NAST.pl
 
Komiks
  Facebook
Facebook
 
Forum

  RSS RSS

 Strona główna     Zapowiedzi     Recenzje     Imprezy     Konkursy     Wywiady     Patronaty     Archiwum newsów     Artykuły i relacje     Biblioteka     Fragmenty     Galerie     Opowiadania     Redakcja     Zaprzyjaźnione strony   

Zaloguj się tutaj! | Rejestruj

Patronat

Silverberg, Robert - "W dół do ziemi" (Wymiary)

McGuire, Seanan - "Pod cukrowym niebem / W nieobecnym śnie"

Ukazały się

Kade, Kel - "Smoki i demony"


 antologia - "Felix, Net i Nika. Fantologia"

 antologia - "PoznAI przyszłość"

 Maszczyszyn, Jan - "Mare Orientale"

 Watson, Ian - "Pozoranci"

 Galina, Maria - "Wilcza Gwiazda. Ekspedycja"

 Galina, Maria - "Patrzący z ciemności"

 Żelkowski, Marek - "Siewcy niezgody"

Linki

Pettersen, Siri - "Srebrne Gardło"
Wydawnictwo: Rebis
Cykl: Vardari
Tytuł oryginału: Solvstrupen
Data wydania: Czerwiec 2024
Wydanie: I
ISBN: 9788383381862
Oprawa: miękka
Format: 132 x 202 mm
Liczba stron: 440
Cena: 49,99 zł
Rok wydania oryginału: 2023
Tom cyklu: 2



Pettersen, Siri - "Srebrne Gardło"

W PIWNICY

Juva pociągnęła dźwignię i usłyszała, jak kusza napina się z da­jącym poczucie bezpieczeństwa trzaśnięciem. Oparła łoże na piersi, gotowa zareagować. Nasłuchiwała.

Róg Umarłych niósł swoją ponurą wieść po Náklavie, a mężczyźni stojący tuż za plecami Juvy znów zaczęli oddychać, lecz poza tym na ulicy panowała niepokojąca cisza. Żadnego płaczu, żadnych sparaliżowanych strachem gapiów, żadnych krzyków z okien. Nawet żadnych pijanych ludzi wracających do domu w ciemną letnią noc.

Majestatyczne kamienice rozpychały się przy drodze wiodącej na szczyt Królewskiego Wzgórza do takiej wysokości, na jakiej tylko mogły się znaleźć, aby nie przeszkadzać rezydentom twierdzy Náklaborg. Nic nie wskazywało na to, aby ta szczęśliwa okolica w ogóle dotknięta była wilkowatością.

Juva widziała Skarra, który uniósł na nią nieustraszone, żółte wilcze ślepia, ale nie wyczuwała zagrożenia, była jedynie świadoma, że coś się stanie. Serce wybijało swoją odwieczną przestrogę: tylko czekaj… tylko czekaj… tylko czekaj…

Nachyliła się bliżej ku Nolanowi.

–  Czy jesteśmy we właściwym miejscu?

Nolan wyjął zbyt uproszczony jak dla nich plan miasta.

–  Królewskie Wzgórze Górne dziewięć. Goniec przybiegł prosto z budki wartowniczej, to dopiero pierwszy. Rzadko myli się wcześniej niż trzeciemu z kolei.

Juva popatrzyła na wznoszący się przed nimi dom. Stary, przepyszny budynek chroniony murem z łukowatą bramą. Mieli tam nawet wewnętrzny dziedziniec. Juva wyszarpnęła Nolanowi plan miasta i obróciła w ręce. Nazwisko i adres zostały pośpiesznie nabazgrane w budce.

–  Girding?

Nolan spojrzał na nią, jakby zapomniała własnego imienia.

–  Gisting. Hjarn Gisting. To członek Rady Królestwa, Juvo.

–  Coś takiego – wymamrotał Lok.

Juva zajrzała przez bramę na dziedziniec. Jeśli w domu radnego znajdował się ktoś dotknięty wilkowatością, to wszystko rozgrywało się niezwykle cicho.

–  Fałszywy alarm? – zapytała, chociaż wątpiła w to. Fałszywe alarmy zdarzały się rzadko.

Hanuk wybuchnął ochrypłym śmiechem, który zawsze przywodził Juvie na myśl srokę.

–  A może przekupili chorego, żeby poszedł gdzie indziej? Lok zarechotał.

–  Albo zaoferowali mu miejsce w Radzie Królestwa. Nikt by przecież nie zauważył różnicy.

Juva zerknęła na niego. Lok zawsze lubił szydzić z ludzi mających więcej pieniędzy lub władzy, lecz ani jedno, ani drugie nie mogło zatrzymać wilkowatości. Dziewczyna poczuła narastający niepokój.

–  A może wszyscy nie żyją – powiedziała.

Nastrój znów się zagęścił, jak podczas zrzucania do morza.

Nolan obejrzał się.

–  Gdzie oni się, na Gaulę, podziewają?

Lok przetarł oczy palcami.

–  Nie rozumiem, czemu Dziurawiec czy Broddmar nie zamieszkali z nami… Wszystko byłoby wtedy łatwiejsze.

–  Miej pretensje do siostry Dziurawca – odparł Nolan. – Uważa, że jesteśmy czcicielami diabła.

–  My? – Juva spojrzała na niego. – Czy to nie ona była z tym fajtłapą, który poszedł z nami do Svartny w środku zimy? Tym, który przemycał krew w kolbie na łydce?

Nolan roześmiał się drwiąco i nakreślił na piersi krąg Jól.

–  Słyszałem, że narodziła się na nowo. Ponownie napiła się wody i została uwolniona od grzechów.

Juva wywróciła oczami i zobaczyła, że tuż nad nią ktoś wygląda przez okno. Rozległ się odgłos zamykanych drzwi. Ktoś nerwowo pukał do sąsiada. To był dźwięk zakłóconego nocnego spokoju. Wieści o łowcach rozejdą się po ulicy wraz ze wstrząsającą świadomością, że tym razem trafiło na nas.

Usłyszała, że ktoś biegnie, i chwyciła kuszę obiema rękami, ale to tylko Broddmar i Dziurawiec zjawili się, ciężko dysząc. Dziurawiec, z trudem łapiąc oddech, otarł pot z łysej głowy.

–  To przecież… na samej górze…

–  Za dużo schodów? – zapytał Nolan z miną niewiniątka.

Broddmar spojrzał na niego spode łba.

–  Wchodziłem na wszystkie schody w Náklavie, zanim się urodziłeś, chłopcze.

Juva wślizgnęła się przez bramę i rozejrzała po dziedzińcu. Przesunęła palcami po łożu kuszy i sprawdziła, czy bełt leży prosto w prowadnicy. Broddmar zbliżył się do niej.

–  Wyczułaś coś?

–  Wtedy bym nie czekała.

Podeszła do drzwi i zastukała kołatką. Otworzył mężczyzna w dwurzędowej kamizelce, z wyraźną ulgą na twarzy. Dobrze znała to spojrzenie, to fałszywe poczucie bezpieczeństwa, którego się chwytał, jakby sam jej strój miał moc uratowania ich przed wilkowatymi. Cienka warstwa wysłużonej skóry przeciwko czystemu szaleństwu.

Mężczyzna odsunął się na bok, wpuszczając ich do środka.

–  Witajcie! Pan wkrótce was przyjmie.

Wkrótce?

