NAST.pl
 
Komiks
  Facebook
Facebook
 
Forum

  RSS RSS

 Strona główna     Zapowiedzi     Recenzje     Imprezy     Konkursy     Wywiady     Patronaty     Archiwum newsów     Artykuły i relacje     Biblioteka     Fragmenty     Galerie     Opowiadania     Redakcja     Zaprzyjaźnione strony   

Zaloguj się tutaj! | Rejestruj

Patronat

Wells, Martha - "Protokół buntu. Strategia wyjścia"

Dashner, James - "Dziedzictwo labiryntu"

Ukazały się

Kade, Kel - "Smoki i demony"


 antologia - "Felix, Net i Nika. Fantologia"

 antologia - "PoznAI przyszłość"

 Maszczyszyn, Jan - "Mare Orientale"

 Watson, Ian - "Pozoranci"

 Galina, Maria - "Wilcza Gwiazda. Ekspedycja"

 Galina, Maria - "Patrzący z ciemności"

 Żelkowski, Marek - "Siewcy niezgody"

Linki

Niven, Larry & Pournelle, Jerry - "Pyłek w Oku Boga"
Wydawnictwo: Vesper
Kolekcja: Wymiary
Tytuł oryginału: The Mote In God's Eye
Tłumaczenie: Tomasz Chyrzyński
Data wydania: Maj 2024
ISBN: 9788377314920
Oprawa: Twarda
Format: 140x205
Liczba stron: 852
Cena: 99,99
Rok wydania oryginału: 1974
Wydawca oryginału: Simon & Schuster



Niven, Larry & Pournelle, Jerry - "Pyłek w Oku Boga"

Prolog

Przez ostatnie tysiąc lat zwykło się uważać napęd Aldersona za wielkie błogosławieństwo. Bez podróży z prędkością nadświetlną, które stały się możliwe dzięki temu przełomowemu odkryciu, ludzkość utknęłaby w ciasnej klatce Układu Słonecznego po spowodowanym przez wielkie wojny patriotyczne upadku Kondominium na Ziemi. Tymczasem zasiedliliśmy już ponad dwieście światów.
Błogosławieństwo, tak. Pewnie byśmy wyginęli, gdyby nie napęd Aldersona. Ale czy wielkie? Zastanówmy się. Tak zwany efekt linii tramwajowej, który zapoczątkował kolonizację planet, oraz kontakty międzygwiezdne, które umożliwiły powstanie Pierwszego Imperium, pozwalają na wojnę międzygwiezdną. Światy rujnowane przez dwieście lat wojen secesyjnych były zarówno zasiedlane, jak i niszczone przez statki z napędem Aldersona.
Za sprawą napędu nie musimy się już przejmować przestrzenią dzielącą gwiazdy, gdyż możemy się przemieszczać między układami gwiezdnymi w zerowym czasie, nasze statki i ich silniki muszą jedynie pokonywać odległości międzyplanetarne. Mawiamy, że Drugie Imperium Człowieka włada dwoma setkami światów i całą przestrzenią pomiędzy, ponad piętnastoma milionami parseków sześciennych…
Zobaczmy jednak, jak jest naprawdę. Wyobraźmy sobie miriady maleńkich bąbelków rzadko rozproszonych, unoszących się w toni bezkresnego morza. Władamy częścią owych bąbelków. Wód, o których nie wiemy nic…

– z wystąpienia dr. Anthony’ego Horvatha w Instytucie Blaine’a, 3029 r.


