NAST.pl
 
Komiks
  Facebook
Facebook
 
Forum

  RSS RSS

 Strona główna     Zapowiedzi     Recenzje     Imprezy     Konkursy     Wywiady     Patronaty     Archiwum newsów     Artykuły i relacje     Biblioteka     Fragmenty     Galerie     Opowiadania     Redakcja     Zaprzyjaźnione strony   

Zaloguj się tutaj! | Rejestruj

Patronat

McGuire, Seanan - "Pod cukrowym niebem / W nieobecnym śnie"

Sherriff, Robert Cedric - "Rękopis Hopkinsa"

Ukazały się

Wang, M.L. - "Miecz Kaigenu"


 Robinson, Kim Stanley - "Zielony Mars" (Wymiary)

 Campbell, John W. - "Coś" (Wymiary)

 Alameda, Courtney - "World of Warcraft: Smocza wojna"

 Brashears, Monica - "Dom pogrzebowy Cottona"

 Pawełek, Jakub - "Kres dnia"

 Masterton, Graham & Harris, Dawn G. - "Dni śmiertelnego strachu"

 Jordan, Robert & Sanderson , Brandon - "Bastiony mroku" (nowa edycja)

Linki

Clarke, Arthur C. & Lee, Gentry - "Tajemnica Ramy"
Wydawnictwo: Rebis
Cykl: Rama
Kolekcja: Wehikuł czasu
Tytuł oryginału: Rama Revealed
Tłumaczenie: Tomasz Lem
Data wydania: Czerwiec 2024
ISBN: 978-83- 8338-240-1
Oprawa: Zintegrowana
Format: 135x215
Liczba stron: 672
Cena: 69,99
Rok wydania oryginału: 1993
Tom cyklu: 4



Clarke, Arthur C. & Lee, Gentry - "Tajemnica Ramy"

Prolog

Na jednym ze spiralnych ramion galaktyki zwanej Drogą Mleczną krąży powoli wokół jej oddalonego o trzydzieści tysięcy lat świetlnych środka niepozorna samotna żółta gwiazda. Tą stabilną gwiazdą, która na zatoczenie kręgu po swej galaktycznej orbicie potrzebuje 225 milionów lat, jest Słońce. Gdy poprzednim razem znajdowało się w tym samym miejscu, na Ziemi, małej niebieskiej planecie, jednym z jego satelitów, dopiero rozpoczynał się okres dominacji olbrzymich gadów.

Pośród planet i innych ciał niebieskich obiegających Słońce tylko na Ziemi pojawiło się jakiekolwiek złożone, trwałe życie. Tylko na tym świecie substancje chemiczne reagowały ze sobą, tworząc bardziej złożone związki, i w końcu powstały obdarzone świadomością organizmy, które — gdy poczęły już rozumieć dziwy i rozmiary wszechświata — zaczęły się zastanawiać, czy podobny cud zdarzył się też gdzie indziej.

Przecież, argumentowali ci myślący Ziemianie, tylko w naszej galaktyce jest sto miliardów gwiazd. Z dużym prawdo­ podobieństwem można powiedzieć, że co najmniej dwadzieścia procent z nich ma układy planetarne, a niewielki, ale znaczący odsetek tych planet miał w jakimś okresie swojej historii atmosferę i warunki termiczne sprzyjające powstawaniu aminokwasów i innych związków organicznych niezbędnych do zapoczątkowania biologicznych przemian. Przynajmniej jeden raz — tu, na Ziemi — aminokwasy odkryły proces replikacji i rozpoczął się ewolucyjny cud, który w końcu doprowadził do powstania człowieka. Czy możemy zakładać, że wydarzyło się to tylko ten jeden raz w historii? Cięższe atomy, z których jesteśmy zbudowani, powstały we wnętrzach gwiazd i podczas gwiezdnych kataklizmów, które zachodziły we wszechświecie przez miliardy lat. Czy to możliwe, że tylko tutaj, w tym jednym miejscu, atomy owe utworzyły cząsteczki, z których powstały istoty rozumne zdolne postawić pytanie: „Czy jesteśmy sami?”?

Poszukiwania kosmicznych towarzyszy ludzie rozpoczęli od budowy teleskopów, za pomocą których mogli się przyjrzeć najbliższym planetom. Później, gdy pozwalała już na to ich technologia, wysyłali w kierunku tych planet zaawansowane sondy bezzałogowe, by przekonać się, czy są tam jakiekolwiek ślady życia. Badania te wykazały, że na innych planetach Układu Słonecznego życie nigdy nie istniało. Ziemscy naukowcy doszli do wniosku, że o ile w kosmosie w ogóle istnieją jakieś inne cywilizacje, z których przedstawicielami moglibyśmy nawiązać kontakt, należy ich szukać dalej, wykraczając poza bezkresną pustkę oddzielającą nasz układ planetarny od innych gwiazd.

