NAST.pl
 
Komiks
  Facebook
Facebook
 
Forum

  RSS RSS

 Strona główna     Zapowiedzi     Recenzje     Imprezy     Konkursy     Wywiady     Patronaty     Archiwum newsów     Artykuły i relacje     Biblioteka     Fragmenty     Galerie     Opowiadania     Redakcja     Zaprzyjaźnione strony   

Zaloguj się tutaj! | Rejestruj

Patronat

Nowak, Jakub - "Amnezjak"

Mitchell, David - "Slade House"

Ukazały się

Silverberg, Robert - "Skrzydła nocy"


 Larson, B.V. - "Bunt"

 Lem, Stanisław - "Fiasko"

 Lem, Stanisław - "Szpital Przemienienia"

 Hobb, Robin - "Skrytobójca Błazna"

 Gaiman, Neil - "Koralina"

 Marchewka, Tomasz - "Wszyscy patrzyli, nikt nie widział"

 Kozak, Magdalena - "Młody"

Linki


Literackie zgadywanki 02/2012

Poniżej znajdziecie subiektywne oczekiwania redaktorów Katedry wobec wybranych zapowiedzi wydawniczych na ten miesiąc. Nazwa dość dobrze oddaje charakter prezentowanych krótkich opinii, będących swego rodzaju przewidywaniami, zabawą w typowanie czy zaklinaniem rzeczywistości. Należy podkreślić, że prezentowane tytuły nie pretendują do rangi jakiegokolwiek zestawienia, w szczególności nie są to „jedyne warte uwagi” pozycje, mające ukazać się na rynku.

Polecamy Wam również lekturę weryfikacji naszych zgadywanek. Warto się przekonać jak prawdziwe były szumne zapowiedzi wydawców i jak wiele udało się uchwycić w przewidywaniach naszych redaktorów.



David Louis Edelman, „Infoszok"

Trylogia Edelmana to na swój sposób postapokaliptyczna science fiction, z tą różnicą, że powstały w wyniku rewolucji myślących maszyn świat nie spłonął, lecz dynamicznie się rozwija, kusząc reklamami softu dla ludzi i życiem zagubionym między światem rzeczywistym a wirtualnym. Olbrzymie pieniądze, zbliżająca się nowa rewolucja oraz niezdrowe żądze, oparte na najgorszych cechach naszego gatunku wyznaczają ramy tego nowego świata.
Głównym bohaterem powieści jest Natch, zarządzający jedną z czołowych korporacji zajmujących się tworzeniem oprogramowania biologicznego dla ludzi, wykorzystującego najnowsze osiągnięcia nanotechnologii. Aby osiągnąć sukces i sprzedać swoje produkty chwyta się niebezpiecznej i bardzo wątpliwej z etycznego punktu widzenia prowokacji. Może ona zagrozić naruszeniem społeczno-politycznego porządku świata. Jednak najważniejsze, by słupki rosły, czyż nie?
Zagraniczne recenzje mówią o książce Edelmana w kontekście cyberpunku, czy też finansowego thrillera. Dopracowana wizja świata ma robić wrażenie, silne postacie przykuwać uwagę, a w warstwie pomysłowej widać podobno biznesowe i programistyczne doświadczenie autora. Lektura krótkiego fragmentu nie pozwala na wyrobienie wiarygodnej opinii, lecz daje przedsmak sposobu prowadzenia narracji. Większość powieści stanowią bowiem spotkania Natcha z pracownikami i biznesowymi partnerami, podczas których ujawnia on swoje zamiary i egzekwuje ich realizację. Stąd wielu recenzentów podkreśla, że akcja jest dość specyficzna, lecz mimo to wartka i porywająca. Książka została również wzbogacona o materiały dodatkowe w postaci opisu najważniejszych technologii, elementów polityki i stosunków społecznych, czy linii czasu, ukazującej cezury świata przyszłości.
Trudno powiedzieć, jak wiele przesady tkwi w ciepłym przyjęciu „Infoszoku” za granicą. Fragment, choć krótki, jak również typowe cechy, wspólne dla książek wydawanych przez Fabrykę Słów, sugerują raczej powieść niezłą, wciągającą, ale zarazem lekką i niekoniecznie zachwycającą bogactwem wizji. Z drugiej strony quasi encyklopedyczne dodatki i wspomniany entuzjazm internetowych recenzentów dają nadzieję na coś więcej, na prawdziwie złożoną, spójną koncepcję świata przyszłości.