–  Czy są ranni albo zabici? – zapytała Juva, wchodząc do holu. –  Ależ nie, aż tak źle nie jest! – Jego wzrok przesunął się po jej czerwonym stroju. – W każdym razie jeszcze nie.

Juva ściągnęła kaptur i się rozejrzała. Z piętra schodziły kręte schody, a liczne podcienia wskazywały jasno, że jest tu aż za dużo miejsc, z których można zaatakować. Pomieszczenie zostało kosztownie umeblowane, lecz nie było w nim nic odpowiednio dużego, żeby dało się za tym schować. Przy jednej ze ścian stał dowód zamożności, drewniana szafka z zegarem. Miała wbudowaną klepsydrę, jak gdyby samemu zegarowi gospodarz nie ufał.

Hanuk uniósł rękę, aby dotknąć szafki. Juva odchrząknęła, więc zrezygnował. Dała im znak i wszyscy rozproszyli się, aby sprawdzić, czy nikt dotknięty wilkowatością nie ukrywa się w podcieniach.

Do holu wszedł mężczyzna w białej koszuli. We włosach miał pasma siwizny, a w dłoniach ściskał pogrzebacz.

–  Jól niech będą dzięki, przyszliście!

Wyciągnął rękę w stronę kobiety i dziewczynki, które z wahaniem przystanęły w drzwiach. Były dobrze ubrane i wyraźnie gotowe, aby w mgnieniu oka opuścić dom.

–  Nazywam się Hjarn Gisting, to moja cudowna żona Auga i moja wnuczka Brina. A wy jesteście tymi słynnymi łowcami? Wykrwawiaczami Náklavu? A może tylko wy dwoje w czerwonych strojach…?

Przenosił wzrok z Juvy na Broddmara, jakby oczekiwał, że się przedstawią. Juva poczuła, że traci cierpliwość.

– Czy masz wilkowatość, Hjarn? – zapytała z nadzieją, że obudzi w nim zmysł działania.

–  Nie! Oczywiście, że nie – odpowiedział z zakłopotaniem, wskazując pogrzebaczem drzwi pod schodami. – Jest zamknięta w piwnicy na wino. Nie może wyrządzić żadnych szkód.

–  Ludziom – rzuciła jego żona. – Wina są warte majątek. Juva podeszła do drewnianych drzwi. Nic nie usłyszała, ale wiedziała, że ta cisza kłamie. Coś otuliło jej serce jak zimna mgła. Mężczyźni zebrali się wokół niej, skinęła im dyskretnie, aby potwierdzić to uczucie.

–  Kim ona jest? – zapytał Broddmar.

Auga zakryła dłońmi uszy dziewczynki, zanim odpowiedziała. –  W tym domu nikt nigdy nie brał perełek krwi! Nigdy byśmy jej nie zatrudnili, gdybyśmy podejrzewali… Mildre to kucharka, ma najlepsze referencje i piecze najwspanialsze ciasto z kremem… –  Czy jest sama? – przerwała jej Juva. Nie chciała znać szczegółów. Im mniej wie, tym lepiej. Teraz musi zabić kogoś więcej niż po prostu wilkowatą, musi zabić Mildre, która piecze ciasta z kremem.

Hjarn odstawił pogrzebacz pod ścianę.

–  Tam nie ma nikogo innego. Pracowałem do późna, są… ciężkie czasy. Straż Kręgu wykrwawia się z ludzi i pieniędzy, Rada Miasta straciła niedawno jednego z członków z powodu wilkowatości, nie ma już prawie żadnych granic. – Juva wyczytała w jego wzroku nieme oskarżenie, nim zaczął mówić dalej. – Usłyszałem jakiś hałas, wyszedłem z gabinetu i… tak, od razu wiedziałem, że coś jest nie tak. Pociła się i… – Przełknął ślinę. – Zęby, prawda? Szarpała drzwi jak opętana, więc rzuciłem jej klucz po podłodze. Wydawało się, że chce jedynie tam zejść, to było najdziwniejsze… Oczywiście zamknąłem drzwi, gdy tylko znalazła się w środku.

–  Jak tam wygląda?

–  Och, wiesz, piwnica wbudowana jest w sam mur Królewskiego Wzgórza, jest więc stara, właściwie z X wieku, ma całkiem ładnie sklepione sufity, które…

Juva niemal zwątpiła.

– Pomieszczenia! Ile tam jest pomieszczeń? Czy są jakieś okna, przez które można uciec? Coś, za czym da się schować? Coś, czego można użyć jako broni?

–  Ach, rozumiem. Na końcu schodów jest korytarz, po jednej stronie znajduje się spiżarnia, po drugiej piwnica na wino. Piwnica ma wielkość tego holu, ale jest podzielona na przedziały, lubię sortować wina według regionów, z których… – Napotkał jej wzrok i pospiesznie dodał: – Ale oczywiście żadnej broni.

Oprócz butelek.

Skarr śmignął obok służącego, który odskoczył z lekkim okrzykiem.

–  Przyniosę latarnie – pisnął.

To była najmądrzejsza rzecz, jaką dotąd tu wypowiedziano.

Dziewczynka zbliżyła się o kilka kroków do Juvy.

–  Zabijesz Mildre?

–  Oczywiście, że nie! – odpowiedziała Auga, otaczając małą ramieniem. Posłała Juvie upominawcze spojrzenie. – Prawda?

Juva popatrzyła na Brinę. Wiedziała, że dla większości ludzi kłamstwo jest najłatwiejsze. Ale oni nie wychowali się wśród czytających z krwi i nie byli okłamywani przez całe życie.

–  Twoja babcia ma rację – powiedziała. – Mildre już nie ma.

To, co zabijemy, jest czymś zupełnie innym.

Dziewczynka uniosła wzrok na babkę, jakby oczekiwała, że tamta skoryguje niezawoalowaną prawdę, ale tak się nie stało.

Służący wrócił, omijając Skarra, i podał Nolanowi i Lokowi po latarni.

Juva przekręciła klucz i otworzyła drzwi. Skarr spojrzał w ciemność i zaczął warczeć. Nie potrzebowała go, aby znaleźć chorych na wilkowatość, sama lepiej dawała sobie z tym radę, ale stanowił dowód, który ludzie rozumieli. I był lojalnym przyjacielem, który nie odstępował jej boku od czasu Hulaszczego Gonu. Od czasu jego odejścia.

Przymocowała rzemienie do szelek wilka i podała służącemu smycz.

–  Trzymaj, kiedy będziemy na dole. On jest silny… Mężczyzna zbladł, jak gdyby poprosiła go, aby skoczył z Mostu Bogów, ale wziął rzemień i trzymał go na odległość ramienia. Juva zrobiła kilka kroków w dół. Ciasne i kręte schody dławiły światło latarni. Uniosła przed sobą kuszę. Ruch sprawił, że piersi napięły się, razem z blizną, którą zostawiły w niej jego pazury, zanim zniknął na zawsze.

Zagryzła zęby i skupiła się na strachu. Był pożądanym gościem, mogła na nim polegać. Pulsująca oznaka życia w otchłani, w której poza tym Juva żyła. Szła dalej w dół, bezszelestnie, nasłuchując. To niewiedza zawsze najbardziej ją dręczyła. Nigdy nie wiedziała, co ją czeka. To mogli być starzy, młodzi, zagubieni lub bestialscy…

–  Spodziewaj się najgorszego – szepnęła.

