NAST.pl
 
Komiks
  Facebook
Facebook
 
Forum

  RSS RSS

 Strona główna     Zapowiedzi     Recenzje     Imprezy     Konkursy     Wywiady     Patronaty     Archiwum newsów     Artykuły i relacje     Biblioteka     Fragmenty     Galerie     Opowiadania     Redakcja     Zaprzyjaźnione strony   

Zaloguj się tutaj! | Rejestruj

Patronat

Naam, Ramez - "Apex"

Tevis, Walter - "Człowiek, który spadł na ziemię"

Ukazały się

Larson, B.V. - "Rój"


 Maszczyszyn, Jan - "Hrabianka Asperia"

 Rochala, Paweł - "Ballada o czarownicy"

 Staveley, Brian - "Ostatnia więź"

 Komuda, Jacek - "Czarna szabla" (wyd. 3)

 Majka, Paweł - "Wojny Przestrzeni"

 Sanderson, Brandon - "Biały piasek"

 Sanderson, Brandon - "Legion"

Linki


Literackie zgadywanki 10/2010

Poniżej znajdziecie subiektywne oczekiwania redaktorów Katedry wobec wybranych zapowiedzi wydawniczych na ten miesiąc. Nazwa dość dobrze oddaje charakter prezentowanych krótkich opinii, będących swego rodzaju przewidywaniami, zabawą w typowanie czy zaklinaniem rzeczywistości. Należy podkreślić, że prezentowane tytuły nie pretendują do rangi jakiegokolwiek zestawienia, w szczególności nie są to „jedyne warte uwagi” pozycje, mające ukazać się na rynku.

Polecamy Wam również lekturę weryfikacji naszych zgadywanek. Warto się przekonać jak prawdziwe były szumne zapowiedzi wydawców i jak wiele udało się uchwycić w przewidywaniach naszych redaktorów.



Jakub Żulczyk, „Instytut”

Jakub Żulczyk, napisał do tej pory dwie powieści, „Radio Armageddon” i „Zrób mi jakąś krzywdę”. „Radio” urzekło mnie niebanalną historią i językiem, więc kiedy dowiedziałem się o tym, że Żulczyk sięgnął po horror – nie mogłem się tą powieścią nie zainteresować. Fabuła wygląda jak wzięta z filmu „Cube”: młoda kobieta, Agnieszka, odkrywa, że została wraz z grupą sześciu innych osób zamknięta w krakowskiej kamienicy i nie może z niej wyjść, nikt też nie może wejść. Ludzie wkrótce odkrywają napis: „To nasze mieszkanie”...
Bardzo jestem ciekaw jak Żulczyk – autor do tej pory raczej nie kojarzony z konwencją – rozumie fantastykę. Skojarzenia z „Cube” nasuwają się same, zwiastując historię ludzi walczących o przetrwanie w sytuacji, której logicznie nie da się wyjaśnić. W tym właśnie tkwi siła horrorów: lęk, jaki nas dopada, to jedyna rzecz, którą rozumiemy. Jeśli Żulczykowi udałoby się stworzyć opowieść, w której zaczynamy wraz z bohaterami być tak skołowani, że nie pojmujemy już reguł rządzących światem, może wyjść naprawdę coś ciekawego. Jako pisarz Żulczyk udowodnił już, że ma wielki słuch literacki – jego powieści są żywe, czuć niesamowity flow: słowa lecą jak kule wystrzelone z karabinu maszynowego. Pozostaje kwestia doboru pozostałych środków. Jeśli Żulczyk poszedł na całość i nie wyjaśniał fabuły, tylko przedstawił reakcje ludzi, postawił na emocje, relacje interpersonalne w sytuacji krytycznej – możemy oczekiwać niezłej literatury. Istota problemu sprowadza się do pytania: w jaki sposób skonstruować zagadkę świata przedstawionego, by bawili (poprzez strach) się czytelnicy. „Cube” Natali wydaje się być tutaj dobrą inspiracją, ponieważ do samego końca bohaterowie – a wraz z nimi widzowie – nie wiedzieli, z czym mają do czynienia.
I o to chodzi w grozie. Człowiek najbardziej boi się tego, czego nie rozumie. Tym bardziej, że być może zobaczymy także postmodernistyczne gry fabularne: tu mrugnięcie okiem w stronę fanów horrorów filmowych, tu z kolei – do klasyki gatunku. Jestem pewien, że Żulczyk ją przeczytał. Bardzo interesujący wydaje się również zabieg opowiedzenia całej historii z punktu widzenia kobiety. Osobiście nie przepadam za narracją prowadzoną w czasie przeszłym, w pierwszej osobie liczby pojedynczej, ale ciekawi mnie, jak facet pokaże grozę oczyma kobiety. „Instytut” to jedna wielka, acz intrygująca, niewiadoma. Poprzednie książki autora zostawiły po sobie pozytywne wrażenie, więc jestem dobrej myśli, acz niepokoję się, czy Żulczyk poradzi sobie z powieścią osadzoną mocno w danej konwencji. A może ją złamie? Premiera już w październiku.

