NAST.pl
 
Komiks
  Facebook
Facebook
 
Forum

  RSS RSS

 Strona główna     Zapowiedzi     Recenzje     Imprezy     Konkursy     Wywiady     Patronaty     Archiwum newsów     Artykuły i relacje     Biblioteka     Fragmenty     Galerie     Opowiadania     Redakcja     Zaprzyjaźnione strony   

Zaloguj się tutaj! | Rejestruj

Patronat

McGuire, Seanan - "Pod cukrowym niebem / W nieobecnym śnie"

Sherriff, Robert Cedric - "Rękopis Hopkinsa"

Ukazały się

Wang, M.L. - "Miecz Kaigenu"


 Robinson, Kim Stanley - "Zielony Mars" (Wymiary)

 Campbell, John W. - "Coś" (Wymiary)

 Alameda, Courtney - "World of Warcraft: Smocza wojna"

 Brashears, Monica - "Dom pogrzebowy Cottona"

 Pawełek, Jakub - "Kres dnia"

 Masterton, Graham & Harris, Dawn G. - "Dni śmiertelnego strachu"

 Jordan, Robert & Sanderson , Brandon - "Bastiony mroku" (nowa edycja)

Linki

Watts, Peter - "Wir" (Wymiary)
Wydawnictwo: Vesper
Cykl: Trylogia Ryfterów
Kolekcja: Wymiary
Tytuł oryginału: Maelstrom
Tłumaczenie: Dominika Rycerz-Jakubiec
Data wydania: 31 Lipiec 2024
ISBN: 9788377314906
Oprawa: Twarda
Format: 140x205
Liczba stron: 514
Cena: 64,90
Rok wydania oryginału: 2001
Wydawca oryginału: Tor Books
Tom cyklu: 2



Watts, Peter - "Wir" (Wymiary)

