NAST.pl
 
Komiks
  Facebook
Facebook
 
Forum

  RSS RSS

 Strona główna     Zapowiedzi     Recenzje     Imprezy     Konkursy     Wywiady     Patronaty     Archiwum newsów     Artykuły i relacje     Biblioteka     Fragmenty     Galerie     Opowiadania     Redakcja     Zaprzyjaźnione strony   

Zaloguj się tutaj! | Rejestruj

Patronat

Hoyle, Fred - "Czarna chmura"

Heinlein, Robert A. - "Luna to surowa pani" (Artefakty)

Ukazały się

Grimwood, Ken - "Powtórka" (wyd. 2024)


 Psuty, Danuta - "Ludzie bez dusz"

 Jordan, Robert; Sanderson , Brandon - "Pomruki burzy"

 Martin, George R. R. - "Gra o tron" (wyd. 2024)

 Wyrzykowski, Adam - "Klątwa Czarnoboga"

 Esslemont, Ian Cameron - "Kamienny wojownik"

 Kagawa, Julie - "Dusza miecza"

 Pupin, Andrzej - "Szepty ciemności"

Linki

Lebbon, Tim - "Obcy: Wyjście z cienia"
Wydawnictwo: Vesper
Cykl: Alien Trilogy
Kolekcja: Obcy
Tytuł oryginału: Out of the Shadows
Tłumaczenie: Maciej Wacław
Data wydania: Marzec 2023
ISBN: 978-83-77314-26-5
Oprawa: Twarda
Format: 140 x 205
Liczba stron: 420
Cena: 59,90
Rok wydania oryginału: 2014
Tom cyklu: 1



Lebbon, Tim - "Obcy: Wyjście z cienia"

RAPORT O BIEŻĄCEJ SYTUACJI:
Do: Korporacja Weyland-Yutani,
Wydział ds. naukowych (Odn.: kod 937)
Data (brak)
Transmisja (zawieszona)
Kontynuuję poszukiwania.


Część 1: SEN O POTWORACH
1: „MARION”

