NAST.pl
 
Komiks
  Facebook
Facebook
 
Forum

  RSS RSS

 Strona główna     Zapowiedzi     Recenzje     Imprezy     Konkursy     Wywiady     Patronaty     Archiwum newsów     Artykuły i relacje     Biblioteka     Fragmenty     Galerie     Opowiadania     Redakcja     Zaprzyjaźnione strony   

Zaloguj się tutaj! | Rejestruj

Patronat

Tidhar, Lavie - "Stacja centralna"

Priest, Christopher - "Człowiek z sąsiedztwa"

Ukazały się

Crouch, Blake - "Mroczna materia" (wyd. 2)


 Tidhar, Lavie - "Stacja centralna"

 Larson, B.V. - "Podbój"

 Lem, Stanisław - "Astronauci" (WL)

 King, Stephen - "Roland" (filmowa)

 Riordan, Rick - "Tajne akta Obozu Herosów"

 Mróz, Remigiusz - "Czarna Madonna"

 Hardinge, Frances - "Drzewo Kłamstw"

Linki


Literackie zgadywanki 08/2011

Poniżej znajdziecie subiektywne oczekiwania redaktorów Katedry wobec wybranych zapowiedzi wydawniczych na ten miesiąc. Nazwa dość dobrze oddaje charakter prezentowanych krótkich opinii, będących swego rodzaju przewidywaniami, zabawą w typowanie czy zaklinaniem rzeczywistości. Należy podkreślić, że prezentowane tytuły nie pretendują do rangi jakiegokolwiek zestawienia, w szczególności nie są to „jedyne warte uwagi” pozycje, mające ukazać się na rynku.

Polecamy Wam również lekturę weryfikacji naszych zgadywanek. Warto się przekonać jak prawdziwe były szumne zapowiedzi wydawców i jak wiele udało się uchwycić w przewidywaniach naszych redaktorów.




Właśnie jestem po lekturze opowiadania Charlesa Yu pod tytułem „Standardowy zestaw samotności” (Nowa Fantastyka 07/2011). Było ono na tyle udane, że postanowiłem się zainteresować debiutancką powieścią tego autora: „Jak przeżyć w fantastycznonaukowym wszechświecie”. Po pobieżnym przejrzeniu blurbów i opinii w sieci, jedno staje się dla mnie jasne: jeśli spodziewałbym się powieści poruszającej podobną tematykę co opowiadanie, napisanej w tej samej konwencji, to grubo bym się pomylił. Wniosek jest prosty – nie należy budować opinii o twórczości autora na podstawie jednego – nawet dobrego – opowiadania.
Zamiast poważnej tematyki i grania z emocjami, po „Jak przeżyć w fantastycznonaukowym wszechświecie” należy spodziewać się przede wszystkim dużej dozy niezobowiązującej rozrywki okraszonej humorem. Zresztą, czy widząc taki tytuł można książkę traktować poważnie? (W ogóle seria NF ostatnio bryluje w wynajdowaniu książek o dziwacznych tytułach – niech tylko wspomnę „Dziewczynę Płaszczkę i inne nienaturalne atrakcje” Roberta Rankina). Czy to źle? Skądże. Niemniej jestem ciekaw, jak autor sobie z tym poradzi, szczególnie w świetle klasyki konwencji. Już sama notka wydawnicza budzi skojarzenia z twórczością np. Douglasa Adamsa; przecież taki „TAMMY, czyli popadający w depresję system operacyjny” to inspiracja (żeby nie powiedzieć: zrzynka) z Marvina. Zobaczymy, ile w tym będzie kalki, a ile wykorzystania motywu w celu stworzenia czegoś nowego. Przed lekturą ciężko obstawiać, ale mam nadzieję, iż więcej będzie tego drugiego.
Tradycyjnie sceptycznie podchodzę do fabuł, które opierają się na podróżach w czasie. Co prawda humorystyczna konwencja może nieco złagodzić ewentualne nielogiczności i absurdy, ale tu też jest pewna granica, która nie powinna zostać przekroczona. Wiele również zależy od tego jak bardzo w kierunku abstrakcji podąży Yu – w pewnym momencie być może logika nie będzie miała znaczenia. Na razie podchodzę do „Jak przeżyć w fantastycznonaukowym wszechświecie” z pewnymi obawami, ale być może zostaną one rozwiane podczas lektury.