Jan "Żerań" Żerański




Dobre kryminały mają to do siebie, że stawiają bohaterów w sytuacji zagrożenia, które nieuchronnie nadejdzie, lecz nie wiadomo ani kiedy, ani skąd. Jeszcze lepsze stawiają nie postaci, a czytelników wobec powieściowej historii tak zwyczajnej i pozornie bezpiecznej, że gdy zmienia się w koszmar, nie mają pojęcia, jak się z niego otrząsnąć. Wiedząc, że sami nie daliby sobie rady, z uwagą pochłaniają kolejne stronice, by w umysłach i działaniach bohaterów poczuć swój niepokój, w ich oczach zobaczyć swój strach i bezradność, a w końcu – oczekując tego z nadzieją – ratunek, receptę na ocalenie.
Takie właśnie są dobre kryminały. Zaś dobre kryminały ostatnimi czasy budzą skojarzenia z krajami nordyckimi, gdzie pisali Stieg Larsson czy Jo Nesbø.
Do grona poczytnych twórców z północy pretenduje Stefán Máni ze swoim "Statkiem", za który otrzymał nominację do Szklanego Klucza w 2007 r. oraz nagrodę za najlepszą islandzką powieść kryminalną.
„Statek” opowiada historię dziewięciu mężczyzn wyruszających w prozaiczną podróż statkiem. Obierają kurs z Islandii do Surinamu, by załadować boksyty potrzebne do produkcji aluminium i wrócić do domu, żon i prostych rozrywek dnia codziennego. Czy jednak na pewno? Rejs przerywa awaria statku, będąca następstwem sabotażu. Załogę charakteryzują dziwne powiązania, wielostopniowe relacje i swoista gra, jaką między sobą prowadzą. Wśród nich jest ktoś, kto ma własne plany dotyczące nie tylko rejsu, ale też będących na pokładzie marynarzy. Są oni obcy wobec siebie, lecz najbardziej wobec czytelnika. Każdy z mężczyzn na okręcie „Per Se” skrywa swoją wiedzę na temat pozostałych, zaś czytelnik, nie dysponując niczym, musi śledzić zachowania i sekrety bohaterów, by odpowiedzieć na pytanie „kto za tym stoi”, zanim zabawa się skończy...
Prawdopodobnie symboliczna nazwa statku („per se” po łacinie oznacza „samo przez się”), tajemnica otaczająca motywy sabotażysty, jak i pozostałych mężczyzn oraz walka z żywiołem, jaką musi podjąć dryfujący statek stanowią o sile książki. Krytycy wspominają sugestywne opisy, czarno-białą tonację i kontrasty, jakie autor mógł zaczerpnąć z klimatu rodzinnej Islandii. Niepokój, a momentami wręcz groza wzbogacone o elementy fantastyki dopełniają całości.
Tym samym, jeżeli ktoś szuka wciągającej lektury z tajemnicą, jako pierwszoplanowym bohaterem i lubi poczuć strach przed tym, co najbardziej przerażające, bo atakujące z zaskoczenia, ingerujące nieoczekiwanie w prozaiczne z pozoru wydarzenia – ten powinien zapoznać się z powieścią Máni. Zwłaszcza, jeżeli dotąd nie znalazł okazji, by poznać „kryminalny talent” autorów z północy.

