NAST.pl
 
Komiks
  Facebook
Facebook
 
Forum

  RSS RSS

 Strona główna     Zapowiedzi     Recenzje     Imprezy     Konkursy     Wywiady     Patronaty     Archiwum newsów     Artykuły i relacje     Biblioteka     Fragmenty     Galerie     Opowiadania     Redakcja     Zaprzyjaźnione strony   

Zaloguj się tutaj! | Rejestruj

Patronat

Weeks, Brent - "Nocny anioł. Nemezis"

Silverberg, Robert - "W dół do ziemi" (Wymiary)

Ukazały się

Pilipiuk, Andrzej - "Okiść"


 King, Stephen - "Im mroczniej, tym lepiej"

 King, Stephen - "Im mroczniej, tym lepiej" (twarda)

 Black, Holly - "Więzień Bez Tronu"

 Wielgus, Grzegorz - "Pieśń zemsty"

 Kisiel, Marta - "Mała draka w fińskiej dzielnicy"

 Tolkien, J.R.R. - "Kształtowanie Śródziemia"

 Niven, Larry & Pournelle, Jerry - "Pyłek w Oku Boga"

Linki

Asimov, Isaac - "Równi bogom" (wyd.2023)
Wydawnictwo: Rebis
Kolekcja: Wehikuł czasu
Tytuł oryginału: The Gods Themselves
Tłumaczenie: Krzysztof Bednarek
Data wydania: Marzec 2023
Wydanie: IV
ISBN: 978-83-81886-91-8
Oprawa: Zintegrowana
Format: 135 x 215
Liczba stron: 400
Cena: 49,90
Rok wydania oryginału: 1972



Asimov, Isaac - "Równi bogom"

6
Uwaga autora: Opowieść rozpoczyna się od rozdziału 6. To nie jest pomyłka. Mam w tym pewien zamysł. Czytaj zatem z przyjemnością.

Nic z tego! — rzucił Lamont. — Niczego nie osiągnąłem. Lamont wyglądał ponuro; miał głęboko osadzone oczy i wydatną, odrobinę niesymetryczną dolną szczękę. To znaczy nawet w najbardziej pomyślnych chwilach wyglądał ponuro, a teraz sytuacja była niewesoła. Przeprowadził drugą oficjalną rozmowę z Hallamem i okazała się ona jeszcze większą porażką niż ta pierwsza.

—  Nie dramatyzuj — powiedział spokojnie Myron Bronowski. — Nie spodziewałeś się sukcesu. Sam mi to mówiłeś.
Bronowski podrzucał orzeszki ziemne i łapał je grubymi wargami. Za każdym razem mu się udawało. Był niezbyt wysoki, niezbyt szczupły.

—  Tak czy owak, to nic przyjemnego. Ale masz rację, to bez znaczenia. Mogę i zamierzam zdziałać inne rzeczy, a poza tym jestem zależny od ciebie. Gdybyś tylko zdołał odkryć…

—  Nie kończ, Pete. Już to wszystko słyszałem. Wystarczy, że rozszyfruję sposób myślenia inteligencji innej niż ludzka.

—  Wyższej niż ludzka. Te istoty z paraWszechświata starają się przemawiać tak, żebyśmy je zrozumieli.

—  Być może — Bronowski westchnął — ale starają się to robić za pośrednictwem mojej inteligencji, która, jak czasami sądzę, przekracza ludzką, ale tylko w niewielkim stopniu. Czasami nie mogę spać, tylko leżę i zastanawiam się, czy różne inteligencje w ogóle są w stanie komunikować się ze sobą nawzajem. W szczególnie złe dni nie wiem, czy wyrażenie „różne inteligencje” ma jakikolwiek sens.

—  Ma! — krzyknął Lamont, a jego schowane w kieszeniach fartucha laboratoryjnego dłonie wyraźnie zacisnęły się w pięści. — Różne inteligencje to Hallam i ja. Bohater głupców, doktor Frederick Hallam, i ja. Jesteśmy różnymi inteligencjami, ponieważ kiedy do niego mówię, Hallam niczego nie rozumie. Jego twarz idioty czerwienieje coraz bardziej, oczy wychodzą mu z orbit, a uszy przestają słyszeć. Powiedziałbym, że jego umysł przestaje funkcjonować, ale nie mam dowodu na to, że w ogóle funkcjonuje, a bez tego nie może przestać.

—  Cóż za słowa pod adresem Ojca Pompy Elektronowej — mruknął Bronowski.

—  Zgadza się. Domniemanego Ojca Pompy Elektronowej. To były, że tak powiem, narodziny z nieprawego łoża. Wkład Hallama w sam wynalazek był znikomy. Wiem o tym!

—  Ja też wiem. Często mi o tym mówiłeś.

Bronowski podrzucił i złapał kolejny orzeszek.

1

Wydarzyło się to trzydzieści lat wcześniej. Frederick Hallam był radiochemikiem, świeżo upieczonym doktorem, i jeszcze nic nie wskazywało na to, że rzuci świat na kolana.

