NAST.pl
 
Komiks
  Facebook
Facebook
 
Forum

  RSS RSS

 Strona główna     Zapowiedzi     Recenzje     Imprezy     Konkursy     Wywiady     Patronaty     Archiwum newsów     Artykuły i relacje     Biblioteka     Fragmenty     Galerie     Opowiadania     Redakcja     Zaprzyjaźnione strony   

Zaloguj się tutaj! | Rejestruj

Patronat

Clarke, Arthur C. & Lee, Gentry - "Ogród Ramy"

Brown, Pierce - "Czerwony świt" (wyd. 2024)

Ukazały się

Grimwood, Ken - "Powtórka" (wyd. 2024)


 Psuty, Danuta - "Ludzie bez dusz"

 Jordan, Robert; Sanderson , Brandon - "Pomruki burzy"

 Martin, George R. R. - "Gra o tron" (wyd. 2024)

 Wyrzykowski, Adam - "Klątwa Czarnoboga"

 Esslemont, Ian Cameron - "Kamienny wojownik"

 Kagawa, Julie - "Dusza miecza"

 Pupin, Andrzej - "Szepty ciemności"

Linki

Kagawa, Julie - "Żelazny król" (wyd. 2024)
Wydawnictwo: Vesper
Cykl: Żelazny dwór
Tytuł oryginału: The Iron King
Tłumaczenie: Joanna Lipińska
Data wydania: Luty 2024
ISBN: 9788377314760
Oprawa: Twarda
Format: 140x205
Liczba stron: 392
Cena: 64,90
Rok wydania oryginału: 2010
Tom cyklu: 1



Kagawa, Julie - "Żelazny król"

CZĘŚĆ I
1
Duch w komputerze

Dziesięć lat temu, w dniu moich szóstych urodzin, zniknął mój ojciec. Nie, nie odszedł od nas. To oznaczałoby walizki, puste szuflady i spóźnione kartki urodzinowe z wetkniętą w środek dziesięciodolarówką. To oznaczałoby, że nie był szczęśliwy z mamą i ze mną albo gdzie indziej znalazł nową miłość. A nic takiego się nie wydarzyło. Na pewno też nie umarł, bobyśmy wiedziały. Nie było żadnego wypadku samochodowego, ciała ani policji wspominającej o brutalnym morderstwie. Wszystko poszło po cichutku.
W dniu moich szóstych urodzin tata zabrał mnie do parku, wtedy jednego z moich ulubionych miejsc. Park był nieduży i opustoszały, na odludziu, z wijącą się ścieżką, otoczony sosnami, z zarośniętym rzęsą wodną stawem. Staliśmy nad brzegiem i karmiliśmy kaczki, kiedy usłyszałam dobiegającą z parkingu za wzgórzem melodię furgonetki z lodami. Poprosiłam tatę o lody, a on roześmiał się, dał mi kilka banknotów i powiedział, żebym poszła je sobie kupić.
Wtedy widziałam go po raz ostatni.
Później, gdy policja przeczesywała okolicę, nad wodą znaleziono jego buty, ale nic poza tym. Nurkowie przeszukali staw, który miał ledwo trzy metry głębokości, ale znaleźli tylko gałęzie i muł na dnie. Mój ojciec zniknął bez śladu.
Przez kolejne miesiące wciąż śnił mi się ten sam koszmar – stałam na szczycie wzgórza i patrzyłam, jak tata wchodzi do stawu, a gdy jego głowa znikała pod wodą, w tle z furgonetki z lodami dochodziła przyprawiająca o dreszcze powolna piosenka, której słowa prawie rozumiałam. Ale za każdym razem, gdy próbowałam się w nie wsłuchać, budziłam się.
Niedługo po zniknięciu ojca mama zarządziła przeprowadzkę daleko od naszego dotychczasowego domu, do maleńkiego miasteczka na terenach zalewowych Luizjany. Twierdziła, że chce „zacząć od początku”, ale w głębi duszy wiedziałam, że tak naprawdę próbuje przed czymś uciec.
Dopiero dziesięć lat później odkryłam przed czym.

