NAST.pl
 
Komiks
  Facebook
Facebook
 
Forum

  RSS RSS

 Strona główna     Zapowiedzi     Recenzje     Imprezy     Konkursy     Wywiady     Patronaty     Archiwum newsów     Artykuły i relacje     Biblioteka     Fragmenty     Galerie     Opowiadania     Redakcja     Zaprzyjaźnione strony   

Zaloguj się tutaj! | Rejestruj

Patronat

LaValle, Victor - "Samotne kobiety"

Crouch, Blake - "Upgrade. Wyższy poziom"

Ukazały się

Pilipiuk, Andrzej - "Okiść"


 King, Stephen - "Im mroczniej, tym lepiej"

 King, Stephen - "Im mroczniej, tym lepiej" (twarda)

 Black, Holly - "Więzień Bez Tronu"

 Wielgus, Grzegorz - "Pieśń zemsty"

 Kisiel, Marta - "Mała draka w fińskiej dzielnicy"

 Tolkien, J.R.R. - "Kształtowanie Śródziemia"

 Niven, Larry & Pournelle, Jerry - "Pyłek w Oku Boga"

Linki

Wagner, Karl Edward - "Kane. Bogowie w mroku"
Wydawnictwo: Vesper
Cykl: Kane
Kolekcja: Eony
Tłumaczenie: Paweł Korombel
Data wydania: Kwiecień 2024
ISBN: 9788377314555
Oprawa: Twarda
Format: 140x205
Liczba stron: 550
Cena: 74,90
Tom cyklu: 1