Nolan był tak blisko, że czuła, jak się przygotowuje. Ciepła, bezpieczna ściana mężczyzn za plecami. Tych najlepszych.

Z każdym krokiem robiło się chłodniej, aż wreszcie dotarła do końca schodów. Przekroczyła stłuczoną butelkę po winie i zwróciła się w stronę jedynego dźwięku, który słyszała. Cichego mlaskania. Jakby ktoś człapał po błocie. W labiryncie półek nie było jednak nikogo widać. Oczom Juvy ukazywały się kolejne ściany butelek, a piwnicę wypełniała intensywna woń kwaśnych jagód. Dała znak, że mają się rozdzielić, i mężczyźni rozproszyli się wokół niej.

Pomieszczenie zdawało się coraz węższe, jak gdyby ściany kurczyły się wokoło kuszy. Tylko to istniało. Palec na spuście. Czubek bełtu. Serce drżące w piersi, jakby leżało nagie na zimnie. Uczucie było dużo mniej silne niż wtedy, gdy w pobliżu znajdowali się wieczni, lecz bardziej niepokojące.

Dźwięk stał się głośniejszy. Była już blisko.

Zatrzymała się przed wywróconym regałem, który leżał na jej drodze, przy stercie butelek. Wiele z nich było stłuczonych. Kilka roztrzaskanych beczułek wyglądało jak popękane czaszki. Udało jej się nie potknąć o jedną z nich. Głuchy odgłos tuż obok zdradził, że Dziurawiec nie miał tyle szczęścia.

Nagle mlaskanie ustało. Po podłodze potoczyła się samotna pusta butelka.

Juva skinieniem głowy dała znak Broddmarowi, aby szedł z nią, a innym kazała gestem pójść w przeciwną stronę. Okrążyli regał, każdy ze swojej strony, i wyszli niemal prosto na nią.

Mildre…

Kobieta siedziała w wielkiej kałuży wina i gryzła kość. Wodziła po nich dzikim, czujnym wzrokiem, ale nie ruszała się z miejsca. Jedzenie było ważniejsze. Wszystko wskazywało na to, że próbowała wypić pół piwnicy, ale nie zaspokoiło to jej głodu.

Była po pięćdziesiątce i miała na sobie fartuch kompletnie przesiąknięty winem. Nagle Juva uświadomiła sobie, że kobieta gryzie własną rękę.

Broddmar chwycił Juvę, chcąc ją wesprzeć, a może siebie.

–  Na Druknę – szepnął Dziurawiec.

Lok cofnął się i zwymiotował.

Mildre wciąż żuła kość, ssąc ją jak niemowlę; wydawało się, że nie czuje bólu.

Juvie zrobiło się zimno, wycelowała w Mildre kuszę. Zobaczyła drżący bełt i nacisnęła spust. Krew szumiała jej w uszach, nie słyszała własnego strzału. Widziała jednak bełt wbijający się w pierś. Mildre szarpnęła się do tyłu, a jej ciało rozpostarło się na beczce. Krew z ręki spływała na podłogę, mieszając się z winem, więc wyglądało to, jakby wylały się jej niepojęte ilości.

Juva odetchnęła głęboko. Płuca ją zapiekły. Przez chwilę zapomniała ich używać. Serce otrząsnęło się z ostatnich śladów zimna, które pozostawiła chora. Juva złożyła kuszę, umieściła ją z powrotem w uprzęży i zdjęła z pleców bukłaki.

–  Ona żyje! – krzyknął Dziurawiec.

Dziewczyna uniosła wzrok i ujrzała, że zakrwawiona ręka łapie Broddmara za łydkę. Wypuściła z dłoni bukłaki i rzuciła się na Mildre, która leżała teraz, szarpiąc się, przygnieciona jej ciałem. Broddmar kopał gorączkowo. Ze schodów dobiegł harmider, jakby sama Gaula hałasowała. Coś zawarczało. Ktoś krzyknął. Juva macała w poszukiwaniu noża, który miała u pasa, starając się nie schodzić z walczącej pod nią Mildre. Przez chwilę wydawało jej się, że Mildre warczy, ale to był Skarr. Coś zaszumiało w powietrzu, a potem góra futra i mięśni rzuciła je obie na ziemię. Juva wstała i wpatrywała się teraz w wilka. Skarr wgryzł się w gardło Mildre i mocno trzymał. Skóra marszczyła mu się na pysku, kiedy czekał na kapitulację. Przestał warczeć. Puścił Mildre i usiadł na podłodze, jakby nic się nie stało. Przesuwał językiem po zębach.

Juva znów chwyciła bukłaki, prędko, aby nie zacząć dygotać, a Nolan pospieszył jej z pomocą. Broddmar był zajęty oglądaniem swojej łydki. Jak gdyby wszyscy nie zdążyli się jeszcze zorientować, że brakuje mu już śmiałości do tej pracy. Nie był tym samym człowiekiem, odkąd dowiedział się, że chorzy na wilkowatość mogli mieć szansę dzięki krwi przeklętego diabła, którego ona wypuściła z więzienia.

Nolan związał Mildre stopy i zarzucił je sobie na ramiona. Starał się trzymać ją jak najbardziej w pionie. Juva przyłożyła do gardła kobiety ostry jak nóż dzióbek i mocno wbiła. Bukłak powoli się powiększał w jej palcach.

Lok stał z rękami opartymi o uda, jakby nie był pewien, czy znów zwymiotuje. Nigdy nie miał do tego żyłki. Wilk to wilk, człowiek to człowiek, nigdy nie potrafił znieść stanu przejściowego.

Dziurawiec zaczął krążyć wkoło jak zdenerwowany niedźwiedź. Przejechał dłonią po łysej głowie. Miał dość. Wszyscy mieli. Juva czuła, że to nadchodzi.

–  Czy to nasza wina? – zapytał w końcu. – Jak długo jeszcze tak mogą, wszyscy wieczni powinni już dawno być martwi.

–  Dziurawiec… – W głosie Nolana zabrzmiało ostrzeżenie, które jedynie zwiększyło zwątpienie Dziurawca.

–  Wolno mi pytać! Czy nie po to właśnie odesłaliśmy tego stwora do domu? Żeby pozbyć się jego krwi i żeby wieczni wymarli? Nie ma wiecznych – nie ma perełek krwi, nie ma perełek krwi – nie ma wilkowatych, ale teraz jest ich więcej niż kiedykolwiek wcześniej!

–  To wymaga czasu, Dziurawiec, rozumiesz? – Nolan stęknął i poprawił nogi Mildre. – To nie zniknie w ciągu nocy, a póki istnieje wieczna krew, będą robili z niej perełki. To gówno jest zbyt dochodowe. A nawet kiedy vardari wyzdychają, dużo czasu zajmie zlikwidowanie czarnego rynku.

Lok wyprostował się.

–  A jednak… On przecież ma rację. Ile to już czasu, odkąd… –  Pójdę na górę i powiem, że niebezpieczeństwo minęło – po
wiedział Hanuk.

Juva poczuła w ustach cierpki smak z powodu jego oczywistej próby ucięcia dalszych pytań. Unikali jego imienia jak wilkowatości, jakby ono wciąż nie krążyło w jej głowie.

