NAST.pl
 
Komiks
  Facebook
Facebook
 
Forum

  RSS RSS

 Strona główna     Zapowiedzi     Recenzje     Imprezy     Konkursy     Wywiady     Patronaty     Archiwum newsów     Artykuły i relacje     Biblioteka     Fragmenty     Galerie     Opowiadania     Redakcja     Zaprzyjaźnione strony   

Zaloguj się tutaj! | Rejestruj

Patronat

Clarke, Arthur C. - "2010: Odyseja kosmiczna"

Clarke, Arthur C. - "Spotkanie z Ramą" (wyd. 2023)

Ukazały się

Hogan, Mitchell - "Krew niewinnych"


 Hankus, Justyna - "Dwie i pół duszy. Folk noir"

 Conrad, Joseph - "Następcy"

 Lee, Yoon Ha - "Gambit lisa"

 Brett, Peter V. - "Wojna w blasku dnia", część 1

 Gregory, Daryl - "Objawicielka"

 Suri, Tasha - "Jaśminowy Tron"

 Heinlein, Robert A. - "Żołnierze kosmosu" (Artefakty)

Linki

Maszczyszyn, Jan - "Dinozauroid"
Wydawnictwo: Stalker Books
Data wydania: Maj 2023
ISBN: 978-83-6722-302-7
Oprawa: twarda
Liczba stron: 420
Cena: 59,99 zł



Maszczyszyn, Jan - "Dinozauroid" #2

Ponury cień Nienazwanej niebawem zawisł ponad nami. Góra zginała niepokorny kark niby wielogłowy monster. Coś w nie było nienormalnego, drzemało niczym odwieczne przekleństwo. Rzucało na wody mgły i mroczne skazy. Pieniło się i z nami droczyło coraz to bardziej niespodziewanymi skrętami i rozpędami. Skała musiała posiadać metaliczne jądra, złoża porażające wolę, wykrzywiające percepcję minerały i mieszające igły wszystkich kompasów pola. Miałem przy sobie kilka doskonałych zegarów wycechowanych jeszcze w Zurichu, w Szwajcarii i zwykle pracowały zaciśnięte klamrami na pasie. Jednak tym razem zawiodły wszystkie pomiary.
Nie wyobrażałem sobie świata pozbawionego magnetycznego pola. A tu pech! Trafił mi się jeden z felerną rzeczywistością. W przypadku braku wskazań kierunków czułem się jak ślepiec. Z wojskowości wywiodłem owo męczące przyzwyczajanie. Postanowiłem się skupić na formach drobnej roślinności, mchów pospolitych i grzybni, która winna była porastać stronę o najmniejszej ekspozycji słońca. Tak sobie wycechowałem północ. Resztę kierunków powiązałem z ruchem Biralis.
Sprawa wydawał się być prosta.
Kierowaliśmy się wraz z nurtami ku północnemu wschodowi.
Zboczyliśmy nieco ku wschodowi i znów wody poniosły nas ku północy.
Wkrótce ku naszemu zdziwieniu wodne prądy spowolniły do tego stopnia, że z trudem przeciskaliśmy się przez porastające zielskami wielkie bajora. Doszły niebawem rozmiary trzciny do kilkumetrowej wysokości, a gęstość nich wzrosła do wartości niespotykanej. Co prawda łatwo były łamliwe, lecz pełne w wydrążonych łodygach parszywych, lotnych robaków.
Musieliśmy znów uciekać na ryzykowne, wolne od przeszkód wody.
Prąd porwał nas natychmiast i rzucił w najszybsze centra. Przemknęliśmy nad pierwszym progiem i niemal rozbili na skałach. Hucząca, spieniona fala zagarnęła nas dalej. Przerzuciła ponad drugim i trzecim progiem. Tu impet swój wzmocniła. Mknęliśmy w wąskim gardle pieczary, a jej sklepienie niebezpiecznie się obniżało. Już baliśmy się, że zetrzemy głowy na krwawą miazgę, gdy pojawił się próg czwarty, bodaj najwyższy. Runęliśmy w dół z trudem łapiąc balansy. Dłubanki wypełniła woda. Błyskawicznie użyliśmy czerpaków. Ledwie zdążyliśmy przed następnym skłębionym wirem. Dalej ciągnęła się bodaj wydrążona sztucznie pieczara z kilkunastoma odnogami, gdzie woda chyba stała, bo nic jej nie ruszało. Pierwej zdawała się być kryształowa i zastygła niby galareta, potem drżąca i jakaś za bardzo czuła na lustrzanej powierzchni. Z obawy przed tym zagadkowym, roztoczonym tu chyba jak pułapka śluzem postanowiliśmy dalej się trzymać dzikich prądów.
Po chwili odkryliśmy rozwiązanie zagadki. Nie był to bynajmniej fortel drapieżnika, któren przyczajony oczekiwał przyklejonej do galarety ofiary, ale złożone, drobne niby ziarna maku jaja w sztukach milionów, powodujące ten migot i zatęchły smród i gęstość aż do obrzydzenia.
Przecisnęliśmy się ku innemu przejściu, gdzie woda się rozdzielała na kilka szerokich odnóg. Wpłynęliśmy ze Żwalskim w odwieczny mrok.
Nakazałem wioślarzom rozpalić latarnie. Skupiliśmy łodzie. Przytrzymali. Tak razem podróżując odkryli, że nurty uległy uspokojeniu. Nasze twarze pozostały napięte. Otaczała nas noc pełna tajemniczego plusku. Chłód powietrza zastąpił niebawem nadchodzący od strony domniemanego wyjścia gorący powiew. Bałem się, że zostaliśmy zepchnięci ku głębi piekielnej pełnej roztopionej lawy i siarkowych źródeł. Tyle, że rozum mi podpowiadał, iż w świecie tak drobnej, kosmicznej skały procesy geologiczne są praktycznie niemożliwe, a na roztopione, planetarne jądro po prostu brakuje miejsca.
Już dwa długie kwadranse trwała przeprawa, gdy nagle ujrzałem wespół z kompanami, że osobne strugi znów zeszły się razem, a rzeka odrodziła dawaną potęgę. W szarym świetle dnia ujrzałem uśmiech przyjaciela pod korkowym hełmem. Pozdrowił mnie ruchem dłoni. Odpowiedziałem tym samym.
Ruszyliśmy z prądem. Z nową energią biorąc się do wiosłowania. Nagle rozświetlił się przed nami słoneczny korytarz. Woda przyśpieszyła rwąc w kierunku coraz bliższego wylotu. Przemknęliśmy przez ostatnie skalne progi. Bezpiecznie wydostaliśmy się na otwartą przestrzeń. Zewsząd tu wylewały się z porowatej skały potężne rzeki. Schodziły się na przestrzeni kilometrów i rozlewały szerzej i szerzej. Wszechrzeka uspokajała nurty jeszcze przez godzinę, by potem zagarnąć potężny szmat lądu i zagubić nas w bezkresnym morzu. Wody był tyle, że aż trudno było dociec skąd przybywa. Czyżby jeszcze inne pracowały tu dopływy?
Odwróciłem głowę w kierunku góry. Nienazwana zdawała się zwisać jakimś przedziwnie napęczniałym girlandem wprost ze sztucznego nieba. Wznosiła się poza nami niby ściana rozdzielająca pokój od przepierzenia. Choć wiedzieliśmy, że jest wynaturzeniem lądu a nie planetarnym demonem, to ucieszył nas koniec tej koszmarnej, podziemnej wędrówki.