Część pierwsza
Sonda Szalonego Eddiego

Rozdział 1
Dowództwo

Rok 3017
– Admirał wzywa pana natychmiast do swojego biura – oznajmił kadet Staley.
Komandor Roderick Blaine rozejrzał się gorączkowo po mostku, na którym jego oficerowie dyrygowali pracami naprawczymi niskimi i naglącymi głosami, niczym chirurdzy asystujący przy trudnej operacji. W przedziale o szarych stalowych ścianach wrzało od pracy. Choć wszyscy wiedzieli, co mają robić, wokół panowało wrażenie chaosu. Ekrany nad stanowiskiem pilota, które jeszcze działały, pokazywały planetę w dole i kilka statków na orbicie nieopodal MacArthura, ale wszędzie indziej osłony paneli zostały zdjęte z konsol, a w ich wnętrznościach tkwiły wpięte przyrządy badawcze. Technicy czekali w gotowości z kolorowymi elektronicznymi aparatami, aby wymienić wszystko, co budziło wątpliwości. Na całym statku słychać było głuche uderzenia i jęki, ponieważ gdzieś na rufie załoga inżynieryjna łatała poszycie.
Bitewne blizny były dosłownie wszędzie, brzydkie oparzenia w miejscach, w których ochronne pole Langstona na chwilę uległo przeciążeniu. W jednej z konsol ziała wypalona na wylot poszarpana dziura większa od męskiej pięści, a dwaj technicy sprawiali wrażenie, jakby zostali na trwałe podłączeni do systemu siecią kabli. Rod Blaine krytycznym okiem spojrzał na czarne plamy, które widniały na jego mundurze polowym. Woń metalicznych oparów i spalonego mięsa wciąż wypełniała mu nozdrza – albo mózg. Przypomniał sobie, jak z kadłuba eksplodował ogień i roztopiony metal, by w następnej chwili trafić go w bok. Lewe ramię nadal miał przewiązane w poprzek piersi bandażem elastycznym, a na podstawie plam, którymi był pokryty, bez trudu mógł odtworzyć to, co robił w poprzednim tygodniu.
A byłem na pokładzie zaledwie godzinę! – pomyślał. – Kapitan zszedł na ląd i wszystko się wali. Nie mogę teraz odejść!
Zwrócił się do kadeta:
– Natychmiast?
– Tak jest. Sygnał ma oznaczenie „Pilne”.
Nie ma więc rady, jeśli chce uniknąć reprymendy po powrocie kapitana na pokład. Pierwszy oficer Cargill i mechanik Sinclair byli kompetentnymi ludźmi, ale to Rod dowodził i kontrola uszkodzeń należała do jego obowiązków, mimo że nie znajdował się na MacArthurze, kiedy statek przyjął większość uderzeń.
Ordynans Roda zakasłał dyskretnie i wskazał poplamiony mundur.
– Mamy jeszcze trochę czasu, żeby doprowadzić pana ubiór nieco do ładu, komandorze.
– Słuszna uwaga.
Rod dla pewności zerknął na tablicę statusu. Rzeczywiście, zostało pół godziny do startu promu, który zabierze go na powierzchnię planety. Pośpiech niczego nie zmieni. Zresztą dobrze byłoby się wydostać z tego kombinezonu. Nie zdejmował go, odkąd został ranny.
Potrzebował jednak pomocy, dlatego posłano po sanitariusza. Medyk naciął materiał przywierający do ramienia i mruknął:
– Proszę się nie ruszać. Solidnie pana zgrillowało. – W jego głosie słychać było dezaprobatę. – Powinien pan trafić do szpitala pokładowego już w zeszłym tygodniu.
– Nie miałem czasu – odparł Rod.
Tydzień wcześniej MacArthur uczestniczył w potyczce
z jednostką rebeliantów, która – nim się poddała – została mocno pokiereszowana. Po zwycięstwie Rod został kapitanem przejętego statku wroga, a na jego pokładzie nie było
odpowiedniego zaplecza medycznego.
Po zdjęciu pancerza poczuł coś gorszego niż tygodniowy pot. Zapewne początki gangreny.
– Tak… – Sanitariusz westchnął, rozcinając kilka kolejnych nici. Syntetyk był twardy jak stal. – Teraz muszę rozkroić całą resztę, komandorze. A kiedy trafi pan do szpitala, będziemy mogli naprawić panu nos.
– Podoba mi się mój nos – powiedział chłodno Rod.
Musnął palcem haczykowaty narząd węchu i przywołał w pamięci chwilę, której został złamany. Rod uważał, że nos go postarza, co nie jest wcale takie złe, kiedy ma się dwadzieścia cztery standardowe lata. Poza tym stanowił atrybut zasłużonego, a nie odziedziczonego sukcesu. Rod był dumny z historii swojej rodziny, aczkolwiek zdarzało się, że reputacja Blaine’ów nie ułatwiała mu życia.
W końcu pancerz został rozcięty do końca, a ramię posmarowano numbitolem. Stewardzi pomogli Rodowi włożyć jasnoniebieski mundur, czerwoną szarfę, złoty galon, epolety; wszystko pomarszczone i pogniecione, ale lepsze to niż
monofibrowy kombinezon. Sztywna marynarka powodowała ból mimo środka znieczulającego, ale odkrył, że może przecież oprzeć rękę na kolbie pistoletu.
Kiedy był gotowy, udał się na pokład hangarowy MacArthura i wsiadł na gig lądowniczy. Sternik spuścił pojazd przez duże drzwi windy lotniczej, mimo że statek cały czas znajdował się w ruchu wirowym. Manewr był wprawdzie niebezpieczny, ale pozwalał oszczędzić czas. Silniki rakietowe zostały uruchomione i niewielki, wyposażony w skrzydła prom wpadł w atmosferę.