Nazywam się Meghan Chase.
Za niecałe dwadzieścia cztery godziny skończę szesnaście lat.
Słodka szesnastka. Ma w sobie coś magicznego. Mając szesnaście lat, dziewczynki powinny stawać się księżniczkami, zakochiwać się, chodzić na dyskoteki, bale i inne takie. Powstało mnóstwo opowieści, piosenek i wierszy o tym wspaniałym wieku, kiedy dziewczyna znajduje swoją prawdziwą miłość, cały świat ma u stóp, a przystojny książę porywa ją w stronę zachodzącego słońca.
Nie sądziłam, żeby ze mną miało być tak samo.
W przeddzień urodzin obudziłam się, wzięłam prysznic i przekopałam szafę w poszukiwaniu ciuchów. Zwykle brałam po prostu w miarę czyste rzeczy z podłogi, ale dziś był wyjątkowy dzień. Dziś Scott Waldron wreszcie mnie dostrzeże. Chciałam wyglądać idealnie. Tyle że moja szafa cierpi na poważne niedobory, jeśli chodzi o fajne stroje. Inne dziewczyny mogą godzinami przerzucać rzeczy, wykrzykując: „I co ja mam na siebie włożyć?!”, tymczasem w mojej szafie były właściwie tylko trzy rodzaje ubrań – z darów, ze sklepów z używaną odzieżą i ogrodniczki do pracy na farmie.
Chciałabym, żebyśmy nie byli tacy biedni. Wiem, że hodowla świń nie jest zbyt prestiżowym zajęciem, ale mama mogłaby mi kupić przynajmniej jedną parę ładnych dżinsów.
Spojrzałam z niesmakiem na swoją nędzną garderobę. No nic, wychodzi na to, że Scott będzie musiał ulec mojemu wrodzonemu wdziękowi, o ile nie zrobię z siebie przy nim idiotki.
W końcu ubrałam się w workowate spodnie, zielony podkoszulek i moje jedyne, zszargane, tenisówki. Po czym przeczesałam jasnoblond, proste włosy, które znów zaczęły się potwornie puszyć, jakbym wetknęła palce do kontaktu. Związałam je szybko w koński ogon i zeszłam na dół. Luke, mój ojczym, siedział przy stole, popijał kawę i przeglądał miejscowy dziennik, który bardziej przypomina naszą plotkarską gazetkę szkolną niż prawdziwe źródło informacji. Na pierwszej stronie był nagłówek: Cielę o pięciu nogach na farmie Pattersonów! Wiecie, o co chodzi. Ethan, mój czteroletni przyrodni brat, siedział u swojego ojca na kolanach i jadł ciasteczka z marmoladą, obsypując okruchami spodnie Luke’a. Jedną ręką ściskał swojego ukochanego pluszowego królika Kłapcia i od czasu do czasu częstował go śniadaniem.
Królik miał cały pyszczek w okruszkach i marmoladzie.
Ethan to dobry dzieciak. Ma brązowe kręcone włosy jak jego tata, ale, tak jak ja, po mamie odziedziczył wielkie błękitne oczy. Należy do tego typu dzieci, którymi zachwycają się starsze panie, a przechodnie na jego widok uśmiechają się i machają. Mama i Luke mają na jego punkcie bzika, ale dzięki Bogu nie jest rozpieszczony.
– Gdzie mama? – zapytałam, wchodząc do kuchni. Otworzyłam szafkę i przejrzałam pudełka z płatkami, zastanawiając się, czy mama pamiętała, żeby kupić moje ulubione. Jasne, że nie. Tylko jakieś musli i te okropnie słodkie z piankami dla Ethana. Naprawdę tak trudno zapamiętać cheeriosy?
Luke nie zareagował i dalej popijał kawę. Ethan żuł ciastko i kichnął na ramię ojca. Zatrzasnęłam szafkę.
– Gdzie mama? – Tym razem zapytałam głośniej. Luke poderwał głowę i w końcu na mnie spojrzał. Jego senne brązowe oczy zdradzały lekkie zaskoczenie.
– Och, cześć, Meg – odezwał się spokojnie. – Nie słyszałem, jak weszłaś. Co mówiłaś?
Westchnęłam i po raz trzeci powtórzyłam pytanie.
– Ma jakieś spotkanie z innymi paniami w kościele – wymamrotał Luke i wrócił do przeglądania gazety. – Nie będzie jej przez kilka godzin, więc musisz pojechać autobusem.
Zawsze jechałam autobusem. Chciałam po prostu przypomnieć mamie, że w ten weekend miała mnie zabrać do szkoły jazdy. W tej kwestii nie miałam co liczyć na Luke’a. Mogłam mu o czymś mówić milion razy, a on i tak natychmiast zapominał. Nie był złośliwy czy wredny, ani nawet głupi. Uwielbiał Ethana, a mama chyba naprawdę była z nim szczęśliwa. Ale za każdym razem, gdy się do niego odzywałam, patrzył na mnie zaskoczony, jakby zapomniał, że ja też tu mieszkam.
Złapałam bajgla z koszyka na lodówce i wgryzłam się w niego ponuro, nie odrywając wzroku od zegara. Do kuchni wszedł Beau, nasz wilczur, i położył mi swoją wielką głowę na kolanie. Podrapałam go za uszami, aż zamruczał. Przynajmniej pies mnie doceniał.
Luke wstał i delikatnie posadził Ethana w jego krzesełku.
– Dobra, stary. – Pocałował go w czubek głowy. – Tatuś musi naprawić umywalkę w łazience, więc posiedź tu grzecznie. A jak skończę, to pójdziemy nakarmić świnie, dobra?
– Bra – zapiszczał Ethan, wymachując pulchnymi nóżkami. – Kłapcio chce zobaczyć, czy pani Chrumcia ma już dzieci.
Uśmiech Luke’a był tak obrzydliwie dumny, że zrobiło mi się niedobrze.
– Hej, Luke – rzuciłam, kiedy skierował się do wyjścia. – Nie zgadniesz, co będzie jutro!
– Hm? – Nawet się nie odwrócił. – Nie wiem, Meg. Jak masz jakieś plany, pogadaj ze swoją mamą.
Pstryknął palcami, a Beau natychmiast mnie porzucił i pobiegł za nim. Usłyszałam ich kroki na schodach i zostałam sama z bratem.