Świat zaczął drżeć w posadach, kiedy na biurku Hallama znalazła się zakurzona butelka na odczynniki z napisem „wolfram”. Butelka nie była własnością Hallama; nigdy wcześniej jej nie używał. Odziedziczył ją po jakimś byłym lokatorze jego gabinetu, który w nieokreślonych czasach i z dawno zapomnianego powodu zażądał wolframu. W tej chwili zawartość butelki nie była już nawet wolframem. Małe, nieregularne kuleczki czegoś, czego grubą wierzchnią warstwę stanowił tlenek, szare i przykurzone. Bezużyteczna rzecz.

Pewnego dnia Hallam wszedł do laboratorium (dokładnie było to 3 października 2070 roku), przystąpił do pracy i krótko przed dziesiątą rano ją przerwał. Popatrzył uważnie na butelkę i ją podniósł. Była tak samo zakurzona jak zawsze, naklejka była tak samo spłowiała, a jednak Frederick zawołał:

—  Cholera jasna; kto, do diabła, przy tym gmerał? Przynajmniej taką wersję zdarzeń opowiadał Denison, który usłyszał krzyk Hallama i który jedno pokolenie później zrelacjonował sytuację Lamontowi. Oficjalna historia odkrycia, podawana w książkach, pomija użyte przez Hallama słownic­two. Wywołuje raczej wrażenie, że oto bystry chemik zdał sobie sprawę z zajścia przemiany i natychmiast wyciągnął daleko idące wnioski.

Tak nie było. Hallam nie miał zastosowania dla wolframu; nie przedstawiał on dla niego żadnej wartości i żadne manipulacje przy nim także nie miałyby dla Hallama znaczenia. Jednakże, podobnie jak wielu ludzi, nie znosił, kiedy ktokolwiek rusza coś na jego biurku, i podejrzewał innych o to, że są skłonni ochoczo to robić z czystej złośliwości.

W tamtym czasie nikt się nie przyznał, że coś wie o butelce z wolframem. Benjamin Allan Denison usłyszał okrzyk Hallama, ponieważ ich gabinety mieściły się naprzeciwko siebie i obaj pozostawili szeroko otwarte drzwi. Podniósł wzrok i napotkał oskarżycielskie spojrzenie Fredericka.

Niespecjalnie lubił Hallama (właściwie nikt za nim nie przepadał) a minionej nocy źle spał. Tak się złożyło, Denison przyznawał to później, że nawet się ucieszył, iż znalazł się ktoś, na kim może się wyładować. Hallam idealnie nadawał się do tego.

Kiedy Hallam podniósł butelkę, omal nie przykładając jej do oczu Denisona, ten cofnął się z niesmakiem i spytał:

—  I po cóż, u diaska, miałbym interesować się twoim wolframem? Ja czy ktokolwiek inny. Przyjrzyj się dobrze: widać, że od dwudziestu lat nikt nie otwierał tej butelki, a gdybyś nie położył na niej swoich brudnych łap, byłoby także widać, że nikt jej nie dotykał.

Hallam poczerwieniał ze złości.

—  Słuchaj, człowieku, ktoś podmienił zawartość! — wypalił. — To nie ten wolfram.

—  A skąd ty możesz to wiedzieć? — spytał Benjamin, udając, że wącha butelkę.

Historię tworzą właśnie takie rzeczy — drobne złośliwości i bezcelowe gniewne uwagi.

Słowa Denisona byłyby dotkliwe w każdym przypadku. Obaj byli równie młodymi naukowcami, ale jego osiągnięcia robiły o wiele większe wrażenie i to on był najbardziej inteligentnym młodym człowiekiem w wydziale. Hallam zdawał sobie z tego sprawę, a co gorsza, wiedział o tym sam Denison i wcale się z tym nie krył. To właśnie owo: „A skąd ty możesz to wiedzieć?”, z wyraźnym naciskiem na „ty”, wypowiedziane przez Denisona zmotywowało Hallama do wszystkich dalszych działań. Gdyby nie usłyszał tego zdania, nigdy nie stałby się największym i najbardziej szanowanym naukowcem w historii. Tak dokładnie powiedział później Denison w rozmowie z Lamontem.

Według oficjalnej wersji owego pamiętnego poranka Hallam przyszedł do pracy, zauważył, że w butelce nie ma już zakurzonych, utlenionych kuleczek ani nawet kurzu na wewnętrznej powierzchni szkła, tylko czysty, połyskujący metal. Oczywiście zbadał, co się stało…

Odłóżmy jednak wersję oficjalną. Wszystko było zasługą Denisona. Gdyby ograniczył się do prostego zaprzeczenia czy wzruszenia ramion, być może Hallam wypytałby innych ludzi, a później zmęczony niewyjaśnioną sytuacją odstawiłby butelkę na bok, przez co przyszłość ludzkości stałaby się tragiczna, czy to stopniowo, czy też nagle (w zależności od tego, jak bardzo opóźniłoby się ostateczne odkrycie zjawiska). W każdym razie to nie Hallam nagłośniłby całą sprawę, rozpętując dalszy bieg wydarzeń.

Lecz usłyszawszy druzgocące: „A skąd ty możesz to wiedzieć?”, Hallam mógł jedynie odparować:

—  Udowodnię ci, że wiem.