NOWE CHICAGO: zamieszkany świat, sektor Trans-Worek Węgla, około 20 parseków od stolicy sektora, składnikiem pierwotnym jest żółta gwiazda F9 powszechnie nazywana Beta Hortensis.
Atmosfera jest bardzo zbliżona do normalnej atmosfery Ziemi, pozwala na oddychanie bez aparatów i filtrów. Grawitacja wynosi 1,08 standardowej. Promień planety to 1,05 standardowego promienia Ziemi, masa zaś równa się 1,21 jej standardowej masy, co wskazuje na planetę o gęstości większej niż normalna. Nowe Chicago ma kąt nachylenia wynoszący 41 stopni, przy półosi wielkiej równej 1,06 jednostki astronomicznej, umiarkowanie wydłużonej. W rezultacie wahania temperatur sezonowych ograniczyły obszary zamieszkane do względnie wąskiego pasma w południowej strefie cieplnej.
W normalnej odległości znajduje się jeden księżyc, powszechnie znany jako Evanston. Pochodzenie nazwy jest niejasne.
Nowe Chicago w 70 procentach stanowią morza. Obszar lądowy o ciągłej aktywności wulkanicznej jest głównie górzysty. Wysoko rozwinięty przemysł metalowy z okresu Pierwszego Imperium został niemal całkowicie zniszczony podczas wojen secesyjnych; rekonstrukcja bazy przemysłowej postępuje w zadowalającym tempie, odkąd Nowe Chicago zostało przyjęte do Drugiego Imperium w 2940 r. n.e.
Większość mieszkańców żyje w jednym mieście, które nosi taką samą nazwę jak planeta. Inne zamieszkane miejsca są rozproszone, liczba ludności w żadnym z nich nie przekracza 45 tysięcy osób. Całkowita populacja planety wynosi 6,7 miliona, jak wynika ze spisu ludności przeprowadzonego w roku 2990. W górach prosperują miasta górnicze, w których wydobywa się rudy żelaza, a ponadto nie brakuje osad rolniczych. Planeta jest samowystarczalna pod względem artykułów żywnościowych.
Nowe Chicago ma rozwijającą się flotę handlową i znajduje się w dogodnym punkcie, aby służyć jako ośrodek handlu międzygwiezdnego w Trans-Worku Węgla. Władzę sprawują gubernator generalny oraz rada wyznaczona przez wicekróla sektora, działa też wybierane zgromadzenie, a dwóch delegatów zostało przyjętych do Parlamentu Imperium.

