NAST.pl
 
Komiks
  Facebook
Facebook
 
Forum

  RSS RSS

 Strona główna     Zapowiedzi     Recenzje     Imprezy     Konkursy     Wywiady     Patronaty     Archiwum newsów     Artykuły i relacje     Biblioteka     Fragmenty     Galerie     Opowiadania     Redakcja     Zaprzyjaźnione strony   

Zaloguj się tutaj! | Rejestruj

Patronat

Gaiman, Neil - "Mitologia nordycka"

Sanderson, Brandon - "Legion"

Ukazały się

Ryman, Geoff - "Tlen"


 Priest, Christopher - "Człowiek z sąsiedztwa"

 McDonald, Ian - "Luna: Wilczy księżyc"

 Shannon, Samantha - "Pieśń jutra"

 Tidhar, Lavie - "Stulecie przemocy"

 Kosik, Rafał - "Amelia i Kuba. Tajemnica dębowej korony"

 Headley, Maria Dahvana - "Gniazdo"

 Piotrowski, Przemysław - "Radykalni. Terror"

Linki


Uugh! czyli fantastyka prehistoryczna

Genesis

Na początku był... na dobrą sprawę nie wiadomo do końca, co było na początku (chaos, eden, wielki wybuch?), ani tym bardziej, jakie zdanie na ten temat mieli nasi praprzodkowie, którzy, zakładam, lubili sobie czasem podumać o naturze wszechrzeczy między uciekaniem przed tygrysem szablozębnym a bazgroleniem na ścianach jaskiń. Prehistoria jest epoką historyczną, o której wiemy tak niewiele, że właściwie wszystkie tytuły, choćby pisane z intencją oddania realizmu tamtych czasów, będą w dużym stopniu spekulacją autora. Tutaj zaciera się granica między prozą historyczną a fantastyką – tylko od charakteru autorskiej spekulacji zależy, z jakimi gatunkami fantastyki będziemy łączyć dany tytuł.
Z tego powodu zdecydowałem napisać artykuł odnośnie fantastyki prehistorycznej – nurtu literackiego obecnego w zasadzie od początków współcześnie rozumianej literatury fantastycznej, choć częstokroć gdzieś na peryferiach gatunku, tak że nawet często nie funkcjonuje on w świadomości fandomowej jako coś autonomicznego, w przeciwieństwie chociażby do omawianego nie tak dawno na łamach Katedry steampunku.
Zanim przejdę do rzeczy, należy się porządek terminologiczny – będę używał konsekwentnie terminu prehistoria a nie prahistoria, natomiast mówiąc o całym gatunku będę używał terminu fantastyka prehistoryczna (skracanego w dalszej części teksty do PF przez analogię do SF), zamiast powieść historyczna, czego powód nakreśliłem już lekko w pierwszym akapicie.
Sama prehistoria definiowana jest jako okres sprzed wynalazku pisma, co implikuje zasadniczy problem ujęcia tych klimatów akurat tym kodem semiotycznym. Jak zrekonstruować perspektywę tak odległą od naszej, w dodatku w oparciu o założenia, których istnienia możemy się tylko domyślać, czy szukać przez analogie. Nasz język jest naszym językiem – z całym bagażem jego możliwości i ograniczeń, rozwinął się tak, żeby opisać umowne teraz. Już teksty sprzed pół tysiąca lat brzmią dla nas dziwacznie, nie tylko przez ciągłą wymianę słów, ale i sposób pojmowania świata – a cóż dopiero nigdy niezapisany język sprzed 15 tysięcy lat. Być może dlatego medium najbardziej lubiącym się z prehistorycznymi klimatami jest kino – operujące zarówno obrazem, jak i dźwiękiem. Powrócę jeszcze do tego zagadnienia, ważniejsze wydaje mi się jednak udzielenie odpowiedzi na pytanie, jak poradzono sobie z tym na kartkach papieru.