Wagner, Karl Edward - "Kane. Bogowie w mroku" #2

Rozdział I
Ci co mieszkają w grobowcach

Zasilana lodowatymi źródłami i strumykami wysokich gór Myceum daleko na wschodzie rzeka Cotras wiła się całymi milami dolinami na zachód przez skaliste wzgórze, by w końcu dotrzeć do szerokiego pasa nizin otaczającego wybrzeże Lartroxii. Tam zaczynał się jej spływ ku zachodnim morzom – pięćdziesięciomilowy spławny, żeglowny kanał, który prowadził przez żyzne pola i gęste puszcze. Miasto Nostoblet rozsiadło się wzdłuż koryta rzeki, której krwistobrunatne fale toczyły się w dal między nadbrzeżnymi równinami. Koryto rzeki było tak szerokie, że Nostoblet mogło służyć jako śródlądowy port przyjmujący zarówno egzotyczne towary z kupieckich statków kursujących po zachodnich morzach, jak i bogactwa leżących na wschodzie gór, dostarczane spienionym wodnym traktem tratwami półdzikich górali.
Wzgórza za Nostoblet porastał rzadki las, poprzecinany wysokimi wypiętrzeniami i głębokimi wąwozami, których miękkie skały dawno temu wyżłobiły górskie strugi. Nieprzeliczone przepaściste urwiska wznosiły się ku niebu setki stóp nad dolinami. Niemal nieprzekraczalną barierą strzegły równin Lartroxii Południowej, wyznaczając granicę, do której, jak utrzymywała część uczonych, sięgały swymi falami przedwieczne morza.
Pionowe skały za Nostoblet kryły w sobie wiele grobowców. Stosunkowo świeży kult Hormenta wprowadził zwyczaj palenia zwłok i tak stare groty grzebalne straciły swą użyteczność, a strażnicy ścieżek, które do nich wiodły, opuścili je niemal równie dawno temu.
Mieszkańcy starego Nostoblet od zawsze byli ludźmi praktycznymi, których zwyczaje religijne nie nakazywały szastać groszem na wystawne miejsca spoczynku. Kiedy grobowce były jeszcze w użyciu, bogaci chowali swoich zmarłych w prostych drewnianych skrzyniach umieszczanych w niszach jaskiń wydrążonych w stromych skalnych zboczach. Do grobowca nie wkładano żadnego osobistego mienia z wyjątkiem ubrania, które nosił zmarły, ewentualnie bezwartościowej biżuterii. Hieny cmentarne nie miały zatem po co testować czujności garstki żołnierzy dawniej pilnujących grobowców ani też stawiać czoła strażnikom spoza ludzkiego świata. Zła sława łączyła bowiem grobowce Nostoblet z obecnością ghulów i innych, jeszcze gorszych mieszkańców, a upiorne opowieści o ich łowieckich wyprawach sprawiały, że całe miasto do tej pory skrupulatnie trzymało się z dala od tego obszaru.
I to właśnie tymi krętymi szlakami prowadzącymi wśród stromych klifów w pocie czoła drapali się w górę dwaj mężowie. Była burzowa noc. Błyskawice raz za razem rozrywały nieprzeniknioną czerń, ukazując śliską od deszczu kamienistą ścieżkę trawersem przecinającą urwisko. Te nieprzewidywalne rozbłyski o wiele lepiej oświetlały drogę niż marny ogienek latarni Arbasa.
– Uważaj – wrzasnął za siebie Arbas. – Te kamienie są diablo śliskie!
Jakby ignorując własne słowa, skrytobójca zjechał po lśniącym głazie i starając się utrzymać równowagę, o mało nie upuścił w przepaść bezużytecznej latarni.
Thovnosianin szpetnie zaklął i skupił się na utrzymaniu równowagi. Jedno poślizgnięcie na chłostanych ulewą głazach oznaczało pewną śmierć na piargach u podnóża urwiska. Gdzieś z mroków w dole dobiegał go niewyraźny, urywany huk wody pędzącej przepełnionym korytem. Niemniej w głosie Imela nie dało się słyszeć strachu, kiedy warknął:
– Nie mogłeś się postarać, żeby Kane spotkał się ze mną w jakimś suchym miejscu?
Arbas się obejrzał, szczerząc zęby w wyrazie sardonicznego rozbawienia.
– Przeszła ci ochota na spotkanie, co? – Wybuchnął śmiechem, gdy kompan odpowiedział lawiną przekleństw. – Ale dla naszych celów to wymarzona noc. Ta burza powinna ukryć nas przed wzrokiem każdego, kto chciałby ruszyć naszym tropem. Zresztą dobrze wiesz, że nie ma takiego zakątka Przymierza, w którym Kane mógłby się pokazać. Zbyt dużo dają za jego głowę. A gdyby nawet nie to, nieśpieszno mu wyciągać nogi dla byle kogo, chyba żeby miał się nieźle obłowić. – Dodał znacząco: – Nie powiedziałeś jeszcze, po co chcesz się z nim spotkać.