Chrisowi Hooperowi śniły się potwory.
Kiedy był mały, był nimi zafascynowany, tak jak wszystkie dzieci. Ale w przeciwieństwie do dzieci, które urodziły się kilka pokoleń wcześniej, mógł podróżować i badać miejsca, w których potwory tak po prostu można było znaleźć. Wyprawy ludzkości w kosmos nie odbywały się już jedynie na stronach bajek lub w stworzonych cyfrowo obrazach genialnych filmowców – otworzyły całą gamę możliwości.
Dlatego od najmłodszych lat spoglądał w gwiazdy i ciągle o nich śnił.
Gdy miał dwadzieścia kilka lat, przez rok pracował na Kallisto, jednym z księżyców Jowisza. Wydobywali rudy metali zalegające kilka kilometrów pod powierzchnią, a w pobliskiej kopalni chińska ekipa dokopała się do podziemnego morza. Były tam skorupiaki i krewetki, maleńkie rybki pilotki i delikatne, przypominające liście stworzenia o długości kilkudziesięciu metrów. Nie było jednak ani jednego potwora, który rozpaliłby jego wyobraźnię.
Kiedy opuścił Układ Słoneczny, aby pracować w głębi kosmosu, i podróżował jako inżynier na rozmaitych jednostkach transportowych, badawczych i wydobywczych, z zapałem poszukiwał opowieści o obcych formach życia napotkanych na tych odległych asteroidach, planetach i księżycach. Chociaż dorosłość i związane z nią przyziemne troski – oddzielenie od rodziny, praca i konieczność zadbania o bezpieczeństwo – osłabiły jego bujną, młodzieńczą wyobraźnię, wciąż opowiadał sobie różne historie. Jednak w ciągu tych wszystkich lat żadna z rzeczy, które znalazł, nie dorównała tworzonej przez niego fikcji.
W miarę upływu czasu pogodził się z faktem, że potwory są potworami dopóty, dopóki ktoś ich nie odnajdzie, a wszechświat być może nie jest tak niezwykły, jak się tego spodziewał.
Na pewno nie w tym miejscu.
Pracując na jednym z czterech lądowisk „Marion”, Chris zatrzymał się, by spojrzeć w dół, na planetę, z mieszaniną niesmaku i znudzenia. LV-178. Niegościnny, smagany burzami, oszlifowany przez piasek kawałek skały – nawet nie zadali sobie trudu, by nadać mu odpowiednią nazwę. Spędził tu trzy długie lata, zarabiając mnóstwo pieniędzy, których nie miał okazji wydać.
Trymonit był najtwardszym i najmocniejszym materiałem znanym człowiekowi, a kiedy znajdowano tak bogate złoże jak to, wydobycie było naprawdę opłacalne. Pewnego dnia wróci do domu, obiecywał sobie pod koniec każdej pięćdziesięciodniowej zmiany. Do domu, do dwóch synów i żony, od których uciekł siedem lat wcześniej. Pewnego dnia. Ale zaczynał się już obawiać, że przyzwyczaił się do takiego życia, a im dłużej ono trwa, tym trudniej będzie z nim zerwać.
– Hoop! – Ten głos go zaskoczył, a kiedy się odwrócił, Jordan zaczęła się śmiać.
On i pani kapitan mieli rok wcześniej krótki romans. Ciasne pomieszczenia i stresujące warunki pracy sprawiały, że takie związki były częste i nieuchronnie szybko się kończyły. Ale Hoopowi podobało się, że pozostali w dobrych stosunkach. Kiedy już nie musieli się bzykać, stali się przyjaciółmi.
– Lucy, cholernie mnie przestraszyłaś.
– Dla ciebie kapitan Jordan. – Przyjrzała się maszynie, przy której pracował, nie zerkając w ogóle na wizjer. – Wszystko w porządku?
– Tak. Trzeba wymienić przegrody termiczne, ale każę się tym zająć Powellowi i Welfordowi.
– Straszne bliźniaki – powiedziała Jordan z uśmiechem.
Powell miał prawie dwa metry wzrostu, był czarnoskóry i chudy jak szczapa. Welford był o głowę niższy, biały i dwa razy cięższy. Nie mogli bardziej się różnić, ale obaj ci inżynierowie pokładowi byli przemądrzałymi dupkami.
– Wciąż nie ma łączności? – zapytał Hoop.
Jordan na chwilę zmarszczyła brwi. Brak kontaktu z bazą nie należał do rzadkości, ale tym razem trwało to już całe dwa dni.
– Takich burz jak te w dole jeszcze nie widziałam – powiedziała, kiwając głową w stronę wizjera. Z wysokości trzystu mil powierzchnia planety wydawała się jeszcze bardziej niegościnna niż zwykle – rozmazana plama spalonych pomarańczy, żółci, brązów i krwistej czerwieni, z wirami niezliczonych burz piaskowych szalejących w rejonach równika. – Wkrótce muszą osłabnąć. Na razie za bardzo się nie przejmuję, ale będę szczęśliwa, gdy znów będziemy mogli porozmawiać z załogą transportowca.
– Ja też. „Marion” przypomina wrak, kiedy akurat nie jesteśmy na służbie.
Jordan skinęła głową. Była wyraźnie zaniepokojona i przez chwilę niezręcznej ciszy Hoop myślał, że powinien powiedzieć coś więcej, by ją pocieszyć. Ale była kapitanem, bo potrafiła sobie radzić w takich sytuacjach. No i była twardzielką.
– Lachance znowu robi dziś spaghetti – powiedziała.
– Jak na Francuza nieźle daje sobie radę z włoską kuchnią.
Jordan zarechotała, ale Hoop czuł, że jest spięta.
– Lucy, to zwykłe burze – powiedział. Był tego pewien. Był jednak równie pewien, że „zwykłe burze” mogą spowodować katastrofę. Tutaj, w najodleglejszych zakątkach znanego człowiekowi kosmosu, gdzie wykorzystywali do granic możliwości najnowsze osiągnięcia technologii, nauki i wiedzy, a jednocześnie próbowali radzić sobie jak najlepiej z cięciami wprowadzanymi przez Kompanię Górniczą Kelland, niewiele było trzeba, by coś poszło nie tak.
Hoop jeszcze nie spotkał lepszego od siebie inżyniera pokładowego i właśnie dlatego tu był. Jordan była doświadczonym kapitanem, kompetentnym i rozsądnym. Lachance, cyniczny i szorstki, był doskonałym pilotem, pełnym zdrowego respektu do kosmosu i wszystkiego, czym mógł ich zaskoczyć. A pozostali członkowie ich ekipy, choć stanowili niezłą mieszaninę, lepiej niż dobrze radzili sobie ze swoimi obowiązkami. Sami górnicy byli twardymi ludźmi, przy czym wielu z nich zdobyło doświadczenie na księżycach Jowisza i Neptuna. Te zakapiory ze skłonnością do wisielczego humoru w większości były równie twarde jak trymonit, który wydobywały.
A jednak ani doświadczenie, ani pewność siebie, ani zahartowanie czy upór nie gwarantowały uniknięcia zrządzeń losu. Wszyscy wiedzieli, czym one grożą. Tyle że większość z nich przyzwyczaiła się do życia w niebezpieczeństwie i ze śmiercią za pan brat.
Zaledwie siedem miesięcy temu troje górników zginęło w wypadku na stanowisku dokowania nr 1, podczas lądowania transportowca „Samson”. Tak naprawdę nikt nie był temu winny. Po prostu po pięćdziesięciu dniach w kopalni wszyscy chcieli znaleźć względnie komfortowe miejsce na pokładzie. Śluza nie została właściwie uszczelniona, jedno z urządzeń pomiarowych uległo awarii, na skutek czego udusili się dwaj mężczyźni i kobieta.
Hoop wiedział, że Jordan wciąż nie może z tego powodu spać. Po przekazaniu kondolencji rodzinom górników przez trzy dni nie wychodziła ze swojej kabiny. Hoop uważał, że właśnie to świadczy o tym, jak świetnym jest dowódcą – była twardzielką, ale miała serce.
– Zwykłe burze – powtórzyła. Pochyliła się obok Chrisa, oparła o przegrodę i spojrzała w dół przez okno. Pomimo całej grozy z tej perspektywy planeta wyglądała niemal pięknie, mieniąc się paletą jesiennych kolorów. – Kurwa mać, jak ja nienawidzę tego miejsca.
– Kasa się zgadza.
– Tak, kasa…
Najwyraźniej była w podłym nastroju, co nie spodobało się Hoopowi. Być może w ten sposób płacili za swoją bliskość – znał ją od strony, której nie widział żaden inny członek załogi.
– Już prawie skończyłem – powiedział, trącając stopą jakiś luźny przewód. – Spotkajmy się za godzinę w świetlicy. Pogramy w bilard?
Jordan uniosła brwi.
– Znowu chcesz się odegrać?
– Kiedyś musisz pozwolić mi wygrać.
– Jeszcze nigdy nie udało ci się wygrać ze mną w bilard.
– Ale kiedyś pozwalałem ci się bawić moim kijem.
– Jako twoja kapitan mogłabym wsadzić cię za takie teksty do paki.
– Taa, jasne. Ty i czyje wojsko?
Jordan odwróciła się do Hoopa plecami.
– Nie marnuj czasu, tylko zaraz wracaj do pracy, główny inżynierze.
– Tak jest, pani kapitan.
Patrzył, jak odchodzi ciemnym korytarzem i znika za rozsuwanymi drzwiami, a potem znowu został sam.
Sam na sam z atmosferą, dźwiękami, zapachami statku…
Z odorem szczyn kosmicznych pcheł, małych, irytujących roztoczy, które zawsze w jakiś sposób zdołały się rozmnożyć, choć załoga próbowała się ich wszelkimi środkami pozbyć. Były malutkie, ale za sprawą miliona sikających pcheł w powietrzu unosił się ostry smród.
Nieustanny szum maszynerii, choć wszechobecny, pozostawał niesłyszalny, chyba że Hoop naprawdę się w niego wsłuchał. Dało się wtedy słyszeć odległe łomoty, echa zgrzytów, szept powietrza pobudzanego przez wentylatory i przegrody układu klimatyzacji, sporadyczne skrzypienie osiadających i przesuwających się ogromnych mas statku. Niektóre odgłosy potrafił rozpoznać, ponieważ tak dobrze je znał, a czasami wystarczyło, że coś usłyszał, lub czegoś nie usłyszał, i wiedział, że pojawił się problem – zablokowane drzwi, zużyte łożyska w uszczelkach kanałów wentylacyjnych, wadliwa przekładnia.
Jednak zdarzały się też tajemnicze dźwięki, które od czasu do czasu wprawiały statek w drżenie, jak niepewne, ciężkie kroki w odległych korytarzach lub krzyki dobiegające z odległości jednego lub dwóch poziomów. Nigdy ich nie rozgryzł. Lachance często powtarzał, że to statek krzyczy z nudów.
Chris miał nadzieję, że tak właśnie jest.
Statek był ogromny, przejście z dziobu na rufę zajmowało mu pół godziny, a mimo to był jedynie pyłkiem w bezmiarze kosmosu. Pustka miała na niego negatywny wpływ i kiedy myślał o niej za dużo, wydawało mu się, że zaraz eksploduje – coś go rozerwie, komórka po komórce, cząsteczka po cząsteczce, i rozrzuci go po całym kosmosie, z którego kiedyś się zrodził. Jego miejsce było między gwiazdami, a kiedy był małym chłopcem – marzącym o potworach i patrzącym w kosmos w nadziei, że je odnajdzie – czuł się wyjątkowo.
Teraz zaś po prostu czuł się mały.
Na „Marion” wszyscy żyli tuż obok siebie, ale tak naprawdę każdy był tu sam.
Otrząsając się ze swych myśli, wrócił do pracy i robił przy tym więcej hałasu, niż było to konieczne – stukot, który miał mu dotrzymać towarzystwa. Nie mógł się doczekać, kiedy pogra z Jordan w bilard i ona znowu spierze mu tyłek. Miał mnóstwo kolegów i znajomych, ale tylko ona była kimś w rodzaju przyjaciela.