U schyłku dwudziestego wieku olbrzymie ziemskie anteny skierowane w niebo rozpoczęły poszukiwania logicznych sygnałów radiowych, które mogłyby docierać z głębi kosmosu, od istot innego gatunku. Badania te prowadzono przez ponad sto lat, ze szczególnym natężeniem w cudownym okresie rozwoju międzynarodowej nauki na początku dwudziestego pierwszego wieku, ale kiedy czwarta z kolei metoda systematycznej obserwacji kosmosu nie dała żadnych rezultatów, początkowy optymizm wyraźnie przygasł.

W 2130 roku, gdy po raz pierwszy odkryto dziwny cylind­ryczny przedmiot zmierzający w stronę Układu Słonecznego, większość ludzi była już przekonana, że życie jest w kosmosie zjawiskiem niezmiernie rzadkim, tym rzadsze są zaś — o ile w ogóle istnieją gdziekolwiek poza Ziemią — inne istoty obdarzone inteligencją. Jak bowiem należało rozumieć, argumentowali naukowcy, brak wyników trwającego przez ostatni wiek starannego nasłuchu?

Dlatego też Ziemianie byli niezmiernie zdumieni, gdy po dokładniejszych badaniach okazało się, że obiekt, który w 2130 ro­ ku znalazł się w Układzie Słonecznym, jest tworem sztucznym. Był to niepodważalny dowód na to, że w innej części wszechświata żyją — lub ż y ł y — wysoce inteligentne istoty rozumne. Gdy przebywający w kosmosie statek wysłano na spotkanie z tym szarym cylindrycznym olbrzymem większym niż którakolwiek z ziemskich metropolii, kosmonauci napotykali jedną zagadkę po drugiej i nie potrafili odpowiedzieć na podstawowe pytania związane z tajemniczą jednostką Obcych. Gość z gwiazd nie dostarczył żadnych wskazówek dotyczących swojego pochodzenia i zamiarów.

Owa pierwsza grupa odkrywców nie tylko stworzyła katalog cudów Ramy — gigantycznemu cylindrowi nadano tę nazwę, zanim okazało się, że jest statkiem kosmicznym Obcych — ale także zbadała jego wnętrze i sporządziła dokładne mapy. Po tym jak kosmonauci opuścili już jego pokład, a Rama skierował się niemal wprost na Słońce i nabrawszy prędkości, opuścił Układ Słoneczny, naukowcy skrupulatnie przeanalizowali dane zebrane w czasie misji. Wszyscy przyznawali, że ludzie goszczący w tajemniczym statku nie zetknęli się nigdy z jego budowniczymi. Nieodparcie natomiast nasuwał się jeden wniosek: ci, którzy zbudowali statek, wyposażali każdy istotny system lub podsystem w dwa układy rezerwowe. Ramowie robili wszystko potrójnie. Naukowcy doszli więc do wniosku, że — po wizycie pierwszego — należy się najprawdopodobniej spodziewać kolejnych dwóch statków.

Pierwsze lata po wizycie Ramy I w 2130 roku były pełne nadziei. Naukowcy i politycy głosili, że w historii ludzkości rozpoczęła się nowa epoka. Międzynarodowa Agencja Kosmiczna (ISA) we współpracy z Radą Rządów (COG) stworzyła dokładne procedury postępowania w przypadku kolejnych wizyt Ramów. W niebo zwrócono wszystkie ziemskie teleskopy, a obserwatoria astronomiczne i poszczególni badacze rywalizowali o uznanie, jakie czekać będzie tego, kto pierwszy wypatrzy następnego Ramę. Ale ekrany radarów były puste.

Druga połowa lat trzydziestych dwudziestego pierwszego wieku przyniosła gwałtowny kres dynamicznego rozwoju gospodarczego, który częściowo spowodowany był pojawieniem się Ramy I. Świat pogrążył się w najgłębszym kryzysie ekonomicznym w swojej historii, znanym jako Wielki Chaos, któremu towarzyszyły powszechna anarchia i nędza. Zarzucono niemal wszystkie badania naukowe, a po kilku dziesięcioleciach ubóstwa Ziemianie prawie całkowicie zapomnieli o tajemniczych gościach z gwiazd.

W 2200 roku do Układu Słonecznego przybył kolejny statek Obcych. Ziemianie odkurzyli stare procedury, przygotowane na wypadek takich odwiedzin, i polecieli na spotkanie z Ra­ mą II. Wkrótce po tym, jak dwunastka wybrańców wkroczyła na jego pokład, poinformowano, że statek jest niemal taki sam jak jego poprzednik. Kosmonauci napotkali kolejne tajemnice i dziwy, doszło nawet do spotkania z jakimiś obcymi istotami, ale wciąż nie znaleziono odpowiedzi na pytania o to, skąd pochodzi Rama i jakie są jego zamiary.