A potem robił wszystko, żeby rzeczywiście to udowodnić. Absolutnym priorytetem Hallama stała się analiza metalu ze starej butelki na odczynniki, a głównym celem wyeliminowanie wyrazu wyższości z ozdobionej wąskim nosem twarzy Deni­ sona i szyderczego uśmieszku wiecznie przyklejonego do jego bladych ust.

Denison na zawsze zapamiętał tamtą chwilę, ponieważ to jego uwaga doprowadziła do tego, że Hallam dostał Nagrodę Nobla, a o nim samym świat zapomniał.

Nie wiedział wówczas (a nawet gdyby wiedział, zupełnie by się tym nie przejmował), że Hallama cechował niewiarygodny upór przeciętniaka, który z powodu lęku potrzebuje bronić własnej dumy, i że ów upór okaże się większy niż wrodzona błyskotliwość Denisona.

Hallam natychmiast przystąpił bezpośrednio do rzeczy. Zaniósł butelkę z metalem do laboratorium spektrometrii mas. Było to naturalne posunięcie radiochemika. Znał techników z tego laboratorium, współpracował z nimi wcześniej i miał siłę przekonywania. Tak wielką, że zlecone przez niego badanie wykonano wcześniej niż te, które wydawały się wówczas daleko ważniejsze.

—  Cóż, to nie wolfram — oznajmił później technik z laboratorium.

Pełne, pozbawione zwykle uśmiechu oblicze Hallama przybrało wyraz zadowolenia.

—  I bardzo dobrze. Powiemy to temu geniuszowi Denisonowi. Niech pan napisze sprawozdanie i…

—  Chwileczkę, doktorze Hallam. Wiem, że to nie wolfram, ale nie wiem, co to jest.

—  Jak to nie wie pan?

—  Wyniki badania są dziwaczne. — Technik zastanowił się chwilę. — To znaczy, nie mogą być prawidłowe. Uzyskałem niemożliwy stosunek ładunku do masy. —  W którą stronę „niemożliwy”?

—  Zbyt wysoki. To naprawdę niemożliwe.

—  Skoro tak — rzekł Hallam i, niezależnie od motywu, jakim się kierował, następne słowa umieściły go na drodze do Nagrody Nobla, można nawet utrzymywać, że zasłużonej Nagrody Nobla — proszę określić częstotliwość promieniowania tej substancji, a także ładunek. Niech pan nie ogranicza się do siedzenia i mówienia, że coś jest niemożliwe.

Kilka dni później zakłopotany technik przyszedł do gabinetu Hallama.

Hallam, nieczuły człowiek, zignorował jego niepewną minę i rzekł:

—  Czy określił pan… — Sam spojrzał z zakłopotaniem na Denisona siedzącego przy biurku w swoim gabinecie i zamknął drzwi. — Czy określił pan ładunek jądra?

—  Tak, ale wynik jest błędny.

—  Trudno, Tracy. Proszę zmierzyć go jeszcze raz.

—  Powtarzałem badanie kilkanaście razy. Otrzymuję błędny wynik.

—  Skoro dokonał pan pomiaru, wynik jest prawdziwy. Proszę nie zaprzeczać faktom.

—  Muszę, panie doktorze — powiedział Tracy, drapiąc się za uchem. — Jeśli brać te wyniki poważnie, przyniósł mi pan w butelce pluton186.

—  Pluton186? Pluton186?

—  Ładunek wynosi +94, a masa — 186.

—  Ale to niemożliwe. Nie ma takiego izotopu. Nie może być.

— Właśnie to panu mówię. Jednak takie są wyniki pomiarów. —  Mówi pan o jądrze, w którym brakuje ponad 50 neutronów. Nie można otrzymać plutonu186. Nie da się ścisnąć 94 protonów­ w jednym jądrze razem z jedynie 92 neutronami i oczekiwać, że będzie się to trzymało w kupie choćby przez jedną kwadrylionową sekundy.

—  Dokładnie to usiłuję panu powiedzieć, panie doktorze — zgodził się cierpliwie Tracy.

Hallam zaczął myśleć. Przecież z butelki znikł wolfram, a jeden ze stabilnych izotopów wolframu to wolfram186. Jądro atomu wolframu186 składa się z 74 protonów i 112 neutronów. Czy zatem coś spowodowało, że 20 neutronów zmieniło się w 20 protonów? To bez wątpienia niemożliwe.

—  Czy są jakiekolwiek oznaki promieniotwórczości? — zapytał Hallam, próbując szukać drogi rozwiązania całej zagadki.
—  Zadałem już sobie to pytanie — odparł technik. — To absolutnie stabilny izotop.

—  W takim razie nie może to być pluton186.

—  Przecież mówię, panie doktorze.

—  Dobra, niech mi pan to odda — powiedział z rezygnacją Hallam.

Znalazłszy się sam na sam z butelką, usiadł i wpatrywał się w nią w osłupieniu. Najbliższym w miarę stabilnym izotopem plutonu jest pluton240, gdzie do tego, aby 94 protony w odrobinę zbliżony do stabilności sposób trzymały się razem, potrzeba 146 neutronów.