Tymoteusz "Shadowmage" Wronka



Raymond E. Feist, „Lot Nocnych Jastrzębi"

Z twórczością Raymonda E. Feista spotkałem się po raz pierwszy za sprawą „Adepta magii”. Biorąc pod uwagę czytane w tamtym okresie przeze mnie pozycje, a było to ponad 10 lat temu, książka zrobiła na mnie spore wrażenie. Barwna kreacja świata, wartka fabuła, sympatyczni bohaterzy – czy można było chcieć więcej? W dodatku autor umiał sprawnie operować piórem i prawie pięćset stronnicowe tomisko czytało się w iście ekspresowym tempie.
Od tamtego czasu w miarę regularnie, czyli od wypożyczenia do wypożyczenia, sięgam po kolejne książki Feista. Ogólne odczucia pozostały bez zmian – jest to sprawnie napisana fantasy bez żadnych zbędnych udziwnień. Są elfy, krasnoludy, smoki; czarodzieje obrzucają się fireballami, a dzielni rycerze mają do wypełnienia quest. Wprawdzie wróg, z którym muszą się zmierzyć nasi bohaterzy, czasami przybiera mniej klasyczną postać jaszczurów czy demonów, ale specjalnie nie przeszkadza to w czytaniu. A że Feist od czasu do czasu lubi urozmaicenia – zdarza mu się też opisać i intrygi polityczne, i pracę skrytobójców.
Należy jednak pamiętać o jednym – Feist, już chyba dożywotnio, utknął w Midkemii i od lat faszeruje czytelników kolejnymi seriami, podcyklami oraz sequelami. O ile zatem o kwestie warsztatowe w przypadku mającego ukazać się w sierpniu „Lotu Nocnych Jastrzębi” jestem spokojny, to pewien niepokój budzi fabuła. Czy przeciętny miłośnik fantasy, nieznający pozostałych powieści Feista, będzie w stanie ogarnąć akcję? A jeśli liczba nawiązań do poprzednich tomów będzie wręcz przytłaczająca? Jak szybko będzie w stanie załapać „who is who” w Midkemii? Pytania o tyle istotne, że brak znajomości kluczowych wydarzeń potrafi zepsuć całą przyjemność płynącą z czytania. Znam to z autopsji – lektura „Królewskiego bukaniera” z pominięciem lektury „Mroku w Sethanon” była sporym wyzwaniem.

Adam "Tigana" Szymonowicz




Z jednej strony – wszystko już niby wiadomo. „Na nieznanych wodach” to przyprawiona fantastyką przygodowa powieść, rozgrywająca się w XVIII wieku w rejonie Wysp Karaibskich; książka, która porywa czytelnika w wir morskich potyczek, nieznanych lądów, tajemniczych artefaktów tudzież piratów oraz poszukiwaczy skarbów i przygód, którzy – oprócz standardowych w tego rodzaju literaturze przeciwności losu – czeka również spotkanie z magią i paroma stworzeniami wyjętymi z koszmaru. Mimo mnogości zapowiadanych atrakcji, schemat wydaje się więc dobrze znany. Jakby tego było mało, powieść Tima Powersa posłużyła za pożywkę dla wyobraźni scenarzystów czwartej odsłony „Piratów z Karaibów”, a więc jeśli ktoś widział już letni przebój, tym mniejsze ma szanse, że da się zaskoczyć.
Z drugiej jednak strony – ciągle pojawiają się pisarze, którzy sięgają po wyeksploatowane schematy i albo tworzą coś, co sprawia, że chcemy jednak je czytać ponownie, albo piszą coś, co te schematy przewraca na lewą stronę, wnosząc powiew świeżości i odsłaniając nowe pisarskie ścieżki. Nie spodziewam się rewolucji, ale sądzę, że Tim Powers – twórca, który zdobywał najważniejsze nominacje i nagrody światowej fantastyki – jest w stanie błysnąć i z garści dobrze znanych motywów sklecić emocjonującą powieść z rwącą akcją pełną niespodziewanych wolt, barwnymi postaciami i klimatem przygodowych powieści czytanych przed laty. Co więcej – liczę, że „Na nieznanych wodach” to jedna z tych książek, które można rzucić do walki o przyszłość czytelnictwa. Liczę, że Powers niezbicie dowiedzie tą powieścią wyższości skromnej ryzy papieru zadrukowanego czarnymi literkami nad całą efekciarską armadą Holywood, choćby i występowała pod wodzą niepokonanego kapitana Jacka Sparrowa.