Tajemnicza śmierć trzech członków załogi wywołała na Ziemi wielki niepokój, zwłaszcza że wszystkie aspekty tej historycznej misji śledzono w telewizji. Gdy gigantyczny cylinder zmienił nieoczekiwanie kierunek lotu i znalazł się na kursie kolizyjnym z Ziemią, niepokój ten zmienił się w strach i panikę. Przywódcy państw niechętnie przyznali, że z braku jakichkolwiek informacji należy założyć, iż Rama ma wobec Ziemian wrogie zamiary. Aby nie dopuścić do zderzenia statku z planetą i uniemożliwić użycie zaawansowanej broni, jaka mogła się znajdować na jego pokładzie, postanowili zniszczyć Ramę, dopóki znajdował się jeszcze w bezpiecznej odległości.

Kosmonauci otrzymali rozkaz natychmiastowego powrotu na Ziemię, jednak gdy Ramie II udało się uniknąć zniszczenia przez rakiety z głowicami jądrowymi, na jego pokładzie wciąż znajdowało się troje członków misji, dwóch mężczyzn i kobieta. Ominąwszy wrogą Ziemię, Rama z ogromną prędkością opuścił Układ Słoneczny, zabierając ze sobą niewyjaśnione zagadki i troje ludzi.

Przez trzynaście lat Rama II zmierzał z prędkością podświetlną ku swojemu celowi — krążącej na odległej orbicie Syriusza olbrzymiej stacji kosmicznej zwanej Punktem Węzłowym. W tym czasie kosmiczna rodzina na pokładzie olbrzymiego cylindra powiększyła się o pięcioro dzieci. Badając swój nowy dom, ludzie ponownie spotkali znane już wcześniej obce gatunki, ale jeszcze nim dotarli do Punktu Węzłowego, doszli do wniosku, że istoty te, podobnie jak oni sami, są jedynie pasażerami statku.

Pobyt w Punkcie Węzłowym trwał nieco ponad rok. W tym czasie Rama został przebudowany oraz przygotowany do trzeciej i ostatniej podróży do Układu Słonecznego. Od Orła, robota zbudowanego przez inteligencję zarządzającą Punktem Węzłowym, ludzie dowiedzieli się, że zadaniem statków typu „Rama” jest zgromadzenie i skatalogowanie możliwie największej liczby informacji o tych istotach zamieszkujących galaktykę, które odbywają podróże kosmiczne. Orzeł — istota o głowie, dziobie i oczach orła, a reszcie ciała człowieka — powiadomił ich też, że na pokładzie Ramy III znajdzie się starannie zaprojektowany ziemski moduł mieszkalny zdolny pomieścić dwa tysiące ludzi.

Z Punktu Węzłowego nadano drogą radiową w kierunku Ziemi film, który uprzedzał o powrocie Ramy. Budowniczowie statku wyjaśniali, że chcą dłuższy czas obserwować i badać zachowanie ludzi, i zażądali w związku z tym, by statki z dwoma tysiącami przedstawicieli ludzkości zostały wysłane na spotkanie z Ramą na orbicie Marsa.

Rama III powrócił do Układu Słonecznego z prędkością przekraczającą połowę prędkości światła. Znajdujący się w jego wnętrzu niemal wszyscy członkowie rodziny, która ponad rok przebywała w Punkcie Węzłowym, przespali całą drogę w specjalnych pojemnikach. Na orbicie Marsa powitali przybyłych z Ziemi ludzi, a ci w krótkim czasie zasiedlili przygotowany dla nich moduł mieszkalny. Powstała w ten sposób kolonia, nazwana Nowym Edenem, była szczelnie zamknięta i odgrodzona grubymi ścianami od pozostałych części Ramy.

Gdy wybrani ludzie znaleźli się na pokładzie, Rama III prawie od razu zaczął przyspieszać i oddalać się od Słońca w kierunku gwiazdy Tau Ceti. Trzy lata upłynęły bez jakiejkolwiek interwencji Obcych w sprawy ludzi, a obywatele Nowego Edenu byli tak zajęci codziennym życiem, że nie poświęcali szczególnej uwagi światu poza obszarem ich kolonii.

