NAST.pl
 
Komiks
  Facebook
Facebook
 
Forum

  RSS RSS

 Strona główna     Zapowiedzi     Recenzje     Imprezy     Konkursy     Wywiady     Patronaty     Archiwum newsów     Artykuły i relacje     Biblioteka     Fragmenty     Galerie     Opowiadania     Redakcja     Zaprzyjaźnione strony   

Zaloguj się tutaj! | Rejestruj

Patronat

Clarke, Arthur C. & Lee, Gentry - "Ogród Ramy"

Brown, Pierce - "Czerwony świt" (wyd. 2024)

Ukazały się

Grimwood, Ken - "Powtórka" (wyd. 2024)


 Psuty, Danuta - "Ludzie bez dusz"

 Jordan, Robert; Sanderson , Brandon - "Pomruki burzy"

 Martin, George R. R. - "Gra o tron" (wyd. 2024)

 Wyrzykowski, Adam - "Klątwa Czarnoboga"

 Esslemont, Ian Cameron - "Kamienny wojownik"

 Kagawa, Julie - "Dusza miecza"

 Pupin, Andrzej - "Szepty ciemności"

Linki

Sablik, Tomasz - "Próba sił"
Wydawnictwo: Vesper
Data wydania: Marzec 2024
Wydanie: II
ISBN: 9788377314142
Oprawa: Twarda
Format: 140x205
Liczba stron: 352
Cena: 59,90 zł



Sablik, Tomasz - "Próba sił"

PROLOG
Luizjana, 16 grudnia 2015

Tensas sprawiało wrażenie zamkniętego w szklanej kuli. Jednej z tych ni to uroczych, ni to tandetnych miniaturek tonących w chmurze białych płatków, ilekroć ktoś nią potrząsa.
Zima w tym roku była, co zaskakujące, śnieżna. Życie w miasteczku prawie zamarło, bo nieużywane od lat pługi pokryły się rdzą. Zamiast na ulice powinny trafić do warsztatu.
Tensas zawsze było senne i ciche. Ale jakie ma być miasteczko, w którym mieszka kilka tysięcy osób? To tylko kilkanaście ulic, parę sklepów i barów, dwie szkoły, niewielki szpital, kościół i posterunek zarządzany od ośmiu już lat przez szeryfa Malloneya. Pod miastem był jeszcze mały motel, w którym mogli się zatrzymać przyjezdni, ale świecił pustkami. W Tensas nigdy nie było zbyt wielu przyjezdnych. Ludzie żyli tu w zgodzie i spokoju, które od czasu do czasu tylko przerywała kłótnia lub bójka w barze. Miejscowy areszt, podobnie jak motel na obrzeżach, nigdy nie był przeludniony.
Miasteczko ożywało przed Bożym Narodzeniem. Święta były jedynym impulsem, który pobudzał mieszkańców, napełniał ich serca radością, malował uśmiechy na twarzach. Już w pierwszych dniach grudnia czuć było rosnący entuzjazm, a okna domów i sklepów ozdabiały srebrzące się gwiazdki, bombki i miniaturowe choinki. Migające lampki wygrywały świetlną melodię z Migotką, wyjątkową latarnią stojącą przy głównej ulicy – Lane Street.
Latarnie pojawiły się w Tensas już w latach trzydziestych. Starzy rzemieślnicy dobrze wykonali swoją robotę, gdyż wciąż bezawaryjnie oświetlały czyste chodniki i zadbane trawniki przed domami. Migotka, ulubienica mieszkańców, była jednak inna. Jej żarówka niezmiennie świeciła przez chwilę, mrugała parę razy i gasła. Ten cykl powtarzał się od zmierzchu do świtu, jakby – niczym latarnia morska – nadawała sobie tylko znany sygnał. Początkowo irytowało to ludzi, a służby miejskie usiłowały walczyć z kapryśną latarnią. Na próżno. Przed blisko czterdziestoma laty z prób napraw ostatecznie zrezygnowano. Z czasem wszyscy przyzwyczaili się do mrugnięć Migotki. Widzieli w nich coś uroczego, pani Willis zaś, była żona znanego z niewyjaśnionych tajemnic pana Willisa, nazywała jej działanie „miejskim cudem”.
Dziś było tak samo. Mrugająca Migotka rozświetlała stojący najbliżej skromny, drewniany dom pani Rose. Ona nadawała swój szyfr, a Rose, podobnie jak reszta jej sąsiadów, spała już mocno. Gdyby któreś z nich wyjrzało teraz przez okno, mogłoby dostrzec coś dziwnego. Jedni uznaliby to za halucynacje, inni pomyśleliby, że oszaleli. Jednak tej nocy nikt nie dostrzegł niczego dziwnego. Mieli to zobaczyć wkrótce. Ale tylko nieliczni…