Obcy w obcym kraju

Wyjściem z powyższego problemu dla wielu pisarzy jest prezentowanie perspektywy teraźniejszego człowieka stającego twarzą w twarz z paleolitem. To hybrydowy model, w którym prehistoryczną przeszłość odkrywa bądź rekonstruuje się w teraźniejszości/przyszłości, bądź rzuca się dzisiejszego narratora jakimś cudem (najczęściej wehikułem czasu) w prehistorie i obserwuje, co z tego wyniknie. Dwa sposoby dające zbliżony efekt. Pierwszą drogę wyznaczył Jules Verne („Podróż do wnętrza Ziemi”, 1864) umieszczając para-prehistoryczną krainę pod ziemią. Tę samą linię realizowali w późniejszych latach, Artur Conan Doyle („Zaginiony świat”, 1912), Edgar Rice Burroughs (trylogia o wyspie Caspak, 1918) i wreszcie Michael Crichton („Park Jurajski”, 1990). Desygnatem wszystkich tych tytułów jest miejsce, strefa, enklawa prehistorii – kraina bądź to przez człowieka odkrywana, bądź wręcz tworzona. Związane jest to ściśle z czasem powstania książki – jeszcze na przełomie XIX i XX wieku istniały na (lub w) Ziemi, olbrzymie niezbadane przestrzenie; dzisiaj, żeby gdzieś odkryć dinozaury, trzeba najpierw je stworzyć i zamknąć w rezerwacie. Jest to również motyw szeregu powieści SF, gdzie terraformacja pozwala przeżywać prehistorie raz po razie.
Jeśli chodzi o drugi sposób, to również historia jest długa, i sięga czasów sprzed wynalezienia w literaturze wehikułu czasu jako maszyny – wcześniej rolę tę pełniły wszelakie demony, dżiny oraz sny (np. „Sen” Keplera z 1609 roku). I tak Pierre Boitard zostaje przeniesiony w prehistoryczną przeszłość przez demona, z którym później, siedząc na meteorycie1) obserwuje paleolityczne tereny obecnego Paryża. Opisywane jest to w książce „Paryż przed człowiekiem” („Paris avant les Holmes”, 1861). Główny bohater powieści „Before Adam” (1907) Jacka Londona po prostu śni o swoim prehistorycznym alter-ego. Już po rozpowszechnieniu wehikułu czasu jako wynalazku-instytucji w science fiction mieliśmy szereg wypraw w przeszłość, w tym w bliższą czy dalszą prehistorię. Przykładowo – „Time’s Last Gift” (1972) Phillipa Jose Farmera. Na szczególną uwagę moim zdaniem zasługuje książka „Ostatni dzień stworzenia”2) („Der Letzte Tag der Schopfung” – 1981) Wolfganga Jeschke – jako próba przeniesienia w prehistorię nie poszczególnych bohaterów, ale całej rywalizacji międzynarodowej. Na dnie przyszłego Morza Śródziemnego, będącego onegdaj piękną równiną, rozegra się militarny konflikt, którego celem będzie przetransportowanie złóż ropy naftowej. Nie obejdzie się bez wykorzystywania praprzodków człowieka.

Wszędzie dobrze, ale w jaskini najlepiej.