Gdy seria kryzysów dotknęła raczkującą demokrację, która istniała w raju stworzonym dla ludzi przez Ramów, władzę w kolonii przejął oportunistyczny przedsiębiorca i zaczął bezwzględnie rozprawiać się z opozycją. Jeden z pierwotnych badaczy Ramy II uciekł wówczas z Nowego Edenu i zdołał nawiązać kontakt z dwoma obcymi symbiotycznymi gatunkami zamieszkującymi sąsiedni zamknięty moduł. Jego żona pozostała na terenie kolonii i podjęła bezskuteczną walkę z tyranią. Po kilku miesiącach uwięziono ją i skazano za zdradę stanu; wyrok śmierci miał zostać wykonany w najbliższym czasie.

Pogarszające się warunki środowiskowe i spadający poziom życia w Nowym Edenie skłoniły ludzi do zaatakowania sąsiedniego modułu mieszkalnego w północnej części statku, co doprowadziło do niemal całkowitego wyniszczenia żyjących tam istot. Tymczasem tajemniczy Ramowie, z którymi ludzie zetknęli się tylko za pośrednictwem zbudowanych przez nich urządzeń i robotów, kontynuowali z oddali szczegółowe obserwacje, zdając sobie sprawę, że chwila, w której ludzie staną oko w oko z gatunkiem zamieszkującym tereny na południe od Morza Cylindrycznego, jest jedynie kwestią czasu…


UCIECZKA

Rozdział 1

Nicole.

W pierwszej chwili pomyślała, że cichy, mechaniczny głos jest częścią jej snu. Kiedy jednak ktoś powtórzył

nieco głośniej jej imię, obudziła się gwałtownie.

Ogarnął ją strach. Przyszli po mnie, pomyślała natychmiast.

Jest już ranek, za kilka godzin umrę.

Wzięła wolny, głęboki wdech, starając się zdusić narastającą panikę. Kilka sekund później otworzyła oczy. W celi panowały ciemności. Zdziwiona zaczęła szukać wzywającej ją osoby.

—  Jesteśmy na pryczy, tuż przy pani prawym uchu — roz­ legły­ się wypowiedziane szeptem słowa. — Richard przysłał nas, żebyśmy pomogły pani w ucieczce… Musimy się spieszyć.

Przez moment Nicole myślała, że nadal śni. Potem jednak usłyszała drugi głos, bardzo podobny do pierwszego, ale z pewnością należący do innej osoby.

—  Proszę się położyć na prawym boku, pokażemy pani, kim jesteśmy.

Nicole obróciła się posłusznie. Tuż przy swojej głowie ujrzała dwie kobiece figurki, które miały nie więcej niż dziesięć centymetrów wysokości. Każdą z postaci rozświetliło na chwilę nikłe światło, którego źródło znajdowało się wewnątrz tułowia. Jedna miała krótkie włosy i zbroję, jaką w piętnastym wieku nosili europejscy rycerze. Na głowie drugiej spoczywała korona, a jej ciało okrywała plisowana suknia średniowiecznej królowej.

—  Jestem Joanna d’Arc — powiedziała pierwsza postać.

—  A ja Eleonora Akwitańska.

Nicole wybuchnęła nerwowym śmiechem, wciąż wpatrując się z zaskoczeniem w swych nocnych gości. Gdy kilkanaście sekund później światełka wewnątrz robotów zgasły, zdołała wreszcie zebrać myśli.

—  Więc Richard przysłał was, żebyście pomogły mi uciec? — szepnęła. — Jak to sobie wyobrażacie?

—  Uszkodziłyśmy już system monitoringu — odparła dumnie mała Joanna. — I zmieniłyśmy oprogramowanie biota Gar­ cíi… Przyjdzie tu za kilka minut i wypuści cię z celi.

—  Oprócz podstawowego planu ucieczki mamy kilka zapasowych — dodała Eleonora. — Richard pracował nad tym od wielu miesięcy… praktycznie od czasu, gdy nas ukończył.

Nicole znów się roześmiała. Nadal była tym wszystkim krańcowo zdumiona.

—  Naprawdę? A mogę spytać, gdzie znajduje się w tej chwili mój genialny mąż?

—  Przebywa w waszej starej grocie pod Nowym Jorkiem — odparła Joanna. — Mam ci powtórzyć, że nic się tam nie zmieniło. Nasze postępy śledzi dzięki wbudowanym nadajnikom… Przy okazji, Richard przesyła wyrazy miłości. Nie zapomniał o… —  Proszę, nie ruszaj się przez chwilę — przerwała jej Eleonora, zwracając się do Nicole, która odruchowo podrapała się za prawym uchem. — Przymocowuję twój nadajnik, a jest bardzo ciężki.

Chwilę później Nicole dotknęła miniaturowego elektronicznego urządzenia za uchem i pokręciła głową.

—  Czy Richard nas też s ł y s z y? — spytała.

—  Zdecydował, że nie będziemy ryzykować transmisji głosowych — odparła Eleonora. — Nakamura zbyt łatwo mógłby je przechwycić… Będzie jedynie śledził nasze położenie.