Krzysztof Kozłowski



Katarzyna Berenika Miszczuk, „Ja, diablica”

Polska dwudziestolatka, która po śmierci trafia do meksykańskiego piekła i zostaje diablicą biorącą udział w odwiecznej walce o ludzkie dusze? Czemu nie? Kiedy przeczytałam blurba powieści Miszczuk „Ja, diablica”, moją pierwszą myślą było: „To może być odświeżające po komediach o wampirach”. I mam nadzieję, że wypadnie o wiele lepiej niż powieści Charlaine Harris. Czemu porównuję polską autorkę do Amerykanki? Po pierwsze, obecnie cykl „Sookie Stackhouse” Harris jest jednym z najpoczytniejszych w Polsce. Po drugie, „Ja, diablica” to książka z gatunku paranormal romance – diablica nadal kocha żywego Piotra, w dodatku kusi ją przystojny diabeł Beleth. Po trzecie, głównym motywem powieści według wydawcy jest zabawa z konwencją i humorystyczne podejście. Kto choćby przeczytał jedną książkę z wampirzej serii Harris, dostrzeże analogie. Ciekawa jestem, jakie popkulturowe wątki wykorzystała Miszczuk i czy wśród nawiązań pojawią się słowiańskie, bo kto jak kto, ale Polska ma bogatą historię diabłów. Moją uwagę zwróciła też w zapowiedzi postać Śmierci – jak dotąd najbardziej wyrazistym przedstawicielem tego zawodu (i jedną z moich ulubionych postaci literackich) jest ten z serii „Świat Dysku” Terry’ego Pratchetta i zastanawiam się, czy polska autorka będzie się do niego odwoływać, czy jej Śmierć będzie równie barwna. O wszystkim przekonam się po 6 października, kiedy „Ja, diablica” trafi do księgarń.

Anna "Eruana" Zasadzka



Eugeniusz Dębski, „Moherfucker”

Najnowsza powieść Eugeniusza Dębskiego, zapowiadana podczas zeszłorocznej Avangardy, jako coś zupełnie nowego, różnego od dotychczasowej twórczości autora przykuwa uwagę już samym tytułem, który choć nie każdemu przypadnie do gustu, to jednak doskonale spełnia swoją marketingową rolę.
Książka opowiada o tajemniczych morderstwach popełnianych w Petersburgu, a wcześniej również w Polsce. Połączone siły dwóch bratnich narodów ucieleśnione w osobach Kamila Stocharda z ABW oraz atrakcyjnej agentki Zemfiry mają rozwikłać zagadkę zbrodni, o których sprawstwo podejrzewani są petersburscy emeryci. Ofiarami padają przede wszystkim młodzi gniewni przedstawiciele subkultur osiedlowych, naprzykrzający się staruszkom. Absurdalny, by nie rzec głupawy motyw przewodni umieszczony w czasach praktykowanego socjalizmu może zasłużyć na miano frapującego, o ile autor zdoła uwieść czytelnika nie tylko stylem, ale też treścią.
Stosunki polsko-rosyjskie z opisywanego w powieści okresu to klasyczne już, lecz wciąż żyzne poletko do żartów, nawiązań i niezliczonych mrugnięć okiem w stronę czytelnika. Zaserwowane pozornie poważnie wydarzenia i opisy sprawiają, że książka przypomina kryminał, osadzony w określonych realiach historycznych. Tyle że pomysł, wokół którego kręci się oś fabuły, wyklucza możliwość obcowania z „klasycznym kryminałem”.
Po „Moherfuckerze” spodziewam się nieco sparodiowanego obrazu z lat PRL-u, ukazanych pociesznie, barwnie ze swoją zaściankowością i przede wszystkim niegroźnie, czyli tak, jak postrzega je współczesny czytelnik. Spodziewam się, że babcie z powieści Dębskiego pozostaną niegroźnymi emerytkami, a sprawę morderstw da się wyjaśnić ciekawiej, mądrzej i mniej przewidywalnie niż obdarowując starsze pokolenie kłami i pazurami gotowymi rozszarpać każdego, kto się nawinie. Oczekuję świetnie opowiedzianej historii, barwnego opisu ówczesnej rzeczywistości i zakończenia, które harmonijnie wkomponuje się w konwencję parodii kryminału.
Mam nadzieję, że najnowsza powieść Dębskiego zasłuży na bycie określaną jako „frapująca i gawędziarska”. Nie zaś „głupawa i niepoważna”, do czego nieubłaganie prowadziłoby potraktowanie wyjściowego pomysłu zbyt dosłownie. Na zachętę polecam lekturę fragmentu – niech zainteresowani ocenią, do której ze wspomnianych recenzji książce jest bliżej. Jak jest naprawdę przekonamy się po premierze.