Dużo bardziej karkołomnego zadania podjęli się autorzy próbujący ukazać prehistorię per se, oczyma autochtonów. Nie można w tym miejscu nie wspomnieć o Josephie Henrim Rosnym3) – a o którym można bez przesady powiedzieć, że jest ojcem czystej czy też twardej fantastyki prehistorycznej. Napisał on szereg powieści i powiastek prehistorycznych, z których szczególnie warta wzmianki jest „Les Xipehuz” (1887) omawiająca spotkanie prehistorycznych z obcą formą życia, oraz jego najgłośniejsza powieść „Walka o ogień” („La Guerre du feu”, 1911) wraz z jej kontynuacją „Kot olbrzymi” („Le Félin Géant”, 1918). To już nie prehistoryczna turystka – po prostu surowy paleolit, ludzie pierwotni i walka o przetrwanie.
W okresie powojennym to samo stanie się tematem przewodnim prozy Williama Goldinga. Mimo iż najbardziej znany był z powieści „Władca much”, będącej dziś szkolnym klasykiem, to za swoje największe dzieło uważał książkę „Spadkobiercy” („The Inheritors”, 1955). Opowiada ona o wymieraniu ostatniego neandertalskiego plemienia i ze wszystkich powieści prehistorycznych występuje tutaj największa plastyka języka, tak by dostosować go do paleolitycznej perspektywy narratorów.
Lata osiemdziesiąte XX wieku przynoszą ukazanie się kilku tytułów PF. Cykl Dzieci Ziemi (1980-2002) Jean Marie Auel to pięciotomowa (na razie – trwają prace nad kolejną częścią) saga opisująca losy Ayli, dziewczynki urodzonej pośród Innych (kromaniończycy), ale wychowanej przez członków Klanu (neandertalczycy). Pierwszy tom cyklu „Klan Niedźwiedzia Jaskiniowego” okazał się światowym bestsellerem. W tym samym roku co „Klan...” pojawiło się angielskie tłumaczenie „Czarnego tygrysa” („Den Svarta Tigern”, 1978) autorstwa Björna Kurténa, paleontologa z wykształcenia i zawodu. Podjął on te same zagadnienie, to jest relacje między neandertalczykami oraz homo sapiens i doceniany jest za bardziej naukowe podejście do tematu. Kolejnym bardzo ciekawym przykładem będzie trylogia Eden (1984-89), Harry’ego Harrisona. Książki składające się na nią w znaczący sposób odbiegają od swobodnych powieści SF (cykli takich jak Stalowy Szczur czy Planeta Śmierci), z jakimi autor zwykle jest kojarzony – jest to alternatywna linia dziejów Ziemi, gdzie prehistoria przybiera inny kształt na skutek braku wielkiego wymierania kredowego. W związku z tym ludzie nie są jedynym inteligentnym gatunkiem na planecie. Ba, nie są nawet najbardziej rozwinięci cywilizacyjne.