—  Możesz już wstać i się ubrać — oznajmiła Joanna. — Chcemy, żebyś była gotowa, zanim przyjdzie García.

Czy moje życie zawsze będzie takie dziwne? — pomyślała Nicole, myjąc w ciemnościach twarz w prymitywnej misce. Przez kilka sekund zastanawiała się, czy te dwa roboty nie są częścią przebiegłego spisku władz Nowego Edenu i czy nie zostanie zabita podczas próby ucieczki. Niemożliwe, pomyślała ostatecznie. Nawet gdyby któryś ze sługusów Nakamury potrafił zbudować takie roboty, tylko Richard zna mnie tak dobrze, by wiedzieć, ile znaczą dla mnie postacie Joanny D’Arc i Eleonory Akwitańskiej… A właściwie co to za różnica zginąć na krześle elektrycznym czy w czasie próby ucieczki? Wyrok ma zostać wykonany o ósmej rano.

Na korytarzu rozległy się kroki nadchodzącego biota. Nicole czekała w napięciu na rozwój wypadków, wciąż nieprzekonana do końca, że niewielkie roboty mówiły prawdę.

—  Usiądź na pryczy, żebyśmy mogły z Eleonorą wspiąć ci się do kieszeni — poprosiła stojąca za nią Joanna.

Nicole poczuła, że roboty wdrapują się po jej koszuli, i się uśmiechnęła. Jesteś niesamowity, Richardzie, pomyślała.

García z latarką w dłoni weszła władczym krokiem do celi. —  Proszę za mną, pani Wakefield — powiedziała głośno. — Mam rozkaz doprowadzić panią do innego pomieszczenia. Nicole znów się przeraziła, gdyż biot wcale nie zachowywał

się przyjaźnie. A co, jeśli… Ale nie miała wiele czasu do namysłu, García bowiem prowadziła ją szybko korytarzem. Dwadzieścia metrów dalej minęły kilka biotów i dowódcę straży, młodego mężczyznę, którego Nicole nigdy wcześniej nie widziała.

—  Stać! — zawołał mężczyzna, gdy García i Nicole miały już zacząć wchodzić po schodach.

Nicole zamarła.

—  Nie podpisałaś dokumentów — rzekł oficer, podając Garcíi jakieś papiery.

—  Już to robię — powiedział biot i z ogromną szybkością umieścił na nich swój numer identyfikacyjny.

Niecałą minutę później Nicole znalazła się przed olbrzymim więzieniem, w którym przebywała od wielu miesięcy. Głęboko wciągnęła świeże powietrze i ruszyła za Garcíą w kierunku Miasta Środkowego.

—  Nie, my nie idziemy z tym biotem — zawołała siedząca w jej kieszeni Eleonora. — Skieruj się na zachód, w stronę oświetlonego młyna. Biegnij. Do Maxa Pucketta musimy dotrzeć przed świtem.

* * *

Więzienie oddalone było od farmy Pucketta o prawie pięć kilometrów. Nicole biegła stałym tempem wąską drogą popędzana niekiedy przez roboty, które skrupulatnie kontrolowały czas. Wkrótce miał nadejść świt. W przeciwieństwie do Ziemi, na której noc stopniowo przechodzi w dzień, w Nowym Edenie świt następował nagle. W jednej chwili było ciemno, a w następnej sztuczne słońce zapalało się i rozpoczynało swą krótką wędrówkę nad modułem mieszkalnym kolonii.

—  Za dwanaście minut zrobi się jasno — oznajmiła Joanna, gdy Nicole dotarła do ścieżki rowerowej, skąd do domu Pucketta było już dwieście metrów.

Wakefield była zmęczona, ale nie pozwoliła sobie na odpoczynek. W czasie biegu wśród pól dwukrotnie poczuła w klatce piersiowej tępy ból. Nie jestem w formie, pomyślała, robiąc sobie wyrzuty, że w celi nie ćwiczyła regularnie. A na dodatek mam już mniej więcej sześćdziesiąt lat.

Na farmie było ciemno. Nicole zatrzymała się przed werandą, nie mogąc złapać tchu. Drzwi otworzyły się niemal natychmiast.
—  Czekałem na ciebie — oznajmił Max z kamienną miną podkreślającą powagę sytuacji i objął ją krótko na powitanie. — Chodź ze mną — rzucił, ruszając szybko w stronę stodoły. — Na drogach nie pojawiły się na razie samochody policyjne — powiedział, gdy znaleźli się w środku. — Prawdopodobnie nie wiedzą jeszcze, że uciekłaś. Ale to kwestia minut.