36

Powróciłem z rekonesansu po trzech dniach, trzech godzinach i dwudziestu minutach. Dla odmiany przeprawiłem się drogą lądową. Wpierw przez szuwary, potem łąki i wreszcie poryte jaskiniami niczym sito zbocza górskie. Uczeni i Lesztyńska przywitali mnie i dwóch prowincjałów z prawdziwą ulgą. Nawet Amonis nie krył wzruszenia, a profesor łez serdeczności. Kazali mi natychmiast siadać na zydlu, wygodnie oprzeć ręce o stół i słowami najprostszymi zdać relację.
Pierwej pytali o Żwalskiego; gdzie się podział, dlaczegóż pozostawiłem go na straży i czego dobrodziej pilnował? Nie musieli wydobywać ze mnie zeznania, bom rwał się do relacji zaniedbując pożywienie. Zgłodniały pożarłbym wtedy wszystko; a posiadali świeżo pieczone kacze mięso, owoce i ryby, ciepłe jeszcze od wędzenia. Poza kilkoma pośpiesznymi kęsami nie byłem w stanie niczego więcej przełknąć, tak się do opowieści paliłem. Pragnąłem ogół przymusić do akcji, co by najlepiej jeszcze tego samego dnia ruszyli przez groty i przełęcze przeze mnie świeżo odkryte. Tylko pragnienie mi dokuczało, bom podczas ostatniej doby kropli wody pitnej nie miał w ustach, bo tej źródlanej płynącej z wnętrza skał baliśmy się tknąć.
Tymi słowy opowieść zacząłem;
– Już na wstępie, pomimo wszelkich przedsięwziętych środków ostrożności prowincjała Karola rozszarpały nam krokodyle. Dwie łodzie złamały się na skalnych progach i ich załogi ledwo uszły z życiem. Skrzynia z prowiantem i bezcenne karabiny utonęły. Na koniec nie wylądowaliśmy na brzegu, tylko się o skały rozbili. Wędrowali jak tułacze poprzez zbocza tak strome, że kroku czasem nie było jak zrobić, by w dół kilka metrów nie runąć i zatrzymać się na ostrych jak brzytwa kępach rosnącej tam trawy. Potem przyszła pora na przedzieranie się przez z pozoru całkowicie ze sobą splątane, a nawet zarośnięte strefy pnączy, lian i łodyg tak gęstych od listowia, że przypominały gigantyczne szyszki. Intensywność przyrody wręcz zduszała w nas wolę walki. Różnorodność kwiecia, owoców, jarzyn przeróżnych i żerujących na nich ślimaków zdumiewała na każdym kroku. Węże uciekały nam spod stóp, a nieostrożnie nastąpiona jaszczurka nie rzadko raniła ostrym kolcem. Ryzyko wiązało się z każdym krokiem, śmierć stała się obecna powszechnie. W jakiś czas potem jadowite robactwo upatrzyło nas sobie na swoje ofiary. Natrętnie infekowało skórę. Febry z tego wynikłe trwały zaledwie godzinę, a przyprawiały nas o szaleństwo. Bóle lub krwawe ciągi krost stały się nocną normalką. Wybroczyny naszym nieodłącznym utrapieniem. Większość schorzeń ustępowała jednak po zastosowaniu medycznych proszków pani Lesztyńskiej, lecz niektóre pozostawiały nas na godziny w gorączce lub krwawych potach. Musieliśmy wspomagać naszych porterów w przenoszeniu poszkodowanych, bandażować rany, wycinać jadowite miejsca ukąszeń i zszywać ranę nicią zaledwie zdezynfekowaną w kropli bezcennego alkoholu kuzyna Żwalskiego – przerwałem, by złapać oddech i przetrzeć podanym przez Rajdanę ręcznikiem zapocone czoło. – Słowem, zaskoczyła mnie występująca poza progami skalnymi owa niespotkana na żadnym znanym mi świecie gęsta mikrofauna. Wyglądała mi na ciasno odizolowaną od reszty systemu zonę osobniczej ekologii. Ograniczały wspomnianą niszę szczególnie pofałdowane wzgórza, poprzecinane łańcuchami niedostępnych wąwozów i ślepych skalnych rynien pełnych bardzo ograniczonych w występowaniu gatunków zwierzęcych. Niespotykana biodywersyfikacja intrygowała mnie do tego stopnia, iż rozpocząłem przedwstępne badania i prywatne kolekcjonerstwo najrzadszych egzemplarzy drobnej napotkanej fauny. Oto ona – wskazałem przyniesioną w woreczkach, pudełkach i drobnych szklanych słoiczkach kolekcję. – Okazało się, że różnorodność wszelkiego typu tego niewielkiego, ograniczonego kopułą świata przyrody wykracza poza normatywne ludzkie wyobrażenie. Mnogość rozwiązań biologicznych, powiązań symbiotycznych oraz gwałtowność przyrody w egzekwowaniu wymagań naturalnych zaprawdę wprawiłaby w oszołomienie najbardziej zatwardziałego niedowiarka. A jeszcze bakteryjne lub wirusowe zarażenie, gdzie indziej nazywane nieuleczalną chorobą na podłożu infekcyjnym tutaj pozostało ograniczone do zaledwie dobowego trwania procesu chorobowego, jakby polegało na zaprogramowanej, obowiązkowej aktualizacji danych systemu immunologicznego.
– Uważa pan, że sama natura dba o procesy tyczące się wykształcenia w organizmie poszkodowanego mechanizmów reakcji obronnych i odporności? – zapytał profesor.
– Niech pan nie przerywa i da Jakubowi mówić – skarcił go doktor. – Całkiem sensowne wysnuwa wnioski.
– Najpodobniej tak, bo jest ograniczona zaledwie do doby i sama przechodzi najczęściej czyniąc pana silniejszym i bardziej skoncentrowanym. Co ciekawsze napotkaliśmy najbogatszy ze znanych wachlarz występujących tu organizmów ziemskich. Żyją w jednym miejscu gatunki sięgające rodowodem odległego kambru i ordowiku. Wszystkie koegzystują w symbiozie o najwyższym gradiencie zespolenia. Zastanawialiśmy się dlaczego? Przecież dzieli je potworna czasowa przepaść, kataklizmy o skali niewyobrażalnej, rewolucje w świecie przyrody, które wymazywały je z tablic domen, królestw, rzędów i rodzin procesowego, biologicznego postępu. Teraz wiemy, że to całe gromadzenie danych jest zamierzone, a działalność na polu odporności i przeciwdziałania eliminacji słabszego ogniwa posiada głęboki sens biologiczny. Jakby sama matka natura dbała tu o przetrwanie największej rzeszy swoich podopiecznych, jakby roztaczała pieczę ponad aleksandryjską biblioteką delikatnych, jedno egzemplarzowych papirusów, czyli własnych pomysłów na życie. Wielomiliardowy trud projektowania chemicznego, przerobiona masa biologicznej konsystencji, eony prób i błędów pozostały na niestraconej pozycji. Nie będzie tutaj cechą charakterystyczną, jak tak jest w naszym mniemaniu konieczne bezwzględne dążenie ku doskonałości adaptacyjnej lecz dążenie do zasiedlenia symbiotycznego. Kluczem – urozmaicenie i dopasowanie.
– Panie Jakubie, jakże cieszy mnie pański entuzjazm – mówił profesor gładząc palcami koniuszek własnej brody. – Pańska terminologia doprowadza mnie do zachwytu. Gdzież pan bywał? Bo chyba napromieniowany jesteś inspiracją, jakąś szaloną edukacją, do której ja nawet nie mam dostępu. – Skromnie wzruszyłem ramionami.
Sam nie wiedziałem. Prześladowały mnie jakieś prorocze sny, przeczucia, omamy i niesamowite obrazy tłumaczące wszystko. Ale czy one były mi inspiracją w myśleniu?
– Jesteś pan balsamem na moje dotychczasowe zniechęcenie – kontynuował Dymis Wielkogradzki. – Gdzież pan nabył takiej erudycji? Czyżby ogólnie tu występujące promieniowanie jaźni miałoby edukacyjny wpływ na nasze zmysły i wiedzę? Nie, jeśli chodzi o mój starczy i zwiędły mózg – na koniec się roześmiał.
– Cóż pan mówi profesorze? – oburzyła się madame Lesztyńska. – Toż pan Jakub zawsze był dżentelmenem wyjątkowym, a nie w ciemię bitym pachołkiem. Widziałam go w elokwentnym towarzystwie i już tam nie odstawał od reszty. Plótł, że aż miło go było słuchać – zapewniła.
– Szkoda, bo już myślałem, że owa fakirska sztuczna grawitacja posiada słuszne skutki uboczne.
– Ależ drodzy państwo – wtrącił się Amonis. – Nie osądzamy wypowiedzi pana Jakuba na podstawie jego słowotwórstwa, lecz wniosków jakie wysnuł z krótkiej obserwacji. Są to teorie niebanalne, do których chętnie się przychylam.
– Ale, ale… – wrzucił swoje trzy grosze profesor. – Przedtem szepnął mi na stronie, iż ujrzał pan pary nigdy dotąd niespotykanych różnorakich dinozaurów. Nikt przed panem nie widział podobnych sztuk żywych! Azali naprawdę nie występowały one nigdy i nigdzie na Ziemi?
– Ooo, to nasz wojskowy odkrył coś niebywałego. Dalej panie Jakubie – poganiał mnie uczony doktor, jakby nie chciał mi pozwolić na pominięcie czegokolwiek.
– Dajcie mu spokojnie zjeść – interweniowała Rajdana spoglądając na nadmiernie gadatliwych tego wieczora prowincjałów. Rzucali w nas dzikimi spojrzeniami, jakby opowiedziane przez towarzyszące mi pacholęta historie zmroziły im krew w żyłach na dobre i obawiali się wszelkiego ryzyka, planując ucieczkę w stronę niewiadomego domu. Zawsze istniało niebezpieczeństwo buntu służby. Należało spoglądać na nich od czasu do czasu z gniewnym uniesieniem brwi.
Jednak tego wieczoru podano im szampana i po chwili sami aktywnie przeżywali na nowo przygody niedawnego rekonesansu. Słuchając, śledzili usta opowiadających w gwarze Polski południowej nie śmiąc im ani przerywać, ani popędzać w relacji. Klaskali w dłonie i śmiali się, gdy dochodzili do punktu polowań i odnajdywania potężnych szkieletów.
– Były to potężne zwierzęta w opisowym obrazie podobnym do naszych świni, tyle że posiadający mocno spłaszczony, spiczasty ryj – prowadziłem równoległą rozmowę z przyjaciółmi. – Charakteryzowały je masywne odnóża i ogony operujące w podobnym rozwinięciu do wici ośmiornicy. Oceniałem ich wielkość i masę na dwadzieścia ton. Chodziły w parach wyglądających na szczęśliwą rodzinę. Zdumiewały okazywaną do siebie czułością i ambiwalencją. Jakby poznawszy różnice personalnego charakteru usiłowały je zniwelować samym zachowaniem i dobrodziejstwem uprzejmości. Widziałem w tym sygnał znacznego rozwoju społecznego. Były to te same zwierzęta, które Kajetan podpatrzył przy pierwszym siedlisku, tyle że żywe. Przy okazji odkryliśmy ze Żwalskim ogromny kanał ciągnący się na północ, idący równolegle do potężnego grzbietu Nienazwanej góry. Okazał się być wygodny do żeglugi, bo nie posiadał żadnych znaczących prądów, mimo że jasnym było iż przynależał do łańcucha dopływowego głównej rzeki. Aby dotrzeć z powrotem do rzecznych brzegów i wedrzeć się na zbocza musiałem na tę okazję przywdziać specjalne, odporne na ugryzienia obuwie. Guma sięgała niemal do pasa, a i tak mi się dostało. Ostre trawy raniły skórę, insekty szalały, a niezliczone amfibie o pajęczych nogach wściekle rzucały się na zanurzone w błotach stopy. Z dwoma podążającymi za mną prowincjałami przedarłem się ku potężnym otworom ziejących mrokiem grot. Tam odnaleźliśmy całkiem wygodną drogę wiodącą na przeciwny kraniec Nienazwanej góry.
– A co ze Żwalskim?
– Kajetanem? To już zupełnie inna historia…