I
BIEL OKRYTA CZERNIĄ
ROZDZIAŁ 1

Nadchodził zmierzch, a wraz z nim podmuchy mroźnego wiatru. Okna domów rozjaśniały pierwsze ś/iatła, gdy rodziny siadały do kolacji po ciężkim dniu. W jednym z budynków jednak od kilkunastu lat światła były o tej porze zgaszone. Mieszkała w nim Rose Abrams, współzałożycielka jedynego kościoła w miasteczku, obecnie wdowa.
Rose uwielbiała spokój tej okolicy. Uwielbiała też swoją małą werandę, którą wiele lat temu zbudował jej mąż. Lubiła na niej czytać, palić papierosy i wspominać. Przesiadywała tu godzinami. Nawet w zimie – mimo protestów jej córki Katie – wkładała kurtkę i pogrążona w zadumie, siedziała przy filiżance herbaty. A może nie w zadumie, lecz w nieprzerwanej żałobie, jak często myślała. Lubiła to miejsce, gdyż tutaj najmocniej czuła aurę męża.
Czasami do niego mówiła, jakby wciąż siedział w ulubionym fotelu i z nieodłączną fajką w zębach czytał ukochane powieści. I chociaż często kłócili się o to, że za dużo, oddałaby większą część serca, by choć na chwilę znów się tu pojawił, uśmiechnął do niej i powiedział jak setki razy: „Nie przeszkadzaj mi teraz, Rosie”. Wiedział, że się wścieknie, ale nim wrócił do czytania, zawsze do niej mrugał, uśmiechając się tajemniczo zza chmury aromatycznego dymu fajki.
Odkąd się pobrali, zdrabniał jej imię. Było to słodkie i przyjemnie kontrastowało z jego powagą. Czuła się przy nim bezpiecznie. Był staromodny, ale ona kochała tę jego szarmanckość. Kochała też jego tę samą przez lata wodę kolońską, dbałość o detale i wiele innych, z pozoru błahych cech. Często wspominała ich pierwszy taniec (na jej balu maturalnym) i pierwszy pocałunek (po jej balu maturalnym, na mostku w parku Queensbridge). Ach, co to był za pocałunek! Do dziś czuła smak jego ust.
Charlie był zamkniętym w sobie chłopakiem z ubogiej rodziny. Gdy na balu podszedł do niej tym swoim dostojnym krokiem i zapytał, czy z nim zatańczy, nie potrafiła ukryć zdumienia. Zgodziła się tylko dlatego, że nie chciała być nieuprzejma. W szkole nie zwracała na niego uwagi, ale podczas tego tańca nieśmiały, cichy Charlie oczarował ją, jakby rzucił na nią jakiś urok. Wkrótce oczarowała ją też jego odwaga, gdy niespodziewanie pocałował ją w usta. Wkrótce pobrali się i rozpoczęli wspólne życie. Bardzo chcieli mieć dzieci, lecz Rose długo nie mogła zajść w ciążę. Porzucili już nadzieję, jednak Bóg spojrzał na nich łaskawym okiem i zdarzył się cud. Pamiętała ten upalny dzień – to były jej urodziny, dwudziesty szósty sierpnia. Kończyła trzydzieści pięć lat i mijał właśnie sześćdziesiąty siódmy dzień od jej ostatniego krwawienia. Zaniepokojona poszła do lekarza. Ten zbadał ją, po czym powiedział, że ma dla niej dobrą wiadomość.
Wiadomość nie była dobra. Była cudowna. Okazało się, że jest przy nadziei. Gdy wychodziła z gabinetu, miała wrażenie, że ze szczęścia unosi się w powietrzu. Pamiętała zapach potu i smak łez, kiedy dopadła Charlesa, który akurat impregnował drewno na budowę kościoła. Z radości nie potrafiła wydobyć z siebie słów. Ale nie musiała – on wiedział. Klęknął i całował jej brzuch. Dłuższy czas tkwili tak na polu, gdzie powstawał ich drugi dom.
Byli szczęśliwi do czasu, gdy Bóg dokonał transakcji. W zamian za ich córkę Katie zabrał Charliego.
Samego wypadku nie pamiętała. Wiedziała tylko, że nie zawinił Charles, lecz kierowca jadącej z naprzeciwka ciężarówki. Pędził z dwukrotnie większą niż dozwolona prędkością i uderzył prosto w nich. Oprócz męża Bóg zabrał też Rose władzę w nogach. I oznajmił to ustami tego samego lekarza, który sprowadził na świat ich córkę. Co za ironia losu, pomyślała.
Kolejną było to, że Charles odszedł w cierpieniu w tym samym miejscu, w którym pojawiła się ich córka. Nie zdążył jej przywitać ani się z nią pożegnać.
Po wypadku i śmierci męża Rose już o nic nie prosiła Boga. Uznała go za kiepskiego partnera w interesach. Ale miała swą małą Katie, którą musiała się zająć, a dwadzieścia lat później przyszła na świat Amy – wnuczka, którą obdarowała ją córka.
Od tej pory te dwie były całym jej światem. Kochała je mocno i żyła ich problemami bardziej niż one same. Potrafiła jednak zachować powściągliwość i nigdy nie narzucała się ze swoją troskliwością. Stephena, męża Kate, pokochała jak syna i odkąd poznała go na rodzinnym obiedzie, wspierała całym sercem. On również ją pokochał – niczym matkę, której nigdy nie miał.
Rozmyślając o przeszłości, Rose wypaliła papierosa, wrzuciła niedopałek do słoika przy drzwiach i ruszyła do schodów, gdzie zamontowana była specjalna winda. Gdy dotarła z wózkiem na piętro, pojechała do sypialni, odłożyła okulary na kredens, po czym zatrzymała się przy łóżku i przeczołgała na nie.
Nie pamiętała, kiedy ostatnio przespała w ciągu doby więcej niż pięć godzin. Była dopiero za kwadrans siódma. Mimo to postanowiła na chwilę zamknąć oczy.