MESJASZ

Następnego dnia po tym, jak Patricia Rowan ocaliła świat, Elias Murphy zmusił ją do wypicia piwa, którego sama sobie nawarzyła. Piwa z wyrzutów sumienia.
Wcale tego nie potrzebowała. Taktyczne szkła kontaktowe i tak serwowały jej nieskończony strumień danych na temat ofiar śmiertelnych i zniszczeń, liczb na tyle nieprecyzyjnych, że nawet nie można było ich uznać za szacunkowe. Minęło zaledwie szesnaście godzin – w tym momencie nawet rząd wielkości był czymś niewiele lepszym od przypuszczeń. Mimo to maszyny starały się jakoś to wszystko sklasyfikować: tyle a tyle milionów ofiar, tyle a tyle bilionów dolarów. Zupełnie jakby określenie rozmiarów apokalipsy miało uczynić ją niegroźną.
Może i tak będzie – zastanowiła się. Najstraszniejsze potwory dobrze wiedziały, że należy zniknąć tuż przed włączeniem światła.
Zmierzyła Murphy’ego wzrokiem przez półprzejrzysty wyświetlacz na swojej głowie. Mężczyznę przesłaniały dane, których nawet nie mógł zobaczyć. Jednak na jego twarzy również malowały się informacje. Kobieta natychmiast je odczytała.
Elias Murphy jej nienawidził. Dla Eliasa Murphy’ego potworem była Patricia Rowan.
Nie miała mu tego za złe. Być może stracił kogoś w wyniku trzęsienia ziemi. Lecz jeśli wiedział, jaką rolę odegrała, musiał też mieć świadomość, o jaką stawkę toczyła się gra. Żadna racjonalna istota nie winiłaby jej za podjęcie koniecznych kroków.
I pewnie jej nie winił. Z racjonalnego punktu widzenia. Jednak źródło jego nienawiści tkwiło głęboko w pniu mózgu, więc Rowan nie mogła mieć do niego pretensji.
– Jest pewna nierozwiązana kwestia – powiedział spokojnie.
I to więcej niż jedna.
– Mem ßehemota przedostał się do Wiru – ciągnął żel-dżokej. – W zasadzie to był w sieci już od jakiegoś czasu, ale tak naprawdę zaczął mieć znaczenie… dopiero za sprawą tego żelu, któremu pozwoliliście… – Urwał, zanim z jego ust padło otwarte oskarżenie.
Po chwili podjął znowu.
– Nie wiem, jak wiele powiedziano pani o… problemie. Korzystaliśmy z gaussowskiego algorytmu sprzężenia wyprzedzającego, by ominąć lokalne minima…
– Nauczyliście inteligentne żele chronić dane przed zwierzyną internetową – przerwała mu Rowan. – Później one jakimś cudem rozszerzyły tę umiejętność o preferencję prostych systemów ponad złożonymi. Nie wiedzieliśmy o tym, gdy postawiliśmy jednego z nich przed wyborem między mikrobem a biosferą, a on opowiedział się po niewłaściwej stronie. Ledwie udało nam się na czas wyciągnąć wtyczkę z kontaktu. Tak było?
– Na czas – powtórzył Murphy. Nie dla wszystkich, mówiły jego oczy. – Do tego momentu on zdążył już rozesłać mem. Oczywiście był podłączony do Wiru, więc mógł działać autonomicznie.
Rowan przetłumaczyła to sobie: więc nieograniczony przez nikogo mógł poświęcić ludzkość. Wciąż jeszcze była lekko zdumiona faktem, że Konsorcjum w ogóle zgodziło się na udzielenie takich uprawnień mózgoserowi. Trzeba przyznać, że nie ma czegoś takiego, jak człowiek pozbawiony uprzedzeń. Trzeba przyznać, że nie zamierzano powierzyć nikomu decyzji, które miasta miały spłonąć dla dobra ogółu, nawet w obliczu mikroba zdolnego doprowadzić do końca świata. A jednak – jak można było dać całkowitą autonomię dwukilogramowej kupie wyhodowanych neuronów? Wciąż nie mogła uwierzyć, że wszyscy królowie i korpy naprawdę wyrazili na to zgodę.
Rzecz jasna, możliwość, że inteligentne żele mogą mieć własne uprzedzenia, nie przeszła nikomu przez myśl.
– Kazała pani się informować – odezwał się Murphy. – W zasadzie to już nie jest problem. Teraz to już tylko zanikający mem, który wypali się za około tydzień lub dwa.
– Tydzień lub dwa. – Rowan nabrała powietrza do płuc. – Czy ma pan świadomość, ile szkód wyrządził pański zanikający mem w ciągu ostatnich piętnastu godzin?
– Ja…
– Uprowadził podnośnik, doktorze Murphy. Jeszcze dwie godziny i wypuściłby w świat pół tuzina nosicieli, a wtedy to wszystko byłoby zaledwie początkiem, a nie…
A nie, daj Boże, końcem całej sprawy, dodała w myślach.
– Mógł uprowadzić podnośnik, ponieważ posiadał władzę operacyjną. Teraz już jej nie ma, a inne żele nigdy takiej władzy nie miały. Rozmawiamy o ciągu kodów, który jest całkowicie bezużyteczny dla czegokolwiek, co nie posiada autonomii, oraz wygaśnie ostatecznie z powodu braku wzmocnienia, o ile nie pojawi się żaden bodziec zewnętrzny. Natomiast, jeśli chodzi o to wszystko… – W głosie Murphy’ego pojawiła się nagle nutka niesubordynacji. – Z tego, co słyszałem, to nie żele pociągnęły za konkretny spust.
No cóż. Nie da się być już bardziej otwartym.
Kobieta postanowiła puścić to mimo uszu.
– Proszę mi wybaczyć, ale nie czuję się w pełni uspokojona. Po sieci krąży plan zniszczenia świata, a pan każe mi się tym nie przejmować?
– Właśnie tak.
– Nieste…
– Pani Rowan, żele są jak wielkie, brejowate autopiloty. To, że coś potrafi monitorować wysokość i pogodę oraz wysunąć podwozie w odpowiednim momencie nie oznacza, że jest świadome swoich możliwości. Żele nie snują planów zniszczenia świata, one nawet nie wiedzą, że realny świat istnieje. Manipulują zmiennymi. A to staje się niebezpieczne tylko w sytuacji, gdy jeden z ich rejestrów danych wychodzących akurat jest podłączony do bomby, znajdującej się na linii uskoku.
– Dziękuję za pańską ocenę sytuacji. A gdyby polecono panu wyplenić ten mem, jak pan by się do tego zabrał?
Mężczyzna wzruszył ramionami.
– Teraz, kiedy wiemy już czego szukać, możemy znaleźć wypaczone żele po prostu je przesłuchując. Potem zastąpilibyśmy skażone świeżymi. I tak mieliśmy w planach przystąpić do fazy czwartej, więc kolejna partia żeli jest już dojrzała.
– To dobrze – odparła Rowan. – Zatem proszę się za to zabrać. Murphy wbił w nią spojrzenie.
– Jakiś problem? – spytała kobieta.
– Oczywiście możemy to zrobić, ale to byłaby kompletna strata… To znaczy, mój Boże! Połowa wybrzeża Pacyfiku właśnie pogrążyła się w oceanie, z pewnością jest więcej do…
– Ale nie dla pana. Pan ma swoje zadanie.
Mężczyzna odwrócił się, przesłonięty niewidocznymi statystykami.
– Jaki bodziec zewnętrzny, doktorze? – rzuciła w stronę jego pleców.
Murphy zatrzymał się.
– Co?
– Powiedział pan, że mem wygaśnie, „o ile nie pojawi się żaden bodziec zewnętrzny”. Co miał pan na myśli?
– Coś, co mogłoby podkręcić tempo replikacji. Nowe dane wejściowe zdolne wzmocnić mem.
– Jakie dane wejściowe?
Mężczyzna zwrócił się w jej kierunku.
– Nic takiego nie istnieje, pani Rowan. W tym rzecz. Wyczyściliście rejestry, zerwaliście łańcuchy zależności i zlikwidowaliście nosicieli, prawda?
Rowan kiwnęła głową.
– Tak…
…zabiliśmy naszych ludzi…
– …zlikwidowaliśmy nosicieli – powiedziała.
– Więc sama pani widzi.
Kobieta odezwała się ponownie, celowo łagodniejszym głosem.
– Proszę zastosować się do moich instrukcji, doktorze Murphy. Wiem, że wydają się panu czymś błahym, ale wolę przedsięwziąć pewne środki ostrożności niż ryzykować.
Na jego twarzy dokładnie odmalowało się to, co myśli o środkach ostrożności, które już przedsięwzięła. Kiwnął głową i wyszedł, nie mówiąc ani słowa więcej.
Rowan westchnęła i osunęła się na fotel. Linijka tekstu przewinęła się przez jej pole widzenia – zamówiono kolejnych czterysta muchobotów na poczet prac porządkowych w SeaTac. W sumie dawało to ponad pięć tysięcy maleńkich teleoperatorów pomiędzy SeaTac a Hongcouver, węszących pospiesznie w poszukiwaniu ciał, nim prześcignie je w tym tyfus lub cholera.
Miliony zabitych. Zniszczenia liczone w bilionach dolarów. Wiedziała, że to i tak lepiej niż w przypadku alternatywnej opcji. Niespecjalnie jej to pomagało.
Ocalenie świata okazało się mieć swoją cenę.