37

Postanowiliśmy pozostawić łodzie na płyciźnie pomiędzy mangrowcami. Zabezpieczyliśmy je i zamaskowali pościnanym sitowiem, a sami rozdzieliwszy skromny dobytek pomiędzy wszystkich powzięli decyzję, aby wykorzystać drogę odkrytą przez mój rekonesans, a wiodącą poprzez labirynt dzikich wąwozów i przepastnych grot.
Ruszyliśmy o świcie. Posuwaliśmy się bardzo powoli, z ostrożnością dobierając dobrze wydeptane przez zwierzęta ścieżki i połoniny. Okrążając skalne turnie wkrótce wspięliśmy się na teren łatwiejszy do trawersu. Żwirowe łachy skierowały nas ku już ciemniejącym z oddali wejściom do jaskiń i prostych wnęk skalnych. Przy okazji odkryliśmy więcej potencjalnych przejść niż to ja uczyniłem dnia poprzedniego. Oświetlone promieniem niesionych latarni otwarły się przed nami dziesiątki labiryntów. Korytarze splatały się, zapadały i wznosiły dochodząc do nigdy nie eksplorowanych pieczar rojących się od gniazd stworzeń pająkowatych. Obserwowały nas świetlistymi oczyma osobniki o rozmiarach metrowych. Choć nie atakowały, przebiegały ściany i sufity co już na początku wzięliśmy za niedobry omen. Skradały się za nami i z pobliska syczały jaszczurki.
Niebawem znów ujrzeliśmy światło dzienne. Przebiliśmy się przez przejścia. Dotarli do terenów bagnistych i wspomnianych roślinnych kożuchów, które zmuszeni byliśmy pokonywać do połowy zanurzeni w brei. Aż dziwne, że błota pojawiały się na takiej wysokości, z dala od operującej rzeki. Za ów wynik lokalizacyjny winiłem deszcze, które uparcie trzymały się niektórych okolic, jakby przymuszane siła ponadnaturalną do zamęczenia górskich zboczy nieustannie spływającą z nieba wilgocią. Jaskrawą zieloność tej nawodnej roślinności kropkowały uwijające się stworzenia żywo przypominające obrzydliwie grube i nielotne muchy równie irytująco brzęczące jak ziemskie. Widzieliśmy też szybko przemierzające liście społeczne gąsienice, podobne do uwijających się wszędzie mrówek.
Wdarliśmy się w półmrok lesistej połoniny dopiero popołudniu. Tam zarządziłem odpoczynek. Zebraliśmy się przy obiedzie w okrąg i kontynuowali w nocy zarzuconą rozmowę:
– Nie powiedział pan Jakubie, co stało się ze Żwalskim – zagadnęła mnie niecierpliwa baronówna. Poprzedniej nocy zasnąłem na siedząco i chociaż wielce niepocieszeni uczeni pozwolili mi na długą drzemkę trwającą do rana dnia następnego, to zaczepiali i drążyli pytaniami całą drogę. Odpowiadałem tedy zdawkowo, dopiero po nowym posiłku szerzej się odniosłem:
– Pan Kajetan odnalazł wioskę dzikich, których nazwaliśmy „Ptasznikami”, przede wszystkim ze względu na ich zachowanie. Już uprzedzam wszelkie pytania – powstrzymałem gestem uczonych. – Są nielotami. Nazwa raczej nie koreluje z charakterystyką gatunku, lecz w dużym względzie daje wyobrażalny ogląd istoty krągłej, pokrytej dzikim pierzem i krnąbrnej. Jest to ta sama rasa, która zjawiła się przy pierwszym siedlisku, zatem razem doszliśmy do konkluzji, że okupuje ogromne obszary Staroziemi. Żwalski pozostał, aby za wszelką cenę nie stracić tego jakże bezcennego kontaktu. Ja wróciłem. Poza wioską odkryliśmy potężne cmentarzysko stojących figur, czy też szkieletów zwierząt dopiero poznanych i nie nazwanych w żadnym atlasie galaktycznym. Polegam tu na słowach Żwalskiego, który się przysięgał, że ongiś posiadał wgląd do equorgdzkich ksiąg edukacyjnych w podręcznej bibliotece naszego pociskolotu.
– To niesłychanie skromny księgozbiór. Reprezentuje zaledwie wiedzę połowiczną – wtrącił zaaferowany opowieścią Amonis. – I co dalej?
– To samo mówiłem Żwalskiemu – ja na to. – Lecz, Kajetan, jak to Kajetan uparł się, że widzi hemaflorium i veracterium, i że dotrze do prawdy, że nie odpuści. Pójdzie tropem wędrujących istot, by nie stracić kontaktu z nomadami podąży z nimi na północne stoki Nienazwanej.
– Żarty sobie stroił? Przecież to stworzenia z dawien dawna wymarłe. I co, poszedł?
– Zebrawszy pięciu ochotników spośród towarzyszących nam prowincjonałów udał się wraz z nimi ku kniei.
– Spora to była grupa ptaszników?
– Około pięćdziesięciu pasterzy z rodzinami.
– Mówi pan pasterzy? Czym się opiekowali, bydłem?
– Powtarzam. Wiedzieliśmy ogromne, stojące i pozbawione cielesnej masy szkielety. Jeden z ptaszników zaprzysięgał się, iż widział ducha, który przybywszy do doliny zdmuchnął ze zwierząt wszelką masę żywą, jakby była pyłem jakowymś.
– Dziwna ta pańska opowieść. Jakaś taka baśniowa – oceniła Lesztyńska.