I co ma teraz zrobić? Wyniki pomiarów były dla Hallama niepojęte; pożałował, że rozpoczął batalię o zawartość butelki. W końcu obowiązki w pracy już wzywały, a zagadkowa substancja nie miała z nimi nic wspólnego. Pewnie Tracy zrobił jakiś głupi błąd albo spektrometr się zepsuł, a może…

No i co z tego? Trzeba o wszystkim zapomnieć!

Tyle że Hallam nie może tak zrobić. Prędzej czy później wpadnie Denison i z tym irytującym uśmieszkiem spyta o wolfram. I co mu Hallam powie? Czy może mu powiedzieć: „To nie wolfram, tak jak mówiłem”?

Denison z pewnością odpowie na to: „Och, a więc co to jest?”. Hallam nie wyobrażał sobie niczego, co mogłoby go skłonić do wystawienia się na drwiny, jakie wywołałaby jego odpowiedź, że ma w butelce pluton186. Musi odkryć, co to takiego, i to sam. Na pewno nie może nikomu w tej sprawie zaufać.

Jakieś dwa tygodnie później wpadł do laboratorium Tra­ cy’ego w stanie, który najcelniej można by nazwać prawdziwą furią.

—  Hej, czy nie mówił mi pan, że ta substancja nie jest radioaktywna?

—  Jaka substancja? — spytał machinalnie Tracy, zanim przypomniał sobie, o co chodzi.

—  Ta, którą nazwał pan plutonem186.

—  No tak. Cóż, wtedy była stabilna.

—  Mniej więcej tak samo jak pańskie zdrowie psychiczne. Jeśli pańskim zdaniem to coś nie jest radioaktywne, powinien pan zostać hydraulikiem.

—  Dobrze, panie doktorze — odpowiedział Tracy. — Proszę mi to podać, zobaczymy. — Po chwili zawołał: — Nie rozumiem! Promieniuje. Słabo, ale promieniuje. Nie pojmuję, jak mogłem to przeoczyć.

—  No i do jakiego stopnia mogę wierzyć w te pańskie bzdury, że mam do czynienia z plutonem186?

Dla Hallama sprawa stała się paląca. Sytuacja drażniła go tak, że uważał ją za osobistą zniewagę. Ktokolwiek podmienił butelki czy też zawartość butelki musiał albo dopuścić się tego samego po raz drugi, albo stworzyć nowy metal zaprojektowany specjalnie tak, aby zrobić z niego idiotę. W każdym z powyższych przypadków Hallam był gotów poruszyć niebo i ziemię, żeby tylko rozwikłać zagadkę. Jeśli oczywiście zdoła to zrobić.

Był naprawdę uparty i nieustępliwy, więc niełatwo było go zbyć. Poszedł prosto do G.C. Kantrowitscha, znakomitego naukowca, który od następnego roku przechodził na emeryturę. Trudno było przekonać Kantrowitscha do udzielenia pomocy, ale kiedy w końcu się Hallamowi udało, sprawy potoczyły się bardzo szybko.

Dwa dni później Kantrowitsch wpadł do gabinetu Hallama niezwykle podekscytowany.

—  Czy dotykał pan ten substancji rękami? — spytał.

—  Prawie nie — odpowiedział Hallam.

—  Niech pan tego nie robi. Jeśli jeszcze zostało panu trochę, proszę tego nie dotykać. Emituje pozytony.

—  Naprawdę?

—  W dodatku nigdy nie obserwowałem pozytonów o tak wysokiej energii… Poza tym przekazane mi przez pana wyniki pomiarów radioaktywności są za niskie.

—  Za niskie?

—  Zdecydowanie. Najbardziej zaś niepokoi mnie to, że powtarzam pomiary i za każdym razem promieniuje ona odrobinę silniej niż przy poprzednim pomiarze.


6
(ciąg dalszy)


Bronowski znalazł w przestronnej kieszeni marynarki jabłko i wgryzł się w nie.

—  Dobra, widziałeś się z Hallamem i tak jak się spodziewałeś, wyrzucił cię za drzwi. Co zrobisz teraz?

—  Jeszcze nie zdecydowałem. Ale cokolwiek to będzie, zrzuci go z piedestału i Hallam wyląduje na tyłku. Wiesz, do tej pory widziałem go tylko raz, przed laty, kiedy tu przyjechałem. Wtedy uważałem go za wielkiego człowieka. Wielki człowiek jest największym zbójem w historii nauki. Napisał własną wersję historii Pompy, wiesz, stworzył tę historię tutaj. — Lamont postukał się w skroń. — Wierzy we własne fantazje i walczy o nie z chorą wściekłością. To karzeł, który ma tylko jeden talent, umiejętność przekonywania innych, że jest olbrzymem.

Lamont uniósł wzrok na szerokie, łagodne oblicze rozbawionego teraz Bronowskiego i parsknął śmiechem.


—  Cóż, nic dobrego z tego nie wyniknie, zresztą już ci mówiłem.

—  Wielokrotnie — zgodził się Bronowski.

—  Przytłacza mnie jednak świadomość, że cały świat spoczywa w moich…

2

Kiedy Hallam po raz pierwszy podniósł butelkę i zobaczył, że wolfram się zmienił, Peter Lamont miał dwa lata. Gdy skończył dwadzieścia pięć lat, obronił doktorat i został zatrudniony równocześnie w Pierwszej Stacji Pomp oraz na wydziale fizyki uniwersytetu.

