ich zmyśliłem. Zatem… Nie straciłem nawet cennej minuty.
Pędem dotarłem do już odblokowanej skrzynki sterowej i błyskawicznymi, wytrenowanymi ruchami uruchomiłem pojazd. Mimo wrzasku i protestów ukrytych po kątach morców uniosłem maszynę ponad płytę lądowiska i zdążywszy tuż przed zatrzaskującymi się grodziami, pociągnąłem kursem nad miasto.
Moloch kamienny gruchnął grodziami. Zatrzaśnięty pozostał w tyle jak koszmar, a zaraz potem we mgłę oddalenia zapadło się obrzydliwe, czarcie miasto.
W odróżnieniu od pierwszego razu wiedziałem, gdzie mam uciekać, gdzie kierować pojazd; ku Gorącym Stawom i górze O’Tamora, widniejącej na horyzoncie.


1) Ciśnienie powierzchniowe na Wenus jest aż 92 razy wyższe niż na Ziemi. Dlaczego? Czy zawsze tak było? Co mówi geologia i paleontologia? Około 4.6 miliarda lat temu atmosfera Ziemi składała się głównie z metanu, amoniaku i pary wodnej. Ciśnienie było równie piekielne, jak to spotykane na siostrzanej Wenus. W miarę jak Ziemia się ochładzała, para wodna skropliła się, tworząc oceany. Zatem ciśnienie atmosferyczne po raz pierwszy w historii spadło. Około 2.4 miliarda lat temu fotosyntezujące bakterie doprowadziły do pierwszego wielkiego wymierania i zatrucia atmosfery toksycznym tlenem – śmierć dla beztlenowców, inaczej anaerobów, anaerobiontów lub anoksybiontów. Ponadto przez zwiększenie się ilości tego pierwiastka nagromadził się metan. Oba te mechanizmy spowodowały drastyczne zmiany – dalszego spadku ciśnienia. Ponadto 350 milionów lat temu pojawiły się ogromne lasy paproci i skrzypów, które pochłaniały dwutlenek węgla i jeszcze bardziej przyczyniły się do emisji tlenu. Ten ostatni był lżejszy, więc znów ciśnienie atmosferyczne mogło poszybować w dół. I tu nasuwa się pytanie: czy aby zagęścić i ocieplić atmosferę naszego Księżyca, należałoby obciążyć go dwutlenkiem węgla? Satelita nie posiada też pola magnetycznego, więc może tam hulać wiatr słoneczny i usuwać lżejsze pierwiastki, jak wodór i hel w ilościach niebotycznych. Zwiększenie obecności cięższych atomów spowodowałoby wzrost gęstości i ciśnienia.

Zatem w konkluzji: cywilizacja szernów mogłaby zsyntetyzować fikcyjny gaz, który wmieszany w atmosferę księżycową powodowałby jej sztuczne obciążenie, a nie powodował skutków ubocznych dla życia. Azot? Argon? Abelion? Zatem dobrze. Niech to więc będzie nasz fikcyjny abelion. (Przyp. Autora).



Dodano: 2024-06-18 16:36:12
Komentarze
-Jeszcze nie ma komentarzy-
Komentuj


Artykuły

Plaża skamielin


 Zimny odczyt

 Wywiad z Anthonym Ryanem

 Pasje mojej miłości

 Ekshumacja aniołka

Recenzje

McGuire, Seanan - "Każde serce to wrota. Patyki i kości"


 Tolkien, John Ronald Ruel - "Listy Świętego Mikołaja"

 Gong, Chloe - "Nieśmiertelne pragnienia"

 Nayler, Ray - "Góra pod morzem"

 Kaufman, Amie & Kristoff, Jay - "Aurora: Pożoga"

 Grimwood, Ken - "Powtórka"

 Salik, Magdalena - "Wściek"

 Martine, Arkady - "Pustkowie zwane pokojem"

Fragmenty

 Watts, Peter - "Wir" (Wymiary)

 Robinson, Kim Stanley - "Zielony Mars"

 Clarke, Arthur C. & Lee, Gentry - "Tajemnica Ramy"

 Dresler-Janik, Elwira - "Córki bogini Mokosz"

 Maszczyszyn, Jan - "Mare Orientale"

 Marryat, Frederick - "Statek widmo"

 Kluczek, Stanisław - "Zamek Gardłorzeziec"

 Pettersen, Siri - "Srebrne Gardło"

Projekt i realizacja:sismedia.eu       Reklama     © 2004-2024 nast.pl     RSS      RSS