38

Następnego ranka posuwając się wzdłuż pędzącego w dół wartkiego strumienia zauważyliśmy wystające ponad wierzchołki niskich zarośli szkielety jakowyś konstrukcji. Dym się stamtąd wił idąc od zabudowań. Nie będę ukrywał, że wszystkich nas ponownie ogarnęło podniecenie. Oto za chwilę mieliśmy ujrzeć potencjalnych panów tego świata, być może jego konstruktorów, istoty ku którym cała ta praca ewolucyjnej masy wiodła swe przeznaczenie.
Ostrożnie stanęliśmy na granicy wioski. Panowała tu głucha cisza. Miejsce wyglądało na opustoszałe. Ani śladu ptaszników, ni wieści od przyjaciela. Nie wierzyłem. Musiał gdzieś pozostawić list jakowyś!
Tymczasem uczeni i Lesztyńska postanowili przeczesać pobliskie pastwisko i obejrzeć z bliska stojące na nim zwierzęce kreatury.
– Chyba Żwalski miał rację. Wydaje mi się znajoma owa anatomia sterczących tutaj gigantycznych figur. Wielu naszych paleontologów mierzyło się z wyzwaniem, bo odnaleziono je kompletne w najgłębszych jaskiniach i odtąd sprawa ich szczątkowych fosylizacji stała się jasna – zwrócił się do obecnych Amonis, gdy tak spacerowali pomiędzy wznoszącymi się ponad nimi wysoko szkieletami. Krocząc pod nimi zdawało się, iż oto znajdują się we wnętrzu niezliczonej ciżby, opuszczonej przez wierny tłum katedry, pozostawionej zapomnieniu i podarowanej ciszy. Tylko donośny głos Amonisa tutaj królował. A mówił: – Przypominam sobie onegdaj czytane materiały. Były wysoce w onym czasie dyskusyjne, a tyczyły się gatunków żyjących na wysokości waszego geologicznego karbonu. Pojawiły się onczas na Equorgii rodzaje ogromnych, naziemnych ssaków, które jednak niewiele pozostawiły po sobie dokumentacji przedmiotowej. Tak więc ich istnienie przez długi czas pozostawało niepewne. Dopiero pewien adiunkt nadzwyczajny wysunął tezę, która tyczyła się wydzielenia kostnych klejów w chwili śmierci. Miałby on unieruchamiać ofiary, paraliżować kostny układ i utrzymać w zamrożeniu chwili. Pozostawać miały w owej pozycji unieruchomione na lat dziesiątki, a może i setki. Jak mniemam wielu z panów nigdy się nie zastanawiało, co dzieje się z otaczającym nas ptactwem, krótko żywotnymi ślimakami, czy drobnymi ssakami. Pewnego dnia giną one zapomniane w norze, do której wszechmocny instynkt każe im się wczołgać w chwilę przed śmiercią. Ukrywają się. Wstydzą słabości i bólu. W przypadku wspomnianym jak wyżej tak się nie dzieje. Nieruchomieją owe kreatury w pozie dumnej i szacownej.. Chwali się naturę za tego rodzaju szlachetne posunięcie.
Gdy doktor zwracał się do obecnych i mówił ja właśnie przeszukiwałem opuszczoną chatę. Odnalazłem w jednej z szaf pozostawiony list Żwalskiego. Wybiegłem na dwór rozgorączkowany. Stanąłem naprzeciw Amonisa.
– Ptasznik opisał nam proces kompletnego unicestwienia stada dokonany przez władające bóstwo pogańskie – rzuciłem zadyszany.
– I ja miałbym uwierzyć w wartość naukową jakieś legendy? Mówię panom, to bzdura. Ciemny lud stworzył mitologię bazującą na tezach krytykowanych na przestrzeni wieków animistów1. Są one jednak nietrafne i niesłuszne.
– Pani Rajdano. Sama pani mówiła o wyczuwanej tutaj obecności spirytualistycznych mocy – zwróciłem się do baronówny.
– Rzeczywiście tak było – przyznała patrząc w oczy doktora. – I pan również wie, że pod względem mistycznym ten świat jest złożony bardziej niż materialnie.
– Ale jak może wyczuwać te moce lud tak prymitywny? – ciągle wątpił.
– Najpewniej ich pan nie docenia – rzuciłem rozwijając przed sobą pozostawiony list przyjaciela. – To list Kajetana – wyjaśniłem odczytując jego słowa na głos:
Drodzy moi…
Nie omieszkam po raz kolejny usprawiedliwić własnego postępowania. Czułem, że poświęcenie dla nauki jest mym przeznaczeniem. W imię jego zmuszony jestem towarzyszyć wędrówce plemiennej ptaszników. Są wyjątkowi. Ich ciała są lotne nie za sprawą skrzydeł, a czynionych przez układ krążenia wibracji. Stopy się snują ponad gruntami nie pozostawiając żadnych śladów materialnych na ziemi. Stąd niemożliwym jest ich wytropienie, a napotkanie było czystym łutem szczęścia, za który wdzięczny jestem losowi. Nie odstępuję na krok przywódcy. Posiada ogromną wiedzę na temat lokalnych praw przyrody. Uważa, że kierują nimi bóstwa rozmieszczone symetrycznie na powierzchni planetoidy. Oczywiście zrazu podchodziłem do tych naiwnych historii z rezerwą, dopóki idąc ku północy pewnego poranka stanęliśmy twarzą w twarz ze zjawą przypominającego gigantycznego hipopotama. Uśmiechnąłem się na sam widok i udając powagę przyglądałem ceremonii składania ofiar . Wszystkie te wrażenia poddawały detekcji me zmysły telepatyczne, bo na stronie werbalnej niewiele się działo. Trwała cisza. Ptasznik wydaje się być istotą nazbyt iluzoryczną, aby pochodzić z bezpośredniej linii ewolucyjnej. Zdaje się, że plemię wynalazło środek na uniknięcie zmian wynikających z procesów różnicowania biologicznego i samo kieruje ścieżkami własnej ewolucyjnej przemiany. W obliczu niebezpieczeństwa zagłady uznaje wieczną tułaczkę i iluzoryczność za środek gwarantujący przetrwanie. Gdy już modły ustały i rodziny udały się na słuszny spoczynek podkradłem się do dziwnego miejsca. Spróbowałem ustalić źródło projekcji, bo w zjawy jak pan wie nie wierzę. I tu się pan zdziwi doktorze. Twór ów sporządzono z tkanki energetycznej, która jednak nie przedstawiała sobą wartości żyworodnej. Była jakby tylko matrycą uposażoną w skrajnie czuły aparatus sensorów. Spróbowałem odkopać fundamenty i tamże, pod grubą warstwą czarnoziemu odkryłem biegnące w kierunku jądra planetki druty, podobne do żył przewodzące miast krwi środki