Krzysztof Kozłowski



Jarosław Błotny, „Wergeld królów”

Historie alternatywne od zawsze pociągały ludzi, szybko zdobywając stałe miejsce na gruncie każdej niemal dziedziny, w której twórcy mogli realizować się, zaspokajając sprzeczne pragnienia odbiorców – potrzebę inności obleczoną w szaty tego, co znajome i klarowne. Wybierając powszechnie znane okresy w dziejach świata, którym nieobce były dramatyczne wydarzenia i wciąż czekające na wyjaśnienie tajemnice, pisarze mogą popuścić wodze fantazji i operując na bezpiecznym, gotowym już gruncie snuć swoje opowieści.
Jarosław Błotny pisząc dylogię „Oium ludu rzymskiego” zdecydował się osadzić historię w wielokrotnie powoływanym na kartach książek Imperium Romanum. Nie ograniczył się jednak do prostego uśmiercenia ówczesnych decydentów, kształtujących losy Europy i przyległości, ani do modelowania przebiegu kluczowych zdarzeń. By książkę uczynić atrakcyjniejszą i bardziej zaznaczyć wkład własny, zreorganizował rzymskie społeczeństwo, obdarzając ludzkość wynalazkami i myślą polityczną, jakich prawdziwym Rzymianom nie było dane poznać. Kapitalistyczne imperium, w którym religia odgrywa niewielką rolę, silniki parowe i samopały wyznaczają drogę postępu, a złota wolność ścieżkę światłości – zdają się wystarczającą zachętą, by po książkę sięgnęli czytelnicy, poszukujący akcji i sprawnie prowadzonej fabuły. Dla pozostałych autor przewidział smaczek, obok którego trudno przejść obojętnie, choćby po to, by w polskie serce wlać nieco pokrzepienia i dumy. Sięgnął bowiem do mitu Sarmacji i dał nam oręż, by zwyciężyć „odwiecznego wroga” – choćby nie do końca polską szablą.
Sukcesy Sienkiewicza, Komudy czy Macieja Guzka wzięły się stąd, że pisali o Polsce i Polakach tak, jak chcemy się postrzegać. Jarosław Błotny poruszył temat Sarmatów, wokół których od czasów Wincentego Kadłubka koncentrowały się mity naszej wielkości, męstwa, gościnności i umiłowanej ponad wszystko wolności. Autor „Wergeldu królów” powołał w książce Sarmatów do roli pogromców Germanów. Mają dysponować szeregiem technologii znanych z późniejszych wieków, by przeciwstawić się czemuś na kształt magii, powiązanemu z germańskim mistycyzmem. Podobnie jak wielu innych – Żamboch w „Sierżancie” czy ostatnio Tchaikovsky w cyklu „Cienie pojętnych” – autor przeciwstawia magię technice i stara się zauroczyć czytelników własną interpretacją spowszedniałego już nieco konfliktu.
Podsumowując, po książce Błotnego spodziewam się wciągającej lektury, obfitującej w akcję i silnych, nieco sarkastycznych bohaterów. Zmienione tło historyczne, z jego rewolucją przemysłową i polityczną, magią oraz wątkiem para narodowym mogą przyciągnąć do opisywanego tytułu wielu czytelników łaknących niczym nieskrępowanej rozrywki, jaką książki wydawane nakładem Fabryki Słów z pewnością potrafią zapewnić.
Osobiście chętnie sięgnę po „Oium ludu rzymskiego”, mając nawet nieśmiałą nadzieję, iż opowieść rozbudowana do rozmiarów dylogii dostarczy czegoś więcej niż paru miłych chwil. Aczkolwiek i te wystarczą, by z przyjemnością wspominać kilka jesiennych wieczorów spędzonych wśród dzielnych i niebezpiecznych Sarmatów. Naszych przyszywanych przodków, ostoi Imperium Romanum Błotnego.