– O tym będę rozmawiał z Kane’em – odpalił mu szorstko Imel.
Arbas z powagą pokiwał głową.
– Uhm, z Kane’em. No to nie zdradzaj mi żadnych dramatycznych tajemnic. Tego bym nie chciał, rzecz jasna.
Ale Thovnosianin postanowił go ignorować i zapadł w milczenie na resztę wspinaczki.
W skalnej ścianie po prawej stronie pojawiły się otwory, wejścia do porzuconych komór grzebalnych, korytarze ręcznie wyciosane w miękkim kamieniu przez niewolników, którzy umarli już dawno temu pospołu ze swymi panami. Wionące ciszą otwory były na tyle wysokie, że mógł do nich wejść mężczyzna słusznego wzrostu, a błyski piorunów zdradzały, że są głębsze, niż można by oczekiwać w tym skalnym otoczeniu. Kiedyś dostępu do grobów broniły solidne drzwi, ale wyglądało na to, że przez lata wszystkie sforsowano. Parę półotwartych skrzydeł tkwiło jeszcze na nieruchomych zawiasach, ale większość zniknęła lub zwisała pod dziwacznymi kątami – marne resztki spróchniałego drewna i przeżartego rdzą metalu.
Imel rozważał niespokojnie, czyje ręce mogły roztrzaskać te solidne, imponujące odrzwia – i dlaczego. To nie była dobra noc na takie rozmyślania. Mrok wydrążonych w skale komór był daleko bardziej ponury niż nocne ciemności, a czas nie rozwiał stęchłego odoru rozkładu, który skaził wilgotne powietrze. Nerwy odmawiały mu posłuszeństwa za każdym razem, gdy mijał zionący pustką otwór, a ciarki biegały po plecach, bo miał wrażenie, że ktoś przypatruje mu się z ukrycia. Od czasu do czasu niepokoiły go niemal nieuchwytne odgłosy dreptaniny, szurania łapek zwierzęcego drobiazgu. Modlił się, żeby były to tylko wypłoszone z kryjówek szczury. Ale burza płatała zmysłom niesamowite figle.
– To tu. Tak mi się zdaje – krótko zawyrokował Arbas i skierował się do jednej z cuchnących stęchlizną gigantycznych jam. Odsłonił bardziej latarnię, która jakimś cudem nadal świeciła, tak że Imel mógł zobaczyć, że jaskinia ma kształt litery L. Wejściowy korytarz biegł około dwudziestu stóp, by skręciwszy pod kątem prostym, sięgnąć jakieś pięćdziesiąt stóp w głąb góry. W wysokiej na osiem stóp ścianie pierwszej części korytarza wycięto trzy rzędy nisz. Tylko kilka z gnijących w nich trumien pozostało nietkniętych. Większość była rozbita, a zawartość rozrzucona; Thovnosianin nie potrafił na pierwszy rzut oka ocenić, czy była to sprawka czasu, czy rozmyślna dewastacja.
Tuż za zakrętem wisiała podwójna skórzana zasłona. Miała chronić przed lodowatym przeciągiem – i nie pozwalała dostrzec z zewnątrz światła latarni. Bo gdy minęli zasłonę, Imel zobaczył, że komorę niedawno wyposażono, tak by ktoś mógł w niej zamieszkać.
To tu, w tym wiekowym, pełnym cieni grzebalnym zakątku Kane urządził swoje legowisko.
– No i gdzie on jest? – spytał obcesowo Imel. Palił się przejść do rzeczy i pozbyć mrocznych, nieuchwytnych lęków, które dręczyły go, od kiedy znalazł się na cmentarzysku.
– Nie nawykliśmy czekać, co? Cóż, przyjdzie w swoim czasie. Przynajmniej wie, że się zjawimy tej nocy – powiedział Arbas i zajął jedyne krzesło w komorze.
Przeklinając bezczelność skrytobójcy, Imel rozejrzał się za innym siedziskiem. Na próżno. Izba było zadziwiająco dobrze urządzona, a na pewno nie było łatwo wnieść tu tych rzeczy tak, by nikt tego nie zauważył. W kącie stało wygodne kamienne łoże – materac i spory stos futer. Poza krzesłem był tu stół z dwoma lampami, kilkoma flaszkami, żywnością i – co najbardziej zdumiewające – licznymi księgami, zwojami i przyborami do pisania. Na podłodze i w niszach piętrzyły się różnorakie przedmioty – dzbany oliwy, kusza i kilka kołczanów z bełtami, przybory kuchenne, jeszcze więcej żywności, topór bojowy, kilka starawych sztyletów, pierścienie i inne żelazne przedmioty. Ciepło nadal biło z warstwy popiołu, tam, gdzie Kane rozpalił niewielkie ognisko, namiastkę kuchennego pieca. Stos drewna zdradzał, że używa do tego trumien, pozbawiwszy je zawartości.