energetyczne nieznanej mi substancji elektrycznej. Spróbowałem przeciąć jedną z linii połączeń. Poczułem wtedy ogromną lekkość. Jakby odebrano mi część ciężaru, by po chwili poczuć ból i wrażenie ciała poddającego się sile rozerwania. Spoiwo mojej własnej konsystencji na długo pozostało wrażliwe, a ból temu towarzyszący nieznośny. Stąd przypuszczam, iż projekcja należy do zagrzebanego w gruntach maszynochodu złączonego przeróżnymi koneksjami z wielce skomplikowaną całością funkcjonujących tu systemów operacyjnych. Jego sensualność polega na roztaczaniu pola reakcji, parasola ochronnego ponad poruczonym obszarem i wraz z bulajem najpodobniej stanowi funkcjonalną całość. W dole listu zamieściłem poglądowy szkic bestii, mapkę z konkretnym szlakiem, która pozwoli wam dotrzeć na miejsce w najszybszym możliwie czasie. Zamieszam też pozostawić panu Jakubowi jaskrawe tropy na ziemi i drzewach, co byście mogli za nami podążyć, bo najpewniej zmierzamy ku głównym katakumbom Dinozauroida.
Podpisane…
Kajetan
– Doprawdy mocne słowa pan Żwalski do nas skierował – przyznał zagubiony w tej sytuacji Amonis. Wciąż nie mógł uwierzyć, iż wiara może być rodzajem intuicjonalnego odczuwania i prawidłowej interpretacji otaczającego świata.
– Czyżbyśmy mieli się spodziewać miast Gai multum istnień podobnych do obecnych w mitologiach starożytnych bogów? – spytał profesor spoglądając na mnie wzrokiem pełnym czarnego humoru.
– Przyznam, że sam czuję głęboki zawód w tej materii – odpowiedziałem. – Istnienie takowych robotów dowodzi ręcznego sterowania, a takowe uprymitywnia wszelką wizję geniuszu twórcy.
Spoglądaliśmy wokół. Widok był zatrważający. Ponad nami piętrzyły się błyszczące, bo oblane unieruchamiającymi, kostnymi klejami potężne w rozmiarze szkielety przedziwnych zwierząt. Z postury i kostnej masy przypominały nasze brontozaury, choć łeb posiadały świński, z mocnym akcentem rozbudowanego kostnie karku. Ryj zakończony długim dziobem przedstawiał się okropnie. Nie był tak szeroki jak u australijskiego dziobaka, ale ostrym i mocno szpiczastym ścięciem przypominał ten występujący u ziemskich gatunków mrówkojada. Doktor znów dał wyraz gnębiącym go przypuszczeniom.
– Chyba, że pan Jakubie od początku ma rację. Coś tu pana wielce inspiruje, kształci i być na umyśle nobilituje. Czyni w moich oczach z pana prawdziwie uzdolnionego i oczytanego naukowca. Jakby siła niebieska za pomocą pańskiego głosu pragnęła się z nami komunikować i jasno dawała do zrozumienia, iż należy się panu posłuch i wsparcie w obranym kierunku badawczym.
Skwitowałem to krótkim uśmiechem i słowami:
– Pan mnie przeceniasz.
– Załóżmy, iż siły uruchamiane tutaj motorycznie, za pomocą wysoce wyspecjalizowanych maszyn wyposażonych w narzędzia telekinetyczne obsługują niejako poziom stałych fizycznych, bez których ten mały glob stałby się w mgnieniu oka śmieciem. Podobnie jak na naszych planetach Natura, czy świadoma Gaja zmuszona jest do akceptacji onych stałych i na ich fundamencie buduje swoje struktury, tutaj parametry wyjściowe sama tworzy. Pytanie tylko, czy owa fizyczność może kształtować Naturę? Czy Natura jest aż tak niezależna by określać zmienne fizyczne i dopasowywać do własnych wymagań rozwojowych? Przypuszczam, że ta drugie działanie ma tu miejsce.
– I jak miałaby się przedstawiać moja koncepcja w pańskich oczach?– spytałem.
– Ano, jasnym jest iż istoty projektujące świat Dinozauroida świadomie wykreowały system środowiskowy, który nadał, czy przymusił do konkretnego uporządkowania ewolucyjnych prądów. Trochę inaczej funkcjonuje ten świat, pełniej i dynamiczniej. Jest źródłowo bogatszy. Jest chyba nawet stale uzupełniany. Jest niesłychanie sensualny na bodźce zewnętrzne. Takim było nasze przybycie, kiedy to poddawał testom nasz system immunologiczny implementując to i owo, zmieniając, wygaszając, może nawet implementując w mózgach procesory rozwojowe. Nie zdziwię się, kiedy gdzieś w przepastnym brzuchu tej orbitującej skały odnajdziemy szokującą prawdę.
– Mnie nurtuje, co innego – odezwała się Lesztyńska. – Jeśliby przyjąć pańską koncepcję, Amonisie i uznać śmierć tych tutaj istot –wskazała na potężne, górujące nad nami kompletne szkielety, – za naturalną. To oto od lat być może tysięcy schodzą się tutaj przedstawiciele tegoż samego gatunku, znajdując w podeszłym wieku wytchnienie i piszą się na pogrzeby jakie odprawiają wrony krążące wokół ciała zdechłego druha. Doznają niebawem immobilizacji w wyniku braku krążenia i natychmiastowego paraliżu przeciwdziałającemu upadkowi ciała. Najpewniej traktują pozycję leżącą w porze śmierci za ubliżającą i obrzydliwą. Tak widać umierają.
– Jak drzewa – zauważyłem.
– Trafne porównanie, panie Jakubie, jak drzewa.
– A zatem otacza nas nie wioska prymitywnych krajowców położona obok cmentarzyska, a myśliwska pułapka na oddające się dobrowolnej śmierci potwory – podsumował profesor Dymis. – A zatem przypuszczam, że koczujące plemię przybywa tu od czasu do czasu, by obedrzeć ze skóry i mięsa zdechłe truchło, używając do tego prymitywnie skleconych drabin. – Wskazał coś w trawie przypominającego powiązane rzemieniami drzewce.
– No tak – poparł Wielkogradzkiego Amonis. – Wszystko układa się w logiczną całość. Tylko dlaczego tak inteligentny, wiecznie krytyczny i wykształcony Żwalski dał się ptasznikom wywieść w pole? I jakim sposobem ptaszniki przekonują zwierzęta, aby obrały sobie to miejsce za cel ostateczny?
– Widziałem kiedyś masową śmierć kaszalotów. Wszystkie w sposób samobójczy wczołgały się na plażę. Myśli pan, że zachodzi tu jakaś analogia? – spytałem.