Na końcu budynku znajdował się drób, przy czym kury miały własny wybieg, z dala od kogutów. Gdy weszli do kurnika, podniósł się straszny rwetes. Zwierzęta biegały na wszystkie strony, gdacząc i bijąc skrzydłami o ziemię. Panująca tam przykra woń przyprawiła Nicole o zawrót głowy.

Max się uśmiechnął.

—  Wygląda na to, że zapomniałem już, jak bardzo kurze gówno śmierdzi przeciętnym ludziom — powiedział. — Po prostu przywykłem do tego — dodał i delikatnie poklepał Nicole po plecach. — Tak czy owak, to dodatkowa ochrona, a tam, gdzie będziesz siedzieć, nie powinnaś go czuć.

Ruszył do narożnika, przepłoszył kilka ptaków, które stały mu na drodze, i w końcu opadł na kolana.

—  Kiedy te zwariowane robociki Richarda przyszły do mnie po raz pierwszy — kontynuował, rozgarniając słomę i rozrzucone ziarno — nie mogłem się zdecydować, gdzie zbudować twoją kryjówkę. Dopiero potem pomyślałem o tym miejscu. — Wyjął z podłogi kilka desek, odsłaniając prostokątny otwór. — Mam nadzieję, że wybór był dobry.

Dał jej znak, by podążyła za nim, i wpełzł do środka. Posuwali się na czworakach po ziemi. Przez kilka metrów wąski korytarz biegł pod podłogą, po czym gwałtownie schodził w dół. Nicole wpadała wciąż na idącego przodem Maxa i obijała się o sufit oraz nieoszalowane ściany. Jedynym źródłem światła była niewielka latarka w prawej ręce Pucketta. Po dalszych piętnastu metrach tunel skończył się w ciemnym pomieszczeniu. Max ostrożnie zszedł po drabince sznurowej i pomógł zejść Nicole. Kilka sekund później stanęli na środku pokoju, a gospodarz wyciągnął rękę i zapalił pojedynczą żarówkę.

—  Nie jest to może pałac — stwierdził, gdy Nicole się rozglądała — ale podejrzewam, że będzie ci tu znacznie lepiej niż w więzieniu.

W pokoju znajdowały się łóżko i krzesło, na dwóch półkach leżała żywność, a na kolejnej elektroniczne książki na dyskach. W otwartej szafie wisiało trochę ubrań i stały podstawowe przybory toaletowe. Była tam również beczka z wodą, która zapewne ledwie zmieściła się w wąskim korytarzu, a w odległym kącie głęboka kwadratowa latryna.

—  Zrobiłeś to wszystko sam? — spytała Nicole.

—  Taa — odparł Max. — Pracowałem nocami… przez ostatnie kilka tygodni. Nie odważyłem się poprosić nikogo o pomoc.

Nicole była wyraźnie poruszona.

—  Nie wiem, jak ci się odwdzięczyć — powiedziała.

—  Po prostu nie daj się złapać. — Max się uśmiechnął. — Ja także nie chcę zginąć. A przy okazji — dodał, wręczając jej elektroniczny czytnik do dysków z książkami — mam nadzieję, że spodobają ci się książki, które dla ciebie zgromadziłem. Podręczniki hodowania świń i drobiu to nie to samo co powieści twojego ojca, ale wolałem nie pokazywać się w księgarni, żeby nie zwracać na siebie uwagi.

Nicole pocałowała go w policzek.

—  Jesteś wspaniałym przyjacielem, Max — szepnęła. — Nie mogę wprost uwierzyć, że…

—  Na dworze jest już jasno — przerwała jej siedząca w kieszeni Joanna d’Arc. — Mamy pewne opóźnienie w stosunku do planu. Panie Puckett, zanim pan nas tutaj zostawi, musimy sprawdzić wyjście awaryjne.

—  Cholera — mruknął Max — muszę słuchać rozkazów robota nie większego niż papieros. — Wyjął Joannę i Eleonorę z kieszeni Nicole i postawił je na górnej półce, obok puszek z groszkiem. — Widzicie te małe drzwiczki? — spytał. — Po drugiej stronie jest rura, która wychodzi obok świńskiego koryta. To jest właśnie wyjście awaryjne.

W ciągu minuty czy dwóch, na które roboty zniknęły za drzwiczkami, Max wyjaśnił Nicole, jak wygląda sytuacja.

—  Policja będzie szukać cię wszędzie — powiedział. — Zwłaszcza tutaj, bo oni dobrze wiedzą, że jestem twoim przyjacielem. Dlatego muszę zamknąć wejście do tej kryjówki. Powinnaś mieć wszystko, aby przetrwać tu przynajmniej kilka tygodni. Roboty mogą sobie chodzić tam i z powrotem… no chyba że zjedzą je świnie. — Zaśmiał się. — Joanna i Eleonora będą twoim jedynym kontaktem ze światem. Powiedzą ci, kiedy przyjdzie czas na drugą fazę ucieczki.