Od czasu Grífa. Odkąd źródło wiecznego życia opuściło Náklav. Zdjęła wypełniony krwią bukłak z szyi zwłok i wbiła dzióbek kolejnego. Lok miał rację. Matka zmarła ósmego dnia Ikrzca, a od tego czasu vardari nie dostali ani kropelki krwi diabła. W najlepszym wypadku mają przed sobą jeszcze pół roku życia, a umierający vardari powinni mieć w głowie inne rzeczy niż sprzedawanie perełek krwi.

–  A więc czemu jest ich coraz więcej? – zapytał Dziurawiec.

Juva włożyła zatyczkę i zarzuciła sobie bukłaki na plecy. W mieście było tylu chorych na wilkowatość, że nie potrzebowano wilków do zasilania Kręgu Nákla. Bramy działały dzięki samej krwi chorych – gorzka prawda w chwili, gdy wystarczyłaby krew wilcza. Nafraím sam to przyznał.

Jedyną pociechą było, że oszczędzali wilki, bo skończyła z polowaniem na nie, choroba nigdy nie miała z nimi nic wspólnego. Juvie została jednak łowiecka drużyna, która polowała nie na wilki, tylko na ludzi. Wystarczająco wielu odurzało się perełkami krwi, chociaż wiedzieli, że mogą zachorować na wilkowatość.

Ale wciąż nie dość wielu do tego…

Napotkała proszący wzrok Dziurawca i poczuła pragnienie, aby mieć dla niego odpowiedź. Móc powiedzieć, że to minie przed jesienią, ale już zdążyła obiecać zbyt dużo. Całemu miastu.

–  To i tak nie nasza wina, Dziurawiec – powiedział Nolan, rozwiązując rzemienie wokół stóp Mildre. – Musimy liczyć się z tym, że będzie gorzej, zanim stanie się lepiej.

Juva podziękowała mu wzrokiem, a on nagrodził ją bolesnym uśmiechem, który przypomniał jej, że chłopaki dokuczają mu, że jest zmanierowany. W ich świecie znaczyło to, że ładnie pachnie i nie obcina sobie sam włosów. Nolan jednak z pewnością nie był zmanierowany i nie bał się ciężkiej pracy. Tylko Jól wie, czemu wykonywał tę makabryczną robotę, bo pieniędzy nie potrzebo­­ wał. Juva jednak też już ich nie potrzebowała, więc zapewne Nolan miał ten sam powód. To musiało być zrobione. A on był w tym teraz lepszy niż Broddmar.

Juva ukucnęła przy zwłokach i odczepiła z pasa obcęgi. Lok wydał z siebie jęk i odwrócił się plecami. Dziewczyna podniosła wzrok na Broddmara, posyłając mu nieme wyzwanie, aby zaprotestował, ale on już wielu umarłych temu przestał ją oszczędzać. Teraz to była jej praca.

Otworzyła martwe usta, z których ulotnił się chorobliwy zapach surowego mięsa i kwaśnego wina. Język skąpany był we krwi. Nolan podtrzymywał bezwładną głowę, gdy Juva wyłamywała kły. Z jednym musiała się siłować, jeszcze nie wyrósł do końca. Przebijał się tylko z wysiłkiem pod pierwotnym zębem, który kołysał się na cienkim kawałku skóry.

Juva zapakowała zęby w chusteczkę i schowała ją do kieszeni.

Wrócił Hanuk i kopnięciem usunął z drogi butelkę.

–  Jest tu Straż Kręgu – powiedział, jak gdyby tupanie na schodach dało się z czymś pomylić.

Przyszło ich mnóstwo i w mgnieniu oka opanowali piwnicę.

Broddmar poklepał Juvę po karku.

–  Teraz my się tym zajmiemy, idź do domu i się prześpij.

Nie odpowiedziała. To wydawało się zbyt małe i zbyt późne.

Kłamstwo, które opowiedział sam sobie – że wciąż jest opoką. Juva przełknęła rozczarowanie. Zostawiła strażnikom sprzątanie i weszła na górę ze Skarrem depczącym jej po piętach. Na środku schodów leżały stłuczona klepsydra i kilka kółek zębatych. Zrozumiała, że służący przywiązał wilka do zegara, aby nie musieć go trzymać. Juva westchnęła i przeniosła wzrok na Skarra, który odwzajemnił jej spojrzenie; mogłaby przysiąc, że wzruszyłby ramionami, gdyby tylko umiał.

W holu leżało potwierdzenie, ścieżka drzazg z roztrzaskanej szafki na podłodze. Augi i dziewczynki nigdzie nie było widać, za to garstka strażników zajmowała się Hjarnem. Jeśli brakowało im ludzi, to z pewnością nie na Królewskim Wzgórzu, tego była pewna. Radny wpatrywał się w nich bezradnie.

–  Nawet nie podejrzewałem, że ona piła…

Juva wyszła na dziedziniec. Czekało tam mniej ludzi, niż się obawiała, w mglistym świetle, które sprawiało, że w Náklavie łatwo było stracić orientację co do tego, jaka jest pora dnia, przez cały Upalnik, jedyny miesiąc, który można było nazwać latem.

Stali w grupkach wokół czarnego wozu na zwłoki i mamrotali. Zmęczeni. Przerażeni. Rozmowy ucichły, gdy ludzie ją zobaczyli. Odsunęli się, robiąc jej przejście do bramy. Wpatrywali się w nią. I w wilka.

Juva naciągnęła mocniej kaptur, lecz czuła się naga. Bukłaki zwisały jej z ramion niczym gorące skrzydła. Kobieta w nocnej koszuli stała, obejmując się ramionami, jak gdyby zabijała ręce, by się ogrzać.

–  Obiecałaś, że to się skończy! – krzyknęła.

Ten wybuch dodał odwagi innym.

–  Vardari nas karzą! – zawołał starszy mężczyzna.

Juva walczyła z mdłościami. Te słowa pozbawiły ją sił i dopiero teraz zrozumiała, jak mało ma energii do działania. Stopy stały się cięższe, ostatnie siły wykorzystała na wyjście z bramy na pustą ulicę.

Vardari… O tak, oni ukarzą ludzi, co do tego nie ma wątpliwości. Przede wszystkim ją samą.

Sto dwa dni temu Juva zwabiła Eydalę do Kręgu Nákla. Wtedy, gdy skłamała, że list do Nafraíma objaśniał drogę do diabła, źródła wiecznego życia. Gaula jedna wie, co się dzieje z dwojgiem wiecznych od tamtego czasu. Juva nie widziała ani śladu po nich.

Łaskawa Jól, oby byli martwi.

–  Juvo! – Nolan wybiegł przez bramę i przystanął zakłopotany, gdy ujrzał, że nie oddaliła się aż tak bardzo. Przesunął dłonią po krótkiej, świeżo przystrzyżonej brodzie. – Czy jesteś pewna, że nie potrzebujesz, aby ktoś towarzyszył ci jutro?

–  Skarr czuwa. A gdyby ona wiedziała, co robię, już dawno byłabym martwa. Zagrożenie minęło.

Nolan zmarszczył czoło i Juva zrozumiała, że mówił o czymś całkiem innym niż Eydala.

–  Chodziło mi o Radę Miasta. Są pod silną presją, trudno powiedzieć, co wymyślą.

– Ach… – Juva uśmiechnęła się jak najszerzej. – No cóż, to oni powinni się martwić, co ja wymyślę. Dobranoc, Nolan.