Krzysztof Kozłowski



Andrzej Ziemiański, „Żołnierze grzechu”

Książka jest ciekawie zapowiadającą się pozycją. Głównym jej motywem jest prywatne śledztwo, które zlecił policji ksiądz Weber w sprawie Bestii, która po latach wychodzi z ukrycia. Skoro, według zapowiedzi, nie chodzi o szatana czy jakieś demony, zgaduję, że będziemy mieli do czynienia z jakimś procesem, być może dotyczącym walki w łonie Kościoła, nieczystych praktyk a może jakiejś zbrodni, której echa co jakiś czas powracają. Inna sprawa, że interesuje mnie, czy ktokolwiek może zlecić prywatne śledztwo policji. Trochę mi to zgrzyta, ale zobaczymy.
W opisie stoi również, że nadrzędnym motywem jest postrzeganie zmian w Polsce przez człowieka, który przez dwadzieścia lat był chyba w izolacji, skoro jest nieświadomy zmian, które zaszły w Polsce. Ten motyw uważam za bardzo interesujący. Zwłaszcza, że ów bohater jest dawnym milicjantem i musi podjąć współpracę ze współczesną, wolną od politycznych naleciałości policją. Podejrzewam, że pomiędzy starym stróżem prawa a współczesnymi nam – będą zachodzić różne, niekoniecznie poprawne relacje. Aż dziwne byłoby gdyby ktoś nie wytknął mu pracy dla zbrodniczego, komunistycznego systemu, a on, być może, zarzuci nowym kolegom np. pogoń za kasą albo brak poczucia misji. Może się okazać, że dawny milicjant będzie człowiekiem o większym profesjonalizmie niż jego koledzy, wcale nie będącym wiernym sługą swoich prl-owskich podwładnych. Możliwości jest, oczywiście, wiele.
Ciekaw jestem, w jaki sposób Ziemiański wykorzysta wyżej wymienione motywy fabularne oraz zderzenie dwóch rzeczywistości reprezentowanych przez milicjanta i policjantów. Obawiam się, czy będzie to udane, ale chętnie osobiście zweryfikuję.

Mariusz "Galvar" Miros



Viviane Moore, „Dzicy wojownicy”

Nie mogę się doczekać tej książki! Pierwszą część cyklu Viviane Moore, „Ludzi wiatru”, czytałam z prawdziwą przyjemnością i czułam niedosyt, gdyż pisarka okrutnie zostawiła mnie z dużą ilością pytań, nie dając na nie odpowiedzi. Nie łudzę się jednak, że z „Dzikich wojowników” dowiem się wszystkiego albo choćby połowy o Tankredzie i Hugonie, ale liczę na uchylenie kolejnego rąbka ich tajemnicy. Spodziewam się ponownie wartkiej akcji, barwnych postaci, ciekawych wątków, niejednoznacznych rozwiązań fabuły na dobrze odmalowanym historycznym tle. Tym razem bohaterowie trafiają do miasta Balfleur, gdzie ktoś morduje dzieci, zostawiając na ich ciałach tajemniczy znak. Po przygodzie z pierwszym tomem wiem już, że nie będzie żadnego wątku fantastycznego, ale tak jak wtedy, tak i teraz świadomość nie zniechęca mnie do lektury. Mam tylko nadzieję, że odkrycie tożsamości zabójcy bądź zabójców (nie wiem dlaczego, ale mam wrażenie, że w te zbrodnie wmieszanych będzie więcej osób), przyjdzie mi o wiele trudniej niż w trakcie czytania „Ludzi wiatru”.