Krzysztof Pochmara



James Dashner, „Więzień labiryntu"

Nota wydawnicza książki Dashnera koncentruje się na tajemnicy, tym co nieznane, groźne, jednocześnie ledwie zarysowując fabułę w sposób, który pozwala popuścić wodze wyobraźni i samemu dopowiedzieć sobie fantastyczny świat i przygodę, jakie z pewnością znajdziemy na kartach powieści. Mechanizm prosty, bo choć książka może okazać się wtórna i źle napisana, wyobraźnia potencjalnego czytelnika pracuje na pełnych obrotach, a pozostawione jej pole do popisu nie jest ani za duże, ani za małe. Jest w sam raz.
Mamy młodego bohatera, który stracił pamięć, grupkę równie zagubionych dzieciaków i niebezpieczną, zupełnie oderwaną od codzienności, niemalże abstrakcyjną rzeczywistość. Napisałem „niemalże”, ponieważ zamknięta kamiennymi murami przestrzeń zwana Strefą, na której uwięzieni zostają bohaterowie i z której każdego ranka mogą wyruszyć w głąb otwierającego się labiryntu, nie jest krainą wywodzącą się z baśni czy marzeń sennych. Młody protagonista nie trafia do niej przez króliczą norę ani szafę. Przyjeżdża windą, a gdy drzwi się rozsuwają dostrzega jedynie podobnych sobie chłopców, którzy znaleźli się w sytuacji bardziej przypominającej film „Cube” niż opowieści Carrolla czy Lewisa. Z okładkowego opisu dowiadujemy się, że za murami czyhają istoty, będące skrzyżowaniem maszyn i bestii, nazywane Strażnikami, zaś wyprawa w głąb Labiryntu może okazać się bardzo niebezpieczna.
Książka skierowana jest do młodszych czytelników, co wyraźnie widać po lekturze fragmentu. Jeśli można z tego trafnie sądzić o całości, język powieści dostosowany jest do wieku bohaterów i zarazem docelowych czytelników, bogato opisuje emocje i wrażenia, sprawnie łącząc akcję z przeżyciami wewnętrznymi. Tym samym starsi czytelnicy mogą nie być usatysfakcjonowani lekturą i raczej sami po książkę nie sięgną, ale czytając ją swoim pociechom lub rodzeństwu, powinni równie dobrze bawić się odkrywaniem tajemnicy.
Po książce spodziewam się interesującej, niepokojącej historii, będącej swego rodzaju współczesną bajką, której bohaterowie mówiący slangiem i starający się rozwikłać zagadkę sytuacji, w jakiej się znaleźli, przypadną do gustu młodym czytelnikom. Zwłaszcza, że według zapowiedzi powstaje już ekranizacja trylogii Dashnera, za którą odpowiedzialna będzie reżyserka cyklu „Zmierzch”. Interesująca jest także duża ilość recenzji i wysoka ocena książki na portalu Amazon.com, co mogłoby wskazywać na bardziej zróżnicowane wiekowo grono czytelników, niż mogłoby się wydawać. Książka zapowiadana jest jako dystopia, zatem prawdopodobnie będziemy mieć do czynienia z wizją przyszłych losów człowieka, przeważnie niezbyt szczęśliwych. Jeżeli okaże się tak w rzeczywistości – być może każdy, niezależnie od wieku znajdzie w niej coś dla siebie.