Gdy Imel zobaczył stertę kości, poczuł, że włosy jeżą mu się na karku. Nigdy nie był tchórzliwy i nic nie wskazywało na to, że duchy zmarłych mogą być groźne. Jednak wygląd tych pleśniejących kości budził niepokój. Nosiły ślady zębów – mogła być to robota szczurów – ale starannie je rozłupano i pozbawiono szpiku. Jakaś ludzka istota… powiedzmy, że ludzka… mogła pożreć te gnijące trupy, przemknęło Imelowi przez myśl. Zadrżał, chociaż kości były stare i skruszałe.
Pogrzebał ciekawskim palcem w stosie wiekowych ozdób i metalowych wyrobów. Zawiódł się nieco, nie odkrywszy niczego ważnego.
– Kane rabował groby dla tego śmiecia? – spytał. Zaskoczyło go, jak głośno rozległ się jego głos.
Skrytobójca wzruszył ramionami.
– Nie wiem. Zaszył się tu tak dawno temu, że mógł oszaleć, ale chyba po prostu zbierał to, żeby mieć jakieś zajęcie. Może chciał coś z tego zrobić. Albo spisywał katalog dla pedantów z akademii w Matnabli. A co ty byś tu robił przez cały ten czas? Kane jest… nie wiem. – Mruknął coś na zakończenie i zainteresował się swoim sztyletem.
Imel westchnął sfrustrowany i rozejrzał się, szukając czegoś, czym mógłby zająć myśli. Zauważył tajemnicze, zawiłe wzory i wiekowe piktogramy biegnące łukiem nad nadprożem. Opierając się na tym, co zobaczył do tej pory, zmyślnie zgadł, że to jakiś rodzaj zaklęcia chroniącego przed siłami nadprzyrodzonymi. Z oddali gapił się na nie bezrozumnie i – nienawykły nosić zarost, który ostatnio zapuścił – drapał się po podbródku i policzkach.
Odgłosy burzy w połączeniu z niezwykłym otoczeniem przyprawiały go o rosnące zdenerwowanie. Podszedł do stołu, gdzie Arbas nonszalancko ostrzył sztylet na kamieniu zostawionym przez Kane’a. Pochyliwszy się, spojrzał z zachwytem na leżące tam księgi – chociaż większy podziw wzbudziła w nim ich wartość materialna niż intelektualna. Zaciekawiony zaczął je kartkować. Dwie były w języku Przymierza, a wśród pozostałych tylko jedna w języku, który wydał mu się mętnie znajomy. Bardzo stary wolumin był niezwykły, gdyż dziwne znaki na jego stronicach nie wyglądały, jakby były naniesione ręcznie. Imel zadał sobie pytanie, jaki rodzaj ksiąg tak zaciekawił Kane’a, że był gotów przytargać je do groty. Już samo to, że posiadł sztukę czytania, jest zaskakujące, skonstatował w myślach Imel. Z tej garstki informacji na temat Kane’a, które zgromadził, wyrobił sobie obraz prostackiego, chociaż zręcznego wojownika, osoby bez wątpienia skłonnej do gwałtu. Doświadczenie podpowiadało mu, że człowiek tego pokroju zwykle gardzi wszystkim, co wiąże się ze sztuką.
Machinalnie przeglądał jeden z dwóch tomów napisanych w języku Przymierza. Nagle zatrzymał wzrok na karcie wypełnionej dziwnym diagramem. Zaskoczony powoli odcyfrował napis na sąsiedniej stronie i przekonał się, że jego podejrzenia były uzasadnione. Ogarnięty zgrozą zamknął i cisnął na stół księgę. Księgę czarów. Czy Kane nie tylko parał się żołnierką, ale praktykował też magię? Imel przypomniał sobie ostrzeżenia Arbasa i poczuł strach.
Skrytobójca spojrzał na Arbasa i zobaczył, że tamten szczerzy do niego zęby znad sztyletu. Zerkał z ukosa na czytającego i dojrzał w jego oczach nagłe przerażenie. Gdy Imel zdał sobie sprawę, że odkryto jego uczucia, ogarnął go gniew, który wypędził zeń strach – oczywisty w przypadku każdego człowieka o zdrowych zmysłach, który staje przed przyborami czarnoksiężnika.
– Przestań się głupio szczerzyć! – warknął na Arbasa, który tylko zachichotał w odpowiedzi. Gorączkowo przeklinając, Thovnosianin przemierzał komorę. Na Tloluvina! Był durniem, że w ogóle podjął się tej misji – durniem, że w ogóle dał się wciągnąć w jej szaleńcze intrygi! Zdając sobie sprawę, że szybko traci nad sobą kontrolę, przystanął i usiłował się wziąć w karby. – Kane zamierza się tu zjawić czy nie? – spytał