Dla tak młodego człowieka były to poważne osiągnięcia. Pierwsza Stacja Pomp nie wyglądała tak nowocześnie jak te nowsze, ale to od niej wszystko się zaczęło — łańcuch stacji opasujący kulę ziemską. Pracowały, mimo że od chwili opracowania całej technologii minęło zaledwie parędziesiąt lat. Żaden z wielkich wynalazków nie rozpowszechnił się równie szybko w skali globalnej. Lecz to nic dziwnego. Pompa Elektronowa oznaczała darmowe, niewyczerpalne i niesprawiające żadnych problemów źródło energii. To tak, jakby cały świat odwiedził nagle Święty Mikołaj albo odnaleziono lampę Aladyna.

U progu kariery zawodowej Lamont zamierzał rozwiązywać zagadnienia teoretyczne o najwyższym stopniu abstrakcji. Szybko zafascynowała go jednak zadziwiająca Pompy Elektronowej. Do tej pory nie spisała jej w całości osoba, która rzeczywiście rozumiała teorię działania Pompy (w takim stopniu, w jakim w ogóle można było ją zrozumieć) i która potrafiłaby wytłumaczyć tak trudną tematykę szerokim rzeszom społeczeństwa. Pewnie, sam Hallam napisał szereg artykułów dla środków masowego przekazu, lecz nie stanowiły one spójnej, przemyślanej historii. Lamont obrał sobie za cel napisanie właśnie takiego dzieła.

Zaczął od szczegółowego zapoznania się z artykułami Hallama i innymi opublikowanymi wspominkami, czyli, można by rzec, oficjalnymi dokumentami. Na ich podstawie doszedł do momentu, w którym Hallam wypowiedział zdanie, które wstrząsnęło światem — do Wielkiego Wglądu, jak to często nazywano (zawsze używając wielkich liter).

Oczywiście później, kiedy Lamont doznał rozczarowania, zbadał sprawę głębiej i w jego głowie zrodziło się pytanie, czy najsłynniejsza uwaga Hallama rzeczywiście została wypowiedziana przez niego. Hallam rozpoczął jej rozpowszechnianie od słynnego seminarium naukowego, po którym na dobre rozpoczęto­ prace nad Pompą Elektronową. Okazało się jednak, że poznanie szczegółów na temat owego seminarium było ogromnie trudne, a dotarcie do nagrań dźwiękowych praktycznie niemożliwe.

Lamont zaczął w końcu podejrzewać, że niemal całkowity brak relacji ze słynnego seminarium nie był całkiem przypadkowy. W błyskotliwy sposób zestawił ze sobą kilka faktów i wydawało się, że to może John F.X. McFarland wypowiedział stwierdzenie podobne do tego, którego autorstwo przypisywano Hallamowi — i że zrobił to przed Hallamem.

Lamont wybrał się do McFarlanda, którego nazwisko w ogóle nie występowało w oficjalnych relacjach z wydarzeń. McFarland zajmował się właśnie badaniem górnych warstw atmosfery, a szczególnie zjawisk związanych z wiatrem słonecznym. Nie była to awangardowa dziedzina, ale uprawianie jej przynosiło określone korzyści. Poza tym badała także efekty funkcjonowania Pompy Elektronowej. McFarland zdołał uniknąć odejścia w zapomnienie, w przeciwieństwie do Denisona.

John McFarland okazał Lamontowi grzeczność i oznajmił, że jest gotów rozmawiać na każdy temat z wyjątkiem przebiegu słynnego seminarium. Twierdził, że go nie pamięta.

Lamont nie ustąpił i zacytował zebrane przez siebie dowody. McFarland wyjął fajkę, nabił ją, przyjrzał się starannie jej zawartości, po czym powiedział w osobliwym skupieniu:

—  Postanowiłem nie pamiętać, ponieważ to nie ma znaczenia, naprawdę nie ma. Wyobraźmy sobie, że utrzymywałbym, że to ja coś powiedziałem. Nikt by mi nie uwierzył. Wyszedłbym na idiotę i do tego megalomana.

—  A Hallam postarałby się, żeby przeszedł pan na emeryturę? —  Tego nie mówię. Jednak sądzę, że złożenie tego rodzaju oświadczenia nie przyniosłoby mi nic dobrego. Poza tym cóż

to za różnica?

—  To kwestia prawdy historycznej! — powiedział Lamont. —  Och, bzdura. Prawda historyczna jest taka, że Hallam ani przez chwilę nie dawał za wygraną. Skłaniał wszystkich do podjęcia badań nad dziwną substancją, czy tego chcieli, czy nie. Gdyby nie on, ta próbka wolframu eksplodowałaby w końcu, zabijając nie wiem ilu ludzi. Być może nigdy nie byłoby drugiej, podobnej próbki, a zatem nigdy nie mielibyśmy Pompy. Hallam zasługuje na sławę jej odkrywcy, nawet jeśli na nią nie zasługuje — a jeśli to, co teraz powiedziałem, nie ma sensu, nic na to

nie poradzę, bo historia nie ma sensu.

Wyjaśnienia te nie zadowoliły Lamonta, ale musiały mu wystarczyć, ponieważ McFarland nie chciał mówić nic więcej.