—  Więc nie zobaczę cię już więcej?

—  W każdym razie nie w ciągu kilku najbliższych tygodni — odparł Puckett. — To byłoby zbyt niebezpieczne… Jest jeszcze jedna sprawa. Gdy na górze będzie policja, wyłączę ci prąd. Będzie to sygnał, żebyś zachowywała się szczególnie cicho.

Eleonora Akwitańska wróciła i zatrzymała się na półce obok puszki z groszkiem.

—  Nasze wyjście awaryjne jest znakomite — oznajmiła. — Joanna powróci za kilka dni. W tym czasie zamierza opuścić moduł mieszkalny i skontaktować się z Richardem.

—  Ja też muszę już iść — rzekł Max. Milczał przez chwilę, po czym dodał: — Ale najpierw muszę ci coś powiedzieć, moja droga… Jak zapewne wiesz, przez całe życie byłem kurewsko cyniczny i naprawdę niewielu ludzi darzę szacunkiem. Ale t y przekonałaś mnie, że może niektórzy z nas są lepsi niż kury i świnie. — Uśmiechnął się. — Nie jest ich wielu — dodał szybko — ale zawsze.

—  Dziękuję ci, Max.

Puckett podszedł do drabinki, obejrzał się po raz ostatni i zaczął się wspinać.

* * *

Nicole usiadła na krześle i westchnęła. Z odgłosów dochodzących z tunelu wywnioskowała, że jej przyjaciel blokuje wejście do kryjówki, umieszczając na nim wielkie worki z ziarnem dla kur.

I co teraz będzie? — zastanowiła się. Zdała sobie sprawę, że w ciągu pięciu dni, jakie upłynęły od ogłoszenia wyroku, myślała głównie o nadchodzącej śmierci. Teraz, nie bojąc się już natychmiastowej egzekucji, mogła sobie pozwolić na refleksję.

Najpierw pomyślała o Richardzie, swoim mężu i przyjacielu, którego nie widziała od ponad dwóch lat. Doskonale pamiętała ich ostatni wspólny wieczór, straszliwą rzeź podczas ślubu jej córki Ellie z doktorem Robertem Turnerem. Richard był przekonany, że podobnie jak Kenji Watanabe i Piotr Myszkin, my także mieliśmy zginąć. I chyba miał rację. Tyle że z powodu jego ucieczki zrobiono z niego głównego wroga, a mnie na jakiś czas zostawiono w spokoju.

Myślałam już, że nie żyjesz, Richardzie. Powinnam mieć wię­ cej wiary… Ale jak, do diaska, wylądowałeś znów w Nowym Jorku?

Siedząc na jedynym krześle w swojej podziemnej kryjówce, Nicole poczuła przypływ tęsknoty za mężem. Przed oczami przemknęła jej seria obrazów z przeszłości. Najpierw ujrzała siebie w ptasiej grocie na pokładzie Ramy II, wiele, wiele lat temu, gdy była chwilowo więźniem tych dziwnych, przypominających ptaki stworzeń, które porozumiewały się językiem pisków. To Richard ją tam odnalazł; ryzykując życie, wrócił do Nowego Jorku, żeby przekonać się, czy ona wciąż żyje. Gdyby tego nie zrobił, Nicole na zawsze pozostałaby na wyspie.

Kiedy odcięci od świata usiłowali wymyślić, jak pokonać Morze Cylindryczne i dotrzeć do swoich towarzyszy na pokładzie Newtona, zostali kochankami. Zdziwiły ją i rozbawiły silne emocje towarzyszące wspomnieniom początków ich miłości. Razem przeżyliśmy atak rakiet z głowicami nuklearnymi, pomyślała. Przeżyliśmy nawet moją idiotyczną próbę spłodzenia z innym mężczyzną potomstwa o bardziej różnorodnych genach.

Nicole skrzywiła się na wspomnienie swojej naiwności sprzed lat. Przebaczyłeś mi, Richardzie, choć jestem pewna, że nie przyszło ci to łatwo. A potem, gdy dotarliśmy do Punktu Węzłowego i projektowaliśmy z Orłem ziemski moduł mieszkalny, zbliżyliśmy się do siebie jeszcze bardziej.

Czym tak naprawdę był Orzeł? — zastanawiała się, zmieniwszy temat rozmyślań. I kto lub co go zbudowało? Oczami wyobraźni ujrzała dziwaczną istotę, jedyną, z jaką spotykali się w Punkcie Węzłowym podczas przebudowy Ramy. Istota o twarzy orła i przypominającym ludzkie ciele powiedziała, że jest robotem zbudowanym specjalnie po to, by towarzyszył ludziom. Jego oczy były niezwykłe, niemal mistyczne, a spojrzenie miał równie intensywne jak Omeh, przypomniała sobie.