Rod Blaine patrzył gniewnie na słowa płynące po ekranie swego komputera kieszonkowego. Dane fizyczne były aktualne, ale wszystko inne było przestarzałe. Rebelianci zmienili nawet nazwę świata z Nowego Chicago na Panią Wolności.
Trzeba będzie powołać nowy rząd – pomyślał. – Z całą pewnością planeta straci swoich delegatów, a niewykluczone, że także prawo do wybieranego zgromadzenia.
Odłożył urządzenie i spojrzał w dół. Lecieli nad górzystą krainą. Nigdzie nie dostrzegł oznak wojny. Na szczęście nie było też śladu po bombardowaniach strefowych.
Czasami się zdarzały, owszem: ufortyfikowane miasto
mogło się utrzymać z pomocą satelitarnej obrony planetarnej, a Flota nie miała czasu na długotrwałe oblężenia. Imperium stosowało politykę tłamszenia rebelii, ale kosztem możliwie najmniejszej liczby ofiar. Buntującą się planetę wprawdzie można było zredukować do skrzących się pól lawy i garstki miast nakrytych czarnymi kopułami pól Langstona, tylko co dalej? Brakowało statków do przewożenia żywności na dystansach międzygwiezdnych. Zaraza i głód były nieuniknione.
A jednak, jak pomyślał Rod, był to jedyny możliwy sposób. Złożył ślubowanie, kiedy został oficerem Imperium. Ludzkość trzeba zjednoczyć – czy to argumentami, czy siłą – aby nigdy więcej nie powtórzyły się trwające setki lat wojny secesyjne. Każdy oficer Imperium widział okropności, do jakich wtedy dochodziło. Dlatego akademie mieściły się na Ziemi, a nie w stolicy.
Kiedy zbliżyli się do miasta, dostrzegł pierwsze ślady stoczonej bitwy. Pierścień jałowych ziem, zburzone odludne twierdze, zniszczone betonowe tory systemu transportowego, a dalej niemal nietknięte miasto bezpiecznie zamknięte w idealnym kole ochronnym Langstona. Miasto doznało nieznacznych zniszczeń, ale po wyłączeniu pola skuteczny opór ustał. Tylko fanatycy walczyli przeciwko piechocie Imperium.
Przelecieli nad ruinami wysokiego budynku zawalonego pod ciężarem spadającego wahadłowca. Ktoś musiał strzelić do żołnierzy, a pilot nie chciał, aby jego śmierć poszła na marne…
Zatoczyli koło nad miastem, zwalniając przy podejściu do doków lądowniczych, żeby nie wypadły szyby ze wszystkich okien w okolicy. Budynki były stare, w większości zbudowane w technologii hydrokarbonowej, jak domyślał się Rod, choć niektóre najwyraźniej wyburzono, a w ich miejsce wzniesiono bardziej nowoczesne konstrukcje. Nic nie zachowało się z miasta Pierwszego Imperium, które kiedyś tu stało.
Kiedy się zniżali nad lądowiskiem na dachu Budynku Rządowego, Rod zdał sobie sprawę, że niepotrzebnie zwolnili, ponieważ większość szyb i tak była już wybita. Na ulicach kotłowały się tłumy, lecz jedynymi poruszającymi się pojazdami były konwoje wojskowe. Jedni ludzie stali bezczynnie, inni zaś biegali od sklepu do sklepu. Za ogrodzeniem pod napięciem wokół Budynku Rządowego stali na straży komandosi w szarych mundurach. Wahadłowiec wylądował.
Blaine’a zaprowadzono do windy, którą zjechał na piętro gubernatora generalnego. W budynku nie zauważył ani jednej kobiety, chociaż w biurach rządowych zwykle było ich mnóstwo. Rod tęsknił za dziewczętami. Spędził w kosmosie dużo czasu. Przedstawił się siedzącemu sztywno za kontuarem żołnierzowi i czekał.
Wcale nie palił się do rozmowy z admirałem, toteż dla zabicia czasu wpatrywał się w puste ściany. Wszystkie ozdobne malowidła, trójwymiarowa mapa nieba ze sztandarami Imperium powiewającymi nad prowincjami, całe standardowe wyposażenie biura gubernatora generalnego na planecie pierwszej klasy… wszystko to zniknęło, pozostawiając brzydkie ślady na tynku.
Strażnik zaprosił go gestem ręki do gabinetu. Admirał sir Władimir Richard George Plechanow, Wiceadmirał Czerni, Rycerz Orderu Świętego Michała i Świętego Jerzego, siedział za biurkiem gubernatora generalnego. Nigdzie nie było śladu Jego Ekscelencji pana Haruny i przez chwilę Rod miał wrażenie, że admirał jest sam. Wtedy jednak zauważył stojącego przy oknie kapitana Czillera, swojego bezpośredniego przełożonego jako dowódcy MacArthura. Wszystkie foliogramy zostały zerwane, więc na wyłożonych panelami ścianach widać było głębokie zarysowania. Zniknęły ekrany i meble. Brakowało nawet Wielkiej Pieczęci – z koroną, statkiem kosmicznym oraz orłem, sierpem i młotem – nad biurkiem z duraplastu. Rod nie przypominał sobie, żeby w gabinecie gubernatora generalnego kiedykolwiek stało biurko z duraplastu.
– Komandor Blaine melduje się na rozkaz, panie admirale!