***

We śnie miała sprawne nogi. Był upalny dzień, a ona szła przez centrum Dashville. Po drugiej stronie ulicy nie było sklepu Duckeya – w jego miejscu stał namiot cyrkowy. Nagle jakiś chłopiec chwycił ją za rękę i poprowadził w stronę namiotu. Był bardzo podekscytowany.
– Musisz to zobaczyć, Rose, musisz!
– Co takiego? – odparła.
– Zaraz będzie przedstawienie. Chodź, on zaraz zacznie! – wołał rozemocjonowany malec.
– Kto zacznie? – spytała, lecz nim zdążyła dokończyć, znalazła się w środku.
Namiot był ogromny i wypełniony po brzegi. Chłopiec mocno ją ciągnął i przedzierali się w dół po schodach. Wokół podnieceni ludzie skandowali, domagając się przedstawienia. Było parno, wszyscy byli mokrzy. Rose czuła zapach potu…
Przepchnęli się przez tłum pod samą arenę. Nagle zgasły światła.
Tylko jasny, szeroki promień padał na środek sceny, która przypominała tę w teatrze. Gdzieś z tyłu niewidoczna perkusja zaczęła wybijać szybki rytm. Zza kotary wyszedł wolnym krokiem mężczyzna w czarnym fraku. Na głowie miał cylinder, a na dłoniach białe rękawiczki. W prawej ręce trzymał mikrofon.
Na trybunach zapadła cisza, wszyscy usiedli. Rose poszła ich śladem i wtedy spostrzegła, chłopiec gdzieś zniknął.
– Witam was, moi drodzy – powiedział do mikrofonu mężczyzna we fraku, po czym nagle wykrzyczał: – Czy jesteście gotowi na przedstawienie?!
Tłum zagotował się z podniecenia.
– Tak! – zawołali zgodnie ludzie. – Chcemy przedstawienia!
Niektóre dzieci aż płakały z niecierpliwości i ekscytacji.
– Dobrze – rzekł mężczyzna uspokajającym tonem i uniósł dłoń, by uciszyć publiczność. Ta jak na komendę umilkła. – Zacznijmy zatem. Niech moja dzielna trupa wprowadzi naszego bohatera!
Zza kotary wyłoniły się dwie czarnoskóre kobiety w krótkich, białych spódniczkach. Na twarzach miały białe maski z wymalowanymi groteskowymi uśmiechami. Jedna z asystentek ciągnęła wózek inwalidzki, na którym siedziała jakaś postać, lecz Rose – choć znajdowała się blisko sceny – nie mogła dostrzec zbyt wielu szczegółów. Nie była pewna, ale widziała chyba łańcuchy krępujące ręce i nogi tego człowieka. Druga kobieta wprowadziła tymczasem na scenę skrzynię przykrytą czarną chustą. Tłum ponownie ożył. Ludzie zaczęli gwizdać, niektórzy rzucali na arenę buty i puszki po piwie, zewsząd dobiegały przekleństwa. Czuć było powszechną wściekłość i nienawiść. Rose nie rozumiała, o co chodzi. Przestraszyła się. Zaczęła jednak dostrzegać więcej szczegółów. Na wózku inwalidzkim siedział nieruchomo jakiś mężczyzna z odchyloną do tyłu głową.
Człowiek we fraku z lekkim rozbawieniem ponownie uciszył widownię ruchem dłoni.
– Bracia i siostry! – zawołał. – Ten mężczyzna chce się wyzbyć swoich grzechów! Chce wejść do Królestwa Niebieskiego, by móc dostąpić miejsca obok Pana. Czy powiecie „Alleluja”?
– Alleluja! – odparł radośnie tłum.
Rose zauważyła, że prowadzący przedstawienie ma teraz na sobie zamiast fraka czarną, błyszczącą sutannę i że znikły gdzieś jego cylinder i rękawiczki. Kobiety z kolei nosiły teraz piękne białe suknie i tylko ich maski się nie zmieniły – wciąż były upiorne. Tłum nie był już tak rozjuszony. Większość ludzi trzymała w górze ręce z otwartymi dłońmi, wielu miało przymrużone oczy i nuciło jakąś melodię. Byli w transie. Rose czuła, że jako jedyna tutaj zachowała trzeźwy umysł.