Ethan zamachał nóżkami i spojrzał na mnie tym swoim poważnym wzrokiem.
– Ja wiem – oznajmił cicho i odłożył ciastko na stół. – Jutro masz urodziny, prawda? Kłapcio mi powiedział i zapamiętałem.
– Tak – wymamrotałam, odwracając się i rzucając bajgiel do kosza. Trafił w ścianę i wpadł do środka, pozostawiając na farbie tłustą plamę. Uśmiechnęłam się krzywo i stwierdziłam, że zostawię to tak, jak jest.
– Kłapcio kazał ci już teraz życzyć wszystkiego najlepszego.
– Podziękuj Kłapciowi. – Zmierzwiłam Ethanowi włosy i skwaszona wyszłam z kuchni. Wiedziałam. Mama i Luke nie będą pamiętali o moich urodzinach. Nie dostanę ani kartki, ani tortu, ani nawet nie usłyszę od nikogo „wszystkiego najlepszego”. Jeśli nie liczyć głupiego pluszaka mojego brata. To żałosne. Wróciłam do swojego pokoju, spakowałam podręczniki, pracę domową, strój na WF oraz iPoda, na którego przez rok oszczędzałam, mimo pogardy Luke’a dla tych „bezużytecznych, robiących sieczkę z mózgu gadżetów”. Jak na prawdziwego prowincjusza przystało, mój ojczym nie lubi niczego, co ułatwia życie, ani mu nie ufa. Komórki? Nie ma mowy, mamy przecież doskonały telefon stacjonarny. Gry wideo? To wynalazek szatana, który zamienia dzieci w przestępców i seryjnych morderców. Błagałam mamę, żeby kupiła mi laptop do nauki, ale Luke uparł się, że skoro jego przedpotopowy, trzeszczący pecet jemu wystarcza, to reszcie rodziny też powinien. Co z tego, że zanim otworzysz stronę internetową przez modem, miną całe wieki? A w ogóle to kto jeszcze używa modemów telefonicznych?
Spojrzałam na zegarek i zaklęłam. Autobus zaraz nadjedzie, a ja miałam do głównej drogi dziesięć minut marszu. Za oknem niebo było szare i deszczowe, więc złapałam kurtkę. I po raz kolejny pożałowałam, że nie mieszkamy bliżej miasta.
Przysięgam, że jak dostanę prawo jazdy i samochód, to zniknę stąd na zawsze.
– Meggie? – Ethan stanął w drzwiach z królikiem pod brodą. Spojrzał na mnie ponuro błękitnymi oczami. – Mogę dziś jechać z tobą?
– Co? – Włożyłam kurtkę i zaczęłam rozglądać się za plecakiem. – Nie, Ethan. Jadę teraz do szkoły. Dla dużych dzieci, nie dla kurdupli.
Odwróciłam się i poczułam, jak moją nogę obejmują dwie małe rączki. Oparłam się ręką o ścianę, by nie upaść, i spojrzałam groźnie na brata. Ethan trzymał uparcie. Wpatrywał się we mnie z zaciętą miną.
– Proszę – błagał. – Będę grzeczny, obiecuję. Zabierz mnie ze sobą. Tylko dziś.
Westchnęłam i schyliłam się, żeby go podnieść.
– O co chodzi, kurduplu? – zapytałam, odgarniając mu włosy z czoła. Mama będzie musiała niedługo je przystrzyc, bo zaczynają przypominać ptasie gniazdo. – Strasznie się dziś do mnie lepisz. O co chodzi?
– Boi się – wymamrotał Ethan i wtulił się w moją szyję.
– Boisz się czegoś?
Pokręcił głową.
– Kłapcio się boi.
– A czego boi się Kłapcio?
– Pana w szafie.
Dreszcz przeszedł mi po plecach. Czasami Ethan był tak cichy i poważny, że zapominałam o tym, że ma tylko cztery lata. Wciąż męczyły go dziecięce lęki – a to bał się potworów spod łóżka, a to licha w szafie. W świecie Ethana pluszaki z nim rozmawiały, niewidzialni ludzie machali z kępy krzaków, a potwory tłukły długimi pazurami w okno sypialni. Rzadko wspominał o nich mamie czy Luke’owi. Od kiedy nauczył się chodzić, zawsze przychodził z tymi opowieściami do mnie.
Westchnęłam. Chciał, żebym poszła na górę i sprawdziła, czy na pewno nic nie kryje się w szafie ani pod łóżkiem.
Właśnie po to trzymałam latarkę na jego nocnym stoliku. Za oknem niebo przeszyła błyskawica, a gdzieś daleko zagrzmiało. Skrzywiłam się. Droga do autobusu nie będzie najprzyjemniejsza.
Cholera, nie mam na to czasu.
Ethan odsunął się trochę i spojrzał na mnie prosząco.
Znów westchnęłam.
– Dobrze – mruknęłam i postawiłam go na podłogę. – Chodźmy sprawdzić, co z tymi potworami.
Cicho poszedł za mną na górę i patrzył przejęty, jak brałam latarkę, a potem schyliłam się i zaświeciłam pod łóżko.
– Żadnych potworów – stwierdziłam stanowczo i wstałam. Podeszłam do szafy i otworzyłam ją z rozmachem. Ethan wyglądał zza moich nóg.
– Tu też żadnych potworów. Już wszystko w porządku?
Skinął głową i uśmiechnął się blado. Właśnie miałam zamknąć drzwi, kiedy w kącie zauważyłam dziwny szary kapelusz. Z półkulistym denkiem przepasanym czerwoną wstążką i okrągłym rondem – melonik.
Dziwne. Co on tu w ogóle robi?
Kiedy się wyprostowałam i zaczęłam odwracać, kątem oka dostrzegłam ruch. Jakaś postać ukryła się za drzwiami sypialni Ethana i przez szparę wpatrywała się we mnie bladymi oczami. Odwróciłam się gwałtownie, ale oczywiście nic już tam nie było.
Jezu, przez Ethana też zaczęłam widzieć nieistniejące stwory. Muszę przestać oglądać horrory po nocach.
Potworny grzmot tuż nad moją głową sprawił, że aż podskoczyłam. O szyby zaczął walić deszcz. Minęłam w biegu Ethana, wypadłam z domu i pognałam ulicą.