Prawda historyczna!

Niebudzącą wątpliwości częścią prawdy historycznej było to, że z powodu promieniowania jonizującego emitowanego przez „wolfram Hallama” (jak zaczęto to zwyczajowo nazywać) próbka wzbudziła zainteresowanie wszystkich. Nie miało znaczenia, czy ów metal był wolframem, czy też czymś innym, ani to, czy ktoś go podmienił, czy nie. Ani nawet to, czy był to izotop, który nie miał prawa istnieć, czy coś zupełnie innego. Wszystkie te pytania bladły wobec faktu istnienia czegoś — cokolwiek to było — co emitowało coraz silniejsze promieniowanie w warunkach, które wykluczały zachodzenie jakiegokolwiek typu rozpadu promieniotwórczego, polegającego na jakiejkolwiek liczbie znanych podówczas etapów.

—  Lepiej to rozproszmy — mruknął po chwili Kantrowitsch. — Jeśli będziemy trzymać tę substancję w sporych kawałkach, wyparuje albo eksploduje i skazi pół miasta.

Sproszkowano więc zawartość butelki i rozproszono substancję, początkowo mieszając ją ze zwykłym wolframem. Później, kiedy z kolei wolfram zaczął promieniować, zmieszano go z grafitem, którego przekrój czynny jest mniejszy.

Niecałe dwa miesiące po tym, kiedy Hallam zwrócił uwagę na zmianę zawartości butelki, Kantrowitsch napisał artykuł do „Nuclear Reviews”, dodając nazwisko Hallama jako współ­ autora. W artykule obwieścił istnienie plutonu186. W ten sposób potwierdził opinię wyrażoną przez Tracy’ego, ale nazwisko tego ostatniego nie zostało wymienione ani wtedy, ani nigdy później. Od tego momentu wolfram Hallama zaczął robić zawrotną karierę, a Denison zaczął doświadczać zdarzeń, których finałem był koniec jego kariery.

Istnienie plutonu186 było wystarczająco niepokojącym faktem. Lecz znacznie gorsze było to, że na początku ów metal był stabilny, a później z niewyjaśnionych powodów coraz silniej promieniował.

Zwołano seminarium, podczas którego naukowcy mieli zająć się poszukiwaniem rozwiązań problemu. Obrady prowadził Kantrowitsch, co jest godne odnotowania ze względów historycznych, ponieważ wtedy po raz ostatni w historii Pompy Elektronowej odbyło się ważne spotkanie na jej temat pod przewodnictwem kogoś innego niż Hallam. W rzeczy samej pięć miesięcy później Kantrowitsch zmarł i w ten sposób znikła jedyna postać, której prestiż mógł przyćmiewać sławę Hallama.

Seminarium miało wyjątkowo bezowocny przebieg do momentu, w którym Hallam obwieścił zebranym uzyskanie Wielkiego Wglądu. Jednak w wersji wydarzeń zrekonstruowanej przez Lamonta prawdziwy przełom nastąpił podczas przerwy obiadowej. To wtedy McFarland, któremu w oficjalnych zapisach nie przypisuje się żadnej wypowiedzi, choć jego nazwisko widnieje na liście uczestników seminarium, rzekł:

—  Wie pan co, musimy trochę popuścić wodze fantazji. Przypuśćmy…

McFarland mówił do Didericka van Klemensa, który zrelacjonował tę rozmowę w telegraficznym skrócie we własnych notatkach. Na długo przed tym, nim Lamont odkrył ten fakt, Van Klemens umarł. Choć jego notatki przekonały Lamonta, stwierdził on, że nie będą stanowiły dowodu prawdziwości jego wersji historii, jeśli nie uzyska innego jej potwierdzenia. Co więcej, nie było sposobu udowodnienia, że Hallam podsłuchał rozmowę. Lamont byłby gotów postawić fortunę na to, że Hallam znajdował się na tyle blisko, że słyszał wypowiedź McFarlanda. Jednak nawet tak silne przekonanie nie wystarczało za dowód.

A gdyby tak Lamontowi udało się udowodnić całą sprawę? Nieskrywana pycha Hallama osłabłaby zapewne, ale jego pozycja i tak pozostałaby raczej niezagrożona. Dowodzono by, że dla McFarlanda jego własna wypowiedź była tylko fantazją. To Hallam zaakceptował ją jako poważną hipotezę. Wszak to on stanął naprzeciw wszystkich i oficjalnie ją postawił, ryzykując drwiny. McFarlandowi z pewnością nawet nie przyszłoby do głowy, żeby popuszczenie przez niego „wodzy fantazji” miało zostać oficjalnie odnotowane.

Lamont miałby kontrargumenty: McFarland był w owym czasie znanym fizykiem jądrowym i ryzykował utratą reputacji, a Hallam — młodym radiochemikiem, który mógł opowiadać na temat fizyki jądrowej, co tylko chciał, i ujść z tym na sucho jako niespecjalista.