Świetlica tak naprawdę była blokiem czterech pomieszczeń na tyłach części mieszkalnej „Marion”. Mieli tu kino z dużym ekranem i licznymi miejscami do siedzenia, bibliotekę muzyczną ze stanowiskami odsłuchowymi, czytelnię z wygodnymi krzesłami i elektronicznymi czytnikami, no i w końcu bar „U Baxtera”, na który wszyscy mówili „Uba”. Josh Baxter był na statku łącznościowcem, ale pełnił również funkcję barmana. Potrafił robić mocarne koktajle.
Choć wciśnięty między blok mieszkalny a podzielone ładownie, „Uba” stanowił towarzyskie centrum statku. Były tam dwa stoły bilardowe, stół do ping-ponga, kilkanaście podróbek klasycznych konsol z grami komputerowymi oraz bar, przy którym stały beztrosko porozrzucane stoły i krzesła. Kompania, która zapłaciła projektantom statku, nie uważała tego miejsca za priorytetowe, dlatego sufit pozostał plątaniną odsłoniętych rur, podłogę tworzyły żłobione metalowe płyty, a ściany były surowe i niepomalowane. Jednak stali bywalcy „Uby” zrobili wszystko, by uczynić to miejsce wygodniejszym. Siedzenia były wyściełane, oświetlenie słabe i nastrojowe, a wielu górników i członków załogi skopiowało pomysł Baxtera, wieszając na ścianach zdobione koce. Niektórzy je malowali, inni darli i wiązali. Każdy był inny. Nadawało to całej stołówce swobodny, niemal artystyczny klimat.
Górnicy mieli pięćdziesiąt dni przerwy między zmianami na planecie, więc często spędzali tutaj większość wolnego czasu, a chociaż dystrybucja alkoholu była ściśle regulowana, i tak wiele nocy miało całkiem burzliwy przebieg. Kapitan Jordan przymykała na to oko, tak naprawdę zaś wręcz do tego zachęcała, ponieważ zmniejszało to napięcie, którego statek w przeciwnym razie mógłby nie wytrzymać. Komunikacja z bliskimi, którzy pozostali w domu, nie istniała. Odległości były tak ogromne, a czas tak rozciągnięty, że jakikolwiek znaczący kontakt był niemożliwy. Wszyscy potrzebowali więc miejsca, w którym mogliby poczuć się jak w domu, a „Uba” właśnie to zapewniał.
Kiedy Hoop wszedł, było prawie pusto. Takie spokojne okresy między zmianami dawały Baxterowi okazję do ogarnięcia zapasów, uporządkowania baru i przygotowania się na następny najazd. Pracował w milczeniu za ladą, uzupełniając butelki z piwem i przygotowując suszone przekąski. Woda na statku zawsze miała nieco metaliczny posmak, więc część przekąsek maczał w zwietrzałym piwie. Nikt się na to nie skarżył.
– Jesteś w końcu – powiedziała Jordan. Siedziała na stołku przy jednym ze stołów bilardowych z butelką w ręku. – Znowu chcesz dostać w tyłek. Co o tym sądzisz, Baxter?
Josh skinął głową, witając się z Hoopem.
– Masochista – stwierdził.
– Taa. Masochista.
– No dobra, skoro nie chcesz grać… – powiedział Hoop.
Jordan zsunęła się ze stołka, zdjęła kij ze stojaka i rzuciła w jego stronę. Kiedy złapał go w powietrzu, rozległ się sygnał interkomu.
– Och, co teraz, do diabła? – jęknęła Jordan.
Baxter przechylił się nad barem i włączył interkom.
– Pani kapitan! Albo ktokolwiek inny! – To był ich pilot, Lachance. – Proszę natychmiast przyjść na mostek. Mamy transmisję z jednego z transportowców.
Jego francuski akcent był silniejszy niż zwykle. Działo się tak, gdy był zdenerwowany lub zestresowany, co nie zdarzało się często.
Jordan podeszła do baru i nacisnęła przycisk.
– Z którego?
– Z „Samsona”. Ale jest jakiś popieprzony.
– Co masz na myśli?
Gdzieś w tle, za pełnymi niepokoju słowami Lachance’a i chaotycznymi dźwiękami dobiegającymi z mostka, Hoop usłyszał stłumione szumem krzyki. Spojrzeli sobie z Jordan w oczy.
A potem ruszyli biegiem przed siebie, Baxter zaś podążył ich śladem.