Naga Małpa i jej kuzyni

Jednym z głównych wątków PF są rozważania nad charakterem natury ludzkiej. Nie bez powodu ww. Edgar Rice Burroughs jest znany najbardziej z kreacji króla małp, Tarzana, Golding wyłożył swoje poglądy na naturę ludzką na przykładzie dzieci-rozbitków, a nazwisko Jacka Londona nie sposób oddzielić od tematyki Indian i szerzej – dzikich amerykańskich przestrzeni. Wszystko to w bardzo Kiplingowskim duchu. Prehistoryczna sceneria jest niebywale pomocna, bowiem eliminuje mnóstwo cywilizacyjnych czynników wpływających na ludzkie zachowanie – można to porównać do sytuacji naukowca, który eksperyment prowadzi w możliwe jak najbardziej sterylnych warunkach, by uniknąć błędnego wnioskowania. Stawia się tu pytanie o to, jak wyglądał stan pierwotny – czy istotnie był to raj utracony, czy stan ciągłej permanentnej wojny każdego z każdym. Odpowiedź na to pytanie dzieli ludzi, będąc podstawą współczesnych rozbieżnych ideologii. Istnieją również osobnicy postulujący powrót do społeczeństwa przedagralnego – przykładem może być Ted Kaczynski, który za najlepsza formę dyskusji uznał wysyłanie oponentom bomb pocztą.
Pomocna jest jeszcze jedna przesłanka – obecność różnych gatunków człowieka. Prehistoria była tym okresem, w którym występowały obok siebie inteligentne osobniki spokrewnionych, ale jednak różnych gatunków. Trzymając się naukowo-metodologicznej terminologii, istnienie tych odmiennych od homo sapiens inteligentnych hominidów będzie swoistą grupą kontrolną w eksperymencie literackim. Różni autorzy dochodzili do różnych wniosków. Golding przedstawił neandertalczyków jako wegetariański, daleki od wszelkiej przemocy lud4); w krótkim opowiadaniu H. G. Wellsa „Grisly Folk” (1921) człowiek neandertalski przypomina żadną krwi kanibalistyczną półbestię5). Auel deterministycznie wyprowadza wniosek o nieuchronności końca neandertalczyków, podczas gdy Robert J. Sawyer w swojej trylogii „Neandertalska paralaksa” (2003) tworzy równoległą rzeczywistość, w której to właśnie neandertalczykom udało się stworzyć nowoczesną cywilizację. Można też iść w twórczą spekulację jak Peter Watts, który w „Ślepowidzeniu” stworzył od podstaw homo vampiris – krwiożerczy drapieżczy szczep człowieka, którego wymarcie na skutek wady genetycznej daje podwaliny dla wizerunku legendarnych wampirów. A w XXI wieku homo vampiris wraca tą samą drogą co dinozaury z Parku Jurajskiego.
Kontakty między społecznościami różnych gatunków ludzi/hominidów to jeszcze większa spekulacja – w ww. powiastce Londona australopiteki („The Folk”) eksterminowani są przez homo sapiens („Fire People”)6). Tytułowa „Walka o ogień” Rosny’ego wybucha na skutek ataku zmałpoludziałych homo erectus na plemię neandertalczyków o wizerunku typowego popkulturowego jaskiniowca. W międzyczasie dochodzi też do spotkania homo sapiens przedstawionych jako pierwotna, a jednak najbardziej rozwinięta z wszystkich społeczność ludzka. Na przykładzie PF widać jednocześnie zmianę postaw w stosunku do takich pojęć jak rasa, walka o byt, eugenika czy wymieranie – z pewnością najważniejszą cezurą będzie tu druga wojna światowa. Różnica między tytułami tworzonymi przed i po była znacząca. W tytułach powojennych popularność zyskuje teza o wtopieniu się neandertalczyków w ludy kromaniońskie, a nie ich brutalnej eksterminacji.
Można też badać drzewo genealogiczne hominidów w bardziej horyzontalnym porządku. Jedna z książek Julesa Verne’a, „Napowietrzna wioska” („Le Village aérien”, 1901), przedstawia ewolucję małp tworzących własną cywilizację; cywilizację odnalezioną przez europejskich podróżników. Tą droga poszedł pół wieku później jego rodak Pierre Boulle – chodzi tu naturalnie o tylko pozornie mało prehistoryczną „Planetę małp” („La Planète des singes”, 1963). Sentencja Einsteina „Nie wiem, jaka broń będzie użyta w trzeciej wojnie światowej, ale czwarta będzie na maczugi”, jest łącznikiem fantastyki prehistorycznej z literaturą postapokaliptyczną, spinając historię naszej cywilizacji w groteskową klamrę. Wizja ludzi jako stadnych prymitywnych szkodników, co najwyżej zwierząt domowych, w świecie opanowanym przez inteligentne naczelne (szympansy, orangutany, goryle) oraz wizja małpich uczonych debatujących nad problemem ludzkim to parodia współczesnych konfliktów światopoglądowych i naukowych.
A konflikt w nauce na temat nagiej małpy trwa od dawna, właściwie do dziś. W 1859 roku ma premierę „O powstawaniu gatunków” („On the Origin of Species”) Darwina. Pozostawiając na razie na boku najbardziej oczywisty konflikt ewolucjonistów z kreacjonistami, warto wspomnieć, że książka krytykowana jest szczególnie we Francji – i nie można tego oddzielić od faktu, że Francja jest ojczyzną Lamarcka, twórcy wcześniejszej teorii ewolucji, którego myśl odżywała jeszcze w neolamarkizmie konkurującym z teorią Darwina. Lamarkistą był J.-H. Rosny. Zwolennikiem teorii Darwina – Jules Verne.7) Pośrednio jest to odpowiedź, dlaczego w tym artykule pojawia się taka nadreprezentacja tytułów francuskich. Ponadto Francja, podobnie jak i Anglia (państwa kolonialne) oraz Stany Zjednoczone (wyzwolona kolonia), miała kontakt z pierwotnymi społecznościami ludzkimi na terenach, nad jakimi rozciągała swe władztwo, co prowokowało twórczość francuskich pisarzy i czyniło problem żywotną kwestią. Jest to też odpowiedź na pytanie, dlaczego w naszym kraju w tym gatunku panowała i panuje – delikatnie pisząc – posucha.

Od której strony to ugryźć?