ostro.
Arbas wzruszył ramionami, wyglądało na to, że sam się niecierpliwi.
– Może jeszcze nie wie, że przyszliśmy. Weźmy latarnię i poświećmy na zewnątrz. Wątpię, żeby ktoś poza Kane’em plątał się tu w taką noc. – Z tymi słowami sięgnął po poobijaną latarnię i ruszył w stronę zasłony.
Kiedy ją minęli i kierowali się do wylotu tunelu, rozgałęziona błyskawica rozdarła nocne niebo i rzuciła migotliwe, niebieskawe światło na osobę, która właśnie wkroczyła do groty. Na widok czarnej postaci w opończy rysującej się na tle rozświetlonej piorunami ściany deszczu Imel nie był w stanie powstrzymać okrzyku. Przeleciały mu przez głowę słowa Arbasa z ich pierwszego spotkania: „Szukaj go w Siódmym Piekle!”. Doprawdy, tak wyglądałby demon lub sam bóg Tloluvin wyłaniający się z Siódmego Piekła.
Przez ułamek sekundy piorun oświetlił postać piekielną poświatą. W jej blasku nie dało się rozróżnić rysów twarzy. Przybysz był tylko czarnym cieniem – wiatr targał opończę i resztę przyodziewku, a gigantyczna postać opierała się burzy. Obnażony miecz lśnił w blasku błyskawicy podobnie jak oczy przybyłego – złowrogie płomyki w mroku.
Błyskawica zgasła i postać ciężkim krokiem ruszyła w głąb groty.
– Schowaj to światło! – rzucił szorstko Kane.
Arbas odsunął zasłonę i Kane, wszedłszy głębiej, zrzucił opończę. Strząsnął przy tym istny potop z potężnego ciała. Przeklinając w jakimś dziwnym języku, nalał sobie pełny puchar wina, opróżnił go i zaczął napełniać po raz wtóry.
– Burza piękna, ale suszyć się po niej w tej ciemnej dziurze to żadna przyjemność – warknął między pucharami. – Arbasie, sprawdź, czy da się rozpalić ogień. Tej nocy dym niegroźny. Imelu, siadaj i napij się wina. To najlepszy sposób, żeby wypędzić wilgoć z wnętrzności. Ci Lartroxianie mają zaskakująco znakomite winnice, zawsze im to przyznawałem. – Napełniając puchar po raz trzeci, przesunął się bliżej miejsca, w którym Arbas rozpalał ogień.
Imel z wdzięcznością opadł na krzesło i nie widząc innego naczynia, nieporadnie popijał gęste, mocne wino prosto z butelki. Wydarzenia ostatnich kilku godzin pozbawiły go spokoju ducha, jednakże gronowy trunek rozgrzewał i koił nerwy. Misje tego rodzaju nie leżały w naturze Imela i pożałował, jak wiele razy wcześniej, że nie zdołał jej przekonać, aby wysłała kogoś innego. Może tego nikczemnego Oxforsa Alremasa. Nie żeby Alremas bardziej się nadawał do misji wymagającej intryg i przebiegłej dyplomacji. Niemniej poczucie własnej wartości pellińskiego pana było tak nieznośne, że Imel był ciekaw, ile zniewag, które sam musiał ścierpieć do tej pory, zniósłby ów wrażliwy arystokrata.
Arbas wkrótce podsycił ogień suchym trumiennym drewnem. Burzowe wichry wysysały prawie cały dym i było całkiem wygodnie. Płomienie oświetliły wnętrze groty, tak że Imel teraz po raz pierwszy mógł się Kane’owi dokładnie przyjrzeć.
Był słusznego wzrostu mężczyzną, nieco ponad sześć stóp, chociaż z racji potężnej budowy ciała wydawał się niższy. Masywny kark, pierś jak beczka, ramiona i nogi umięśnione ponad przeciętną ludzką miarę – wszystko to sprawiało, że otaczała go aura wielkiej mocy. Nawet dłonie miał przerośnięte, a palce długie i niebywale silne. Gdyby nie były tak przerażające, mogłyby uchodzić za dłonie artysty. Imel wcześniej raz widział takie ręce – u osławionego dusiciela, przy którego egzekucji był obecny. W ramach upiększenia cesarskiego prawa odrąbane ręce zatknięto na palach Placu Sprawiedliwości Thovnostenu – obok odciętej głowy. Wiek Kane’a trudno było ustalić, miał ciało trzydziestolatka, ale w jakiś sposób wydawał się starszy. Imel spodziewał się starszego mężczyzny, więc teraz uznał, że Kane jest po pięćdziesiątce, ale świetnie się trzyma. Miał jasną cerę i rudawą czuprynę, równo przyciętą, średniej długości. Nosił krótką brodę i miał surowe rysy twarzy, zbyt grubo ciosane, by uznać go za przystojnego.