39

Przez dzień cały przeczesywaliśmy wioskę w poszukiwaniu narzędzi i przykładów sztuki garncarskiej. Interesowały nas nawet grzebienie, którymi przeczesywali puchowe pokrycie ciała. Każda rzecz, która nosiłaby na sobie artystyczne szczegóły, dotyczące codziennego życia i mistycznych wierzeń. Wykonane z kościanych resztek czesadła posiadały filigranowe wykończenia, nierzadko zawierające elementy sztuki odnoszącej się do postaci mitologicznej i magicznej. Widziałem wyrysowane na tkaninie zastępującej sufity w chatach postacie historyczne i demony. Wszędzie przewijały się elementy grozy.
Następnego poranka, wielce podniecony Equorg zwołał nas czym prędzej w gromadę i kazał podążać za sobą. Poprowadził wyraźnym świeżym tropem w kierunku pędzącego wartkim strumieniem dopływu Wszechrzeki. Najwyraźniej rozpoznawał ślady znane mu z kopalnych resztek, bo rwał w tym kierunku z radością myśliwego.
Niebawem ujrzeliśmy chowające się za gęstymi krzakami zwierzę wielkości krowy, z długim ryjem podobnym do paszczy mrówkojada, którym rozkopywał na wszystkie strony skiby ziemi poszukując w niej robaków i słodkich bulw karczepo2. Posiadało skąpe, wyleniałe futro, maleńkie ślepia i dziwaczne długie uszy, zwieszające się po obu stronach głowy niczym długie, paski luźnej skóry.
– To maleńkie veracterium – rozpoznał zwierzę Amonis. Jego głos drżał od wzruszenia. – Gatunek nie uległ znacznym zmianom na przestrzeni setek milionów lat. Wciąż występuje w niewielkich stadach na bagnistych terenach mej rodzinnej Equorgii. Mięso posiada wyborne w odróżnieniu od waszego kwaśnego i obrzydliwie słodkiego – rzucił prędką uwagę szykując się do strzału. – A przyprowadziłem was tu dlatego, by udowodnić wczorajszą tezę.
Nie zdążyłem go powstrzymać. Strzelił, zabijając sztukę na miejscu.
Żal mi było malca. Doktor obdarł go ze skóry, wykroił najlepsze płaty mięsa, a resztę pozostawił kręcącym się wokół ścierwojadom. Zraził mnie do siebie tym nieprzyzwoitym brakiem serca do znajomej mu zwierzyny.
Nie odeszliśmy od wioski nawet na kilometr, gdy Amonis zdecydował się na rozłożenie obozu i ułożenie szczególnie szczelnej zeriby. Górska połonina, taka dziesięć na czterdzieści metrów, wyglądała szczególnie zachęcająco. Tym bardziej, że ziemię pokrywał tu mech, a nie ostra górska trawa. Mało gdzie grunta układały się w wyborny poziom. Otaczały nas z trzech stron skały, a czwartą ograniczało strome zbocze Nienazwanej. Tam zebraliśmy drzewny chrust, rozpalili ognisko i złożyli spory stół, co by przygotować mięso. Niejeden się przy nim zakrzątał, a już Dymis kucharzom przewodził.
Obchodziłem teren ostrożnie. Nie dalej niż kilka dni temu dreptał tędy Żwalski na czele rozciągniętej w długą linię grupy ptaszników. Skąd wiedziałem? Otóż obaj z przyjacielem nosiliśmy na podeszwie butów specjalną iglicę, która w sposób charakterystyczny uszkadzała miękkie podłoże. Gdy przeszkadzała w chodzeniu lub czyniła zbędny hałas, dyskretnie chowała się do wnętrza fleka. Stąd wiedziałem, gdzie patrzeć i czego szukać. Szybko odnalazłem tropy. Oznaczyłem kierunek i wróciłem do przyjaciół.
Zastałem Amonisa przyrządzającego swoją zdobycz samotnie na stronie. Nie pozwolił sobie więcej przeszkadzać. Sporą sztukę mięsiwa oddzielił, pokroił na plastry i zapeklował w oliwie i grzybach na później. Resztę zrosił rozpuszczonym bo sproszkowanym czosnkiem, cebulą i okrasił paprykową pastą; produktami pochodzącymi jeszcze z naszych pociskowych zapasów. Wszystko to było gotowe na porę wieczornego ognia i nadało się do nabicia na wielki żelazny rożen, któren zazwyczaj pełnił rolę głównego masztu zapasowego namiotu.
W prędko zapadającym zmierzchu, gdy ptaki już głuchną poczęły się płaty mięsa rumienić, wydzielać cudownie pachnące tłuszcze i rozprowadzać pośród drzew woń zielarską zapewne pochodzącą od wysmażonej krwi bogatej w jakowyś arsenał chemicznych związków. Bo dlaczegóżby tylko rośliny miały produkować zioła?
Tymczasem my ozłoceni blaskiem idącym od ognia, rozparci na składanych fotelach rozprawialiśmy na tematy treningów parapsychicznych i możliwości zeń wynikających. Wpatrywaliśmy się w strome zbocze górskie piętrzące się przed nami niby malarskie płótno. Kontury Nienazwanej zamazywały się w chłodnej dali, a tam gdzie łączyła się ona z żeliwną kopułą pulsowała światłem od feerii co raz wskrzeszonych błyskawic. Gdzieś tam obnażały się skały, a połaci zmrożonych lodem nie było widać końca. Nie mogłem oczom uwierzyć, że ogromne stada drobnych ptaków migrowały w tamte strony, bodaj z potrzeby zażycia chłodu lub dla składania gniazd ze słomy w skałach zdających się posiadać niedostępne kryjówki. Jednym słowem świat ten, pomimo że tak niewielki nieodmiennie zachwycał rozmaitością możliwości zasiedlenia.
Tak już przyglądaliśmy się sennym wzrokiem, wodząc po sobie i okolicy, gdy opadła na nas kurtyna niezwykłej lekkomyślności i organizacyjnego bałaganiarstwa. Zapomnieliśmy, gdzie jesteśmy i po co tu przybyliśmy. Wyjaśnienia i opisy eksperymentów naukowych doktora Amonisa były tak porywające, a jego elokwencja okraszona śmiechem niecodziennie wspaniała, żem uznał, że nic nam nie grozi.
– Od początku spodziewałem się tu istnienia aktywnej rozumnej rasy! – mówił Wielkogradzki. – I to niejednej! Wygląda mi na to, że sam konstruktor zatracił się w tym bałaganie. Może mamy do czynienia z rywalizacją socjety stworzeń różnokolorowych?
– Ale czemuż pan od razu zakłada, że kierują się nienawistną, rasistowską ideologią? – dochodziłem patrząc na Dymisa.
– Zachowanie to jest bardzo pospolite w przyrodzie. Ma na celu eliminację słabszego i bierze górę nad rozumem. Każda z ras zakłada, że to ona jest faworytem natury – wtrącił doktor.
– I to my mielibyśmy dotrzeć do prawdy? – spytała Rajdana.
– Po to tu przybyliśmy – potwierdził Amonis.
– A nie bynajmniej ratować Jovanicha?
Doktor przyjrzał się jej uważnie.
– Pani zdolności telepsychiczne są wprost niepojęte. Wyrażam podziw ponad poziomem osiągniętej przez panią wiedzy. Ale czy ani przez moment nie przestałem dawać pani do zrozumienia, że Jovanich Valvel już nie żyje, bo został zdradziecko zamordowany? Jestem tu po to, aby ugasić zarzewie konfliktu zbrojnego rozpętanego pomiędzy naszymi rasami. Dawałem pani setki razy do zrozumienia, że za mord jest odpowiedzialny stary lord. I pani tę prawdę skrzętnie przed swoimi pobratymcami ukrywała.
Zaniemówiliśmy z wrażenia. Lesztyńska zbladła. Jej usta przez chwile bezgłośnie pracowały. Słowa doktora odbijały się w naszych umysłach nieprzemijającym echem. Nagłośnione telepatycznym przekazem doprawdy nas ogłuszyły. Nikt z nas nie zdołał zareagować. Nikt nie wypowiedział słowa. Tymczasem Amonis ciągnął:
– Gdzieś tam, we wnętrzu Nienazwanej kryje się odpowiedź na wszystkie nasze pytania – wskazał piętrzący się niebywały szczyt. – Gdzieś tam ukrywa się zbrodniarz i przyczynodawca naszej mizerii. Musimy sforsować wszelkie przeszkody, a może nawet walczyć do upadłego, aby tam wejść i rzecz całą światu objawić!
Coś mnie wówczas tknęło i spojrzałem ku odległemu o dziesiątkę kilometrów jedynemu widocznemu skrawkowi najwyższej partii górskiego grzbietu. Ciemniał w połowie drogi do szczytu mroczny, niskopienny zagajnik zatopiony w otulinie z mgły i deszczu. Ale byłbym przysiągł, że kryło się tam coś jeszcze!