Plechanow odsalutował niedbale. Cziller nie odwrócił się od okna. Rod stał sztywno na baczność, podczas gdy admirał przyglądał mu się z kamienną twarzą. W końcu przemówił:
– Czołem, komandorze.
– Dzień dobry, panie admirale.
– Nie taki dobry. Nie widziałem pana chyba od ostatniej wizyty na Dworze Crucis. Jak się miewa markiz?
– Nie najgorzej, przynajmniej tak było, kiedy widziałem go ostatnio w domu.
Admirał kiwnął głową i w dalszym ciągu mierzył Blaine’a 
krytycznym spojrzeniem. Nic się nie zmienił, jak pomyślał Rod. Bardzo kompetentny człowiek zmagający się z tendencją do tycia, którą zwalczał gimnastyką w wysokiej grawitacji. Flota przysłała Plechanowa, kiedy spodziewano się ciężkich walk. Nigdy nie pobłażał nieodpowiedzialnym oficerom, a na-
wet krążyły plotki, jakoby kazał rozciągnąć ówczesnego księcia korony – obecnie Imperatora – na stole w mesie i wychłostać rakietą do spatballa, kiedy Jego Cesarska Mość służył jako kadet na pokładzie Platei.
– Mam tu pański raport, Blaine. Czytam, że przedzierając się do generatora pola przejętego przez rebeliantów, stracił pan kompanię piechoty.
– Tak, panie admirale.
Rzeczywiście fanatyczni gwardziści rebeliantów zaciekle bronili stacji generatorów.
– Jakim cudem, do diabła, brał pan udział w walkach lądowych? – zapytał admirał. – Cziller powierzył panu przejęty krążownik, by eskortował pan nasz statek szturmowy. Czyżby otrzymał pan rozkaz lądowania?
– Nie, panie admirale.
– A może wydaje się panu, że arystokracji nie obowiązuje dyscyplina wojskowa?
– W żadnym razie, panie admirale.
Plechanow jednak go nie słuchał.
– Potem jeszcze zawarł pan układ z przywódcą rebeliantów… jak mu tam? – Zerknął w dokumenty. – Stone. Jonas Stone. Obiecał mu pan wolność i zwrot mienia. Psiakrew, wydaje się panu, że może się pan dogadywać z rebeliantami tylko dlatego, że jest pan oficerem Floty? A może otrzymał pan jakieś polecenie dyplomatyczne, o którym nic mi nie wiadomo?
– Nie, panie admirale.
Rod zaciskał usta z całych sił. Miał ochotę wykrzyczeć parę ostrych słów, ale oczywiście się powstrzymał.
Do diabła z wojskową tradycją – pomyślał. – To ja wygrałem tę cholerną wojnę.
– Ale zapewne ma pan jakieś wytłumaczenie? – dopytywał admirał.
– Tak jest.
– A więc słucham.
Rod przemówił, mimo że w gardle czuł ucisk.
– Panie admirale, kiedy dowodziłem Prowokatorem, odebrałem depeszę ze zbuntowanego miasta. Rozciągnięte nad nim pole Langstona było wtedy w nienaruszonym stanie, a kapitan Cziller czuwał z pokładu MacArthura nad satelitarną obroną planetarną, podczas gdy główny trzon Floty odpierał siły rebeliantów. Wiadomość była sygnowana przez ich przywódcę. Pan Stone obiecał wpuścić wojsko Imperium do miasta, pod warunkiem że nie zostanie postawiony w stan oskarżenia i odzyska swój majątek. Dał nam godzinę do namysłu i uparł się, żeby gwarantem był członek arystokracji. Zapewnił, że jeśli przyjmiemy jego ofertę, wojna się zakończy, gdy komandosi wkroczą do miejskiego generatora pola. Nie było możliwości skonsultowania się z wyższą szarżą, dlatego sam przeprowadziłem desant i dałem panu Stone’owi osobiste słowo honoru.
Plechanow zmarszczył brwi.
– A więc dał mu pan słowo jako lord Blaine, nie oficer Floty…
– Tylko pod tym warunkiem był gotowy ze mną rozmawiać, admirale.
– Rozumiem. – Plechanow pogrążył się w zadumie. Gdyby odrzucił układ zawarty przez Blaine’a, Rod byłby skończony w armii, w rządzie, wszędzie. Z drugiej strony to on, jako admirał, będzie musiał się gęsto tłumaczyć przed Izbą Parów. – Dlaczego uznał pan, że depesza, którą pan otrzymał, jest autentyczna?
– Panie admirale, została zapisana kodem imperialnym i sygnował ją oficer wywiadu Floty.
– A zatem zaryzykował pan swój statek…
– …gdyż chciałem zyskać szansę zakończenia wojny bez niszczenia planety. Właśnie dlatego. Pozwolę sobie jeszcze zauważyć, że w swojej wiadomości pan Stone wspomniał, że w kontrolowanym przez niego obozie przetrzymywani są oficerowie i obywatele Imperium.
– Rozumiem. – Plechanow machnął gniewnie rękami. – Dobrze. Nic mi po zdrajcy, nawet takim, który nam pomaga, ale uznam pańską umowę. To natomiast znaczy, że muszę wydać oficjalną zgodę na pańskie zejście. Nie musi mi się to podobać, Blaine, i się nie podoba. To był głupi wyskok.
Ale się opłacił – pomyślał Rod. W dalszym ciągu stał na baczność, ale czuł, że supeł w żołądku się rozluźnia.
Admirał odchrząknął.
– Pański ojciec również lubił ryzykować. Niemal nas zabił, gdy walczyliśmy na Tanith. Zdumiewające, że wasza rodzina przeżyła aż jedenastu markizów, i zdziwię się, jeśli pan zostanie dwunastym. No, niechże pan usiądzie.