Ilu autorów, tyle pomysłów na to jak zasadzić nam w głowie prehistorię. Zasygnalizowałem już powyżej, że w związku z niepełnym obrazem prehistorii jako epoki historycznej jesteśmy skazani na spekulacje i fantazjowanie w mniejszym lub większym stopniu oparte na dorobku naukowym. To wszystko w konwecji od SF do klimatów snu czy fantasy. Zacznę od tych przypadków, w których stopień odjechania settingu jest stosunkowo niewielki.
I tak w tych najbardziej minimalistycznych wariantach autor stara się przedstawić prehistorię taką, jaką faktycznie mogła być. Nie jest to jednak możliwe w 100% z prostej przyczyny – identycznie jak w przypadku „przyszłościowej” science ficion, PF nie jest wolna od starzenia się pomysłów. Wiemy np. że homo neandertalis, homo sapiens i homo erectus nie mogły występować w jednym czasie, jak przedstawił to Rosny w „Walce o ogień”. „Klan Niedźwiedzia Jaskiniowego” już w trzy lata po swojej premierze zawierał nieaktualne przesłanki – Auel przedstawiła neandertalczyków jako niezdolnych do wykształcenia mowy w tym samym stopniu co kromaniończycy – rekompensowano ten brak porozumiewaniem się na poły migowym. Tymczasem późniejsze odkrycia potwierdziły istnienie u neandertalczyków kości gnykowej umożliwiającej wydawanie tych samych dźwięków, na jakie może zdobyć się człowiek współczesny. Notabene Jean Marie Auel idzie dalej w swoich spekulacjach na temat tego, że neandertalczycy, upośledzeni, jeśli chodzi o możliwości umysłowe, posiadali dla równowagi niesamowitą pamięć genetyczną (przypomina to nieco teorię Lamarcka – dziedziczenie cech nabytych), pozwalającą im egzystować sprawnie, ale już nie konkurować z innowacyjnym homo sapiens.
Inaczej zagadnienie podjął Harry Harrison. Nie dość, że mamy u niego całkowite zerwanie z iluzją „tak mogło być” poprzez kreację historii alternatywnej, to jeszcze autor rozwija koncepcję hard SF na polu powołanej przez siebie do życia gadziej rasy. Matriarchalna struktura społeczeństwa jaszczurów przekłada się na ich podejście do technologii – jest to technologia hodowana, organiczna w przeciwieństwie do ludzkiej patriarchalnej, martwej, stechnicyzowanej. Cykl Eden to dobry przykład połączenia twardej PF z rozwiązaniami innych nurtów fikcji naukowej.
Cały czas jednak są to interpretacje przeprowadzane na gruncie ewolucjonizmu. Tymczasem kreacjonizm, zwłaszcza w klimatach science fiction, również trzyma się dobrze – dobrym przykładem będzie kultowa „Odyseja kosmiczna 2001” czy też „Autostopem przez galaktykę”, gdzie sprowadzono tę konwencję do absurdu. Chyba jednak największym nurtem, który w takim stopniu kładzie nacisk na prehistoryczny kreacjonizm jest paranauka zwana paleoastronautyką. Problem paleoastronautyki polega na tym, że ciężko o niej dyskutować w kontekście fantastyki, podczas gdy jej twórcy są święcie przekonani o prawdziwości swoich tez. Uznałem jednak, że byłoby szkoda nie wspomnieć o tym nurcie, zwłaszcza, że w inspiracji nim powstają również twory artystyczne. Dobrym przykładem tu będzie, popularna szczególnie w Polsce, seria komiksów „Według Ericha von Dänikena”. Streszczając główne założenia von Dänikena, świat został urządzony przez kosmitów (zresztą dość ludzkich w swoim kształcie), którzy stworzyli naszych przodków obdarzając ich inteligencją (nie obyło się bez paru wpadek – patrz giganci, centaury itp.) i ze strony owych dzieci spotkali się z oddawaniem boskiej czci.
Trafiłem na ciekawą argumentację, z której wynika, że tezy Dänikena i innych entuzjastów paleoastronautyki to w istocie echa Lovecrafta.8) Duży wkład prozy tego z kolei autora polegał na tym, że odantropomorfizował nasze poczucie czasu, pokazując, że cała ludzka cywilizacja to tylko okamgnienie, w porównaniu do mrocznej, tajemniczej, zamieszkałej przez dziwne istoty prehistorii. „W górach szaleństwa” rozgrywa w istocie scenariusz typu „obcy w obcym kraju”, gdzie garstka ludzi odkrywa enklawę prehistorii, jakiej nie znamy (i jakiej poznać nie chcemy).
Istnieją również, chociaż raczej mniej liczne, interpretacje prehistorii na gruncie fantasy. Odwołania tutaj idą w kierunku animistycznych wierzeń pierwotnych ludzi, tak jak przedstawił to Neil Gaiman w „Amerykańskich bogach” na przykładzie pierwszych ludzi (i ich bogów rzecz jasna), jacy zawędrowali do ameryki. Innym tego typu przykładem jest seria „Kroniki pradawnego mroku” (2004-2009) Michelle Paver, w której pokazano epokę kamienną poprzez pryzmat zorganizowanych w klany wspólnot ludzkich. Autorka duży nacisk położyła na ówczesną magię, totemizm, więź z zwierzętami czy ogólniej – mistyczną relację człowieka ze światem natury.