Kiedy dotarłam do przystanku, byłam kompletnie przemoknięta. Późnowiosenny deszcz nie był lodowaty, ale i tak zrobiło się nieprzyjemnie chłodno. Objęłam się ramionami i w oczekiwaniu na autobus schowałam pod omszałym cyprysem.
Ciekawe, gdzie jest Robbie? – zastanawiałam się, patrząc na drogę. Zwykle o tej porze już tu jest. Może nie miał ochoty moknąć i został w domu. Prychnęłam i przewróciłam oczami. Znów wagaruje. Świetnie. Co za leń. Szkoda, że ja tak nie mogę.
Ech, gdybym miała samochód. Znałam dzieciaki, które na szesnaste urodziny dostają samochody. A ja? Jak dobrze pójdzie, może dostanę tort. Większość moich kolegów z klasy miała już prawo jazdy i sama jeździła na imprezy, do klubów czy dokąd chcieli. Mnie – zacofanej wieśniary – nikt nigdy nie zapraszał.
Poza Robbiem, poprawiłam się w myślach. Przynajmniej Robbie będzie pamiętał. Ciekawe, co zwariowanego wymyśli tym razem na moje urodziny?
Byłam prawie pewna, że to będzie coś dziwnego albo odjechanego. W zeszłym roku wyciągnął mnie z domu na nocny piknik w lesie. To było pokręcone. Zapamiętałam polanę z małym stawkiem, nad którym fruwały robaczki świętojańskie, ale chociaż później dziesiątki razy przeszukiwałam las za domem, nigdy nie udało mi się tam trafić.
Coś poruszyło się za mną w krzakach. Opos albo jeleń, a może nawet lis, szukający kryjówki przed deszczem. Tutejsze dzikie zwierzęta były niesamowicie pewne siebie i niezbyt bały się ludzi. Gdyby nie Beau, ogródek warzywny mamy byłby stołówką dla królików i jeleni, a okoliczna rodzina szopów praczy częstowałaby się jedzeniem z naszych szafek w kuchni. Trochę bliżej, gdzieś między drzewami, pękła gałązka.
Poruszyłam się niespokojnie, zdecydowana nie uciekać przed jakąś głupią wiewiórą albo szopem. Nie jestem jak Angie z nadmuchanymi cyckami, panna doskonała cheerleaderka, która dostaje ataku szału na widok myszoskoczka w klatce czy plamy na swoich markowych dżinsach. Ja przerzucałam siano, zabijałam szczury i pędziłam świnie przez błoto po kolana. Nie boję się dzikich zwierząt.
Ale mimo to spojrzałam na drogę z nadzieją, że zza zakrętu wynurzy się autobus. Może to wina deszczu i mojej chorej wyobraźni, ale las zaczął przypominać plan zdjęciowy Blair Witch Project.
W tych okolicach nie ma ani wilków, ani seryjnych morderców, powiedziałam sobie w myślach. Przestań świrować.
Nagle w lesie zrobiło się bardzo cicho. Oparłam się o drzewo i zadrżałam. Siłą woli spróbowałam zmusić autobus, żeby przyjechał. Po plecach przeszedł mi dreszcz. Ostrożnie odwróciłam głowę i zaczęłam wytężać wzrok. Na gałęzi wylądował olbrzymi czarny ptak. Nastroszył pióra przed deszczem i siedział nieruchomo jak posąg. Kiedy tak go obserwowałam, obrócił głowę i nasze spojrzenia się spotkały. Miał oczy koloru wiosennej trawy. A potem coś sięgnęło zza pnia i mnie złapało.
Krzyknęłam i odskoczyłam w bok. Serce waliło mi jak oszalałe. Odwróciłam się na pięcie, gotowa do ucieczki, a w myślach widziałam już gwałcicieli, morderców i faceta w skórzanej masce z Teksańskiej masakry piłą mechaniczną.
Za moimi plecami ktoś wybuchnął śmiechem.
Robbie Coller, mój najbliższy sąsiad – to znaczy mieszkał prawie trzy kilometry ode mnie – opadł na pień, zaśmiewając się do rozpuku. Był chudy i wysoki, w znoszonych dżinsach i spranej koszulce. Zamilkł na moment, spojrzał na moją pobladłą twarz i znów zaczął ryczeć ze śmiechu. Krótkie rude włosy przykleiły mu się do czoła, a ubranie przylgnęło do ciała, podkreślając jego kościstą posturę, tak jakby kończyny niezupełnie pasowały do reszty. Najwyraźniej nie przeszkadzało mu, że jest przemoczony, cały w błocie, liściach i gałązkach. Tak naprawdę niewiele go ruszało.