– Dziękuję, panie admirale – odparł z chłodną uprzejmością Rod.
Admirał nieco się odprężył.
– Opowiadałem już panu, że pański ojciec był moim dowódcą na Tanith? – zapytał nieco łaskawszym tonem.
– Nie, panie admirale. – W głosie Roda wciąż pobrzmiewał służbowy ton.
– Był też moim najlepszym przyjacielem we Flocie, komandorze. To dzięki jego wpływom zajmuję ten fotel. Pański ojciec życzył sobie, aby trafił pan pod moją komendę.
– Tak jest.
Wiem to od dawna, tylko nie pojmuję, dlaczego ojcu na tym zależało.
– Pewnie chciałby pan zapytać, czego od pana oczekiwałem, prawda, komandorze?
Rod drgnął zaskoczony.
– Tak jest.
– Niech mi pan powie, co by się stało, gdyby oferta tego całego Stone’a była nieszczera? Gdyby się okazało, że to za-
sadzka?
– Rebelianci zapewne rozbiliby cały mój oddział.
– Tak właśnie by było – powiedział Plechanow śmiertelnie spokojnym głosem. – A mimo wszystko uznał pan, że warto zaryzykować, bo ma pan szansę zakończyć wojnę bez większego rozlewu krwi po obu stronach. Mam rację?
– Tak jest.
– A co wskórałaby moja Flota, gdyby wyrżnięto piechotę? – Admirał walnął obiema pięściami o blat biurka. – Nie miałbym wyboru! – ryknął. – Z każdym kolejnym tygodniem zwłoki rośnie ryzyko, że buntownicy uderzą w jedną z naszych planet! Nie zdążyłbym posłać po kolejny statek szturmowy i komandosów. Gdyby stracił pan swój oddział, przeorałbym tę planetę z powrotem do epoki kamienia łupanego, Blaine. Może i wywodzi się pan z rodziny arystokratów, ale niech pan nigdy więcej nie waży się na takie numery! Zrozumiano?
– Tak jest…
Ma oczywiście rację. Ale jaki byłby pożytek z dywizji desantowej, gdy nad miastem rozciągało się nietknięte pole ochronne? Rod zmarkotniał. W sumie mogli coś zdziałać. Ale co?
– Na szczęście dobrze się skończyło – stwierdził chłodno Plechanow. – Może miał pan rację. Może nie. Jeśli jednak w przyszłości da pan podobny popis, odbiorę panu oficerską szpadę. Czy wyraziłem się jasno? – Admirał spojrzał na wydruk z przebiegiem kariery wojskowej Roda. – Czy MacArthur nadaje się do lotu?
– Słucham? – Pytanie zostało zadane tym samym tonem co wcześniejsze groźby, więc Rod potrzebował chwili, by zrozumieć, w czym rzecz. – Tak, nadaje się do lotu, panie admirale, ale nie ma jeszcze gotowości bojowej. Lepiej jednak, żeby nie wypuszczał się zbyt daleko, dopóki nie zostanie wyremontowany.
W ciągu szaleńczej godziny, którą spędził na pokładzie, Rod zdołał przeprowadzić gruntowną inspekcję, ale przez to nie miał czasu się ogolić. Nie tym jednak zaprzątał sobie głowę w tej chwili. Dowódca MacArthura stał cały czas przy oknie, oczywiście się przysłuchując, ale nie wykrztusił ani słowa. Dlaczego admirał nie zapytał jego?
Podczas gdy Blaine pogrążał się w zadumie, Plechanow zdążył podjąć decyzję.
– Jak będzie, Bruno? To ty dowodzisz. Co proponujesz?
Bruno Cziller odwrócił się w końcu od okna. Rod ze zdumieniem zauważył, że Cziller nie nosi już srebrnej repliki MacArthura, świadczącej o tym, że jest kapitanem tego statku. Na jego piersi lśniły za to kometa i korona słoneczna, insygnia oficerów sztabowych, a na rękawach miał szerokie pasy – dystynkcje admirała dyplomowanego.
– Jak się pan miewa, komandorze? – zagadnął oficjalnym tonem Cziller. Po chwili wyszczerzył zęby. Jego krzywy uśmiech znali wszyscy na MacArthurze. – Dobrze pan wygląda… przynajmniej z prawej strony. Cóż, spędził pan na pokładzie godzinę. Jakie uszkodzenia pan stwierdził?
Zmieszany Rod zdał raport o stanie statku oraz o naprawach, które zlecił. Cziller kiwał głową i co rusz zadawał nowe pytania. Wreszcie oznajmił:
– Zatem pańskim zdaniem statek może latać, ale nie nadaje się do walki. Dobrze rozumiem?
– Tak jest. W każdym razie nie jest w stanie zmierzyć się z żadną dużą jednostką.
– Ma pan rację. Admirale, oto co proponuję. Komandor Blaine ma wystarczające uprawnienia, abyśmy mogli powierzyć mu MacArthura. Doprowadzi go na remont na Nową Szkocję, a następnie poleci do stolicy. Na pokładzie znalazłoby się też miejsce dla bratanicy senatora Fowlera.
Chcą powierzyć mu MacArthura? Rod słuchał Czillera ze szczerym zdumieniem. Trudno w to uwierzyć, ale oto stanął przed szansą, by wykazać się przed Plechanowem i wszystkimi innymi.
– Jest jeszcze młody. Nigdy nie dowodził tak dużym statkiem – powiedział Plechanow. – Mimo to jest to chyba najlepsze rozwiązanie. Nie powinien wpakować się w kłopoty podczas jednego krótkiego lotu na Spartę z przystankiem na Nowej Kaledonii. Zatem statek jest pański, kapitanie.