– Bracia i siostry! Dajmy temu człowiekowi wolność, dajmy mu ukojenie! – Kaznodzieja chodził tam i z powrotem. Był pobudzony, ale zarazem skupiony na tym, co robi. – Niech członki jego wolne będą od grzechu! Zaprawdę powiadam wam, lepiej wejść bez nich do Królestwa Niebieskiego, niż być z nimi ciśniętym do piekła. Ten mężczyzna obraził Pana!
– Tak! – krzyknął ktoś z oddali, a kilka głosów wnet mu zawtórowało.
– Poznajmy go! – Kaznodzieja energicznym ruchem wskazał postać na wózku. – Poznajmy jego oblicze!
Jedna z kobiet gwałtownie ściągnęła mężczyźnie worek z głowy i Rose poczuła, jak zamiera jej serce. To był jej Charlie. Jej mąż. Patrzyła, jak druga kobieta bierze wiadro i wylewa mu jego zawartość na twarz. Ocknął się, krztusząc wodą.
– Charles! – krzyknęła Rose. Próbowała wstać, ale siedząca obok kobieta chwyciła ją mocno za rękę. Mężczyzna z przeciwnej strony gwałtownie złapał ją za drugą. Rose jęknęła z bólu; nie mogła się wyrwać. Mimochodem zauważyła, że ona i Charles znów mają dwadzieścia kilka lat. Nie pamiętała go już takiego. Był silny i młody, ale też przerażony. Śmiertelnie przerażony.
– Moi kochani, ten człowiek naszedł mnie dzisiaj, gdy w świetle promieni zażywałem w Domu Pana oczyszczającej kąpieli. Oczyszczała mnie ona z brudu i grzechów tego świata. Mężczyzna ten zobaczył to i zapragnął tego samego. Dlatego właśnie jest z nami tutaj! Powiedział mi: „Ojcze, pragnę być czysty!” – wykrzyczał kaznodzieja do mikrofonu, a po krótkiej pauzie spytał cicho: – Czy powiecie „Alleluja”?
– Alleluja! – wybuchnął tłum.
Rose spostrzegła, że już nie siedzi w namiocie, lecz na wielkim stadionie. Dziesiątki tysięcy widzów wiwatowało coraz głośniej. Po chwili zapadła cisza. Rose dyszała mocno, jej czoło było zlane potem, a serce biło tak, jakby miało zaraz wybuchnąć. Chciała krzyczeć, ale nie mogła – głos uwiązł jej w gardle.
– Bracia i siostry, ten człowiek, ta niedoskonała istota chce się zbliżyć do Pana. Jeśli jeszcze kiedykolwiek chce spojrzeć Mu w oczy, musi oczyścić się z grzechu!
Nagle jedna ze stojących na scenie kobiet zdjęła maskę i założyła ją mężczyźnie na wózku. Przerażoną twarz zakryło oblicze z wielkim uśmiechem i wąskimi oczami. Pozbawiona maski twarz kobiety była natomiast smutna, sprawiała wrażenie nieobecnej. Ruchy asystentki były mechaniczne, jakby nic nie czuła. Ściągnęła chustę ze skrzyni i w górę wzbiło się stado czarnych ptaków. Rose zorientowała się, że to kruki.
– Jesteśmy świadkami narodzin nowego człowieka. Alleluja! – krzyknął kaznodzieja.
Tłum mu zawtórował.
– Niech nastanie czystość! – wykrzyczał mężczyzna w sutannie.
– Czys-tość! Czys-tość! Czys-tość! – skandował rytmicznie tłum.
Rose się szarpnęła. Chciała się uwolnić i wydostać stąd, ale trzymali ją mocno. Odzyskała głos i krzyczała ile sił w płucach, ale nie była w stanie przekrzyczeć tłumu.
– Charles! Zostawcie go! – zawołała, a po policzkach spłynęły jej łzy.