– Cholera, Robbie! – Wkurzyłam się i tupałam, próbując mu przykopać. Usunął się i zatoczył na drogę, cały czerwony od śmiechu. – To wcale nie było śmieszne, kretynie. Prawie dostałam przez ciebie zawału.
– Prze…przepraszam, księżniczko – wydukał Robbie, łapiąc się za pierś, kiedy próbował nabrać powietrza. – Aż się prosiłaś.
Parsknął po raz ostatni, po czym wyprostował się, ściskając się za żebra.
– Boże, to było niezłe. Wyskoczyłaś na jakiś metr w powietrze. Myślałaś, że kim jestem? Seryjnym mordercą czy co?
– Jasne, że nie, durniu. – Odwróciłam się wyniośle, by ukryć rumieniec na twarzy. – I kazałam ci przestać mnie tak nazywać. Nie mam już dziesięciu lat.
– Rozkaz, księżniczko.
Przewróciłam oczami.
– Ktoś ci mówił, że jesteś na poziomie rozwoju czterolatka?
Roześmiał się.
– I kto to mówi? To nie ja siedziałem przez całą noc przy zapalonym świetle, gdy obejrzałem Teksańską masakrę. Próbowałem cię ostrzec. – Zrobił głupią minę, wyciągnął przed siebie ręce i zaczął zataczać się w moją stronę. – Uuu, kryć się, idzie morderca z piłą.
Skrzywiłam się i opryskałam go, kopiąc kałużę. Zrewanżował się ze śmiechem. Nim kilka minut później przyjechał autobus, byliśmy kompletnie mokrzy i ubłoceni, więc kierowca kazał nam usiąść z tyłu.
– Co robisz po szkole? – zapytał Robbie, gdy zasiedliśmy na samym końcu autobusu. Wokół nas słychać było rozmowy i śmiechy innych uczniów. Nikt nie zwracał na nas uwagi. – Masz ochotę na kawę? Moglibyśmy się zakraść do kina i obejrzeć film.
– Nie dziś, Rob – odpowiedziałam, próbując wyżąć bluzkę. Teraz, po wszystkim, naprawdę żałowałam, że stoczyliśmy tę bitwę. Pokażę się Scottowi jako Wodnik Szuwarek.
– Tym razem musisz się zakraść beze mnie. Daję po szkole korepetycje.
Robbie spojrzał na mnie z ukosa zielonymi oczami.
– Korepetycje? Komu?
Żołądek aż mi się skręcił i próbowałam nie uśmiechać się jak szalona.
– Scottowi Waldronowi.
– Co? – Robbie skrzywił się z obrzydzeniem. – Temu mięśniakowi? A co, trzeba go nauczyć czytać?
Spojrzałam na niego ze złością.
– To, że jest kapitanem drużyny futbolowej, nie znaczy, że masz się zachowywać jak dupek. A może jesteś zazdrosny?
– Och, no pewnie, o to chodzi. – Robbie uśmiechnął się krzywo. – Zawsze chciałem mieć iloraz inteligencji kamienia. A nie, czekaj, nie obrażajmy kamienia. – Prychnął. – Nie wierzę, że lecisz na mięśniaka. Stać się na coś więcej, księżniczko.
– Nie nazywaj mnie tak. – Odwróciłam się, by ukryć rumieniec. – To tylko korepetycje. Przecież nie zaprasza mnie na bal. Boże.
– Jasne. – Robbie nie wydawał się przekonany. – Może i nie, ale masz nadzieję, że jednak zaprosi. Przyznaj się. Ślinisz się do niego dokładnie tak samo, jak wszystkie bezmózgie laski ze szkoły.
– Nawet jeśli, to co z tego? – warknęłam, odwracając się do niego. – To nie twoja sprawa, Rob. A w ogóle, co to cię obchodzi?
Ucichł, mamrocząc tylko coś pod nosem. Odwróciłam się do niego plecami i spojrzałam za okno. Nie obchodziło mnie, co powiedział Robbie. Dziś po południu, przez jedną cudowną godzinę, Scott Waldron będzie mój i tylko mój i nikt mi w tym nie przeszkodzi.