Krzysztof Kozłowski




Przyznam, że wydanie przez Fabrykę Słów książki Marka Hoddera „Dziwna sprawa skaczącego Jacka” trochę mnie zaskoczyło. Ostatnie książki wydawane przez Fabrykę Słów nie były w „moich” klimatach, a Hodder – laureat Philip K. Dick Award – nie pasował do profilu wydawcy.
A jednak zapowiada się coś ciekawego. O ile Cherie Priest w „Kościotrzepie” sięga do amerykańskich mitów i scenografii, tak Hodder – Brytyjczyk – sięga do mitów i folkloru Zjednoczonego Królestwa. Oto Albion drugiej połowy XIX wieku. Bohaterem jest jeden z najciekawszych Brytyjczyków epoki, sir Francis Burton, poliglota (tłumacz Baśni tysiąca i jednej nocy), podróżnik i awanturnik, który ma za zadanie wyjaśnić tajemnicze porwania pomocników kominiarzy, rzekomo dokonywanych przez wilkołaki. Akcja osadzona w Londynie, ale Jej Wysokość Wiktoria nie żyje, a Królestwem włada jej mąż. Jak na steampunk przystało, mam nadzieję, że dostaniemy postęp naukowy oparty na parowych rewolucjach, biologii, zabawie z fizyką oraz całą masę historycznych nawiązań. Tytułowy Skaczący Jack to przecież postać z folkloru angielskiego, której tożsamości nie odkryto. Był znana z tego, że podobno pojawiła się w 1837, atakowała kobiety i uciekała dzięki niesamowitej długości skokom.
Mam nadzieję, że takich perełek – w duchu najlepszych powieści przygodowych – będzie więcej. Że otrzymam książkę, którą śmiało postawię obok „Ligi Niezwykłych Dżentelmenów”, czy dzieł Juliusza Verne’a. I naprawdę wkurzę się, jeśli spotka mnie zawód, bo estetyka steampunku jest wprost stworzona do zabaw z historią i konwencją literatury przygodowej.

Jan Żerański



Brandon Sanderson, "Stop prawa"

„Stop prawa” Brandona Sandersona zapowiada się ciekawie z kilku powodów. Intryguje już sama objętość książki – niespełna trzysta stron. Czy autor piszący do tej pory powieści liczące grubo ponad sześćset stron jest w stanie stworzyć pełnowartościową historię na o połowę krótszym dystansie? A może będziemy mieć do czynienia jedynie z „przerośniętym” opowiadaniem? W końcu nie jest niczym nowym w literackim światku, że kiedy autor próbuje wywiązać się z wydawniczej umowy, to kołem ratunkowym i efektem jest produkt zastępczy.
Druga sprawa to zmienione realia. Do tej pory cykl „Ostatnie Imperium” zaliczany było do fantasy, nieco nietypowego, ale jednak fantasy. Tymczasem „Stopowi prawa”, przynajmniej pod względem świata przedstawionego, znacznie bliżej do steampunku. Pozostaje pytaniem otwartym, które elementy przeważą i czy miłośnicy serii zaakceptują nowe podejście autora.
I w końcu kwestia trzecia – sam tytuł, przetłumaczony tyleż dokładnie, co nie do końca szczęśliwie. Przyznam się, że przed bardzo długi czas nie do końca umiałem złapać sens słowa „stop”, które nagminnie kojarzyło mi się z zatrzymywaniem. Dopiero po jakimś czasie nieszczęsne słowo stało się tym, czym miało być od początku, tj. tworzywem o właściwościach metalicznych składającym się z co najmniej dwóch składników. Co zatem „stop prawa” będzie oznaczać w świecie Sandersona? Możliwości jest sporo, a odpowiedź, znając pisarza, okaże się zaskakująca.