Dodano: 2024-07-01 10:58:35
Komentarze
-Jeszcze nie ma komentarzy-
Komentuj


Artykuły

Plaża skamielin


 Zimny odczyt

 Wywiad z Anthonym Ryanem

 Pasje mojej miłości

 Ekshumacja aniołka

Recenzje

McGuire, Seanan - "Każde serce to wrota. Patyki i kości"


 Tolkien, John Ronald Ruel - "Listy Świętego Mikołaja"

 Gong, Chloe - "Nieśmiertelne pragnienia"

 Nayler, Ray - "Góra pod morzem"

 Kaufman, Amie & Kristoff, Jay - "Aurora: Pożoga"

 Grimwood, Ken - "Powtórka"

 Salik, Magdalena - "Wściek"

 Martine, Arkady - "Pustkowie zwane pokojem"

Fragmenty

 Watts, Peter - "Wir" (Wymiary)

 Robinson, Kim Stanley - "Zielony Mars"

 Clarke, Arthur C. & Lee, Gentry - "Tajemnica Ramy"

 Dresler-Janik, Elwira - "Córki bogini Mokosz"

 Maszczyszyn, Jan - "Mare Orientale"

 Marryat, Frederick - "Statek widmo"

 Kluczek, Stanisław - "Zamek Gardłorzeziec"

 Pettersen, Siri - "Srebrne Gardło"

Projekt i realizacja:sismedia.eu       Reklama     © 2004-2024 nast.pl     RSS      RSS