Lekcje ciągnęły się niemiłosiernie. Nauczyciele mówili od rzeczy, a zegarki zdawały się cofać. W końcu rozległ się ostatni dzwonek, wyzwalając mnie z nieskończonych męczarni rozważań nad tym, czy x równa się y.
To właśnie dziś, powiedziałam sobie i ruszyłam zatłoczonymi korytarzami, starając się nie utonąć w tłumie. Mokre tenisówki piszczały na kafelkach podłogowych, a od potu, dymu i odoru ciał powietrze było aż gęste. Żołądek podszedł mi do gardła z nerwów.
Dasz sobie radę. Nie myśl o tym. Po prostu idź i to zrób. Omijając uczniów, dotarłam do końca korytarza i zajrzałam do pracowni komputerowej.
Był tam. Siedział przy biurku z nogami opartymi o krzesło obok. Scott Waldron, kapitan drużyny futbolowej. Cudowny Scott. Król szkoły. Miał na sobie biało-czerwoną kurtkę sportową, która podkreślała jego szeroką klatę, a gęste ciemnoblond włosy sięgały mu do kołnierzyka.
Serce zaczęło mi walić jak młotem.
Cała godzina w jednym pomieszczeniu ze Scottem Waldronem. I nikt nam nie będzie przeszkadzał. Zwykle nie miałam szans zbliżyć się do Scotta. Zawsze otaczali go Angie i jej koleżanki cheerleaderki albo jego koledzy z drużyny. W pracowni byli też inni uczniowie, maniacy komputerowi i kujony, na których Scott Waldron nigdy nie zwróciłby uwagi. Sportowcy i cheerleaderki, jeśli tylko mogli, nigdy się tutaj nie zjawiali. Wzięłam głęboki oddech i weszłam do sali. Kiedy do niego podeszłam, nawet nie podniósł wzroku. Wyciągał się na krześle, z nogami w górze i głową odchyloną do tyłu, i rzucał przez salę niewidzialną piłkę. Odchrząknęłam. Nic. Odchrząknęłam znowu, trochę głośniej. Nadal żadnej reakcji.
Zebrałam się na odwagę, stanęłam przed nim i zamachałam ręką. W końcu spoczęło na mnie spojrzenie jego kawowobrązowych oczu. Przez chwilę wyglądał na zaskoczonego, a potem uniósł powoli jedną brew, jakby się zastanawiał, czemu niby miałabym z nim rozmawiać.
Jejku. Powiedz coś, Meg, coś inteligentnego.
– Hm… – wyjąkałam. – Cześć. Jestem Meghan. Siedzę za tobą. Na informatyce.
Wciąż patrzył na mnie zdziwiony i poczułam, jak się czerwienię.
– Eee… Nie oglądam za dużo meczów, ale myślę, że jesteś świetnym rozgrywającym, nie żebym wielu widziała… właściwie to tylko ciebie. Ale chyba naprawdę wiesz, co robisz. Jestem na wszystkich twoich meczach. Zwykle siedzę gdzieś z tyłu, więc pewnie mnie nie widziałeś.
O Boże. Zamknij się, Meg. Natychmiast się zamknij. Zacisnęłam usta, aby powstrzymać ten strumień bełkotu.
Chciałam się zaszyć w jakiejś dziurze i umrzeć. Co ja sobie wyobrażałam, że się na to zgodziłam? Lepiej być niewidzialna, niż zrobić z siebie totalną idiotkę, i to na oczach Scotta.
Mrugnął leniwie, uniósł ręce i wyciągnął z uszu słuchawki.
– Sorki, mała – odezwał się przeciągle cudownym, głębokim głosem. – Nic nie słyszałem.
Zmierzył mnie wzrokiem i uśmiechnął się krzywo.
– To ty masz mi dawać korki?
– Eee… tak. – Wyprostowałam się i wygładziłam resztki godności osobistej. – Jestem Meghan. Pan Sanders prosił, żebym ci pomogła w programowaniu.
Wciąż uśmiechał się kpiąco.
– Ty jesteś tą dziewczyną ze wsi, co mieszka na mokradłach? W ogóle wiesz, co to jest komputer?
Poczerwieniałam, a żołądek podszedł mi do gardła. W porządku, może w domu nie mam za dobrego komputera. Ale właśnie dlatego większość czasu po szkole spędzałam tutaj, w pracowni, odrabiając lekcje albo surfując w sieci. Prawdę mówiąc, za kilka lat zamierzałam dostać się do wyższej szkoły informatyki i programowania. Programowanie i tworzenie stron internetowych nie stanowiły dla mnie problemu. Do cholery, wiedziałam, do czego służy komputer.
Ale pod wpływem krytyki Scotta udało mi się tylko wykrztusić:
– T...tak. Wiem. To znaczy, naprawdę sporo umiem.
Spojrzał na mnie z powątpiewaniem. Moja duma została zraniona. Musiałam mu udowodnić, że nie jestem taką prostaczką, za jaką mnie uważał.
– Chodź, pokażę ci – zaproponowałam i sięgnęłam do klawiatury.
I wtedy stało się coś dziwnego.