Kaznodzieja zaczął wymawiać jakieś słowa w nieznanym języku i zwrócony tyłem do widzów, machać rękami, jakby dyrygował tym, co się działo na scenie. Nagle ptaki, jeden po drugim, poczęły krążyć w powietrzu i otaczać Charlesa. Wciąż skrępowany, mógł tylko odpędzać je, rzucając głową. Bezskutecznie. Nagle kaznodzieja wykonał gwałtowny ruch ręką i kruki zaczęły rozszarpywać Charlesa, szczególnie intensywnie dziobiąc jego czoło, policzki i oczy. Rose miotała się, krzycząc wraz z mężem, ale kruki ciągle metodycznie zajmowały się swą ofiarą. Twarz Charlesa ociekała krwią, była już nie do poznania. Kaznodzieja wciąż jednak machał rękami i wyrzucał z siebie potok dziwnych słów, dyrygując morderczą ptasią orkiestrą.
Rose zorientowała się, że wszyscy wokół mają maski z tym samym absurdalnym, sztucznym uśmiechem. I że wszyscy patrzą na nią. Kruki odleciały. Charles się nie ruszał. Jego głowa zwisała bezwładnie, a z oczodołów kapała krew. Rose próbowała zamknąć oczy, ale nie mogła.
Zgromadzeni na stadionie ludzie śpiewali radośnie. Gdzieś zniknęło ich podniecenie. Dostali to, po co tu przyszli, i trwali w ekstazie. Wpatrywali się w Rose, śpiewając coraz głośniej.
Po chwili rozległo się narastające stopniowo: „Ro-sie! Ro-sie!”. Najpierw skandowali nieliczni, po chwili już wszyscy. Spojrzała na scenę. Stojący obok wózka ze zwłokami Charlesa kaznodzieja wpatrywał się w nią.
– Czy moja Rosie była dzisiaj grzeczna?! – zawołał.
– Ro-sie! Ro-sie! Ro-sie! – Wrzask tłumu był ogłuszający.
Udało jej się wyrwać sąsiadom i popędziła przed siebie. Przedzierała się przez siedzący tłum i w końcu dotarła do jakichś drzwi. Otworzyła je i biegła przez ciemny hol, aż zobaczyła ogromne wrota. Pchnęła je z całych sił i wpadła do wysoko sklepionej sali przypominającej nawę gotyckiej katedry. Zobaczyła ogromny złoty krzyż, a pod nim niewyraźną sylwetkę. Przez chwilę myślała, że to Charles, lecz mężczyzna był niższy.
– Kim jesteś? – zapytała z rozpaczą.
Chciała do niego podejść, ale upadła, straciwszy czucie w nogach. Odruchowo szukała wózka, jednak go nie znalazła. Opierając się na rękach, próbowała spojrzeć na stojącego w oddali mężczyznę, lecz widziała tylko jego buty – eleganckie i idealnie wypolerowane. Panująca w sali cisza była niemal namacalna i złowroga jak ten, który stał daleko przed nią. Usłyszała, jak rusza w jej stronę spokojnym krokiem. Lśniące buty stukały o zimną marmurową posadzkę. Był coraz bliżej, choć szedł bardzo wolno.
Stuk… stuk… stuk. Wszystko wokół się zamazywało, było niesamowicie gorąco. Widziała jedynie sylwetkę mężczyzny odzianego w czarne spodnie i płaszcz.
Gdy zdawało się, że zaraz nadepnie jej na dłonie, stanął. W sali zapadła cisza. Zdyszana i lepka od potu, Rose oddychała ciężko, wbijając wzrok w jego buty. Zamknęła oczy. Bała się spojrzeć w górę. Nie chciała znów patrzeć w te ciemne, puste oczy, które widywała w snach. Jednak coś kazało jej podnieść głowę. Jej pełne przerażenia oczy napotkały jego spojrzenie. Przez chwilę patrzyli na siebie w milczeniu. W końcu mężczyzna zaczął powoli otwierać usta. Rozciągnął je nienaturalnie szeroko, a z ich głębi zaczął się wydobywać niski pisk z wolna przechodzący w potężny ryk. Powietrze zdawało się drgać. Rose z bólu krwawiły uszy. Otworzyła usta. Czuła, że umiera. Po chwili mężczyzna zaczął łamać sobie nogi. Gdy skończył, zabrał się do szczęki. Wkrótce cała twarz była nienaturalnie zniekształcona, a wśród jego ryku Rose słyszała tylko głuche trzaśnięcia kości. Zacisnęła powieki.
Pragnęła umrzeć, jak jeszcze nigdy.