Kane wyczuł badawcze spojrzenie Imela i skierował na niego wzrok. Nagle wróciło mrożące krew w żyłach wrażenie, jakiego Imel doznał w świetle błyskawic. Oczy Kane’a były jak dwa płonące niebieskim światłem kryształy lodu. Zastygł w nich ogień szaleństwa, śmierci, udręczenia, piekielnej nienawiści. Przenikały Imela na wskroś, szukając najtajniejszych myśli, przepalając duszę do cna. To były oczy oszalałego mordercy.
Kane odwrócił się z okrutnym rechotem, czar spojrzenia prysł. Imel opanował ślepą panikę, z trudem wracając do rzeczywistości. Oszołomiony niepewną ręką sięgnął po flaszkę. Z ulgą chłonął wzmacniającą moc napoju.
Ta, która wysłała go do Kane’a z misją, zawsze budziła w Imelu odrazę. Była tylko pokracznym, zniszczonym uosobieniem nienawiści, utrzymywanym przy życiu wyłącznie zwyrodniałą żądzą zemsty. Z pewnością każdy, kto się do niej zbliżył, musiał poczuć mroczny ogień jej chorobliwej mściwości. Ale tamta odraza miała się nijak do przerażenia, jakie go opadło, gdy spojrzał w oczy Kane’a. Lśniło w nich szaleństwo, ale połączone z zimną żądzą mordu. Szaleństwo spragnione zabijania i zniszczenia – spalająca nienawiść życia. Takimi oczami śmierć chłonęła świeżo zmarłych lub boski Tloluvin witał skazaną duszę w swoim królestwie wiecznej ciemności.
– A więc, Imelu, co cię do mnie sprowadza?
Na te słowa Imel otrząsnął się z rozmyślań. Podniósł wzrok
i zobaczył, że Kane odszedł od ognia i przysiadł naprzeciwko na krawędzi stołu. Uważnie mu się przyglądał, z kpiącym uśmiechem na grubo ciosanej twarzy – piekielny blask oczu przygasł, ale ogień nadal się w nich tlił. W długich palcach obracał srebrny pierścień. Pewnie jeden ze stosu w kącie, uznał
Imel.
– Domagałeś się spotkania ze mną. Lepiej, żebyś miał ku temu dobry powód. Rzecz nie w tym, że jestem zajęty w tej dziurze, ale przybywając tu, naraziłeś na niejakie niebezpieczeństwo mnie samego i Arbasa. – Podniósł pierścień do światła i oglądał go, jakby zaintrygowany misternymi napisami. – Oczywiście, jesteś pewien, że nikt cię nie śledził… – Od niechcenia przysunął do siebie lampę, by móc lepiej przyjrzeć się pierścieniowi. Imel zmarszczył brwi, nie wiedząc, co powiedzieć. – Ciekawe… – mruknął, unosząc klejnot do światła. Wielki ametyst promieniował łagodnym, fioletowym blaskiem.
Imel rozpoznał pierścień i przeszył go zimny strach. Błyskawicznie sięgnął do miecza, który nosił u boku. Ledwo tknął rękojeści, gdy czyjaś ręka oplotła mu szyję od tyłu, a czubek sztyletu boleśnie drasnął gardło. Arbas! Zapomniał o skrytobójcy.
– Jeszcze go nie zabijaj, Arbasie – rozkazał Kane, który ani drgnął. – Myślę, że Imel rozpoznaje ten pierścień.
Skrytobójca znów połaskotał Thovnosianina ostrzem, kiedy ten próbował się dźwignąć. Imel zamarł.
– Jak na to wpadłeś? – spytał Arbas z udawanym zdziwieniem.
– Hm, chyba po tym, że twarz mu zbielała, kiedy go ujrzał. A ty co o tym myślisz?
– Może zdumiał go tak wielki szafir.
– Nie, wątpię. Zresztą to ametyst.
– Jeden pies.
– Nie, myślę, że źle kombinujesz, Arbasie. Założę się, że Imel po prostu uznał, że kiedy ostatni raz widział ten pierścień, zdobił dłoń osoby, którą znał. Powiedzmy, tego wielkiego suczego syna, który się za wami skradał.
– Śledził nas! – Ton głosu Arbasa się wyostrzył. – No, Imelu, wyszedłem przez ciebie na głupka. – Wbił głębiej czubek sztyletu.
Imel zarzęził, próbując zacisnąć gardło przed kłującym sztychem.
– To myceańskie ostrze – zasyczał mu do ucha skrytobójca. – Ci górale tygodniami kują stal, by nadać jej ostrości. Mówią, że słabnie i kruszeje jak źdźbła nizinnych łąk, chyba że co jakieś dziesięć dni łyknie ciepłej krwi wroga.
– Stąd wygląda mi to na pellińską robotę – zauważył Kane.