„Marion” była dużym statkiem, zdecydowanie lepiej przystosowanym do masowego wydobycia rudy głębinowej niż ekstruzji trymonitu, więc dotarcie na mostek zajęło im kilka minut. Poruszali się krętym korytarzem wiodącym dookoła bloku mieszkalnego, a następnie windą, trzy poziomy w górę. Kiedy wpadli na Garcię i Kasjanow, wszyscy byli już na miejscu.
– Co się dzieje? – rzuciła Jordan.
Baxter ruszył w kierunku konsoli łączności, Lachance natomiast z gracją wstał, ustępując mu miejsca. Josh założył słuchawki, a jego lewa ręka zawisła nad ciągiem pokręteł i przełączników.
– Parę minut temu usłyszałem, jak coś przebija się przez szum – wyjaśnił pilot. – Im wyżej są, tym wyraźniej słychać.
Nazywali go Lachance „Bez szans” z powodu jego lakonicznego pesymizmu, ale tak naprawdę był jednym z najbardziej zrównoważonych członków załogi. Teraz Hoop widział po jego twarzy, że coś bardzo go poruszyło.
Z głośników dookoła mostka dobiegał trzeszczący, szaleńczy oddech.
– „Samson”, kapitan Jordan jest teraz na mostku – powiedział Baxter. – Podajcie nam…
– Nie mam czasu, żeby ci, kurwa, cokolwiek podawać. Natychmiast odpalcie kapsuły medyczne!
Głos był tak zniekształcony, że nie potrafili rozpoznać nadającego.
Jordan chwyciła leżące obok Baxtera słuchawki. Hoop rozejrzał się tymczasem po pozostałych, stojących wokół strefy łączności. Mostek był duży, ale wszyscy tkwili blisko siebie. Widać było po nich napięcie, jakie musieli odczuwać, nawet zwykle niewzruszona Karen Sneddon, oficer naukowa. Ta szczupła kobieta o surowym wyrazie twarzy odwiedziła więcej planet, asteroid i księżyców niż wszyscy pozostali razem wzięci, ale w jej oczach widać było strach.
– „Samson”, mówi kapitan Jordan. Co się dzieje? Co się dzieje w kopalni?
– …potwory! My…
Łączność urwała się nagle, a na mostku zapadła dzwoniąca w uszach cisza.
Panoramiczne okna ukazywały jak gdyby nigdy nic znajomy widok na kosmos i krzywiznę planety. Cichemu szumowi maszynerii towarzyszyły gwałtowne oddechy.
– Baxter – powiedziała cicho Jordan. – Czy możesz przywrócić łączność?
– Robię, co w mojej mocy – odparł.
– Potwory? – Pokładowa sanitariuszka Garcia stukała się nerwowo w podbródek. – Nikt nigdy nie widział w kopalni żadnych potworów, prawda?
– Na tej skale żyją tylko bakterie – stwierdziła Sneddon, przestępując z nogi na nogę. – Może źle usłyszeliśmy. Może chodziło im o „otwory” lub coś w tym rodzaju.
– Mamy ich już na skanerze? – zapytała Jordan.
Baxter wskazał w lewo, na trzy ustawione pod kątem ekrany panelu kontrolnego. Jeden z nich był podświetlony na ciemnozielono i widniały na nim dwa punkciki, które szybko się do nich zbliżały. Na ekranie pojawiły się zakłócenia wywołane przez burze elektryczne w wyższych warstwach atmosfery, ale punkty były dobrze widoczne i poruszały się w oczywistym kierunku.
– Który to „Samson”? – zapytał Hoop.
– Ten pierwszy – odpowiedział Lachance. – Za nim leci „Delilah”.
– Dolecą za jakieś dziesięć minut – skonstatowała Jordan. – Są jakieś wiadomości od „Delilah”?
Nikt się nie odezwał. To wystarczało za odpowiedź.
– Nie jestem pewien, czy powinniśmy… – zaczął Hoop, a wtedy głośniki ponownie ożyły. Chciał powiedzieć „pozwolić im wylądować”.
– …są przyklejone do ich twarzy! – rozległ się głos. Wciąż nie dało się rozpoznać, kto mówi.
Baxter poruszył kilkoma pokrętłami, a większy ekran nad jego stanowiskiem włączył się, migocząc. Pojawił się na nim rozmazany obraz, na którym widać było Vica Jonesa, pilota „Samsona”. Hoop próbował dostrzec, co dzieje się za jego plecami, w kabinie statku, ale wibracje spowodowane ostrym wyjściem z atmosfery LV-178 sprawiły, że na ekranie panował jeden wielki bałagan.
– Ilu was jest? – zapytał Chris.
– Hoop? To ty?
– Tak.
– Ci z drugiej zmiany coś znaleźli. Coś strasznego. Kilku z nich… – Znowu umilkł, jego obraz zacinał się i migotał, a atmosfera powodowała coraz większy chaos.
– Kasjanow, idź z Garcią do izby chorych i włączcie kapsuły medyczne – odezwała się Jordan do lekarki i sanitariuszki.
– Chyba nie mówisz poważnie – powiedział Hoop.
Jordan odwróciła się w jego stronę, ale właśnie wtedy głos Jonesa znów zatrzeszczał w głośniku:
– …cała czwórka, tylko mnie i Sticky’emu nic nie jest. Teraz dobrze się czują, ale… mieli dreszcze i pluli. Po prostu pozwólcie… lądować!
– Mogą być zarażeni! – powiedział Hoop.
– Dlatego zabierzemy ich prosto do izby chorych.
– To jest kurewsko poważna sprawa. – Chris skinął głową w stronę ekranu, na którym obraz Vica Jonesa nadal migotał i tańczył, a jego głos raz się pojawiał, raz zanikał. Większość z tego, co mówił pilot „Samsona”, nie miała sensu, ale wszyscy słyszeli, że jest przerażony. – Przecież on jest posrany ze strachu!
Kasjanow i Garcia w pośpiechu opuściły mostek, a Hoop spojrzał na Sneddon, szukając u niej wsparcia. Oficer naukowa pochylała się jednak nad oparciem fotela Baxtera i marszcząc brwi, próbowała zrozumieć, co mówi Jones.
– Jones, co się dzieje z „Delilah”? – rzuciła Jordan do mikrofonu swojego zestawu słuchawkowego. – Jones?
– …wylecieliśmy w tym samym czasie… coś dostało się na pokład i…
– Co dostało się na pokład?
Ekran zaczął śnieżyć, komunikator zaszumiał, a ci, którzy pozostali na mostku, wpatrywali się w siebie przez kilka okropnych, ciężkich sekund.
– Schodzę na poziom lądowisk – powiedziała Jordan. – Cornell, idziesz ze mną. Baxter, przekaż im, że mają się kierować na stanowisko numer trzy.
Hoop zakrztusił się, śmiejąc się z niedowierzaniem.
– Akurat jego ze sobą zabierasz?
– Jest oficerem ochrony, Hoop.
– Jest pijakiem!
Cornell nawet nie odwzajemnił spojrzenia Hoopa, nie mówiąc już o odpowiedzi.
– Ma broń – powiedziała Jordan. – Ty zostań tutaj i pilnuj mostka. Lachance, pomóż im podejść do lądowania. Jeśli zajdzie taka potrzeba, przejdź na zdalne sterowanie.
– Jeśli w ogóle uda nam się nawiązać z nimi łączność – odparł Lachance.
– Załóżmy, że się uda. Po prostu to zrób! – warknęła kapitan.
Wzięła kilka głębokich oddechów, a Hoop prawie słyszał jej myśli. „Nigdy nie sądziłam, że tak się to wszystko spieprzy. Muszę zachować spokój, muszę nad wszystkim panować”. Wiedział, że wspomina tych troje górników, których straciła, i obawia się, że straci kolejnych. Spojrzała prosto na niego. Zmarszczył brwi, ale odwróciła się i zeszła z mostka, nim znowu wyraził sprzeciw.
Hoop wiedział, że absolutnie nie powinni pozwolić na lądowanie „Samsona”. A jeśli już wyląduje, będą musieli wstrzymać wszelkie zewnętrzne operacje śluzy, dopóki nie upewnią się, że jest bezpieczna. Na powierzchni znajdowało się dwadzieścioro górników, a dwadzieścioro kolejnych miało wrócić na pokładzie transportowców. Dwie zmiany po dwudziestu mężczyzn i kobiet, jednak w tej chwili priorytetem było bezpieczeństwo dziesięciu osób, które wciąż przebywały na „Marion”.