Adam "Tigana" Szymonowicz




„Nieśmiertelność zabije nas wszystkich” to debiutancka powieść Drew Magary’ego, której motyw przewodni opiera się na zmianie jednego z zasadniczych elementów naszej pozaliterackiej rzeczywistości. W powieści ludzie się nie starzeją. Wbrew dosłownie rozumianemu tytułowi nie są niezwyciężonymi herosami, gdyż tak jak i my mogą stracić życie na skutek wypadku, czy choroby. Jeżeli jednak nie przytrafi im się żadna z tych przykrych niespodzianek – będą żyć wiecznie.
Każdy z nas mógłby podać wiele zalet, jak i wad wiecznej egzystencji, nie zastanawiając się nad tym zbyt długo. Jednak przedstawić je w dowcipny, momentami przewrotny, a do tego błyskotliwy sposób nie jest już tak łatwo. Według noty wydawniczej i licznych sieciowych recenzji autorowi się to udało. Z nawiązką, bowiem wszyscy chwalą Magary’ego za jego wyobraźnię i styl, dzięki któremu strony przewracają się niemal same. Zwracają też uwagę, że autor uderza w dwojakie tony, z jednej strony racząc czytelnika czarnym humorem, z drugiej wyciągając niepokojące, poważnie potraktowane wnioski, mające skłaniać do refleksji.
Dotychczasowe doświadczenia autora, jako dziennikarza, współpracującego głównie z magazynami dla panów nie przekonałyby mnie do sięgnięcia po jego powieściowy debiut. Mógłbym również wątpić w zachwyty fanów. Jednak fragment książki ujawnia bardzo zgrabny, klarowny styl autora, a tok myślenia bohatera nie jest pozbawiony humoru i przewrotności, o których wspominałem. Dlatego zamierzam przekonać się, czy całość powieści zrobi na mnie równie dobre wrażenie, co ten niewielki wycinek.

Krzysztof Kozłowski



Terry Goodkind, "Wróżebna machina"

Do ubiegłego miesiąca należałem do grupy naiwnych wierzących, że po napisaniu dziesięciu tomów przygód Richarda i Kahlan ich twórca, Terry Goodkind, da sobie spokój z dopisywaniem kolejnych odcinków „Miecza Prawdy” i zajmie się czymś innym. Wprawdzie autor zarzekał się, że to dopiero początek, ale wtedy uznałem to za żart. Tymczasem już w lutym do księgarń trafi „Wróżebna machina”.
Pobieżna lektura blurba daje przedsmak tego co nas czeka. Nowe magiczne niebezpieczeństwo, tajemnicze wydarzenia, niejasne proroctwa i dwójka naszych ulubionych bohaterów. Zapewne będzie czarno-biało od jednowymiarowych postaci, miejscami przesadnie brutalnie, ale i mdło od miłosnych wyznań. Na pewno nie zabraknie też miejsca na manifestowanie wiary w siłę twórczą jednostki; czyli dokładnie to do czego zdążyliśmy się przyzwyczaić w dotychczasowych odsłonach cyklu.
Chyba że się znów mylę i wraz z nowym początkiem Goodkind stworzył powieść niepodobną do jego dotychczasowych osiągnięć. Na wskroś oryginalną, potrafiącą zaskoczyć zarówno fanów, jak i malkontentów. Marzenia ściętej głowy? Nie do końca. Każdy tom cyklu zawierał jakieś ciekawe rozwiązanie fabularne, dobrze napisaną scenę czy dialog, które świadczyły o drzemiącym w pisarzu potencjale. Może właśnie teraz nadszedł czas na przebudzenie z drzemki?

Adam "Tigana" Szymonowicz



Cherie Priest, „Kościotrzep"