Anna "Eruana" Zasadzka





„Krew modliszki”, będąca trzecią częścią cyklu „Cienie pojętnych” Tchaikovskiego, rozczarowała mnie. Spodziewałem się po niej utrzymania poziomu poprzednich tomów, przede wszystkim zaś kolejnego rozdziału fascynującej opowieści o losach Nizin. Przewidywałem rozwinięcie wątków poszczególnych bohaterów na tle nabierających tempa działań wojennych. Które spośród powyższych oczekiwań udało się autorowi spełnić?
Powieść rzeczywiście ukazuje nowych bohaterów i nowe miasta, tak różne od poznanych poprzednio, lecz spójne z koncepcją kreowanego świata zamieszkałego przez owadopodobnych ludzi. Poznajemy także dalsze losy niektórych bohaterów i ich zmagania z własnymi, głęboko skrywanymi problemami. Na Nizinach panuje jednak późna jesień, zbliża się zima i strony konfliktu przerywają walkę w polu na rzecz budowania sieci zaopatrzenia, produkcji broni, poszukiwania sojuszników i knucia intryg, mających na celu sabotować wysiłki drugiej strony. Nie byłoby w tym nic złego, wszak są to tematy, które dobrze poprowadzone przez autora mogłyby zainteresować czytelnika i ukazać te aspekty świata i cechy bohaterów, których nie było widać wcześniej – w ogniu walki.
Niestety, Tchaikovsky napisał powieść będącą bezpośrednią kontynuacją poprzednich części, bez wyraźnej osi fabularnej, która nadawałaby książce wartość samą w sobie. Mówi się, że dobra książka składa się z wielu opowiadań. W „Krwi modliszki” zbyt mało jest samodzielnych opowieści. Fabuła nabiera rumieńców dopiero pod koniec. Wtedy mamy do czynienia z inną powieścią, podobną do bardzo dobrych poprzednich tomów.
Zawodzą również kreacje bohaterów. Autor powołuje do życia coraz liczniejsze postaci epizodyczne, nie poświęcając im należytej uwagi i równocześnie odbierając jej część pierwszoplanowym bohaterom. Natłok mini wątków, miejsc i ludzi sprawia, że trudno poczuć klimat rozgrywających się zdarzeń, nastrój nowych miast (które dotąd były atutem powieści) czy zebrać w wyobraźni sedno książki.
Podsumowując, „Krew modliszki” polecam tylko zagorzałym fanom serii. Jako uzupełnienie historii znanej z „Imperium czerni i złota” oraz „Klęski ważki” książka warta jest uwagi i w dość interesujący sposób kontynuuje niektóre wątki. Jednakże to za mało, by z czystym sumieniem polecić ją innym. Mam nadzieję, że zbliżająca się w tym miesiącu premiera czwartej odsłony cyklu – „Pozdrówcie ciemność”, okaże się taka, jak pierwsze dwie części i rozwieje obawy o przyszłość rozpoczętej wspaniale historii. Szczerze na to liczę, bo autor pokazał, że potrafi pisać i ma wyobraźnię. Nie wiadomo tylko, na ile mu jej starczy.

Krzysztof Kozłowski




Zgadując treść „Rafy Armagedonu” i przeglądając zapiski na jej temat na stronie domowej autora nie doceniłam roli, jaką w książce David Weber przeznaczył Kościołowi Boga Oczekującego. A nie powinnam, bo nie pierwszy już raz autorowi zdarza się wykorzystywać religię i kościół jako siłę społeczną (np. „Honor królowej”, drugi tom cyklu o Honor Harrington). Kościół i religia na Schronieniu zostały stworzone ad hoc przez szefów misji kolonizacyjnej bynajmniej nie w trosce o samopoczucie psychiczne kolonistów, ale jako element sprawowania kontroli nad społeczeństwem, samoregulujący się mechanizm powstrzymujący postęp techniczny. Podobnie jak elementy science fiction, pełni funkcję konstrukcyjną, określa ramy zewnętrzne opowieści. Sercem historii jest nowa wersja mitu o Merlinie, który w zupełnie nowej, kosmicznej scenerii opiekuje się królestwem zdradzającym największy potencjał rozwojowy. W efekcie otrzymujemy przygodowo-szpiegowską, quasi historyczną powieść, o charakterze marynistycznym, osadzoną w późnośredniowiecznych realiach. Zapraszam do lektury recenzji.

Beata Kajtanowska




Wbrew obawom – a może po prostu przewidywaniom – „Wyprawa łowcy” nie wygląda na powieść napisaną przez trójkę pisarzy; chociaż, jak wyjaśniają zamieszczone na końcu książki wywiady z autorami, tak naprawdę w finalnej wersji Dozois i Martin byli odpowiedzialni za stronę koncepcyjną (a i to, jak mam wrażenie, nie do końca), a większość czysto pisarskiej roboty odwalił Abraham. Nie dziwi więc, że podczas lektury nie widać szwów i niepasujących do siebie części składowych. Przywoływane w zgadywance „Czarne Trilium” na pewno to nie jest.
Fabularne przypuszczenia sprawdziły mi się przynajmniej częściowo. Fabuła do zawrotnych nie należy, choć miejscami dzieje się naprawdę sporo. Z drugiej strony nie ma tak silnie zarysowanych relacji między postaciami, czy też skupienia się na przeżyciach i uczuciach głównego bohatera. „Wyprawa łowcy” jest hybrydą tych dwóch podejść, próbą połączenia klasycznego science fiction z lat siedemdziesiątych z bardziej współczesnym (chociaż niekoniecznie, tak jak chcą autorzy, postmodernistycznym) podejściem. Efekt jest całkiem przyjemny.