Krzysztof Kozłowski





„Wieki światła” Iana R. MacLeoda rozpoczęły serię Uczta Wyobraźni Wydawnictwa Mag; były też moim zdaniem jedną z najlepszych w niej pozycji. Później przyszedł czas na osadzony w tym samym świecie „Dom burz”. Chociaż moim zdaniem ta druga powieść była nieco słabsza, to cieszę się na myśl, że niedługo ukaże się kolejna książka MacLeoda... a w zasadzie dwie, bo zapowiadana na sierpień pozycja składa się z powieści „Pieśń wieków” oraz zbioru „Podróże”. Na potrzeby tej zgadywanki zakładam, że wybór tych dwóch pozycji nie był przypadkowy; że łączy je więcej niż dzieli. To robocze założenie można potraktować też jako pierwszą hipotezę, ale przede wszystkim pozwala mi snuć dalsze przypuszczenia łącznie dla obu książek.
Zacznę od kwestii najłatwiejszej, czyli stylu jakim napisane są utwory. W przeczytanych przeze mnie tekstach MacLeoda nie zdarzyło się bym miał pod tym kątem jakiekolwiek zastrzeżenia; mało tego, uważam je za jedne z piękniej napisanych. Jeśli więc tylko tłumacz nie sknoci roboty (do tej pory – szczególnie w wydaniach książkowych – nic takiego nie miało miejsca), po raz kolejny przyjdzie nam obcować z prawdziwym kunsztem pisarskim.
Trochę więcej niewiadomych budzi tematyka utworów i świat przedstawiony. Nie sądzę byśmy mieli do czynienia z tak daleko posuniętym przekształceniem naszej rzeczywistości, jak to miało miejsce w dwóch wcześniejszych wydanych w Polsce książkach MacLeoda. Obstawiam, że tym razem będą to zmiany subtelniejsze, bardziej kojarzące się np. z pisarstwem Johna Crowleya. Pewną wskazówką co do kierunku, w którym podąża brytyjski pisarz, może być opowiadanie „Druga podróż maga” (Nowa Fantastyka 07/2011) zamieszczone również w „Podróżach”.
Zakładam również, że fabuły będą bardziej kameralne, niezorientowane na pokazanie prawideł rządzących światem, bardziej koncentrujące się na bohaterze, jego odczuciach i emocjach. Jeśli moje przypuszczenia podążają dobrym torem, elementy fantastyczne (i fabularne) będą stanowiły jedynie bodźce, a prawdziwa opowieść będzie się toczyła wewnątrz duszy (umysłu?) postaci. Narracja będzie stonowana, a żywiołowej akcji nie należy się spodziewać.
Czy tak rzeczywiście będzie? Okaże się już niedługo.

Tymoteusz "Shadowmage" Wronka





„Łotr”, drugi tom Trylogii zdrajcy, wbrew zasadzie o niższych lotach drugich tomów w ogóle, nie tylko nie jest gorszy od pierwszego, ale go przewyższa. I tu pokajać mi się przychodzi, bo zgadywałam całkiem źle, a chwaląc autorkę za umiejętność uśpienia czujności czytelnika, sama najwyraźniej przysnęłam. Po pierwsze, autorka zmieniła sposób narracji i dzięki temu akcja powieści wydaje się żywsza, po drugie – wbrew moim najgorszym przeczuciom – „Łotr” nie jest jedynie książką obyczajową z elementami fantasy, po trzecie: wątek poświęcony zupełnie nowym bohaterkom ma bezpośredni wpływ na fabułę i zawiera nowe informacje na temat natury magii. Zainteresowanych szczegółami zapraszam do lektury recenzji.

Beata Kajtanowska





„Czarna Bezgwiezdna Noc” Stephena Kinga udowadnia, że „stary król” ma się dobrze i nie musi jeszcze myśleć o abdykacji. W zestawie dostajemy cztery historie – trzy dłuższe i jedną krótszą – wszystkie o zwykłych ludziach, którzy na skutek splotu wydarzeń okazują się być... niezwykli. Stare powiedzenie mówi, iż tyle jesteśmy warci, na ile nas sprawdzono, a bohaterzy Kinga udowadniają tę tezę. Postawieni w obliczu nieznanego zaczynają działać – niekiedy irracjonalnie, impulsywnie; dużo częściej, i to jest najbardziej przerażające, kalkulują wszystko na zimno.
Pisząc majową zgadywankę duży nacisk postawiłem na pojęcie „obcy”. Teraz, już po lekturze, wiem, że dotyczy ono tego, co tkwi uśpione w nas samych, naszej mrocznej połowy. Tego co powoduje, że pewien spokojny farmer morduje żonę, a przeciętny biznesmen uczyni piekło z życia najlepszego przyjaciela. Ma to coś pragnąca zemsty zgwałcona kobieta oraz ustatkowana żona, kiedy odkrywa tajemnice męża. Wystarczy impuls, bodziec i stają się kimś innym, obcym.
Opowiadania Kinga to też opowieść o Ameryce. Pięknej i spokojnej, gdzie na pierwszy rzut oka nie ma miejsca na zło. Czy jest bowiem coś bardziej sielskiego od farmy pośród pól albo spotkania z kołem gospodyń wiejskich? A jednak zło istnieje i potrafi z najpiękniejszej chwili naszego życia zrobić piekło na ziemi.
Nie jest natomiast „Czarna Bezgwiezdna Noc” na pewno drugimi „Czterema porami roku”. Tamten zbiór wciąż, przynajmniej dla mnie, pozostaje niedoścignionym wzorcem. Nowego Kinga czyta się bardzo dobrze, wciąga bez reszty, ale jednocześnie nie niesie ze sobą takiego ładunku emocjonalnego. Nie przeczę – kreację bohaterów są świetne, ale nie potrafiłem wczuć się w ich położenie, nawiązać więzi.
Zabrakło też czynnika nieprzewidywalności – zbyt szybko w trakcie lektury domyślamy się, gdzie zmierza pisarz i co nas czeka w finale. Może trzeba było pozostawić trochę miejsca na niepewność, umożliwić czytelnikowi własną interpretację, dopowiedzenie, jak to się mogło skończyć?
A tak dostajemy książkę bardzo dobrą, może nawet jedną z najlepszych w dorobku Stephena Kinga, ale uczucie niedosytu pozostaje.