Przeniósł się do panelu łączności Baxtera i ponownie sprawdził skaner radaru. Na ekranie pojawiła się nazwa „Samson” i wyglądało na to, że wyłaniając się z atmosfery i zbliżając do orbitującej „Marion” od strony słońca, statek wykonuje podręcznikowe podejście.
– Lachance? – zagadnął Chris, wskazując na ekran.
– Idzie ostro w górę. Jones daje gazu i leci tak szybko, jak tylko może.
– Spieszy mu się do „Marion”.
– Coś tu się nie zgadza… – mruknął Lachance.
– Co takiego? – zapytał Hoop.
– „Delilah”. Zmienia kierunek.
– Baxter – powiedział Hoop – podaj kurs „Delilah”.
Baxter nacisnął kilka klawiszy, a ekran zamigotał. Za „Delilah” pojawił się ogon z niebieskich kropek, a jej przewidywany kurs zaczął przypominać mglisty wachlarz.
– Kto teraz pilotuje „Delilah”?
– Gemma Keech – odpowiedział Welford. – Jest dobrym pilotem.
– Dzisiaj raczej nie. Baxter, musimy porozmawiać z „Delilah” albo zobaczyć, co się dzieje na pokładzie.
– Robię, co mogę.
– Jasne.
Hoop miał dla Baxtera wiele szacunku. Był dziwnym facetem, niezbyt towarzyskim i prawdopodobnie dlatego spędzał więcej czasu za barem niż przy nim. Był jednak geniuszem, jeśli chodzi o technologię łączności. Gdyby coś poszło nie tak, byłby ich jedyną nadzieją na kontakt z bazą, co czyniło go jedną z najważniejszych osób na pokładzie „Marion”.
– Nie wiemy, co mają na pokładzie – rzekł Powell. – Nigdy nic nie wiadomo.
– Czy dobrze usłyszałem, że na „Samsonie” została ich tylko szóstka? – spytał Welford. – Co z pozostałymi?
Hoop wzruszył ramionami. Na każdym statku znajdowało się dwadzieścia osób plus pilot. Jeśli na pokładzie „Samsona” nie było nawet połowy z tego, a nie mieli pojęcia, ilu jest na „Delilah”, co w takim razie stało się z resztą?
Na chwilę zamknął oczy, próbując się pozbierać.
– Mam obraz z „Delilah”! – odezwał się Baxter. Nacisnął jeszcze kilka klawiszy na klawiaturze komputera, po czym włączył jeden z nieczynnych ekranów. – Nie ma dźwięku i nie odpowiadają na moje wezwania. Może… – Nagle jego głos zamarł.
Wszyscy zobaczyli, co się dzieje na pokładzie „Delilah”.
Wpatrzona w przedni ekran Gemma Keech krzyczała, siedząc w fotelu pilota, przerażona i zdeterminowana. Obserwowanie tak strasznej sceny w całkowitej ciszy było czymś przerażającym. Gdzieś w tle widać było rzucające się, powykręcane cienie.
– Baxter – wyszeptał Hoop. – Kamera.
Baxter uderzył w klawiaturę i przełączył się na kamerę umieszczoną wysoko za głową Keech. Panoramiczny monitor ukazywał skompresowany obraz, który jednak obejmował cały przedział pasażerski.
Pojawiła się krew.
Tuż za plecami pilotki klęczała trójka górników. Dwóch z nich trzymało ostro zakończone kilofy, narzędzia z lekkiego stopu używane do przebijania się przez twardy piaskowiec. Machali nimi, próbując w coś trafić, ale ich cel znajdował się poza zasięgiem kamery. Ten, który był pośrodku, trzymał palnik plazmowy.
– Nie może go tam użyć – powiedział Powell. – Jeśli to zrobi, to… to… co, do kurwy nędzy?
Wyglądało na to, że kilkoro górników jest przypiętych pasami do foteli. Mieli odchylone do tyłu głowy, na ich klatkach piersiowych zaś widać było zakrwawione strzępy kombinezonów, spod których wystawały żebra i kawałki ciała. Była wśród nich kobieta, która wciąż wiła się i dygotała, a z jej piersi coś sterczało. I próbowało się z niej wydostać. Gładki, zakrzywiony kształt, lśniący odbitym, sztucznym światłem, błyszczący od jej krwi.
Pozostali górnicy leżeli na podłodze kabiny i wydawało się, że są martwi. Pomiędzy nimi przemykały jakieś kształty, zadając mordercze cięcia, a krew tryskała na podłogę i ściany. Kapała też z sufitu.
Na tyłach kabiny pasażerskiej trzy małe kształty usiłowały raz za razem wyważyć zamknięte drzwi. Hoop wiedział, że jest tam niewielka łazienka, ot, dwie przegrody i umywalka. I było tam coś, czego chciały te stwory.
Stwory.
Wszystkie były wielkości kotów, koloru głębokiej ochry i lśniły wilgocią, która pozostała po ich nienaturalnym porodzie. Wyglądały agresywnie, jak wielkie ziemskie chrząszcze lub skorpiony.
Drzwi do łazienki były już mocno wgniecione i wyglądały, jakby z jednej strony miały zaraz ustąpić.
– To dwucalowa stal – powiedział Hoop.
– Musimy im pomóc – rzekł Welford.
– Coś mi się zdaje, że im już nie można pomóc – stwierdziła Sneddon, a Hooper przez chwilę chciał ją uderzyć. Ale miała rację. Świadczył o tym cichy krzyk Keech. Nawet nie biorąc pod uwagę tego, co przed chwilą widzieli, ani tego, o czym wiedziała pani pilot, beznadziejna sytuacja „Delilah” była widoczna w oczach kobiety.
– Wyłącz to – powiedział Hoop, ale Baxter nie potrafił wykonać polecenia. Cała szóstka ludzi na mostku wciąż się wszystkiemu przyglądała.
Stwory przebiły się przez drzwi łazienki i wcisnęły do środka, dało się dostrzec szarpiące i rzucające się postacie.
Jeden z górników trzymających kilof wyleciał w górę i do przodu, jakby coś podcięło mu nogi. Mężczyzna z palnikiem plazmowym uskoczył na prawo, odsuwając się od miotającej się postaci. Jakieś wielonożne stworzenie przemknęło po obiektywie kamery, na błogosławioną chwilę przesłaniając widok.
Kiedy obiektyw kamery ponownie był wolny, z palnika plazmowego buchał już płomień.
– O nie! – odezwał się Powell.
Płomień był oślepiająco biały. Przeleciał przez kabinę i w ciągu kilku strasznych sekund ciała skrępowanych górników zaczęły skwierczeć, a płomienie zajęły ich ubrania, upłynniając tkankę pod nimi. Tylko jeden z nich zaczął się wić w swoich więzach, a stwór wystający z jego klatki piersiowej wyrwał się na wolność, tylko po to, by zamienić się w kulę ognia szalejącą po całej kabinie.
W tym momencie strumień plazmy nagle zmienił kierunek, obejmując całą przestrzeń, i wszystko zatonęło w bieli.
Baxter użył klawiatury i ponownie przełączył widok na kokpit, a ich oczom ukazała się objęta płomieniami pilot, Gemma Keech.
Natychmiast go wyłączył. Chociaż wszystko, co widzieli, było bezgłośne, utrata obrazu spowodowała, że na mostku zaległa straszliwa cisza.
Pierwszy poruszył się Hoop. Wcisnął przycisk interkomu i skrzywił się, słysząc pisk sprzężenia zwrotnego.
– Lucy, nie możemy pozwolić tym statkom wylądować – powiedział do mikrofonu. – Słyszysz mnie? „Delilah” jest… na jej pokładzie są jakieś organizmy. Potwory. – Zamknął oczy, opłakując utraconą niewinność swojego dzieciństwa. – Wszyscy nie żyją.
– O nie! – odezwał się Lachance.
Chris spojrzał na Francuza, który wpatrywał się w monitor radaru.
– Za późno – wyszeptał Lachance.
Hoop zobaczył, co się dzieje, i zaklął. Powinien to przewidzieć! Ponownie nacisnął przycisk i zaczął krzyczeć:
– Jordan, Cornell, wynoście się stamtąd! Uciekajcie jak najdalej od poziomu lądowiska! Wynoście się stamtąd, uciekajcie, uciekajcie!
Miał tylko nadzieję, że go usłyszeli i zrobią to, o co ich błagał. Ale chwilę później zdał sobie sprawę, że tak naprawdę nie ma to żadnego znaczenia. Zaatakowana „Delilah” wbiła się w „Marion”, a uderzenie i eksplozja zwaliły ich wszystkich z nóg.