Puściła wilka wolno i pozwoliła mu prowadzić przez ulicę i w dół odwiecznych schodów. Nie znajdowała się już ponad miastem, lecz była w nim uwięziona. Morze znikło jej z oczu, a niebo zamieniło się w pasma ponad wąskimi uliczkami gdzieniegdzie poprzecinanymi przez mosty. Wiele z nich było w takim stanie, że lada dzień mogły się zawalić. Wyglądały tak jednak już od dawna.

Skarr przyspieszył, kiedy zbliżyli się do Latarnianych Klifów. Dawniej był wilkiem Broddmara, teraz jest jej. Broddmar wiele razy zabierał go do domu, ale Skarr wcześniej czy później znajdował drogę na zewnątrz i pojawiał się na jej schodach.

Juva próbowała wymacać w kieszeni klucz. Drzwi otworzyły się z nagłym szarpnięciem. Stanęła w nich Kefla z zaciśniętymi ustami.

–  Późno wróciłaś – powiedziała, ujmując się pod boki.

Juva przecisnęła się obok niej.

–  Co ty wyprawiasz, Keflo? Nie możesz tak po prostu otwierać każdemu, czy ty w ogóle nie myślisz?

Kefla zatrzasnęła drzwi, aż śpiew żelaza rozniósł się po ponu­ rym holu.

–  Coś takiego! Wyczułam Skarra i wiedziałam, że to ty!

–  Tego nigdy nie możesz być pewna. Ile razy mam ci to powtarzać? Czy będę musiała cię stąd niebawem wyrzucić?

Pożałowała tych słów już w chwili, gdy je wypowiadała. Kefla znów zacisnęła usta, lecz z jej oczu wyzierał strach. Juva odwiązała uprząż i złapała kuszę oraz bukłaki, zanim spadły na podłogę. Zdjęła czerwony strój i cisnęła go na czarną, pełną zawijasów poręcz schodów.

–  Wiesz, że tutaj nie jest bezpiecznie.

Kefla prychnęła.

–  Masz drzwi z żelaza! Zabiłaś deskami wszystkie okna z wyjątkiem tych, które wychodzą na morze, i masz wilka! Gdzie niby miałoby być bezpieczniej?

–  Musisz być ostrożniejsza, Keflo. O to mi chodziło.

Kefla zarzuciła grzywką i się nadąsała.

–  Tak ostrożna jak ty? Szaleć po mieście w nocy, zabijać chorych na wilkowatość, zawsze chodzić sama… Tak ostrożna?

Juva szukała dobrej odpowiedzi. Kefla miała ostrzejszy język, niż dwunastolatka powinna mieć, wyostrzony przez lata spędzone na ulicy.

–  Nie jestem sama, mam Skarra i drużynę. I nauczyłam się rozpoznawać wiecznych, a ty jeszcze nie.

–  A właśnie, że tak! Równie dobrze jak ty!

Juva westchnęła.

–  Ale nie umiesz rozróżniać. Nie wiesz, która to… Urwała.

Która to ta bestia Eydala.

Jak to się stało, że ta potworna kobieta jeszcze jej nie wytropiła? Nafraím na pewno wszystko opowiedział, o liście i o Grífie, sam widział, jak ten opuszcza świat. Czy brak krwi zabrał już zarówno Nafraíma, jak i Eydalę? A może pozabijali się nawzajem, zanim Eydala poznała prawdę? Juva uczepiła się tej myśli, ale wiedziała, że gdyby w to wierzyła, wiodłaby całkiem inne życie. I sypiałaby w nocy.

Weszła do biblioteki, napełniła kieliszek żytnią wódką i opadła na kanapę. Skarr ułożył się wygodnie u jej stóp. Futro mu lśniło w blasku nocnego słońca rzucającego plamy światła między szprosami okien. Na zewnątrz fale uderzały o klif, potęgując uczucie, które Juva zawsze miała: że jest na pokładzie statku. Trupie drewno tliło się w kominku, tuż obok stał stół – to przy nim siedziały kiedyś zmarłe, jak lalki. Solde. Ogny i inne czytające z krwi. Zbrodnia Nafraíma. A przy ścianie kominkowej stała szafa ze śmiesznym wypchanym krukiem, który wróżył z run. Szafa kryjąca w sobie szyb do kilkusetletniego grzechu rodziny.

Gríf.

Pamiątka oszustwa. Jej własnego idiotyzmu.

Juva opróżniła kieliszek, postawiła go na stole i odsunęła od siebie. Nie była na dole, odkąd on odszedł. Ani razu. Co niby miała tam do roboty? Wspominać jak głupia wszystko, o czym rozmawiali? Wczuwać się w zdradę? Wdychać jego zapach?

Wzdrygnęła się, gdy dostrzegła jakiś ruch, i uświadomiła sobie, że musiała przysnąć. Instynktownie złapała kuszę, ale to tylko Kefla wtuliła się w nią na kanapie. Juva objęła ramieniem jej szczupłe ciało i mruknęła:

–  Jutro możemy iść spotkać się z innymi.

–  Obiecujesz?

– Po zebraniu. Obiecuję – powiedziała Juva, chociaż wcześniej obiecała sama sobie, że nie będzie nic obiecywać.


BARANEK OFIARNY

Głos przewodniczącego Rady Miasta brzmiał doniośle. Sjur Skarbowy był przyzwyczajony, że go słuchają, nawet gdy mówi rzeczy zbędne.

Juva patrzyła na jego twarz bez wyrazu, gdy recytował listę zabitych, sprawiając wrażenie, że się przy tym nudzi. Nazwisko za nazwiskiem. Chorzy na wilkowatość, których Juva zabiła i wykrwawiła. Ofiary, których nie była w stanie uratować. Dla niego to były tylko przypadki, dla niej – wspomnienia. Nie potrzebowała wyliczania, żeby pamiętać.

Zaczęła żałować, że postanowiła stać przy krótszym końcu śmiesznie długiego stołu, ale sądziła, że to szybko pójdzie. Jej żądania były proste: przyzwoite wynagrodzenie dla chłopaków i zrobienie porządku w najbardziej szemranych miejscach, gdzie wciąż handlowano perełkami krwi. Tylko tyle. Ale wszystko wskazywało na to, że jest tu z innych powodów, niż myślała.

Po raz pierwszy została przyjęta w tym pomieszczeniu i to raczej nie był przypadek. Sala była tak wysoka, że każdy czuł się tam nic nieznaczący. Kolumny ozdobione wzorami sprawiały, że trudno było się tu orientować. Zrobiona z żyłkowanych płyt podłoga lśniła, a każde słowo odbijało się echem. Nie zebrała się też zwyczajowa reprezentacja, lecz prawie połowa Rady, ponad dwadzieścioro kobiet i mężczyzn o srogich minach.

To nie był żaden niewinny raport. Oni czegoś chcieli, a niewiedza sprawiała, że Juva czuła mrowienie na karku.

Założyła ręce na plecy, aby powstrzymać się od stukania palcami o palce. Inni radni siedzieli jakby w półśnie nad własnymi odbiciami w wypolerowanym blacie. Nawet Drogg unikał jej wzrokiem. Olbrzymi mężczyzna spokojnie mógł ostrzec ją wcześniej, co się szykuje, ale Juva nie spodziewała się już wiele po nikim.