Kult gigantów

Jak się zdaje tym, co intryguje współczesnych w prehistorii najbardziej, są wyobrażenia prehistorycznych monstrów – spójrzcie tylko po okładkach książek czy plakatach filmowych zawartych w tym artykule. Kości wielkich gadów i ssaków już onegdaj dawały asumpt do legend o smokach, gryfach czy hydrach. Prehistoryczna gigantomania, którą chociażby Snerg poddał krytyce w „Robocie” (jako przykład rozrostu ilościowego a nie jakościowego) roztacza swój urok na kolejne pokolenia – nie bez pomocy współczesnej technologii. Początkowo budowano atrapy gigantów, ale już w 1925 ujrzeliśmy dinozaury poruszane animacją poklatkową w ekranizacji „Zaginionego świata”. Jeszcze w 1981, kiedy ukazała się słynna ekranizacja „Walki o ogień” pod tym samym tytułem, mamuty tworzono poprzez doklejanie słoniom futra. Już w następnym dziesięcioleciu udało się komputerowo wskrzesić dinozaury w „Parku Jurajskim”.
Duża cześć tych tytułów to bazowanie na dorobku książkowym – mam wrażenie, że gdyby przeprowadzić statystykę jak procentowo ma się ekranizowanie tytułów PF w porównaniu do innych nurtów tematycznych fantastyki, to PF, mimo stosunkowo niewielkiej ilości tytułów, byłoby nieproporcjonalnie częściej przenoszone na duży ekran. Niedawno zapowiedziano ekranizację kolejnej powieści francuskiego autora – Marca Klapczynskiego, o tytule „Ao, ostatni neandertalczyk”. Po części jest to na pewno kwestia taniej scenografii. Trudniej stworzyć scenografię rodem z XXIX wieku czy nawet średniowiecznego świata fantasy; łatwiej wyjechać na sawannę czy Nową Zelandię i stwierdzić, że oto tak wyglądał świat dziesięć tysięcy lat temu.
Jednocześnie następuje spłaszczenie potencjału PF – kły i pazury okraszone pierwotnym rykiem z całą sugestywnością przemawiają do wyobraźni masowego odbiorcy bardziej niż wywody o teorii chaosu wyłożone w książkowym „Parku Jurajskim”. Nikogo nie interesuje, kiedy wymarły dinozaury (jeśli za wcześnie, to tym gorzej dla nich); wszyscy chcą zobaczyć skąpo odzianą blondynkę porywaną przez pterodaktyla (piję oczywiście do „One Million Years B.C.”). Ostatnim tego typu spektakularnym przykładem (również w znaczeniu spektakularnej klapy) był film „10.000 BC”, gdzie z dużą (lepsze słowo – niewiarygodną) swobodą połączone elementy wielu konwencji PF, polewając całość do przesady patosem. To symptomy rewolucji w fantastyce czy szerzej – w popkulturze, jaką przyniosły „Gwiezdne Wojny”. Najlepszą inwestycją w produkcję fantastyczną nie jest sama produkcja, lecz cała masa gadżetów jej towarzyszących. Najpowszedniejszym miejscem spotkania prehistorycznych gigantów i monstrów jest dzisiaj podwórkowa piaskownica.



1) Fragmenty i ilustracje tutaj; polecam również całą stronę jako traktującą o PF.

2) Przy okazji podziękuję Mac Abrze z miesięcznika CD-Action, który przy recenzji gry „Orginal War” książkę tę polecił jako domniemany pierwowzór scenariusza. A samą grę polecam również.