W każdym razie według oficjalnej wersji historii Hallam powiedział:

—  Panowie, do niczego nie możemy dojść. Chciałbym zatem postawić hipotezę; nie dlatego, żeby była z całą pewnością sensowna, ale dlatego że to mniejszy nonsens niż wszystko, co do tej pory słyszałem na tej sali… Mamy do czynienia z plutonem186, substancją, która w ogóle nie może istnieć, a już tym bardziej nie może być nawet przez chwilę stabilna, jeśli tylko naturalne prawa rządzące Wszechświatem mają jakiekolwiek znaczenie. Skoro wspomniana substancja niewątpliwie istnieje i początkowo była stabilna, to musiała ona, przynajmniej na początku, istnieć w miejscu czy czasie albo w warunkach, w których prawa rządzące Wszechświatem były inne, niż są. Ujmując to wprost, badana przez nas substancja nie powstała w naszym, ale w innym, alternatywnym Wszechświecie… równoległym Wszechświecie. Mniejsza o nazwę. Znalazłszy się tutaj — nie udaję, że wiem, w jaki sposób się przedostała — pozostawała stabilna. Stawiam hipotezę, że to dlatego, że przyniosła ze sobą prawa natury z własnego Wszechświata. To, że powoli stała się radioaktywna i z czasem promieniuje coraz silniej, może znaczyć, że prawa naszego Wszechświata stopniowo zaczęły do niej przesiąkać, jeśli rozumieją panowie, o co mi chodzi. Zwracam uwagę, że w tym samym czasie, w którym pojawił się pluton186, znikła próbka wolframu, złożona z kilku stabilnych izotopów, w tym wolframu186. Mogła przejść do wspomnianego równoległego Wszechświata. W końcu logiczne jest przypuszczenie, że zajście wymiany mas jest łatwiejsze niż przepływ tylko w jedną stronę. Być może w paralelnym Wszechświecie wolfram186 jest podobnego rodzaju anomalią jak pluton186 w naszym. Być może początkowo zachowuje stabilność, a później stopniowo zaczyna coraz silniej promieniować. Wreszcie niewykluczone, że może tam służyć za źródło energii, tak samo jak pluton186 u nas.

Słuchacze musieli w zdumieniu nadstawiać uszu, gdyż nie odnotowano, aby ktokolwiek przerywał Hallamowi, przynajmniej do tego ostatniego zdania. Po nim Hallam najwyraźniej zrobił pauzę, żeby złapać oddech i być może zastanowić się nad własną zuchwałością.

Ktoś ze słuchaczy (prawdopodobnie AntoineJerome Lapin, choć nie podano tego w jasny sposób) zapytał, czy doktor Hallam sugeruje, że jakaś inteligentna istota z paraWszechświata specjalnie dokonała zamiany substancji w celu pozyskania źródła energii. Termin „paraWszechświat”, skrót określenia „paralelny Wszechświat”, wszedł do języka, użyty po raz pierwszy w tym pytaniu.

Po chwili milczenia Hallam, ośmielony jak nigdy, oznajmił — i właśnie to uznano za sedno Wielkiego Wglądu:

—  Rzeczywiście tak uważam i sądzę, że nie da się wykorzystywać wspomnianego źródła energii, jeśli Wszechświat i paraWszechświat nie będą współpracować; każdy będzie stanowił jak gdyby połowę pompy, tłoczącej energię od nich do nas i od nas do nich, dzięki wykorzystaniu różnic w naturalnych prawach rządzących obydwoma Wszechświatami.

Tym samym Hallam zaakceptował pojęcie „paraWszechświat”, wprowadzając je do własnej terminologii. Co więcej, po raz pierwszy użył w odniesieniu do całej sprawy słowa „pompa” (odtąd zawsze pisanego wielką literą).

Z oficjalnych relacji z seminarium można odnieść wrażenie, że postawiona przez Hallama hipoteza natychmiast wywołała burzliwą dyskusję. Tak nie było. Ci, którzy w ogóle zechcieli wypowiedzieć się na jej temat, ograniczyli się do opinii, że to zabawna spekulacja. Co godne odnotowania, Kantrowitsch w ogóle się nie odezwał. Miało to kluczowe znaczenie dla rozwoju dalszej kariery Hallama.

Hallam nie do końca był w stanie samodzielnie opracować teoretyczne i praktyczne wnioski płynące z jego własnej sugestii. Potrzebny był do tego zespół naukowców i taki też stopniowo powstał. Mimo to nikt z jego członków otwarcie się nie przyznawał, że opowiada się za propozycją Hallama. Zrobili to dopiero potem, kiedy było już za późno. Kiedy już odniesiono sukces, opinia publiczna uważała, że wszelkie zasługi należą się wyłącznie Hallamowi. Świat był przekonany, że to sam Hallam najpierw odkrył tajemniczą substancję, później doszedł do Wielkiego Wglądu i ogłosił go światu, zatem stał się Ojcem Pompy Elektronowej.

I tak w najrozmaitszych laboratoriach powykładano kuleczki wolframu jako coś w rodzaju przynęty. Co dziesiąta próbka zmieniła się podobnie jak ta pierwsza, przez co powstały nowe zasoby plutonu186. Pozostawiano także próbki innych pierwiastków, lecz bez rezultatu… Niezależnie od tego, gdzie pojawił się pluton186 i kto przewoził go do siedziby organizacji badawczej pracującej nad całą sprawą, opinia publiczna słyszała o nowej porcji „wolframu Hallama”.