A jednak… Pomogła mu wyplątać się z kłamstwa, którym omotała go jej matka – przekonania, że każde uderzenie serca skraca mu życie, tak że mężczyzna ledwie śmiał się poruszać. Wszystko, aby zagwarantować stały dopływ pieniędzy od człowieka, który ustawicznie potrzebował zapewnień, ile jeszcze zostało mu życia. Bezlitosne, nawet jak na Lagalune.

Czytająca z krwi. Oszustka. Matka.

Przewodniczący Rady Miasta odrzucił wierzchnią kartkę i czytał dalej z kolejnej:

– Vigda Renne, dwadzieścia siedem, Szczynna. Złamany kark. Kol Herstein Skjegge, czterdzieści dwa, Jęzorna. Trafiony z kuszy… – Urwał na chwilę i spojrzał na Juvę ponad okularami. – W krtań.

Próbował zmusić ją do obrony, zrozumiałaby to, nawet gdyby nie wychowała się wśród czytających z krwi. Juva przypomniała sama sobie, że on właściwie potrzebuje jej aprobaty, żeby odnieść sukces. Uniosła podbródek i dodała:

–  I nóż w plecach. Jego własny.

Przewodniczący odłożył papiery i wydał z siebie afektowane westchnienie.

–  Juvo Sannseyr, mam nadzieję, że nie muszę podkreślać, iż nie strzela się do ludzi…

–  Wilkowatych.

–  …z kuszy na Jęzornej. To nie jest okolica, w której ludzie chcą się przyzwyczajać do takich rzeczy.

– A więc gdzie ludzie chcą się przyzwyczajać do takich rzeczy? Twarz przewodniczącego ściągnęła się jeszcze odrobinę. Kąciki ust miał takie ciężkie, że trudno było sobie wyobrazić, aby choć raz w życiu się uśmiechnął.

–  Młoda frú Sannseyr, stanęłaś na balkonie w Kręgu Nákla – przed połową miasta – i obiecałaś, że wilkowatość się skończy. Minęły już trzy miesiące i jest gorzej niż było! Myślisz, że to dziwne, iż ludzie stracili zaufanie do łowców? Do Seidalaugu?

I do was.

Juva zachowała komentarz dla siebie. Mimo wszystko przewodniczący miał rację. Miasto wrzało, a ona nie mogła nic zrobić, tylko czekać. I znosić to. I przemilczeć, skąd wie, że to minie.

Bo wilkowatość pochodzi z perełek krwi, które z kolei pochodzą od vardarich, którzy żyli dzięki krwi nieśmiertelnego łajdaka z kłami, którego odesłaliśmy do domu, gdziekolwiek, na Druknę, to jest.

Nikt nie wątpił, że wilkowatość dotyka tych, którzy biorą perełki krwi. Ale reszta… Pomyśleliby, że zwariowała, a to jest rzeczywistość, z którą ona i chłopaki muszą żyć. Skończyli z vardarimi i nikt im nigdy za to nie podziękuje.

Juva oparła dłonie na stole i się pochyliła.

–  Jest coraz gorzej, bo ludzie winią o wszystko wilkowatość. O każde włamanie, każdą bójkę, każdego pijanego głupka albo nieszczęsnego szaleńca na ulicy, wszystko z powodu wilkowatości! A wy myślicie wyłącznie o liczeniu zmarłych! Tylko że wiele z kłów, które zebraliśmy, pochodzi od wiecznych. Od vardarich zabitych przez innych vardarich. Wiedzą, że Náklav nie jest już dla nich bezpiecznych portem, więc walczą ze sobą i tak, będzie gorzej, zanim zrobi się lepiej! Tymczasem mamy łowców, którzy… –  Vardari? – krzyknęła kobieta siedząca pośrodku długiego boku stołu. Wywróciła oczami, jakby szukała wsparcia z góry. – A więc znów mówimy o tych wszechwładnych i nieśmiertelnych? Wokół stołu rozległ się źle tłumiony śmiech, ale przewodniczącemu udało się opanować, to trzeba mu było przyznać.

Odsunął papiery na bok.

–  Juvo Sannseyr, twoja słynna mowa podczas Hulaszczego Gonu była katastrofą, co do tego nie ma wątpliwości. Nie tylko wprowadziłaś w błąd Náklav co do tego, czym jest i ma być Sei­ dalaug, ale obiecałaś też koniec wilkowatości i wypowiedziałaś wojnę wytworowi wyobraźni. Sprzysiężeniu działających poza prawem wiecznych, których istnienia nie da się udowodnić, ale istnienie konsekwencji już tak! Twoje urojenia wpędziły ludzi w fanatyzm! Teraz mnóstwo ich wierzy, że vardari istnieją i że… – Sjur odwrócił się do pisarza. – Nie protokołuj tego, człowieku!

Pisarz wypuścił z rąk pióro, jakby się oparzył. Przewodniczący westchnął i znów spojrzał na Juvę.

–  Wierzą, że vardari istnieją, a Rada Miasta nie robi nic, aby zaradzić problemowi.

–  I rzeczywiście nic nie robicie.

Juva słyszała, jak przewodniczący oddycha głęboko, mimo że koniec stołu znajdował się ładny kawałek od niej i mimo że jej słowa były dużo łagodniejsze, niż na to zasługiwali. Aż się paliła do tego, aby znów wymienić wszystkie sprawy, którymi się nie zajęli. To pewnie by tylko pogorszyło sytuację. Samokrytyka rzadko gościła w tych ścianach.

–  Jesteś młoda – powiedział przewodniczący. – To zrozumiałe, że nie dostrzegasz całościowego obrazu, ale czerpiesz korzyści ze swojej pozycji. Dostałaś niebywale dużą swobodę przy wy­ konywaniu tej pracy.

–  Której nikt inny nie chce.

–  Której nikt inny nie chciał. Ale Rada Miasta musi wykorzystać swój dramatycznie ograniczony czas na prawdziwe problemy, a nie na twoje koszmary nocne, frú Sannseyr. I tu muszę dodać, że te prawdziwe problemy sama stworzyłaś.

–  Panika moralna! – powiedziała kobieta, która przerwała Juvie wcześniej.

Reszta Rady Miasta, ożywiwszy się, kiwała głowami na znak poparcia i Juva doznała paskudnego uczucia, że zbliżają się do sedna.

Przewodniczący wskazał na kobietę.

–  Panika moralna, to prawda, Ingro. Uciążliwi prorocy końca świata, krzyki o karach, nieznośni kapłani. Jeden z nich zadaje sobie wiele trudu, głosząc, że… – Sjur znów chwycił papiery i przeczytał z uniesionymi brwiami: – Że tylko grzesznicy chorują, że wilkowatość to kara od Boga, jedynego Boga, i że Náklav musi stać się miastem bez grzechu. – Ponownie cisnął papiery na stół. – Nazywają siebie Chronionymi i jest dla mnie zagadką, jak ktoś w tym mieście zdobywa rzesze zwolenników, nawołując do umiarkowania, ale może byliby w stanie czegoś nas nauczyć.

Umiarkowanie…

Juva nagle poczuła się słabo. Jego słowa sprawiły, że opadły ją wspomnienia z zapuszczonej sali z lustrami i tysiącami świec. Gdy została uprowadzona przez Eydalę, która siedziała naprzeciwko niej i recytowała głuchym, zimnym głosem słowa o wierzącym z Undst.

Zagadkowi ludzie, nie sądzisz? Przybyli tu z własnymi bogami i czczymi groźbami wiecznych mąk dla zachłannych. Potrafisz wyobrazić sobie przekonania, które wymagają przybycia tu, do Náklavu, i wygłaszania kazań o umiarkowaniu?