Tymoteusz "Shadowmage" Wronka




Gdyby oceniać najnowszą powieść Marcina Wolskiego tylko i wyłącznie pod względem trafności mojego zgadu, w szkolnej skali należałaby się jej „piątka z plusem”. Zgodnie z przewidywaniami mamy ciekawą wizję świata, mnóstwo historycznych smaczków, zabawę z czytelnikiem polegającą na odgadywaniu jak potoczyły się losy poszczególnych postaci z kart podręcznika do historii. Zgodnie z moimi przypuszczeniami nie obyło się również bez mocnego wątku, nazwijmy go, religijnego, ale było to ryzyko wpisane w lekturę książki. Szwankuje za to tempo opowiadanej historii – akcja rozwija się bardzo powoli i nie trzyma czytelnika w napięciu.
I jeszcze jedno – „Jedna przegrana bitwa” to z najnowszych dokonań czwarta albo piąta książka Wolskiego w formie pamiętnika przetykanego wydarzeniami w „realnym” czasie – w trakcie czytania odniosłem wrażenie, że ta formuła nieco się już zużyła.

Adam "Tigana" Szymonowicz




O „Chochołach” wypowiadałem się już znacznie szerzej w recenzji, więc tutaj odniosę się wyłącznie do zagadnień poruszanych w zgadywance. Co prawda, wraz z upływem czasu, w efekcie rozmów czy przemyśleń, ciągle łapię się na tym, że znajduję nowe interpretacje, a opisywane w powieści zdarzenia widzę w innym świetle. Odnosząc się więc do ostatniego akapitu zgadywanki: tak, „Chochoły” były warte każdej poświęconej im chwili, a książka „żyje” jeszcze długo po odłożeniu jej na półkę.
Nie pomyliłem się, jeśli chodzi o fantastykę; ta, chociaż jest integralnym elementem świata przedstawionego, a wręcz leży u jego podwalin, nie jest widoczna od początku powieści; pojawia się gdzieś w tle, stanowiąc odbicie nastrojów panujących wśród postaci.
Powieść posiada rytm i własną dynamikę, sposób narracji dopasowany jest do treści, stanowią jedność. Robi to wrażenie, pozwala świetnie wczuć się w narrację, niemalże wpaść w swego rodzaju trans; trochę jak narrator słuchający oberków w pustym mieszkaniu. Muzyka jest więc nadal obecna w twórczości Szostaka, chociaż ujęta w nieco inne ramy niż w przypadku wcześniejszych powieści; i bardzo dobrze, bo świadczy to o ewolucji, a nie stagnacji. „Chochoły” zdają się być z jednej strony kontynuacją wcześniejszych fascynacji autora, a z drugiej – są dużym krokiem naprzód... a także nieco w bok.

Tymoteusz "Shadowmage" Wronka


Redaktor prowadzący: Krzysztof Kozłowski


Autor: Katedra


Dodano: 2010-10-04 19:50:11
Komentarze
-Jeszcze nie ma komentarzy-
Komentuj


Artykuły

Co nas czeka w 2017 roku?


 Kreator światów w spódnicy – krótka opowieść o Ursuli K. Le Guin

 Wywiad z Marcinem Podlewskim

 Senność

 Arkhamer 2016 - relacja

Recenzje

Delaney, Joseph - "Rytuał"


 Golden, Christie - "Assassin's Creed"

 Atwood, Margaret - "Rok Potopu"

 Gaiman, Neil - "Mitologia nordycka"

 Brennan, Marie - "Historia naturalna smoków"

 Aczel, Amir D. - "W poszukiwaniu zera"

 Łukawski, Jacek - "Grom i szkwał"

 Tregillis, Ian - "Mechaniczny"

Fragmenty

 Miller, Karen - "Skażona magia"

 Mitchell, David - "Slade House"

 Sanderson, Brandon - "Idealny stan"

 Sanderson, Brandon - "Legion"

 Tregillis, Ian - "Powstanie"

 Gromyko, Olga - "Wiedźma opiekunka"

 Liu, Cixin - "Problem trzech ciał"

 Clare, Cassandra i inni - "Opowieści z Akademii Nocnych Łowców"

Projekt i realizacja:sismedia.eu       Reklama     © 2004-2017 nast.pl     RSS      RSS