Co więcej, to Hallamowi udało się najskuteczniej zaprezentować szerokim rzeszom społeczeństwa niektóre aspekty teorii. Ku własnemu zdumieniu (co później przyznał) okazał się zdolnym pisarzem i bardzo spodobało mu się popularyzowanie wiedzy naukowej. Sukces rządzi się swoimi prawami i ludzie chcieli słyszeć o postępach całego przedsięwzięcia jedynie od Hallama.

W słynnym artykule, który ukazał się w „North American Sunday TeleTimes Weekly”, Hallam napisał:

„Nie jesteśmy w stanie stwierdzić, jak bardzo prawa rządzące paraWszechświatem różnią się od tych, które obowiązują w naszym Wszechświecie, jednakże możemy z dużą dozą pewności przypuścić, iż oddziaływanie silne, najpotężniejsze znane oddziaływanie w naszym Wszechświecie, jest jeszcze silniejsze w paraWszechświecie; być może nawet sto razy. Wynika z tego, że protony łatwiej trzymają się razem, przezwyciężając siły wzajemnych oddziaływań elektrostatycznych, w związku z czym jądro atomu potrzebuje mniej neutronów, aby zachować stabilność.

Pluton186, który w tym drugim Wszechświecie jest stabilny, zawiera o wiele za dużo protonów, czy też o wiele za mało neutronów, aby pozostawał stabilny u nas, gdzie oddziaływania silne są słabsze. W naszym Wszechświecie pluton186 zaczyna promieniować, emitując pozytony oraz energię. Z każdym wyemitowanym pozytonem jeden proton w obrębie jądra jednego z atomów zmienia się w neutron. W końcu po dwadzieścia protonów na każde jądro atomowe zmienia się w neutrony, czyli tym samym pluton186 zmienia się w wolfram186, który zgodnie z prawami naszego Wszechświata jest stabilny. Podczas owego procesu zostaje wyeliminowanych po dwadzieścia pozytonów na każde jądro atomowe. Te pozytony napotykają elektrony i łączą się z nimi, wspólnie anihilując i wyzwalając przy tym kolejne ilości energii. Wynika z tego, że na każde przysłane do nas jądro atomowe plutonu186 nasz Wszechświat ostatecznie traci dwadzieścia elektronów.

Równocześnie do paraWszechświata przesyłany jest wolfram186, który tam staje się niestabilny z niejako przeciwnego powodu: według praw rządzących paraWszechświatem wolfram186 ma zbyt wiele neutronów, czy też innymi słowy za mało protonów. Jądra atomów wolframu186 zaczynają emitować tam elektrony oraz energię, przy czym z wraz z emisją każdego elektronu jeden neutron zamienia się w proton. Wreszcie wolfram186 staje się plutonem186. Zatem przejście każdego jądra wolframu186 do paraWszechświata kończy się dodaniem mu dwudziestu elektronów.

Ów cykl plutonowowolframowy, związany z wymianą materii pomiędzy dwoma Wszechświatami, może trwać w nieskończoność, przy czym energia uwalnia się zarówno we Wszechświecie, jak w paraWszechświecie. Po zakończeniu każdego cyklu na każde przeniesione jądro atomowe następuje transfer dwudziestu elektronów z naszego Wszechświata do tego drugiego. Obydwie strony mogą pozyskiwać energię z owej Między­ wszechświatowej Pompy Elektronowej”.

Zamiana teorii Hallama na rzeczywistość i stworzenie działającej Pompy Elektronowej jako źródła energii zajęły bardzo niewiele czasu. Wydarzenia biegły z oszałamiającą szybkością, a każdy kolejny sukces zwiększał prestiż Hallama.


Dodano: 2023-03-09 19:52:31
Komentarze
-Jeszcze nie ma komentarzy-
Komentuj


Artykuły

Plaża skamielin


 Zimny odczyt

 Wywiad z Anthonym Ryanem

 Pasje mojej miłości

 Ekshumacja aniołka

Recenzje

Harpman, Jacqueline - "Ja, która nie poznałam mężczyzn"


 Baldree, Travis - "Księgarnie i kościopył"

 Herbert, Brian & Anderson, Kevin J. - "Dziedzic Kaladanu"

 Lee, Fonda - "Dziedzictwo jadeitu"

 Fonstad, Karen Wynn - "Atlas śródziemia"

 Fosse, Jon - "Białość"

 Hoyle, Fred - "Czarna chmura"

 Simmons, Dan - "Modlitwy do rozbitych kamieni. Czas wszystek, światy wszystkie. Miłość i śmierć"

Fragmenty

 Silverberg, Robert - "W dół do ziemi" (Wymiary)

 Niven, Larry & Pournelle, Jerry - "Pyłek w Oku Boga"

 Silverberg, Robert - "Księga czaszek"

 Scalzi, John - "Wojna starego człowieka" (Wymiary)

 Grimwood, Ken - "Powtórka"

 Lewandowski, Maciej - "Grzechòt"

 Howard, Robert E. - "Conan. Księga druga"

 Wagner, Karl Edward - "Kane. Bogowie w mroku" #2

Projekt i realizacja:sismedia.eu       Reklama     © 2004-2024 nast.pl     RSS      RSS