I gdy tylko rozbłysnął mocniej płomień naszego ogniska pod wpływem dorzuconego chrustu dało się słyszeć rytmiczne bębnienie i przyuważyć niezwykły ruch, jaki powstaje przed burzą, gdy z nagła ciemniejących kształtów chmury odrywają się osie rozjaśniających wyładowań.
Jakoś prędzej pomyślałem wtedy o spłoszonych leśną muzyką rojach nietoperzy niż czymkolwiek gorszym. Wszyscy powstrzymaliśmy oddech i spojrzeli po sobie. A jednak, dotknęło nas obopólne wrażenie narastającego zagrożenia. Lesztyńska zerwała się z miejsca. Poczęła dłońmi w powietrzu rysować linie i własną wolą kształtować w przestrzeni bufory nie do przekroczenia. Ale mimo to powstała nerwowa atmosfera. Niejeden z numerowych sięgał po broń lub krył się pod namiotowym płótnem. Przecież bufory mogła zmieść moc nie do pomyślenia!
– Czyżby to był rodzaj tam–tamów nawołujących bestie do akcji? – zapytał dotąd milczący Dymis.
– Chyba coś jest do rzeczy w pańskiej uwadze – przyznała madame. – A kim lub czym według pana jest osoba produkująca dźwięki? Czy oczekuje od adresata odpowiedzi? – nerwowo reagowała Rajdana. – Jakoś dotąd nie dosłyszałam.
Skupiliśmy się na nasłuchiwaniu, ale prócz trzasku płomieni i skwierczenia tłuszczu w garach doktora Amonisa nic nie dało się dosłyszeć. Bębnienie w oddali ustało. Delikatny powiew wiatru przyniósł zapach odległego, iglastego lasu. Przyjęliśmy to za dobry omen. Może ulegliśmy krótkotrwałemu złudzeniu? Echo mogło powstać wszędzie i przenieść zafałszowane dźwięki z odległości dziesiątków kilometrów lub nadejść od źródła tuż obok.
– Być może mamy do czynienia z klekotem jakowyś pelikanów? – znów głośno zastanawiał się Dymis.
– Stawiałbym na pelikany jak pan, profesorze – zgodził się Amonis ze śmiechem. – Może też inny rodzaj kłapiących dziobami nielotów. Szczerze wątpię w kontakty społeczności plemiennej używających do komunikacji tam tamów. Byłby czas na odtworzenie historii cywilizacyjnej w tak niewielkim miejscu?
– Starożytność, może by się udała w świecie tak małym. Byłaby bardzo barwna, ale jednocześnie całkowicie zbędna i kosztowna – zgodziła się Rajdana. Szukała miejsca, żeby usiąść. Jej dłonie ciągle pozostawały zarumienione od temperatury wskrzeszonych mocy.
– No tak…Dzicy to żadna alternatywa dla precyzyjnie administrowanej ewolucji, w sensie – mającej na celu natychmiastowe wykształcenie jednostki sprawnej intelektualnie – zauważył doktor, ale niepokój w jego twarzy ciągle narastał. – Niepotrzebna strata czasu…
Nie dokończył swojej kwestii, bo nagle poczuliśmy gęstniejący wokół nas mrok. Jakby całun smolny wypełnił przestrzeń tysiącem czarnych dusz. Wrażenie na dość długo pozostawało w sferze ducha nim się zmaterializowało. Poczuliśmy na twarzach lepką rosę, a wkrótce potem ogarniający od stóp do głów potworny ziąb. Symptomy zmian intensyfikowały się. Zaczęliśmy się krztusić i dławić. Powietrze zamieniało się w gaz niezdatny do oddychania. Wrażenie potęgował mdły blask idący od ogniska. Wahał się na intensywności. Wreszcie płomień zmarniał i zdusił się w sobie. Zakończył żywot parszywym trzaskiem. Wszyscy wiedzieliśmy. To był zły omen.
Trzymałem już od jakiegoś czasu broń w pogotowiu. Ale z jakiejś przyczyny drżał mi palec na spuście. Niezdolny też byłem wycelować, niby do kogo miałem mierzyć?
Poza tym z jakiejś przyczyny nagle pociemniało mi w oczach. Takim wzrokiem nie wytropiłbym najmarniejszego punktu zaczepienia. W wyniku paniki, jaka mnie opanowała broń wypadła mi z ręki. Upadła w piach pod stopami. Gdy spróbowałem po nią sięgnąć krew zapulsowała w żyłach jakby za chwilę od nadciśnienia miały pęknąć ścianki. W obłędnej trwodze ujrzałem odpływające twarze przyjaciół. I wtedy zamajaczył obły zarys nadciągającej postaci.
U wszystkich widok intruza wyzwolił uczucie obezwładniającego lęku. Mimo to, zerwaliśmy się z miejsc bezrozumnie ulegając instynktom. Uciekając potrącaliśmy się nawzajem i kaleczyli w upadkach. Byle dalej w stronę namiotowych płócien. Na szczęście nogi wciąż nie odmawiały posłuszeństwa, pracowały, napędzane wspólną wszystkim trwogą.
Tymczasem na samym środku otoczonego zeribą placu tarzało się, olbrzymie coś! Wylądowało i korzystając z potwornych macek poczęło się w stronę uczonych czołgać. Najwidoczniej ogromne paskudztwo już wcześniej obrało cel.
Przypuszczałem, co potem potwierdziła niejedna naukowa teoria, iż można było ohydę zaliczyć do gatunku organizmów dwuistnych. To jest złożonych z ciała świadomego i demonicznego. To drugie prosperowało w wirującej wokół pierwszego aureoli pyłu międzygwiezdnego. Pierwsze posiadało masę, drugie własne upiorne przyciąganie.
Obserwowałem kształt przybierający różnorakie postacie. Uniwersalne to mogłoby być zwierzę, co w ewolucji gatunków niebagatelne miało znaczenie. Widziałem raz łapy zaopatrzone w szpony, innym razem transformujące się grona lepkich macek, na koniec uzyskujące formę diaboliczne wykręconych rąk.
Posłyszałem wzbierający, żabi skrzek, który doszczętnie pomieszał nam w głowach. Dźwięk wyzwolił mroźny przeciąg, a ten nie był bynajmniej efektem zasysania powietrza, lecz mocy magnetycznej przyciągającej żywych aż do fazy zlepienia i wreszcie morderczego ścisku. Wpadłem na Lesztyńską, a ona pociągła nas na prowincjałów. Upadliśmy wszyscy i przebierali w powietrzu nogami jak złapany w sieci ogromny, polny żuk.
Do kompletu brakowało obu naszych uczonych. Zostali odseparowani od naszej grupy. Zaciągnięci na łachę piachu ulegli całkowitemu obezwładnieniu, a potem uległości wobec istocie parszywej. Usłyszałem jak mdlejąc z bólu wrzeszczą i wołają. Zdumiałem się, że w tym dramatycznym momencie słowa ich pozostają niezrozumiałe, instrukcje zbędne, cele pomylone. Widziałem ich jak przez mgłę; unoszących się, skamlających wreszcie w locie pomniejszonych do niepozornej plamy i raptem zanikających w gęstniejącej nocy.
Dużo za późno zapragnąłem rzucić się im z pomocą.
Przez dłuższy czas siedzieliśmy i pozbawieni głosu wypatrywaliśmy jakiegokolwiek znaku powrotu do normalności. Uczucie pustki nie odstępowało. Brak był ewidentny. Klęska głęboko odczuwalna. Mogliśmy się poddać bezsilnej rozpaczy.
Przed wciąż miałem obraz porwanych. Widok poczwary obezwładniał do tego stopnia, że niejako z automatu określał zwycięzcę. Odniosłem wrażenie, że podczas dynamicznego ruchu błysnęła na krótką chwilę jej twarz. Fizycznie nie posiadała wykształconej osobnej głowy, zatem twarz znalazła miejsce w tułowiu, w obrębie wstrętnego, włochatego ciała. Umiejscowiona na torsie wyglądała niczym zawieszona na rzemieniu płaskorzeźba. Przedstawiała spłaszczony, zwierzęcy łeb ze ślepiami w ogromnej ilości. Gały cały czas pozostawały mrugające. Rytm ich otwarcia hipnotyczny. Fakturę skóry przyrównałbym do jakości zerodowanego metalu. A metal zaliczyłbym do tych najcieńszych, z których powstają wyborne puszki. Puszka w tym wypadku ukrywałaby mechanizmy tak precyzyjne, że mógłbym ją uznać za część wiodącą androida, czyniącą z kontrolowanego biernego ciała doskonałego półrobota.