2: „Samson”

Wrzask zapanował nad ludźmi i przedmiotami.
Kilka syren ostrzegawczych rozpoczęło swoje solowe pieśni – alarm zderzeniowy, wskaźnik uszkodzeń, naruszenie struktury kadłuba. Ludzie krzyczeli w panice, zmieszaniu i strachu. A gdzieś w tle słychać było głęboki, dudniący ryk statku. „Marion” cierpiała, jej ogromne cielsko zaś zaczęło się rozpadać.
„Lucy i Cornell”, pomyślał Hoop, leżąc na podłodze. Ale to, czy byli żywi, czy martwi, niczego teraz nie zmieniało. Był najwyższy rangą na mostku i, choć równie przerażony i zszokowany jak wszyscy, musiał przejąć dowodzenie.
Chwycił przymocowany do podłogi fotel i wstał. Błysnęły światła. Kable, panele i lampy kołysały się w miejscach, w których uderzenie powyrywało je z uchwytów. Przynajmniej sztuczna grawitacja nadal działała. Zamknął oczy i odetchnął głęboko, próbując przypomnieć sobie szkolenie. Przed wylotem przeszli szczegółowy moduł treningowy, zatytułowany „Dowodzenie podczas katastrofy”, a ich instruktor – siwiejący weteran siedmiu baz księżycowych Układu Słonecznego i trzech kosmicznych misji badawczych – kończył każdy wykład słowami: „Ale nie zapominajcie o jednym: jesteście WCD”.
Dopiero na ostatnim wykładzie Hoop odważył się zapytać, co to znaczy.
– Nie zapominajcie, że – wyjaśnił weteran – jesteście w czarnej dupie.
Wszyscy wiedzieli, że taka katastrofa oznacza koniec. Co nie znaczyło, że nie będą walczyć do kresu sił.
– Lachance! – krzyknął Hoop, ale pilot zdążył już przypiąć się pasami do fotela przed największym oknem. Jego dłonie poruszały się sprawnie po klawiszach i gdyby nie natarczywy dźwięk alarmów i syren, Chris poczułby ulgę.
– Co z kapitan Jordan i Cornellem? – zapytał Powell.
– Nie teraz – odpowiedział Hoop. – Nic się nikomu nie stało?
Rozejrzał się po mostku. Baxter przypiął się już do fotela, ocierając zakrwawiony nos. Welford i Powell opierali się o przechyloną ściankę na tyłach mostka. Sneddon wspierała się na rękach i kolanach, krwawiąc na podłogę.
Cała się trzęsła.
– Sneddon? – spytał Hooper.
– Jestem. – Spojrzała w jego stronę. Na prawym policzku i nosie miała głęboką ranę. Jej oczy były zamglone i niewyraźne.
Hoop podszedł do niej i pomógł wstać, a Powell zjawił się z apteczką.
„Marion” dygotała. Rozległa się nowa syrena, a Chris nie potrafił jej rozpoznać.
– Lachance?
– Spadek ciśnienia – odpowiedział pilot. – Zaczekaj.
Przyglądał się swoim przyrządom i stukał w klawisze, śledząc niezrozumiałe dla nikogo poza nim wzory na ekranach. Jordan potrafiłaby pilotować „Marion”, gdyby była do tego zmuszona, ale to Lachance był wśród nich najbardziej doświadczonym astronautą.
– Mamy przesrane – stwierdził Powell.
– Zamknij się – warknął Welford.
– Już po nas – odparł Powell. – Mamy przesrane. Koniec gry.
– Zamknij mordę! – krzyknął Welford.
– Musimy przedostać się do szalup! – powiedział Powell.
Hoop próbował nie zwracać uwagi na tę wymianę zdań. Skupił się na Lachancie, ciasno przypiętym do fotela pilota i starającym się zignorować rytmiczne drżenie dochodzące z głębi statku. „To nie brzmi dobrze”, pomyślał.
Cztery stanowiska dokowania znajdowały się na wysuniętej platformie pod dziobem statku, więcej niż pięćset metrów od maszynowni. Jednak takie uderzenie mogło spowodować katastrofalne uszkodzenia konstrukcji statku. Najpewniejszą metodą sprawdzenia ich skali byłoby przyjrzenie się im na własne oczy, lecz najszybciej mógł je oszacować pilot za pomocą swoich przyrządów.
– Wynośmy się stąd, zanim „Marion” się rozpadnie – ciągnął Powell. – Uciekajmy na powierzchnię planety i…
– I co? – przerwał mu Hoop, nawet się nie odwracając. – Mamy przetrwać dwa lata na pustyni, zanim dotrze do nas misja ratunkowa? Jeśli w ogóle firma uzna, że ratunek jest możliwy? Lepiej się zamknij!
– Dobra – odezwał się Lachance. Położył dłonie na drążku sterowniczym i Hoop prawie poczuł, jak pilot wstrzymuje oddech. Nigdy nie mógł zrozumieć, w jaki sposób tak ogromnym statkiem można kierować za pomocą tego małego przyrządu.
Lachance nazywał go „Drążkiem Pana Jezusa”.
– Dobra – powtórzył pilot. – Wygląda na to, że „Delilah” rozwaliła platformy lądowisk w stanowisku pierwszym i drugim. Trzecie też może być uszkodzone, nie wiadomo, czujniki nie działają. Czwórka wydaje się nietknięta. Na poziomach trzecim, czwartym i piątym spada ciśnienie. Wszystkie grodzie zostały zamknięte, ale część wspomagających zaworów bezpieczeństwa nie działa i ciągle jest nieszczelna.
– Czyli reszta „Marion” jest na razie hermetyczna? – zapytał Hoop.
– Na razie tak. – Lachance wskazał przekrój statku widoczny na jednym z ekranów. – Na miejscu katastrofy wciąż jednak coś się dzieje. Nie wiem co, ale podejrzewam, że tam na dole fruwają masy szczątków. Mogą spowodować jeszcze większe uszkodzenia statku. Promieniowanie utrzymuje się na stałym poziomie, więc ogniwo paliwowe „Delilah” raczej nie zostało naruszone. Jeśli jednak gdzieś tam unosi się jego rdzeń… – Nagle urwał.
– A masz jakąś dobrą wiadomość? – zapytała Sneddon.
– To była dobra wiadomość – odpowiedział Lachance. – „Marion” straciła dwa amortyzatory boczne, a trzy z siedmiu silników pomocniczych na sterburcie nie działają. I jest jeszcze to. – Wskazał inny ekran, na którym widać było tańczące i przecinające się kreski.
– Mapa orbitalna? – zapytał Hoop.
– Zgadza się. Zostaliśmy zepchnięci z orbity. A przy rozwalonych amortyzatorach i silnikach pomocniczych nie sposób to skorygować.
– Ile mamy czasu? – zapytał Powell.
Lachance wzruszył umięśnionymi ramionami.
– Trochę mamy. Muszę wykonać kilka obliczeń.
– Czyli na ten moment nic nam nie grozi? – zapytał Hoop. – Przez najbliższą minutę, godzinę?
– O ile dobrze widzę, to nic.
Hooper skinął głową i odwrócił się do pozostałych. Patrzyli na niego i był pewien, że wygląda na równie przerażonego i zszokowanego jak oni. Musiał jednak wziąć się w garść i jakoś się trzymać. Zostawić za sobą początkową panikę i jak najszybciej przejść do trybu powypadkowego.
– Kasjanow i Garcia? – zagadał, patrząc na Baxtera.
Ten skinął głową i włączył interkom.
– Kasjanow? Garcia?
Cisza.
– Może w ambulatorium spadło ciśnienie? – powiedział Powell. – Jest przed nami, tuż nad stanowiskami dokowania.
– Spróbuj się połączyć przez ich osobiste komunikatory – powiedział Hoop.
Baxter postukał w klawisze i ponownie założył słuchawki.
– Kasjanow, Garcia, jesteście tam? – Skrzywił się, po czym nacisnął przełącznik i sygnał ze słuchawek rozległ się z głośników. Usłyszeli jęk przerywany przez gwałtowny łomot.
– Co, do cholery…? – zabrzmiał głos Kasjanow i wszyscy odetchnęli z ulgą.
– Nic wam nie jest? – zapytał Baxter.
– Wszystko w porządku. Jesteśmy uwięzieni… ale nic nam nie jest. Co się stało?
– „Delilah” w nas uderzyła. – Baxter spojrzał na Hoopa.
– Powiedz im, żeby na razie zostały na miejscu – rzekł Hoop. – Upewnijmy się, że wszystko dobrze się trzyma, zanim zaczniemy się ruszać.
Baxter znowu zaczął mówić, a dokładnie w momencie, w którym Chris pomyślał o drugim transportowcu, Sneddon zapytała:
– A co z „Samsonem”?
– Możesz się z nimi połączyć? – zapytał Hoop.
Baxter spróbował kilka razy, lecz zawsze słyszał tylko szum tła.
– Kamery – powiedziała Sneddon.
– Nie mam z nimi żadnego kontaktu.
– Nie, przełącz się na kamery na lądowisku numer trzy – odparła Sneddon. – Jeśli cały czas się zbliżają, a Jones widzi zniszczenia, właśnie tam się skieruje.
Baxter skinął głową, przesuwając dłońmi po panelach kontrolnych.
Ekran zamrugał i ożył. Obraz drżał, ale pokazywał wyraźny widok z końca lądowiska numer trzy.
– Cholera – mruknął Hoop.
„Samsona” dzieliła od nich niecała minuta lotu.
– Ale te stwory… – powiedziała Sneddon.
„Chciałbym, żebyś wciąż tu była, Lucy”, pomyślał Hoop. Jednak Lucy i Cornell najpewniej już nie żyli. On dowodził. A teraz, gdy „Marion” została krytycznie uszkodzona, pojawiło się kolejne, jeszcze bardziej naglące zagrożenie.
– Musimy tam zejść – stwierdził Chris. – Sneddon, Welford, idziecie ze mną. Szykujemy się.
Gdy Welford wyciągał ze schowków na tyłach mostka awaryjne skafandry kosmiczne, Hoop i Lachance wymienili spojrzenia. Jeśli coś stanie się Hoopowi, kolejny w linii dowodzenia będzie Lachance. Ale gdyby do tego doszło, raczej nie miałby już czym dowodzić.
– Cały czas będziemy w kontakcie – powiedział Hoop.
– Świetnie, to nam pomoże. – Lachance uśmiechnął się i skinął głową.
Kiedy cała trójka wkładała kombinezony, „Marion” ponownie zadrżała.
– „Samson” ląduje – rzekł Baxter.
– Niczego nie otwieraj – powiedział Hoop. – Niczego. Ani platformy lądowiska, ani śluzy powietrznej, ani przedsionka wewnętrznego.
– Są zatrzaśnięte na amen, jak dupa rekina – odparł Lachance.
„Powinniśmy oszacować szkody – pomyślał Hoop. – Upewnić się, że nadany został sygnał SOS, zejść do ambulatorium, wykonać wszelkie naprawy awaryjne, które mogą dać nam trochę czasu”.
Jednak na „Samsonie” kryło się coś naprawdę groźnego.
To był ich priorytet.