Rod milczał. Plechanow warknął na niego:
– Blaine, otrzymuje pan awans na kapitana i zostaje dowódcą MacArthura. Mój pisarz zaraz przygotuje wszystkie dokumenty.
– Niech pan coś powie – warknął, krzywiąc się, Cziller.
– Dziękuję, panie admirale. Sądziłem, że nie jest pan ze mnie zadowolony.
– Nie zaprzeczam – odrzekł Plechanow. – Gdybym miał wybór, latałby pan jako pierwszy oficer na jakimś innym statku. Będzie z pana zapewne dobry markiz, ale wojsko nie jest dla pana. Nie ma to jednak większego znaczenia, bo i tak nie zrobi pan kariery we Flocie.
– Nie zamierzam, panie admirale – odparł ostrożnie Rod.
Nadal czuł ból w sercu. Pomyślał o swoim bracie Dużym George’u, który w wieku dwunastu lat zastawił pokój sztangami, a nim skończył szesnaście, był zbudowany jak tur…
George zginął w bitwie gdzieś na krańcu Imperium. Nieraz Rod pogrążał się w rozmyślaniach o swojej przyszłości albo tęsknił za domem, lecz za każdym razem wspomnienie wracało i kłuło niczym ostra igła. George nie żyje. To przechodziło wszelkie pojęcie.
George, jako najstarszy, powinien odziedziczyć cały majątek i tytuł. Rodowi zależało jedynie na możliwości zrobienia kariery we Flocie, a pewnego dnia, kto wie, może zostałby wielkim admirałem. Teraz jednak, po niespełna dziesięciu latach, będzie musiał zapomnieć o tamtych marzeniach i zasiąść w Parlamencie.
– Będzie pan miał dwoje pasażerów – oznajmił Cziller. – Jednego już pan zna. Spotkał pan lady Sandrę Bright Fowler, prawda? To bratanica senatora Fowlera.
– Tak, owszem, nie widziałem jej całe lata, choć jej stryj całkiem często gości na Dworze Crucis… Później spotkałem ją w obozie dla jeńców. Jak się czuje?
– Nie najlepiej. – Z twarzy Czillera nagle zniknął szeroki uśmiech. – Wysyłamy ją do domu, chyba nie muszę mówić, by otoczył pan ją opieką? Zabierze pan lady Fowler na Nową Szkocję, a jeśli zechce, to nawet do stolicy. To już od niej samej zależy. Natomiast drugi pasażer to zupełnie inna sprawa.
Rod spojrzał zaciekawiony. Cziller z kolei zerknął na Plechanowa i dopiero kiedy ten kiwnął dyskretnie głową, podjął przerwany wątek:
– Drugim pasażerem będzie Jego Ekscelencja, kupiec Horace Hussein Bury, magnat, prezes zarządu Imperialnej Kompanii Autonetyki, gruba ryba w kręgach Imperialnego Stowarzyszenia Kupców. Poleci z panem na samą Spartę. Do końca podróży ma pozostać na pokładzie. Czy to jasne?
– Niezupełnie – odparł Rod.
Plechanow skrzywił się.
– Cziller wyraził się przecież jednoznacznie. Ale dobrze. Sądzimy, że Bury stał za rebelią, jednak mamy za mało dowodów, żeby zamknąć go w areszcie. Odwołałby się do Imperatora i byłoby po sprawie. Wyślemy go zatem na Spartę jako gościa Floty. Tylko z kim miałby polecieć, Blaine? Bury to milioner. W zamian za wolność jest gotowy podarować całą planetę. Kto by się oparł?
– Ja… panie admirale – powiedział Rod.
– Niech pan, do cholery, nie robi takiej zdumionej miny – warknął Plechanow. – Nie oskarżam żadnego ze swoich oficerów o korupcję. Ale prawda jest taka, że pan jest bogatszy od Bury’ego. Niczym pana nie skusi. Właśnie dlatego powierzam panu dowodzenie MacArthurem, żebym nie musiał zaprzątać sobie głowy tym bogaczem.
– Rozumiem. Tak czy inaczej, dziękuję za zaufanie, panie admirale. Udowodnię, że się pan nie pomylił.
Plechanow skinął głową, jakby odczytał myśli Blaine’a.
– Może jeszcze okaże się pan dobrym oficerem Floty. W każdym razie daję panu tę szansę. Cziller musi mi pomóc przywrócić porządek na tej planecie, bo rebelianci zabili gubernatora.
– Pan Haruna nie żyje? – Rod był zdumiony. Dobrze pamiętał tego pomarszczonego staruszka. Miał pewnie ponad setkę, kiedy gościł w domu Blaine’ów. – Był serdecznym przyjacielem mojego ojca.
– Nie tylko jego zabili. Ścieli wielu członków gabinetu, a ich głowami ozdobili ogrodzenie przed Budynkiem Rządowym. Pewnie sądzili, że w ten sposób zmotywują swoich zwolenników do walki. Że będą się bali skapitulować. Cóż, teraz z pewnością mają powody do strachu. A czy ta pańska umowa ze Stone’em zawiera jeszcze jakieś inne warunki?
– Tak, panie admirale, jeden. Zostanie unieważniona, jeśli Stone odmówi współpracy z wywiadem. Jest zobowiązany do wyjawienia nazwisk wszystkich spiskowców.
Plechanow rzucił w stronę Czillera wymowne spojrzenie.
– Niech twoi współpracownicy przyjrzą się tej sprawie, Bruno. Zawsze to jakiś początek. A pan, Blaine, niech doprowadzi do ładu swój statek i rusza w drogę. – Admirał wstał, rozmowa dobiegła końca. – Ma pan dużo do zrobienia, kapitanie. Nie ma co tracić czasu.