Nie zdążyłam nawet dotknąć klawiszy, kiedy rozświetlił się ekran komputera. Zamarłam z palcami nad klawiaturą, a na błękitnym ekranie zaczęły pojawiać się słowa.
„Meghan Chase. Widzimy cię. Idziemy po ciebie”.
Zamarłam. Słowa pojawiały się dalej. Wciąż te same trzy zdania, raz za razem.
„Meghan Chase. Widzimy cię. Idziemy po ciebie. Meghan Chase. Widzimy cię. Idziemy po ciebie. Meghan Chase. Widzimy cię. Idziemy po ciebie”.
Raz za razem, aż zajęły cały ekran.
Scott odchylił się na krześle, spojrzał na mnie z ukosa, a potem na komputer.
– Co to? – zapytał wkurzony. – Co ty robisz, wariatko?
Odepchnęłam go, potrząsnęłam myszką, puknęłam w Escape, po czym przycisnęłam Ctrl/Alt/Del, aby zatrzymać niekończący się potok słów. Ale nic nie działało.
Nagle, bez ostrzeżenia, słowa zniknęły i przez moment ekran był pusty. A potem na ekranie pojawiła się wypisana wielkimi literami inna wiadomość:
„Scott Waldron podgląda chłopaków pod prysznicem, ha, ha, ha”.
Jęknęłam. Wiadomość zaczęła przesuwać się po wszystkich monitorach w pracowni, a ja nie mogłam tego zatrzymać. Uczniowie przed komputerami zamarli na chwilę, zaskoczeni, po czym zaczęli się śmiać i pokazywać Scotta palcami. Czułam, jak jego spojrzenie wbija mi się w plecy jak nóż. Przestraszona odwróciłam się do niego i zobaczyłam, jak nabiera głęboko powietrza i mierzy mnie wzrokiem. Jego twarz przybrała kolor purpurowy, pewnie z wściekłości albo ze wstydu. Wytknął mnie palcem.
– Myślisz, że to zabawne, wariatko z bagien? Tak? Poczekaj. Pokażę ci, co jest zabawne. Właśnie wykopałaś sobie grób, kretynko.
Wypadł z pracowni, a w sali wciąż jeszcze było słychać śmiech. Kilka osób uśmiechnęło się do mnie, niektórzy klaskali i pokazywali uniesione kciuki. Jeden nawet puścił do mnie oko. Kolana mi drżały. Opadłam na krzesło i gapiłam się bezmyślnie w komputer, który nagle się wyłączył, ukrywając obraźliwą wiadomość, ale było już za późno, stało się. Żołądek mi się skurczył, a oczy piekły.
Ukryłam twarz w dłoniach.
Już po mnie. Jestem załatwiona. To koniec, Meghan. Ciekawe, czy mama zgodzi się przenieść mnie do szkoły z internatem w Kanadzie?
W moje ponure myśli wdarł się cichy chichot. Uniosłam głowę.
Na szczycie monitora, niezbyt dobrze widoczne pod światło, przysiadło malutkie, niekształtne coś. Było patykowate i wychudłe, miało długie, cienkie ramiona i wielkie nietoperzowate uszy. Obserwowało mnie inteligentnie zmrużonymi zielonymi oczami. Uśmiechnęło się szeroko, ukazując dwa rzędy fosforyzująco niebieskich, spiczastych zębów, po czym zniknęło zupełnie jak obraz z ekranu komputera.
Wpatrywałam się chwilę w miejsce, gdzie siedziało to stworzenie, a moje myśli galopowały jak oszalałe.
No, świetnie. Nie dość, że Scott mnie nienawidzi, to jeszcze mam halucynacje. Meghan Chase, ofiara załamania nerwowego na dzień przed szesnastymi urodzinami. Lepiej wyślijcie mnie do psychiatryka, bo na pewno nie przeżyję kolejnego dnia w szkole.
Z trudem wstałam i powlokłam się na korytarz.
Robbie czekał na mnie przy szafkach, z dwiema puszkami napoju gazowanego w rękach.
– Cześć, księżniczko – odezwał się, gdy do niego doczłapałam. – Wcześniej wyszłaś. Jak poszły korki?
– Nie nazywaj mnie tak – wymamrotałam i z impetem walnęłam czołem w drzwi szafki. – A korepetycje poszły super. Zabij mnie, błagam.
– Aż tak dobrze? – Rzucił we mnie puszką, którą ledwo złapałam, i otworzył z sykiem swój napój imbirowy, po czym odezwał się radośnie: – No, mógłbym powiedzieć: „A nie mówiłem?”
Zmierzyłam go zabójczym wzrokiem. Z jego twarzy zniknął uśmiech.
– Ale… nie powiem. – Zacisnął usta, powstrzymując uśmiech. – Ponieważ… to byłoby nieładnie.
– A w ogóle co ty tu robisz? – zapytałam. – Wszystkie autobusy już ci uciekły. A może czaiłeś się pod pracownią, jak jakiś świrnięty prześladowca?
Rob zakaszlał głośno i pociągnął łyk napoju.
– Hej, zastanawiałem się – mówił dalej – jakie masz plany na jutro, na urodziny?