Cherie Priest to autorka, która debiutowała na rynku amerykańskim w 2003, ale do tej pory w Polsce była nieznana, aż do teraz, kiedy ma się ukazać napisana w 2009 roku powieść „Kościotrzep” (nakładem wydawnictwa Książnica). „Kościotrzep” jest kolejnym tytułem napisanym na fali rosnącej popularności steampunku i już z tego powodu wzbudził moje zainteresowanie.
„Kościotrzep” to alternatywna historia Stanów Zjednoczonych i pierwsza z serii książek osadzonych w tym uniwersum. Wojna Secesyjna trwa już od dwóch dekad, napędzając postęp technologiczny. Teksas ogłosił niepodległość, dzięki ropie stając się centrum innowacyjności, a nikogo nie dziwi widok parowych machin bojowych i sterowców. Akcja samej powieści zaczyna się w 1865 roku, kiedy to Rosjanie chcą włączyć się do wyścigu o złoto i zapłacili za stworzenie maszyny do wydobycia złóż pod lodami Alaski. Niestety coś poszło nie tak, Seattle uległo zniszczeniu, a ocalałe resztki otoczono murem. Dlaczego? Bo w trakcie prac odkryto złoża gazu, który zamienia ludzi w żywe trupy... Szesnaście lat później syn wynalazcy, który zbudował nieszczęsne urządzenie, chce zmienić historię.
Tak w skrócie prezentuje się świat przedstawiony i fabuła powieści. Nastoletni bohater, ciekawa scenografia i pomysł wyjściowy na alternatywną historię Stanów Zjednoczonych (western w klimatach steampunku?) sugerują tekst skierowany raczej do młodszego czytelnika, nastawiony na przygodę. Entuzjastyczne recenzje zachodnich serwisów każą podchodzić do pozycji optymistycznie, a ja nie mam nic przeciwko inteligentnej rozrywce. Estetyka steampunku wciąż nie jest wykorzystana w stu procentach.

Jan Żerański



Charles Stross, „Stan wstrzymania"

Szkocki pisarz Charles Stross jest jednym z ciekawszych autorów na współczesnej scenie science fiction. W Polsce do tej pory wydane zostały jego dwie książki: „Accelerando” oraz „Szklany dom”. Mimo różnego ich przyjęcia Wydawnictwo Mag kontynuuje publikowanie kolejnych tytułów Strossa i pod koniec lutego ukaże się jego „Stan wstrzymania”.
Bazując na wcześniej wydanych w Polsce utworach Strossa (nie tylko w formie osobnych książek) można bezpiecznie stwierdzić, że jednego na pewno w „Stanie wstrzymania” nie zabraknie: pomysłów. Autor ten ma zdolność do łączenia różnorodnych dziedzin wiedzy z rozwiązaniami fabularnymi, z czego wychodzi intrygująca, chociaż nie zawsze równie strawna, mieszanka. W moim odczuciu w poprzednich utworach Stross miał największe problemy z warstwą fabularną – albo pełniła ona funkcję służebną względem idei, albo też pisarz nie potrafił w całości wykorzystać możliwości dynamicznej akcji. „Stan wstrzymania” jednakże ma być – przynajmniej tak można wnioskować z zapowiedzi – najbardziej rozrywkową z dotychczas wydanych u nas książek szkockiego autora, więc być może teraz wszystkie elementy zagrają? Mam mimo wszystko pewne wątpliwości.
Sporo obiecuję sobie natomiast po wizji gier sieciowych. Z jednej strony spodziewam się sięgnięcia do klasyki cyberpunka, a z drugiej jestem pewien, że Stross doda sporo od siebie. Zresztą, z tego co się orientuję, autor ma w swym życiu epizod z grami i to nie tylko jako gracz. Zwiastuje to bogatą i kompleksową wizję – i chociażby tylko dla niej mam zamiar sięgnąć po „Stan wstrzymania”. Mam nadzieję, że się nie rozczaruję.

Tymoteusz "Shadowmage" Wronka





Pierwszy tom trylogii „Więzień labiryntu” Jamesa Dashnera okazał się doskonałą powieścią nie tylko dla młodzieży, jak sądziłem, lecz również dla starszych czytelników. Pewne zabiegi językowe i narracyjne, zastosowane z myślą o młodzieżowym odbiorcy, nie przeszkadzały czerpać przyjemności z lektury. Starczy powiedzieć, że czytając tę książkę dałem się wciągnąć niesamowitym tajemnicom, poczułem dreszczyk niepokoju, a po odłożeniu powieści na półkę zacząłem poszukiwać informacji o kolejnym tomie.
Uniwersalny, zachęcający opis przygotowany przez wydawcę nie był jedynie chwytem marketingowym, lecz okazał się całkiem rzetelnym przedstawieniem fabuły „Więźnia labiryntu”. Bowiem rozwiązanie jednej zagadki owocuje kolejnymi trzema, a finał jest zarazem satysfakcjonujący, jak i pozostawiający niedosyt – dalszych przygód bohaterów. Fabuła książki jest tak skonstruowana, że nie sposób się nudzić. Nie sposób też nie czuć podekscytowania, gdy elementy układanki zaczynają do siebie pasować. Nie mogę się doczekać ekranizacji prozy Dashnera.