Dodano: 2024-05-23 14:40:40
Komentarze
-Jeszcze nie ma komentarzy-
Komentuj


Konkurs

Wygraj "Wiedźmiego króla"


Artykuły

Plaża skamielin


 Zimny odczyt

 Wywiad z Anthonym Ryanem

 Pasje mojej miłości

 Ekshumacja aniołka

Recenzje

Grimwood, Ken - "Powtórka"


 Salik, Magdalena - "Wściek"

 Martine, Arkady - "Pustkowie zwane pokojem"

 Sherriff, R.C. - "Rękopis Hopkinsa"

 Kelly, Greta - "Lodowa Korona"

 Harpman, Jacqueline - "Ja, która nie poznałam mężczyzn"

 Baldree, Travis - "Księgarnie i kościopył"

 Herbert, Brian & Anderson, Kevin J. - "Dziedzic Kaladanu"

Fragmenty

 Marryat, Frederick - "Statek widmo"

 Kluczek, Stanisław - "Zamek Gardłorzeziec"

 Pettersen, Siri - "Srebrne Gardło"

 Wyndham, John - "Dzień tryfidów"

 Wells, Martha - "Wiedźmi król. Witch King"

 Howey, Hugh - "Zmiana"

 Silverberg, Robert - "W dół do ziemi" (Wymiary)

 Niven, Larry & Pournelle, Jerry - "Pyłek w Oku Boga"

Projekt i realizacja:sismedia.eu       Reklama     © 2004-2024 nast.pl     RSS      RSS