Mimo że był teraz dowódcą, Hoop nie mógł się powstrzymać od obserwowania rzeczywistości oczami głównego inżyniera. Światła migotały i gasły, wskazując na uszkodzenie okablowania w kilku obwodach elektrycznych. Czujniki skafandrów informowały, że atmosfera jest stosunkowo stabilna, ale już wcześniej powiedział Sneddon i Welfordowi, żeby nie zdejmowali hełmów. Wciąż nie było wiadomo, czy obecne uszkodzenia „Marion” jeszcze się nie pogłębią.
Zrezygnowali z windy, aby zejść dwa poziomy niżej szeroką główną klatką schodową. Statek wciąż dygotał, a od czasu do czasu gdzieś z daleka dobiegał głębszy, cięższy łoskot. Hoop nie miał pojęcia, co to może być. Na ten moment nie mieli dostępu do potężnych silników, zresztą nigdy nie były one używane, gdy statek znajdował się na orbicie. Generatory układów podtrzymywania życia znajdowały się daleko, na rufie statku, nieopodal pomieszczeń rekreacyjnych. Jedynym, o czym potrafił myśleć, był fakt, że kolizja spowodowała poważne uszkodzenia nadbudowy, które mogły się rozprzestrzenić na pozostałe części statku. Pojawiały się nowe pęknięcia. Groziło to rozszczelnieniem i eksplozją spowodowaną spadkiem ciśnienia.
W takiej sytuacji zejście z orbity było ich najmniejszym zmartwieniem.
– „Samson” rozpoczął automatyczną sekwencję dokowania – zakomunikował Baxter przez wewnętrzny system łączności w ich skafandrach.
– Masz podgląd na to, co się dzieje na pokładzie? – zapytał Hoop.
– Nie. Nadal próbuję nawiązać kontakt. „Samson” milczy.
– Informuj nas na bieżąco – powiedział Hoop. – Niedługo będziemy na miejscu.
– Co zrobimy, kiedy już tam dotrzemy? – spytał Welford idący za jego plecami.
– Upewnimy się, że wszystko jest szczelnie zamknięte – odparła Sneddon.
– Dobrze – zgodził się Hoop. – Sneddon, rozpoznałaś stworzenia, które widzieliśmy na „Delilah”?
Nie powiedział nic więcej, a oddech jego towarzyszy zaterkotał w słuchawkach.
– Nie. – Sneddon mówiła spokojnym, cichym głosem. – Nigdy nie widziałam ani nie słyszałam o czymś podobnym.
– Wyglądało to, jakby się wykluwały z klatek piersiowych górników.
– Przeczytałam wszystko, co było dostępne na temat obcych form życia – powiedziała oficer naukowa. – Pierwsze zostały odkryte ponad osiemdziesiąt lat temu i od tego czasu wszystkie przypadki odkryte podczas oficjalnych misji zgłaszano, klasyfikowano tam, gdzie to możliwe, przechwytywano i analizowano. Ale nigdy nie było czegoś takiego. To jakiś… ewenement. Najbliższa analogia, jaka mi się nasuwa, to owad pasożyt.
– Skoro wykluły się z ciał górników, to co złożyło w nich jaja? – zapytał Welford.
Jednak Sneddon nie odpowiedziała i nad tym pytaniem nie warto było się w tej chwili zastanawiać.
– Cokolwiek to było, nie możemy wpuścić tego na pokład – rzekł Hoop, bardziej zdeterminowany niż kiedykolwiek. – Nie są zbyt duże, więc jeśli któryś zgubi się na „Marion”, już nigdy go nie znajdziemy.
– Chyba że zgłodnieje – powiedział Welford.
– Czy właśnie tego nie robiły? – zapytał Hoop. – Nie szukały jedzenia?
– Nie jestem pewna – odparła Sneddon.
Szli dalej w milczeniu, jakby zmagali się z myślami o tych dziwnych, przerażających obcych istotach. Wreszcie Hoop przerwał ciszę.
– Wiesz, Karen, jeśli wyjdziemy z tego żywi, będziesz miała materiał do raportu – powiedział.
– Już zaczęłam robić notatki.
Sneddon mówiła oddalonym i dziwnym głosem, a Hoop pomyślał, że może coś jest nie tak z interkomem w jego skafandrze.
– Po prostu się boisz – stwierdził Welford, a oficer naukowy zachichotała.
– Chodźmy – rzekł Hoop. – Zbliżamy się do poziomu lądowisk. Miejcie oczy otwarte.
Statkiem wstrząsnęła kolejna eksplozja. Jeśli rzeczywiście był to wybuch spowodowany dekompresją – jeden z wielu – otwarte oczy pozwoliłyby im jedynie obserwować własną zagładę. Jeśli eksploduje gródź, zostaną wyssani w kosmos, a siła dekompresji pchnie ich daleko od „Marion”.
Czytał o astronautach, którzy zostali wyrzuceni w przestrzeń kosmiczną. Kiedy się tam znaleźli, zaczynali dryfować, kończył im się zapas tlenu i dusili się. Ale gorsze były przypadki ludzi, którzy z jakiegoś powodu – źle zawiązanego węzła albo potknięcia – powoli, bardzo powoli odpływali od swojego statku, a potem umierali, choć ich jednostka pozostawała w zasięgu wzroku.
Czasami zapas powietrza w skafandrze wystarczał na dwa dni.
Dotarli do końca korytarza prowadzącego na poziom lądowisk. Gródź się zamknęła, a Hoop poświęcił chwilę na sprawdzenie czujników. Po drugiej stronie panowała właściwa atmosfera, więc wprowadził kod sterowania ręcznego i mechanizm blokujący zaszeptał, otwierając drzwi.
Rozległo się ciche syknięcie i skrzydła grodzi wsunęły się w ścianę.
Lewa odnoga wiodła do lądowisk numer jeden i dwa, prawa – trzy i cztery. Dziesięć metrów w głąb lewego korytarza Hoop zobaczył krew.
– O cholera – zaklął Welford.
Mokra plama na bocznej ścianie obok drzwi pancernych miała rozmiar obiadowego talerza. Krew popłynęła, tworząc sięgającą podłogi pajęczynę. Wciąż lśniła, co świadczyło o tym, że jest świeża.
– Sprawdźmy to – powiedział Hoop, ale był już całkiem pewien, co znajdą. Czujniki w drzwiach były uszkodzone, szybkie spojrzenie przez wizjer potwierdziło tylko jego podejrzenia. Za drzwiami była próżnia. Panele ścienne i przewody systemowe zostały zniszczone na skutek gwałtownego odpływu powietrza. Jeśli ktoś, kto pozostawił ten krwawy rozprysk, wciąż żył, choć drzwi pancerne zamknęły się automatycznie…
Ale w tym momencie oznaczało to, że ten ktoś znalazł się poza zasięgiem „Marion” i był zagubiony.
– Jedynka i dwójka zdecydowanie nie działają – powiedział Hoop. – Drzwi pancerne trzymają dość dobrze. Powell, pilnuj tego panelu i upewnij się, że wszystkie drzwi za nami są szczelnie zamknięte.
– Jesteś pewien? – zapytał Powell, a jego głos rozległ się w słuchawkach. – To pułapka.
– Jeśli przegrody są uszkodzone, cały statek może trafić szlag – powiedział Hoop. – Więc owszem, jestem pewien.
Odwrócił się i spojrzał na pozostałych. Sneddon patrzyła na krwawą plamę obok niego, wytrzeszczając oczy za szybą hełmu.
– Hej – odezwał się Hoop.
– Tak? – Zerknęła w jego stronę, a potem znowu odwróciła wzrok. – Przykro mi, Hoop.
– Wszyscy straciliśmy przyjaciół. Zróbmy, co możemy, żeby nie stracić nikogo więcej.
Ruszyli korytarzem po przeciwnej stronie, w kierunku lądowisk numer trzy i cztery.
– „Samson” wylądował – odezwał się Baxter przez interkom.