Krzysztof Kozłowski




Rzadko się zdarza by książka, na którą czeka się bardzo długo, spełniła całkowicie oczekiwania. Tymczasem antologia „Science Fiction” okazała się dziełem (nie bójmy się tego słowa) spektakularnym jak na polskie warunki: tylko jeden tekst uważam za słaby, trzy za średnie, a resztę klasyfikuję w kategoriach od dobre do wybitne.
W zgadywance zastanawiałem się, czy da się poprowadzić jakąś linię oddzielającą autorów początkujących (młodych) od tych „z dorobkiem”. Zarówno w gronie pisarzy, którzy publikowali w „Nowe idzie”, jak i u w grupie doświadczonych twórców, trafiały się teksty lepsze i gorsze. Miałem chyba rację sądząc, że kluczowe dla powodzenia było nie doświadczenie, a czucie tematyki science fiction.
Skoro o moich prekognicyjnych umiejętnościach mowa, to również przypuszczenia odnośnie usunięcia „hard” z roboczego tytułu się sprawdziły. Zaledwie kilka opowiadań może zasłużyć na miano twardej fantastyki, a w jednym czy dwóch przypadkach nawet element „science” jest pretekstowy. Także zdaje się, że nie tylko tytuł mikropowieści Jacka Dukaja, ale także zawartość opowiadań sprawiła, że finalnie zbiór otrzymał taki a nie inny tytuł.

Tymoteusz "Shadowmage" Wronka




„Wir” Petera Wattsa nie ustępuje poziomem „Rozgwieździe”, ale poprzez inne rozłożenie akcentów niekoniecznie przypadnie do gustu tym, którym spodobała się kameralna, chociaż nieco psychodeliczna atmosfera w pierwszym tomie „Ryfterów”. Osobiście wcale nie jestem przekonany, czy postawienie na większą dynamikę i użycie większej fabularnej skali wpłynęło korzystnie na obraz całości: mam wrażenie, że kanadyjski pisarz nie czuje się na tym polu zbyt swobodnie i traci nieco na błyskotliwości. Na szczęście brak ten rekompensuje innymi zaletami, a przede wszystkim niebanalną wizją rozwoju sieci, oraz kolejnymi niesztampowymi postaciami. Szczególnie to pierwsze przyjąłem z dużym zadowoleniem, bo obawiałem się nieco, że Watts znów będzie wałkował te same idee. Tymczasem spotkało mnie przyjemne zaskoczenie, bo poruszył kwestie nieobecne w „Rozgwieździe” i „Ślepowidzeniu”. Czy więc Watts przeskoczył zawieszoną przez siebie poprzeczkę? Nie, ale z drugiej strony – skoki nie były bardzo nieudane. Nadal nie uważam, by mógł się on wyrwać z kręgu nurtujących go idei, ale cieszę, że swą prozę potrafi wzbogacić także o inne pomysły.

Tymoteusz "Shadowmage" Wronka




Zgadując książkę McDermotta odwoływałem się do ogólnej opinii na temat serii wydawniczej sygnowanej logo „Nowej Fantastyki”. Był to dobry trop, gdyż „Dzieci demonów” to kolejna niezła powieść, interesująca głównie za sprawą bohaterów o niezwykłych cechach, które czynią ich życie pełnym trudnych wyborów i niebezpieczeństw. Jest to książka, którą można przeczytać bardzo szybko i z dużą przyjemnością, lecz jednocześnie nie odstaje ona znacząco in plus od przeciętnych pozycji gatunku. Po prostu fajna lektura na parę chwil.
Moje obiekcje, dotyczące noty wydawniczej na szczęście nie znalazły potwierdzenia w treści książki. Powieść wolna jest od „forgottenowych” nazw własnych, a filozoficzne przemyślenia bohaterów naprawdę potrafią zainteresować i skłonić do chwili zastanowienia. Tytułowi bohaterowie okazali się postaciami złożonymi, niebędącymi jedynie niebezpiecznym wrogiem ludzi, lecz także ofiarami. Swojego losu, nastawienia innych, nieosiągalnej przyszłości. Budzą współczucie, czasami lęk, zyskują sympatię. Zarazem mogą być naprawdę niebezpieczni, wbrew swojej woli.
Więcej o powieści McDermotta można przeczytać w mojej recenzji.