3) Pod pseudonimem J.-H. Rosny ukrywało się dwóch kolaborujących twórczo braci – Joseph Henri Honoré Boex oraz Séraphin Justin François Boex. Po zakończeniu współpracy w roku 1909 kontynuowali pisarstwo pod pseudonimami, kolejno: J.-H. Rosny starszy i J.-H. Rosny młodszy. Właśnie Rosny’emu starszemu, jako drugiemu po Vernie francuskiemu autorowi zawdzięczamy największy wkład do światowej fantastyki, w tym do PF.

4) „Prawo siły”, Marek Oramus, „Fantastyka”, luty 1990 r.

5) „Human prehistory in fiction”, Charles De Paolo, str. 46.

6) „Fire in the Stone: Prehistoric Fiction from Charles Darwin to Jean M. Auel”, Nicholas Ruddick

7) „Science fact and science fiction: an encyclopedia”, Brian M. Stableford, str. 172 – evolution.

8) Charioteer of the Gods, Jason Colavito: http://jcolavito.tripod.com/lostcivilizations/id26.html




Autor: Adam Ł Rotter


Dodano: 2009-12-03 00:04:11
Komentarze

Sortuj: od najstarszego | od najnowszego

nosiwoda - 12:02 07-12-2009
Łaku, "meteoryt" to coś, co już spadło. To, co jeszcze nie spadło, to raczej meteor czy meteoroid :D
"To już nie prehistoryczna turystka" - raczej "turystyka".
"do ameryki" - A.
"Duża cześć t" - ę

Ponadto brakuje mi jednak wspomnienia kilku tytułów. To kwestia doboru, owszem, ale... "Brzydki mały chłopiec" Asimova i Silverberga, "Nie masz wroga prócz czasu" Bishopa, a także, no cóż, "Battlestar Galactica" :) Chociaż jako że to szkic, to rozumiem ograniczony dobór.

Spike - 02:03 04-12-2009
Ł pisze:Trafiłem na ciekawą argumentację, z której wynika, że tezy Dänikena i innych entuzjastów paleoastronautyki to w istocie echa Lovecrafta.

Jeśli wpadnie ci kiedyś w ręce, przeczytaj sobie bardzo fajną książkę Wiktora Stoczkowskiego "Ludzie, bogowie i przybysze z kosmosu" - mnóstwo ciekawych rzeczy m.in. o Dänikenie, Hubbardzie et consortes.

Ł - 00:58 04-12-2009
Dzięki. Akurat o centaurach była mowa już w 'poważnych' wydawnictwach tegoż autora. ; )

Tigana - 17:25 03-12-2009
Ł pisze: (...) nie obyło się bez paru wpadek -patrz giganci, centaury itp.

Nie czytałem zbyt dokładnie wszystkich albumów serii, ale centaurów to ja tam nie pamiętam. Giganci i owszem ,małpoludy jak najbardziej, ale centaury? Czyżby to było jakieś dzieło Sathena? Po za tym świetny artykuł - pogratulować.

Komentuj


Konkurs

"Rok Potopu" do wygrania


Artykuły

Co nas czeka w 2017 roku?


 Kreator światów w spódnicy – krótka opowieść o Ursuli K. Le Guin

 Wywiad z Marcinem Podlewskim

 Senność

 Arkhamer 2016 - relacja

Recenzje

Dashner, James - "Gra o życie"


 Liu, Ken - "Ściana burz"

 Tregillis, Ian - "Powstanie"

 Chmielewski, Artur - "Achromatopsja"

 Roth, Veronica - "Naznaczeni śmiercią"

 Hamilton, Peter F. - "Otchłań bez snów"

 Sanderson, Brandon - "Bezkres magii"

 Hildebrandt, Johanne - "Sigrid"

Fragmenty

 Weeks, Brent - "Krwawe zwierciadło"

 Johansen, Erika - "Losy Tearlingu"

 Hearn, Lian - "Cesarz ośmiu wysp"

 Liu, Ken - "Ściana burz"

 Bardugo, Leigh - "Królestwo kanciarzy"

 Guzek, Marcin A. - "Szare Płaszcze: Komandoria 54"

 Miller, Karen - "Skażona magia"

 Mitchell, David - "Slade House"

Projekt i realizacja:sismedia.eu       Reklama     © 2004-2017 nast.pl     RSS      RSS