– Bo to pelliński płatnerz oprawił mi tę zabawkę – odparł urażonym tonem Arbas. – Tak czy owak, szlachcic, który miał ten nóż, zanim go zabiłem, przysięgał, że to myceańskie ostrze. Tej stali nie da się pomylić z żadną inną. Patrz jak śmignie przez to gardziołko.
Kane pokręcił głową i wstał.
– Może potem. Daj mu odetchnąć. Tak się składa, że tylko jeden was śledził i czekałem na niego. Myślę, że Imel może teraz śmiało gadać. – Uwięził wzrok Imela morderczym spojrzeniem. Płonął w nim gniew. Imel poczuł bliski oddech śmierci. – Co to za człowiek? Dlaczego za tobą szedł? – Kane nawet nie ostrzegł Imela, żeby nie kłamał, ten zresztą pewnie by się nie odważył na kłamstwo trzymany w zimnym uścisku tego spojrzenia.
– Żołnierz, który towarzyszył mi od Thovnos. Był moim przybocznym. Szukając ciebie, przeczesywałem zaułki Nostoblet, i uważałem, że potrzebuję kogoś, kto towarzyszyłby mi w dyskretnej odległości. Dzisiejszego wieczoru, zanim wyruszyłem z Arbasem, rozkazałem mu iść za nami.
Kane długo mu się przyglądał w zamyśleniu.
– Tak, bo nie ufałeś Arbasowi. I słusznie. Kiedy tylko znaleźlibyście się na bezludziu, zarżnąłby cię bez skrupułów dla byle drobiazgów, które byś miał przy sobie, gdybym nie rozkazał mu przyprowadzić cię tutaj. Powodowała mną ciekawość. Mój stary przyjaciel Bindoff potrafił mi powiedzieć tylko tyle, że jesteś młodszym synem jakiejś zubożałej szlacheckiej rodziny z Thovnos, że trudno cię oskarżyć o przesadną uczciwość, ale można pochwalić za spryt. Mówił też, że zjawiłeś się przed nim z dziwnymi zaiste referencjami, i pytałeś, gdzie można mnie znaleźć. Tak więc jesteś usprawiedliwiony, ale nie ułaskawiony. Kiedy wszyscy w Lartroxii Południowej pożądają mojej krwi, nie mogę się wystawiać na sztych. Przybywając tu, podjąłeś ryzyko, a przybycie bez eskorty jeszcze je zwiększyło. Może szczęście uśmiechnęło się do mnie tej nocy, bo nie znalazłem niczego, co świadczyłoby, że twój przyjaciel ma swojego cienia. W każdym razie byłem zmuszony czekać w deszczu jeszcze po tym, jak zająłem się Jednouchym, żeby się upewnić, że nikt za nim nie idzie. Widzisz, tobie też nie ufałem, Imelu. Więc czekałem między skałami przy ścieżce. Widziałem, jak przeszliście, i potem wyszedłem na spotkanie twojego przyjaciela. Wydaje mi się, że napędziłem mu nie lada strachu. Ale też miał przy sobie ciekawy pierścień.
Ze zwodniczą niedbałością odrzucił pierścień na stos dro-
biazgów ukradzionych z trumien. Dał znak zawiedzionemu skrytobójcy, żeby puścił Thovnosiania, po czym spytał rozkazująco:
– Pytam raz jeszcze, co cię tu sprowadza?
Gdy Arbas cofnął sztylet, Imel powoli odetchnął. Zapiekło go, gdy krople potu spłynęły po szkarłatnej linii na gardle. Skórę na karku miał suchą w miejscu, w którym dotknął je gorący oddech skrytobójcy. Zbierając rozpierzchłe myśli z wysiłkiem, od którego, jak wiedział, zależało jego życie, zaczął:
– Przysłał mnie ktoś, kto potrzebuje twoich usług i kto jest chętny zapłacić za nie po królewsku.
– Doprawdy? Trochę to mętne, ale miłe dla ucha. Dokładniej biorąc, w jakiej postaci?
– Bogactwa, władzy, pozycji… może królestwa.
– Teraz zaczynasz mnie zaciekawiać. Posłuchajmy szczegółów. Zwłaszcza tyczących moich „usług”, jak się wyraziłeś.
– Oczywiście. Ale najpierw powiedz, co wiesz o sprawach cesarstwa Thovnos.
– O bieżących bardzo mało. Minęło parę lat, od kiedy odwiedziłem te wyspy.
– W takim razie wybaczysz mi nieco przydługą opowieść tłumaczącą, z czym przybywam.
– Jeśli mnie zaciekawi – mruknął Kane, po czym wykrzyknął z cicha: – Niech mnie diabli! Patrz! – Po stole szedł żuk trumienny, jego pancerzyk złowrogo błyszczał. Z determinacją podążał ku migocącej lampie. Kane złowił go i zafascynowany przyglądał mu się, gdy ten przełaził z jednej jego ręki na drugą. – Posłaniec zmarłych. Uwielbiają penetrować gnijące łby. – Zerknął na zmartwiałą twarz Imela. – Mów. Słucham.