Krzysztof Kozłowski




Absolutnie nie żałuję, że głosowałam za objęciem „Dzieci demonów” redakcyjnym patronatem, gdyż książka znacząco odróżnia się od przeciętnych pozycji spod znaku fantasy. Dzięki minimalistycznej kreacji świata pozwala na skoncentrowanie się na postaciach, ich zmaganiach z życiem. Wprawdzie poznajemy tego życia jedynie wycinek („Dzieci demonów” to pierwszy tom trylogii) i, na dodatek, w zawiązaniu akcji autor zdradza nam, jaki los spotyka jednego z bohaterów, jednak lektura jest zajmująca, ba – określiłabym ją nawet wciągającą. Dlaczego? Zapraszam do lektury recenzji.

Beata Kajtanowska



Redaktor prowadzący: Krzysztof Kozłowski


Autor: Katedra


Dodano: 2012-02-02 12:42:45
Komentarze

Sortuj: od najstarszego | od najnowszego

malakh - 21:56 02-02-2012
Właśnie czytam "Kościotrzepa" - pierwsze kilkadziesiąt stron jakoś nie bardzo.

Tigana - 16:01 03-02-2012
Niedobrze, bo już zastanawiałem się nad zakupem.

ASX76 - 20:00 03-02-2012
Tigana pisze:Niedobrze, bo już zastanawiałem się nad zakupem.


Wręcz przeciwnie, ponieważ gdyby nie ostrzeżenie, już byś, być może, kupił. :P

Coś ten Kościo... słabo trzepie. :wink:

malakh - 13:41 04-02-2012
No i w sumie już grubo ponad 100 stron za mną i wciąż cierpliwie czekam, aż coś zacznie się dziac. Jak na razie jest mnóstwo fatalnych dialogów.

ASX76 - 14:06 04-02-2012
"Czekając na cud"... ;)

AM - 15:17 04-02-2012
malakh pisze:No i w sumie już grubo ponad 100 stron za mną i wciąż cierpliwie czekam, aż coś zacznie się dziac. Jak na razie jest mnóstwo fatalnych dialogów.


To dobrze mu wróży, będzie bestseller :wink: .

Shadowmage - 19:12 05-02-2012
Złośliwiec :)

Komentuj


Konkurs

Wygraj "Maddaddam" Atwood


Wygraj "Ukrytego Asa"


Artykuły

Co nas czeka w 2017 roku?


 Kreator światów w spódnicy – krótka opowieść o Ursuli K. Le Guin

 Wywiad z Marcinem Podlewskim

 Senność

 Arkhamer 2016 - relacja

Recenzje

Nagata, Linda - "Ciężkie próby"


 Przybyłek, Marcin - "Gamedec. Sprzedawcy lokomotyw"

 Waletow, Jan - "Dzieci martwej ziemi"

 Blatty, William Peter - "Egzorcysta"

 Podlewski, Marcin - "Głębia. Napór"

 Waletow, Jan - "Ziemia niczyja"

 Gromyko, Olga - "Wiedźma opiekunka"

 McDonald, Ian - "Luna: Wilcza Pełnia"

Fragmenty

 Marchewka, Tomasz - "Wszyscy patrzyli, nikt nie widział"

 McDonald, Ian - "Luna: Wilcza Pełnia"

 Ryman, Geoff - "Tlen"

 Tidhar, Lavie - "Stulecie przemocy"

 Priest, Christopher - "Człowiek z sąsiedztwa"

 Kosik, Rafał - "Amelia i Kuba. Tajemnica dębowej korony"

 Weeks, Brent - "Krwawe zwierciadło"

 Johansen, Erika - "Losy Tearlingu"

Projekt i realizacja:sismedia.eu       Reklama     © 2004-2017 nast.pl     RSS      RSS