Adam "Tigana" Szymonowicz





Pisząc w zeszłym miesiącu zgadywankę dotyczącą „Lodowego smoka” George’a R.R. Martina, udało mi się wykazać daleko posuniętą sklerozą, a jednocześnie złamać dwie zasady dotyczące literackich zgadywanek. Po pierwsze nie należy pisać tekstów o utworach, które już się zna. Po drugie nie należy pisać o utworach, które już się u nas ukazały. Tymczasem właśnie coś takiego się stało – kompletnie zapomniałem, że czytałem już „Lodowego smoka” zamieszczonego w pierwszym tomie „Retrospektyw”. Dopiero ponowna lektura – i to też nie od razu – przypomniała mi, że już ten tekst znam. Cóż, zdarza się – teraz pewnie już o przeczytaniu tej książki nie zapomnę.
Na szczęście pisałem zgadywankę w nieświadomości (na ile zadziałała tu podświadomość, stwierdzić nie jestem w stanie), więc mogę z czystym sumieniem ustosunkować się do przypuszczeń: chociaż i w te wkradł mi się błąd (zdecydowanie ta zgadywanka okazała się pechowa), gdyż sugerując się notą wydawcy i niektórymi tekstami w anglojęzycznej sieci napisałem, iż „Lodowy smok” ma elementy wspólne z „Pieśnią Lodu i Ognia”. Okazuje się, że poza bardzo luźnymi inspiracjami, możliwymi do odnalezienia również w innych tekstach Martina – te utwory nie mają ze sobą nic wspólnego. Udało mi się jednak przewidzieć, że autor tak świetnie żonglujący konwencjami, również sprawdzi się w prozie dla najmłodszych – nawet jeśli również w tym przypadku nie stroni od pewnej dawki przemocy. Jednakże, w porównaniu z na przykład baśniami braci Grimm, „Lodowy smok” wcale taki straszny nie jest.
Bardziej szczegółowe omówienie książki można znaleźć tutaj.

Tymoteusz "Shadowmage" Wronka



Redaktor prowadzący: Krzysztof Kozłowski


Autor:
Katedra


Dodano: 2011-08-04 00:22:53
Komentarze

Sortuj: od najstarszego | od najnowszego

Lord Turkey - 07:16 05-08-2011
Zapraszamy również do lektury zgadywanki z MacLeoda.

Komentuj


Konkurs

Wygraj "Grobowiec chana"


Artykuły

Gra o tron subiektywnym okiem (s07e01)


 Fantastyka 2016 - plebiscyt

 Nagrodzić grozę - rozmowa z Krzysztofem „Korsarzem” Bilińskim

 Co nas czeka w 2017 roku?

 Kreator światów w spódnicy – krótka opowieść o Ursuli K. Le Guin

Recenzje

Pratchett, Terry; Baxter, Stephen - "Długi kosmos"


 Mortka, Marcin - "Królewska Talia"

 Headley, Maria Dahvana - "Gniazdo"

 Johansen, Erika - "Losy Tearlingu"

 Guzek, Marcin A. - "Szare Płaszcze: Komandoria 54"

 Todd, G.X. - "Obrońca"

 Shannon, Samantha - "Pieśń jutra"

 Hearn, Lian - "Pan Ciemnego Lasu"

Fragmenty

 Hand, Cynthia; Ashton, Brodi & Meadows, Jodi - "Moja Lady Jane"

 Ryan, Anthony - "Ogień przebudzenia"

 Wilderäng, Lars - "Rozgwieżdżone niebo"

 Ketchum, Jack - "Zabawa w chowanego"

 Tapinas, Andrius - "Wilcza godzina"

 Fletcher, Michael R. - "Bez odkupienia"

 Bourne, J.L. - "Armageddon dzień po dniu"

 Dębski, Rafał - "Ramię Perseusza. Z głębokości"

Projekt i realizacja:sismedia.eu       Reklama     © 2004-2017 nast.pl     RSS      RSS