Jej pradziadek Omeh miał na sobie zieloną szatę szamana plemienia Senufów, gdy odwiedził ją w Rzymie dwa tygodnie przed startem Newtona. Wcześniej Nicole spotkała go dwukrotnie w rodzinnej wiosce matki na Wybrzeżu Kości Słoniowej — raz podczas ceremonii Poro, kiedy miała siedem lat, a po raz drugi trzy lata później, na pogrzebie matki. Już wtedy stary szaman zaczął przygotowywać ją do, jak to określił, „niezwykłego życia”. Omeh twierdził, że to właśnie Nicole jest kobietą, o której kroniki Senufów mówiły, że „owoc żywota swego zabierze do gwiazd”.

Omeh, Orzeł i Richard… co za grupa! — pomyślała. Do tej trójki dołączył Henryk, książę Walii, a Nicole poczuła znów przez moment potężne uniesienie towarzyszące ich krótkiemu romansowi, do którego doszło ledwie kilka dni po tym, jak zdobyła złoty medal na igrzyskach. Raz jeszcze przeżyła ból odrzucenia. Ale przecież gdyby nie było Henryka, przypomniała sobie, nie byłoby Geneviève…

Myśląc o pozostawionej na Ziemi ukochanej córce, Nicole rozejrzała się po pokoju. Jej wzrok zatrzymał się na półce z elektronicznymi książkami. Podeszła do niej i zaczęła czytać tytuły. Niektóre książki rzeczywiście dotyczyły hodowli świń i drobiu, ale nie wszystkie. Wyglądało na to, że Max oddał jej całą swoją bibliotekę.

Uśmiechnęła się do siebie, wyjmując zbiór bajek. Włożyła dysk do czytnika, przejrzała jego zawartość i wybrała bajkę o Śpiącej Królewnie. Doczytawszy do słów „a potem żyli długo i szczęśliwie”, niezwykle wyraźnie przypomniała sobie pewną scenę z dzieciństwa. Była jeszcze mała, miała nie więcej niż sześć czy siedem lat. Siedziała na kolanach ojca w ich domu w ChillyMazarin na przedmieściach Paryża.

Bardzo chciałam wówczas być księżniczką i żyć długo i szczęśliwie, pomyślała. Skąd miałam wiedzieć, że w porównaniu z moim życiem nawet bajki będą się wydawały zupełnie zwyczajnymi historiami?

Odłożyła dysk na półkę i ponownie usiadła na krześle. A teraz, kiedy myślałam już, że to niezwykłe życie dobiegło końca, najwyraźniej darowano mi jeszcze przynajmniej kilka dni.

Znów pomyślała o mężu i tęsknota wróciła. Tak wiele razem przeżyliśmy, mój kochany Richardzie. Mam nadzieję, że znów poczuję twój dotyk, usłyszę twój śmiech i zobaczę twoją twarz. Ale jeżeli tak się nie stanie, spróbuję się nie skarżyć. I tak doświadczyłam w życiu wielu cudownych chwil…


Dodano: 2024-06-27 09:13:07
Komentarze
-Jeszcze nie ma komentarzy-
Komentuj


Artykuły

Plaża skamielin


 Zimny odczyt

 Wywiad z Anthonym Ryanem

 Pasje mojej miłości

 Ekshumacja aniołka

Recenzje

McGuire, Seanan - "Każde serce to wrota. Patyki i kości"


 Tolkien, John Ronald Ruel - "Listy Świętego Mikołaja"

 Gong, Chloe - "Nieśmiertelne pragnienia"

 Nayler, Ray - "Góra pod morzem"

 Kaufman, Amie & Kristoff, Jay - "Aurora: Pożoga"

 Grimwood, Ken - "Powtórka"

 Salik, Magdalena - "Wściek"

 Martine, Arkady - "Pustkowie zwane pokojem"

Fragmenty

 Watts, Peter - "Wir" (Wymiary)

 Robinson, Kim Stanley - "Zielony Mars"

 Clarke, Arthur C. & Lee, Gentry - "Tajemnica Ramy"

 Dresler-Janik, Elwira - "Córki bogini Mokosz"

 Maszczyszyn, Jan - "Mare Orientale"

 Marryat, Frederick - "Statek widmo"

 Kluczek, Stanisław - "Zamek Gardłorzeziec"

 Pettersen, Siri - "Srebrne Gardło"

Projekt i realizacja:sismedia.eu       Reklama     © 2004-2024 nast.pl     RSS      RSS