Juva niemal poczuła strunę dławiącą jej gardło. Nie mogła powiedzieć, że znalazła się tam wbrew swojej woli. Dała się złapać, nie wiedząc, co ją czeka. Aby nastawić vardarich przeciwko sobie, by przekonać ich, że to Nafraím ma diabła, a nie ona. Wszystko dla niego. Dla Grífa.

Spuściła wzrok na swoje dłonie i przycisnęła je do blatu, aby nie drżały. Po nocnym polowaniu wciąż miała krew pod paznokciami. Za mało sypiała.

Nie pozwól, aby zobaczyli słabą czytającą z krwi. –  Rozumiesz nasz problem, frú Sannseyr? Uniosła wzrok.

–  Rozumiem, że nie ja powinnam tu stać, jeśli to kapłani stanowią problem.

–  Ten kapłan, Srebrne Gardło, mówi twoimi słowami. Cytuje twoją mowę i zawsze wygłasza peany na twój temat z powodu twoich porachunków z tymi tak zwanymi vardarimi. A ponieważ zdołał się otoczyć rzeszą fanatyków, uznajemy za konieczne pozwalać mu na to. Tragiczne jest to, że daje ludziom poczucie bezpieczeństwa, którego nie może już im zapewnić Seidalaug.

Juva klepnęła się w czoło.

–  A więc chcecie zastąpić jedno kłamstwo innym?

–  Dziecko drogie, każdego poranka przechodzę obok cechu Votna, świątyni Muune i kramu, w którym sprzedają podróżnym runy Virrivega, one wszystkie są przy tej samej ulicy! To jest Náklav! Świat w pigułce! Mamy tu bezbożników i wierzących żyjących w pięknej – i przede wszystkim opłacalnej – symbiozie i naprawdę nie zaprzątałoby mnie w najmniejszym stopniu, w jakie kłamstwa ludzie wierzą, póki nie uderzy im to do głowy.

–  A przez vardarich uderza im to do głowy?

–  Przez wszystko, cały czas, od kiedy Róg Umarłych rozbrzmiewa w każdym tygodniu, a czerwoni łowcy strzelają do chorych na wilkowatość na ulicach. To szerzy zbędny niepokój i musi się skończyć!

Juva poczuła drgnięcie w kąciku ust. Intensywne pragnienie, aby pokazać mu zęby.

–  Myślę, że wszystko, co dotąd wyliczyłeś, świadczy o tym, iż działamy jak najlepiej.

Sjur Skarbowy z miną pełną samozadowolenia zacisnął wargi, co chyba miało oznaczać uśmiech.

–  Tak – odrzekł. – Tego się właśnie obawiamy.

Juvę ogarnęło niemiłe uczucie, że wpadła w pułapkę. Jego słowa bynajmniej nie były spontaniczne. To umówiona gra.

–  A wasze najlepsze działania wczoraj – ciągnął przewodniczący – to zdewastowana piwnica i bezcenny zegar rozbity w drzazgi!

Juva nie zdążyła odpowiedzieć, gdy przemówił radny Horski, parskając głośno, jakby z trudem panował nad własnym głosem.

–  Rozwiązaniem jest odciążenie! A gdyby tak wykorzystać ochotników z jednej z tych… sekt? Zwiększenie liczby czerwonych łowców to najlepsze, co możemy zrobić.

Juva wpatrywała się w mężczyznę. Miał ogniście czerwone pyzate policzki, przez co jego twarz wydawała się nieforemna. Sprawiał wrażenie rozkrzyczanego niemowlaka. A co gorsza, chyba mówił poważnie.

–  Ochotników? – zapytała. – Masz na myśli, że trzeba nająć ludzi żądnych zabijania z bandy, którą właśnie nazwaliście fanatykami, aby wyglądało na to, że robicie coś z wilkowatością. Możecie…

–  Aby wyglądało? – Horski zarzucił głową w tył z oburzoną miną, od której zrobił mu się podwójny podbródek. – Znacznie ograniczyliśmy polowania na wilki, aby utrzymać ulice wolne od perełek krwi, co może być ważniejsze?

Juva przygryzła wargę. Chociaż mogła mu powiedzieć, jak bardzo się myli, nie miała pojęcia, od czego zacząć. Perełki zawierały krew wiecznych, nie wilków. Wilkowatość nigdy nie miała nic wspólnego z wilkami. Ograniczyli polowania na wilki dla pozoru i dlatego że kamienie w Kręgu Nákla działały obecnie dzięki krwi chorych. Tak proste to było i nic nie dało się poradzić.

Wiedziała, że ich irytuje, mieli to wyraźnie wypisane na twarzach. Wymienili spojrzenia, wyzywając się nawzajem do zrobienia kolejnego ruchu.

Juva zdawała sobie sprawę, że większość stojących przed Radą ludzi już dawno zostałaby stąd wyrzucona, lecz strach przed czytającymi z krwi był głęboko zakorzeniony. Była młoda i w ogóle nie pasowała do tej sali, ale nazywała się Juva Sannseyr i chociaż Anasolt wykonywała całą pracę, na papierze to właśnie Juva była mistrzynią Seidalaugu. Tysiącletnie przesądy dawały jej swobodę mówienia, co chce. Uchwyciła się tej nadziei i podjęła temat w miejscu, w którym przerwał jej Horski.

–  Zaufajcie mi, akurat najmniej nam teraz potrzeba przypadkowych szaleńców w pogoni za pretekstem do zabicia sąsiada, którego nie znoszą. Mam porządną drużynę, ludzi, na których mogę polegać. Załoga to nie problem. Problemem jest powstrzymanie tych, którzy handlują perełkami krwi, i odnajdowanie chorych, zanim wyrządzą szkody.

–  Chyba mówiłaś, że problemem są vardari – odparł chłodno przewodniczący Rady. – Czy zatem nie przyda się więcej osób, które nastawałyby na ich życie?

Juva roześmiałaby się, gdyby jeszcze miała na to siłę.

– Więc zamierzacie wykorzystać ochotników do polowania na coś, czego nie chcecie uznać za rzeczywiste? Z całym szacunkiem, Rado Miasta: wcześniej czy później będziecie musieli się zdecydować, czy oni istnieją.

–  Frú Sannseyr ma rację – jasnowłosa kobieta zabrała głos nagle, jakby chciała zapobiec bójce – to nie chorzy na wilkowatość stanowią największy problem, sami ściągnęli na siebie ten los, biorąc krew.

Juva zadrżała. Nikt nie prosił o to, by zachorować na wilkowatość, i te słowa w niczym nie przypominały tego, co sama powiedziała, pozwoliła jednak kobiecie kontynuować.

–  Problemem jest przecież panika i szkody, które oni wyrządzają innym. A gdybyśmy obiecali nagrody dla spadkobierców, pod warunkiem że chorzy zgłoszą się, zanim zamienią się wbestie?

Juva zdusiła zrezygnowany jęk.

–  Nagrody? Tysiące zdrowych ludzi zgłoszą się już jutro, jeśli to pozwoli wykarmić resztę rodziny.

Radni i radne patrzyli na nią pustym wzrokiem, jakby mówiła w obcym języku. Juva rozłożyła ręce.