***

Nastała cisza. Wokół zrobiło się ciemno. Bolały ją oczy. Czuła, że zaciska je do granic możliwości, i to już dłuższą chwilę. W końcu zrozumiała, że się obudziła. Była zdyszana i lepka od potu. Zrzuciła z siebie kołdrę; elektryczny budzik wskazywał za kwadrans północ. Wciąż była wstrząśnięta. Dygotała z zimna, a może ze strachu. Najprawdopodobniej jednak z obu tych powodów.
A więc znów o Nim śniła. Nie umiała go nazwać ani opisać. Zawsze był niewyraźny i nigdy się jej nie przedstawił. Po raz pierwszy pojawił się w jej w snach dwa miesiące temu i od tej pory widywała go prawie co noc.
Zaczęła płakać. Te łzy od dawna czekały na uwolnienie. Łzy samotności, pustki i przygnębienia. Łzy tęsknoty i bezsilności. Sny powracały coraz częściej i coraz bardziej mieszały się z rzeczywistością. Potrzebowała pomocy. Nie wierzyła w psychologów i ich bełkot. Wierzyła, że mechanik naprawi samochód, a lekarz wyleczy grypę, ale nie w to, że człowiek naprawi czyjś umysł. Nie chciała też uciekać w leki. Płakała więc tylko, zgięta wpół, z twarzą ukrytą w dłoniach.
Aż nagle coś mocno uderzyło w szybę.
Rose dźwignęła się i przeciągnęła na wózek. Deski podłogi delikatnie zaskrzypiały. Powoli podjechała do okna i wyjrzała na ulicę. Przetarła rękawem zaparowaną szybę. To, co zobaczyła, wprawiło ją w osłupienie. Pomyślała, że ma omamy, dlatego sięgnęła na kredens po okulary, zrzucając przy tym wazon z kwiatami. Nie przejęła się tym – wciąż nie wiedziała, czy to aby nie kolejny sen. Założyła okulary i raz jeszcze wyjrzała przez okno.
Z jej sypialni widać było dokładnie całą biegnącą na północ Lane Street. Na środku jezdni, na wprost jej okna, stała dziewczynka. Wyglądała na osiem–dziesięć lat. Miała na sobie białą sukienkę, z którą mocno kontrastowały jej ciemna karnacja i sięgające prawie do pasa lśniące czarne włosy. Stała nieruchomo na ośnieżonej drodze i patrzyła na Rose. Jej twarz była poważna, a spojrzenie przenikliwe. Chociaż na zewnątrz hulał wiatr i było przynajmniej dziesięć stopni na minusie, nawet nie drgnęła. Rose pomyślała, że wciąż śni, ale patrząc na to dziwne dziecko, odczuwała szczególny spokój.