Dodano: 2024-02-19 18:05:00
Komentarze
-Jeszcze nie ma komentarzy-
Komentuj


Artykuły

Plaża skamielin


 Zimny odczyt

 Wywiad z Anthonym Ryanem

 Pasje mojej miłości

 Ekshumacja aniołka

Recenzje

Fonstad, Karen Wynn - "Atlas śródziemia


 Fosse, Jon - "Białość"

 Hoyle, Fred - "Czarna chmura"

 Simmons, Dan - "Modlitwy do rozbitych kamieni. Czas wszystek, światy wszystkie. Miłość i śmierć"

 Brzezińska, Anna - "Mgła"

 Kay, Guy Gavriel - "Dawno temu blask"

 Lindgren, Torgny - "Legendy"

 Miles, Terry - "Rabbits"

Fragmenty

 Grimwood, Ken - "Powtórka"

 Lewandowski, Maciej - "Grzechòt"

 Howard, Robert E. - "Conan. Księga druga"

 Wagner, Karl Edward - "Kane. Bogowie w mroku" #2

 Sherriff, Robert Cedric - "Rękopis Hopkinsa"

 Howard, Robert E. - "Conan. Księga pierwsza"

 Howey, Hugh - "Silos" (wyd. 2024)

 Wagner, Karl Edward - "Kane. Bogowie w mroku" #1

Projekt i realizacja:sismedia.eu       Reklama     © 2004-2024 nast.pl     RSS      RSS