40

Gdy krzyk profesorski i niesamowity ryk Amonisa popłynął w doliny, odbił ponurym echem i przyniósł odgłosy dzikich pochrząkiwań i ryków obwieścił koniec pewnej epoki. Na dotkniętych sromotą zaglądały stworzenia aż z głębi bagien. Błyskały iluminujące ślepia z odległych lasów.
Stałem pośrodku zbocza znieruchomiały i załamany. Odczuwałem istnienie bolesnej pustkę i nienaprawialnej rany. Przerosło mnie brzemię odpowiedzialności Jak mogliśmy dopuścić do błędu tak pospolitego?
Miałem wrażenie, że niepotrzebnie nadszedł blady świt. Za nim przyczołgał się jaskrawy poranek. Na próżno nawoływaliśmy. Na próżno szukali. Nikt nie odpowiadał wołaniom. Nikt z gąszczu nie wychodził. Tylko echo się po skałach niosło i powracało niezliczonym pogłosem.
Zarządziłem poszukiwania okolicy. Może uczonych porwano i z wysokości rzucono? Podzieleni na drużyny przeszliśmy wzdłuż pokrytych lodem stoków. Przedarliśmy się kilka kilometrów na północ. Nie odnajdując porzuconych ciał zawróciliśmy. Zabrało nam to poszukiwanie czas do południa. I nic.



Dodano: 2023-05-20 09:47:30
Komentarze
-Jeszcze nie ma komentarzy-
Komentuj


Artykuły

Wywiad z Anthonym Ryanem


 Pasje mojej miłości

 Ekshumacja aniołka

 Śniadanie wdowy, opowiadanie ze zbioru "Upiory XX wieku"

 Wywiad z R.J. Barkerem

Recenzje

Tolkien, J.R.R. - "Księga zaginionych opowieści" część 2


 Le Guin, Ursula K. - "Jesteśmy snem"

 Reynolds, Alastair - "Migotliwa wstęga"

 Vonnegut Kurt, Suzanne McConnell - "Zlituj się nad czytelnikiem. Zasady twórczego pisania"

 Brzezińska, Anna - "Zmierzch świata rycerzy"

 Piekara, Jacek - "Dziennik czasu zarazy"

 Kiernan, Caitlín R. - "Domy na dnie morza"

 antologia - "Inne nieba"

Fragmenty

 Hopkins, Ben - "Katedra"

 Watts, Peter - "Rozgwiazda" (Vesper)

 Clarke, Arthur C. - "Spotkanie z Ramą"

 Maszczyszyn, Jan - "Dinozauroid" #2

 Maszczyszyn, Jan - "Dinozauroid" #1

 Simak, Clifford D. - "Stacja pośrednia"

 Muir, Tamsyn - "Gideon z Dziewiątego"

 Lewman, David - "Złodziejski honor"

Projekt i realizacja:sismedia.eu       Reklama     © 2004-2023 nast.pl     RSS      RSS