Po chwili dziewczynka nieznacznie uniosła rękę i palcem wskazującym zaczęła kreślić coś niespiesznie w powietrzu, szepcząc przy tym i delikatnie się uśmiechając. Gdy skończyła, odwróciła się i rozłożywszy ręce, ruszyła wolno przed siebie z lekko pochyloną głową i długimi włosami spływającymi na ramiona. I wtedy wydarzyło się coś, czego Rose nigdy nie zdoła wytłumaczyć.
Dziewczynka szła środkiem jezdni między stojącymi po obu stronach latarniami. Nagle dwie z nich zgasły, pogrążając w mroku część ulicy. To samo działo się z kolejnymi, które mijała. Gdy się oddalała, Rose poczuła ukłucie tęsknoty. Chciała coś powiedzieć, ale głos uwiązł jej w gardle i nie mogła się ruszyć.
Patrzyła bezsilnie, jak dziewczynka odchodzi, zabierając ze sobą światła latarni.

***

Drżącą ręką ściągnęła okulary i odłożyła na ich miejsce na kredensie. Podjechała do łóżka i z trudem się na nie przeniosła. Była spokojniejsza, chociaż wiedziała, że musi po raz kolejny zmierzyć się z nocą, która mogła mieć wobec niej różne plany. Leżała, patrząc w sufit, i zastanawiała się, czy oszalała.
Nagle pokój rozświetlił oślepiający blask. Popatrzyła w okno. To Migotka się zapaliła, a zaraz za nią pozostałe latarnie. Świeciły tak mocno, że zrobiło się jasno jak w słoneczny dzień. Jednak nie to wprawiło ją w osłupienie. Rose zobaczyła napis na szybie. Teraz wiedziała, co dziewczynka kreśliła palcem w powietrzu.
Na szkle napisane było dużymi literami: NIE BÓJ SIĘ.


Dodano: 2024-03-04 10:42:10
Komentarze
-Jeszcze nie ma komentarzy-
Komentuj


Artykuły

Plaża skamielin


 Zimny odczyt

 Wywiad z Anthonym Ryanem

 Pasje mojej miłości

 Ekshumacja aniołka

Recenzje

Fonstad, Karen Wynn - "Atlas śródziemia


 Fosse, Jon - "Białość"

 Hoyle, Fred - "Czarna chmura"

 Simmons, Dan - "Modlitwy do rozbitych kamieni. Czas wszystek, światy wszystkie. Miłość i śmierć"

 Brzezińska, Anna - "Mgła"

 Kay, Guy Gavriel - "Dawno temu blask"

 Lindgren, Torgny - "Legendy"

 Miles, Terry - "Rabbits"

Fragmenty

 Grimwood, Ken - "Powtórka"

 Lewandowski, Maciej - "Grzechòt"

 Howard, Robert E. - "Conan. Księga druga"

 Wagner, Karl Edward - "Kane. Bogowie w mroku" #2

 Sherriff, Robert Cedric - "Rękopis Hopkinsa"

 Howard, Robert E. - "Conan. Księga pierwsza"

 Howey, Hugh - "Silos" (wyd. 2024)

 Wagner, Karl Edward - "Kane. Bogowie w mroku" #1

Projekt i realizacja:sismedia.eu       Reklama     © 2004-2024 nast.pl     RSS      RSS