–  Czy wy nigdy nie potrzebowaliście pieniędzy? Nigdy nie martwiliście się o kogoś, kto ich potrzebuje? Nigdy nie byliście głodni?

Sjur zebrał papiery, jak gdyby ostatnie słowo zostało wypowiedziane, ale najwyraźniej wcale tak nie było.

–  Juvo, twoje zaangażowanie jest… wzruszające. Wydaje mi się jednak, że to ty nic tu nie zdziałasz. Nie masz jeszcze nawet dwudziestu lat, prawda? To niemal nieodpowiedzialne, żeby ktoś tak młodziutki był łowczynią i mistrzynią cechu, a my najwyraźniej zażądaliśmy od ciebie zbyt wiele. Przyszło ci zrzucić do morza zmarłe krewne i przyjaciółki. Własną matkę i siostrę. Poza tym pracowałaś dla osoby chorej na wilkowatość, nieprawdaż? – Znów zajrzał w papiery. – Ester Spinne. Ale tutaj jest napisane, że ona została zrzucona do morza w zwykły sposób. Myślałem, że chorymi na wilkowatość karmi się kamienie…

Juva wpatrywała się w niego z niedowierzaniem. Czyżby to była groźba? Ester… Cudowna stara Ester, którą Juva była zmuszona zabić. A teraz wykorzystywano ją do politycznych rozgrywek.

Juva skinęła głową w stronę pustego krzesła, które, jak sądziła, należało kiedyś do Olma Fennara i zapewne należałoby dalej, gdyby Olm nie zachorował na wilkowatość i nie próbował podpalić własnego salonu.

–  Ja też tak myślałam – odparła. – Ale znam osoby z Seidalaugu, które były na zrzuceniu do morza Olma.

Radny udał, że jej nie słyszał.

–  Docierają też do nas pogłoski, że przyjęłaś do siebie dziec­ ko – dodał.

–  Ja słyszałam, że kilkoro – mruknęła Ingra.

–  Nie mam dzieci i nie planuję ich mieć – powiedziała Juva.

Przewodniczący zmierzył ją wzrokiem.

–  Nie, chciałbym zauważyć, że to nie dałoby się pogodzić z twoją pracą.

A więc powiedział to…

Juva poczuła, jak wraz ze zrozumieniem narasta w niej rozpacz. Chcieli odebrać jej funkcję mistrzyni cechu, pracę, o której przyjęcie ją błagali, której nikt inny nie miał odwagi się podjąć. Pracę, której nigdy nie chciała. A wykrwawiaczką została, aby pomagać Broddmarowi w polowaniu na wiecznych. Vardari żyli jednak w pożyczonym czasie. Niedługo stanie tu, by posłuchać, jak jej kadzą, bo miasto znów będzie bezpieczne. Bo wilkowatość zostanie wypleniona. Za nie więcej niż pół roku. Do tego czasu nie może stracić niczego ani nikogo. A już na pewno nie możliwości chronienia Kefli i innych.

To zebranie to po prostu zapowiedź. Ostrzeżenie. Chcą się jej pozbyć. Rada Miasta znalazła najprostszy sposób, aby udawać, że coś robi: zastąpi Juvę kimś innym. Ale kiedy?

–  Dobrze – rzekł przewodniczący i stuknął papierami o stół, jakby osiągnęli jakieś porozumienie. – Macie więc miesiąc. Jeśli sprawy nie będą wyglądały lepiej, poczynimy stosowne kroki.

–  Stosowne kroki? – zapytała, chociaż bała się odpowiedzi. Sjur znów udał, że jej nie słyszał, i nie spoglądając na nią, machnięciem ręki dał znak, żeby wyszła. Juva opuściła salę. Dopiero teraz zobaczyła, że jej buty zostawiły błotniste ślady na drodze do środka. Zeszła po szerokich schodach, starając się na nikogo nie patrzeć. Odnosiła wrażenie, że jej ciało jest obrzmiałe i się trzęsie, jakby miała kaca. Weź się w garść! Kefla czeka!

Wyszła na ulicę i ruszyła prosto ku Kręgowi Nákla, bez powodzenia walcząc z gniewem. Kefla stała oparta o potężny mur tuż przy północnej bramie, twarz jej się rozjaśniła na widok Juvy. Rzuciła się jej na spotkanie, jakby miała lat sześć, a nie dwanaście.

Juva zagryzła zęby i potrząsnęła głową.

To nie jest bezpieczne.

Kefla zwolniła, a jej uśmiech zgasł. Zatrzymała się na środku ulicy, gdy młodzi ciągarze przechodzili z powozami pełnymi podróżnych. Mimo że pojazdy podskakiwały na bruku, ich pasażerowie się uśmiechali. Zachwyceni tym, że są w Náklavie. W mieście nad miastami.

Juva odwróciła się i poszła inną drogą. Wzrok Kefli przepalał jej plecy i ściskał żołądek. Juva słyszała urywki kłótni, która jeszcze się nie odbyła. O obietnicę, którą złożyła i której nie mogła teraz dotrzymać.

Stałam się Lagalune.

Ta myśl bolała. Czy jest skazana na to, aby być taka jak matka? Tak samo godna pogardy?

Nie! To minie za pół roku. Żadnych więcej chorych na wilkowatość, żadnych vardarich i żadnego ryzyka dla młodej czytającej z krwi takiej jak Kefla. Juva musi tylko wytrzymać i pozwolić, aby czas zrobił swoje.

To właśnie czekanie było najgorsze, ale przyrzekła Broddmarowi, że nie zrobi nic innego. On sam był wiecznym, więc nie mogła go winić. Zabiła jednego z nich u Haane, a chociaż był vardarim, to miała krew na rękach.

Pięć miesięcy, może sześć.

Wtedy będzie mogła wytłumaczyć wszystko Kefli i prowadzić normalne życie.

Wiedziała jednak, że okłamuje samą siebie. Spotkała Grífa.

Uwolniła potwora i nic już nigdy nie będzie normalne.


Dodano: 2024-06-05 09:21:05
Komentarze
-Jeszcze nie ma komentarzy-
Komentuj


Konkurs

Wygraj "Wiedźmiego króla"


Artykuły

Plaża skamielin


 Zimny odczyt

 Wywiad z Anthonym Ryanem

 Pasje mojej miłości

 Ekshumacja aniołka

Recenzje

Grimwood, Ken - "Powtórka"


 Salik, Magdalena - "Wściek"

 Martine, Arkady - "Pustkowie zwane pokojem"

 Sherriff, R.C. - "Rękopis Hopkinsa"

 Kelly, Greta - "Lodowa Korona"

 Harpman, Jacqueline - "Ja, która nie poznałam mężczyzn"

 Baldree, Travis - "Księgarnie i kościopył"

 Herbert, Brian & Anderson, Kevin J. - "Dziedzic Kaladanu"

Fragmenty

 Marryat, Frederick - "Statek widmo"

 Kluczek, Stanisław - "Zamek Gardłorzeziec"

 Pettersen, Siri - "Srebrne Gardło"

 Wyndham, John - "Dzień tryfidów"

 Wells, Martha - "Wiedźmi król. Witch King"

 Howey, Hugh - "Zmiana"

 Silverberg, Robert - "W dół do ziemi" (Wymiary)

 Niven, Larry & Pournelle, Jerry - "Pyłek w Oku Boga"

Projekt i realizacja:sismedia.eu       Reklama     © 2004-2024 nast.pl     RSS      RSS