Dodano: 2024-04-12 09:04:36
Komentarze
-Jeszcze nie ma komentarzy-
Komentuj


Artykuły

Plaża skamielin


 Zimny odczyt

 Wywiad z Anthonym Ryanem

 Pasje mojej miłości

 Ekshumacja aniołka

Recenzje

Harpman, Jacqueline - "Ja, która nie poznałam mężczyzn"


 Baldree, Travis - "Księgarnie i kościopył"

 Herbert, Brian & Anderson, Kevin J. - "Dziedzic Kaladanu"

 Lee, Fonda - "Dziedzictwo jadeitu"

 Fonstad, Karen Wynn - "Atlas śródziemia"

 Fosse, Jon - "Białość"

 Hoyle, Fred - "Czarna chmura"

 Simmons, Dan - "Modlitwy do rozbitych kamieni. Czas wszystek, światy wszystkie. Miłość i śmierć"

Fragmenty

 Silverberg, Robert - "W dół do ziemi" (Wymiary)

 Niven, Larry & Pournelle, Jerry - "Pyłek w Oku Boga"

 Silverberg, Robert - "Księga czaszek"

 Scalzi, John - "Wojna starego człowieka" (Wymiary)

 Grimwood, Ken - "Powtórka"

 Lewandowski, Maciej - "Grzechòt"

 Howard, Robert E. - "Conan. Księga druga"

 Wagner, Karl Edward - "Kane. Bogowie w mroku" #2

Projekt i realizacja:sismedia.eu       Reklama     © 2004-2024 nast.pl     RSS      RSS