– Na automatycznym pilocie?
– Zgadza się.
Większość procedur związanych z lądowaniem była wykonywana przez automatyczne układy, ale Hoop wiedział, że Vic Jones lubił czasami posadzić statek ręcznie. Nie tym razem.
– Co z łącznością?
– Brak. Ale chyba właśnie zobaczyłem jakieś migotanie ekranu. Spróbuję odzyskać obraz, jeśli nie uda się nic więcej.
– Informuj mnie na bieżąco. Musimy wiedzieć, co się dzieje na tym statku.
Hoop ruszył przodem. Pancerne drzwi prowadzące do lądowisk numer jeden i dwa nadal były otwarte, dzięki czemu mogli szybko dojść do nieuszkodzonych rejonów.
Statkiem wstrząsnęła kolejna wibracja, od której zadrżała cała podłoga. Chris mocno przycisnął dłoń w rękawicy do ściany, pochylając się i próbując wyczuć echa tajemniczego uderzenia. Te jednak już osłabły.
– Lachance, domyślasz się, co powoduje te wstrząsy?
– Nie. Statek wydaje się stabilny.
– Awaria którejś z przegród? Jak myślisz?
– Nie sądzę. Gdyby tak było, nastąpiłaby dekompresja, a to z kolei spowodowałoby ruch statku. Zauważyłbym zmianę pozycji „Marion”. Zdaje się, że tor lotu ustabilizował się i powoli schodzimy z orbity, tak jak mówiliśmy. Nie jesteśmy już geostacjonarni, ale poruszamy się bardzo wolno względem powierzchni. Jakieś dziesięć mil na godzinę.
– W porządku. W takim razie to coś innego. Coś musiało się poluzować.
– Uważajcie tam na siebie – powiedział Lachance. Zwykle unikał frazesów.
Przeszli przez kolejne dwie grodzie, za każdym razem sprawdzając czujniki, aby się upewnić, że strefa po drugiej stronie nie uległa dekompresji. Gdy zbliżyli się do lądowisk numer trzy i cztery, Hoop wiedział, że teraz na własne oczy przekonają się o skali zniszczeń.
Lądowiska znajdowały się na dwóch platformach pod brzuchem „Marion”. „Jedynka” i „dwójka” były zlokalizowane na lewej, a „trójka” i „czwórka” na prawej burcie. Zbliżyli się do korytarza prowadzącego do „trójki” i „czwórki”, gdzie po obu stronach były okna obserwacyjne.
– O cholera – jęknął Hoop. Pierwszy to zauważył, ale zaraz potem usłyszał zszokowane westchnienia Sneddon i Welforda.
Przednia trzecia część platformy na lewej burcie, w tym rękawy cumownicze i fragmenty konstrukcji śluzy, została zniszczona, jakby wskutek ciosu gigantycznej pięści. Lądowisko numer jeden przestało istnieć; wyrwane, pozostawiło po sobie głęboką ranę. Część lądowiska numer dwa wciąż była nienaruszona, w tym długi fragment rękawa cumowniczego, i to właśnie on od czasu do czasu uderzał w kadłub. Na końcu luźnego elementu zawisł kawałek rozdartego metalu z iskrzącymi się kablami, będący fragmentem „Delilah”. Ta nierozpoznawalna metalowa bryła, na której zmieściłoby się kilka osób, ważąca jakieś dziesięć ton plątanina poszycia i przewodów elektrycznych, odbiła się od kadłuba „Marion”, opadła, rykoszetem uderzyła w zrujnowaną nadbudówkę lądowiska numer dwa, a potem znów wzbiła się w przestrzeń.
Każde uderzenie nadawało jej impet do ponownego ciosu. Poruszała się powoli, ale jej ciężar był na tyle duży, że uderzenie, kiedy już następowało, wprawiało w drżenie cały kadłub statku.
„Delilah” po kolizji praktycznie się rozpadła. Szczątki wciąż dryfowały wraz z „Marion”, a w oddali, na tle burzliwej powierzchni planety, Hoop dostrzegł oddalające się od nich większe fragmenty.
– Ktoś tam jest – powiedział cicho Welford, wskazując palcem.
Hoop zauważył ciało rozpłaszczone na jednym z fragmentów lądowiska numer dwa, nabite na metalową część zrujnowanej nadbudówki. Nie potrafił rozpoznać płci ofiary. Była ciężko okaleczona, naga i pozbawiona większej części czaszki.
– Mam nadzieję, że wszyscy zginęli szybką śmiercią – odezwała się Sneddon.
– Już wcześniej nie żyli! – warknął Hoop. Westchnął i podniósł rękę w przepraszającym geście. Jego serce biło szybko. Siedemnaście lat w kosmosie, a nigdy przedtem nie widział czegoś takiego. Jasne, ludzie ginęli cały czas, przestrzeń kosmiczna to nieprzyjazne środowisko. Wypadki były powszechne, a głośno było tylko o większych katastrofach. Statek pasażerski „Archimedes” wpadł w rój mikrometeorów w drodze na Alfa Centauri i śmierć poniosło siedmiuset pasażerów oraz członków załogi. Ktoś uszkodził układ sztucznej atmosfery w bazie kolonialnych marines na dużym księżycu na Zewnętrznych Rubieżach, zabijając ponad tysiąc mieszkańców.
Jeszcze wcześniej, w pionierskich dniach podróży kosmicznych, stacja badawcza „Nephilim” krążąca wokół Ganimedesa doznała awarii stabilizatora i spadła na powierzchnię księżyca. Wciąż uczono o tym przyszłych zdobywców kosmosu, ponieważ żadna z trzystu osób na jej pokładzie nie przerwała badań i do ostatnich chwil transmitowała dane oraz pełne nadziei wiadomości. Była symbolem determinacji ludzkości pragnącej wyjść poza granice własnej planety, a w rezultacie Układu Słonecznego.
Biorąc to wszystko pod uwagę, ich tragedia nie była szczególnie wielka. Jednak Hoop znał osobiście wszystkich ludzi, którzy znajdowali się na pokładzie „Delilah”. Co prawda nie potrafił zidentyfikować zamarzniętego, zmasakrowanego ciała, które przywarło do zrujnowanej konstrukcji lądowiska, ale wiedział, że na pewno z tymi górnikami rozmawiał, żartował i się śmiał.
– Trzeba to odciąć – powiedział Welford i początkowo Chris pomyślał, że mówi o zwłokach. Inżynier obserwował jednak powoli dryfującą masę metalu, która przesuwała się z powrotem w kierunku strzaskanej platformy lądowiska.
– To tylko jedna z rzeczy, którymi musimy się zająć – stwierdził Hoop. Jeśli mieli przetrwać – jeśli uda się im opanować ten początkowy chaos, zabezpieczyć „Samsona” i dowiedzieć się, o co, kurwa mać, w tym wszystkim chodzi – to on, Welford i Powell będą tu musieli dokonać kilku niezłych cudów. – W końcu zarobimy na wypłatę, ludzie.
– Hoop, „Samson” – usłyszał w słuchawkach głos Baxtera.
– Co się dzieje?
Nie widzieli jeszcze statku, który zawisł nieruchomo po drugiej stronie rękawa cumowniczego na prawej burcie.
– Mam tu… obraz, na ekranie. – Głos łącznościowca brzmiał głucho, obojętnie.
– No i? – zapytała Sneddon.
– Nie otwierajcie go. Pod żadnym pozorem. Nawet się do niego nie zbliżajcie.
Hoop po części żałował, że tego nie widzi, a po części się z tego cieszył.
– Co się tam dzieje? – zapytała Sneddon.
– One się… wykluły – odpowiedział Baxter. – I teraz po prostu… czekają. Te stwory przyczaiły się wśród zwłok.
– A co z Jonesem i Stickym?
– Sticky nie żyje. Jones się trzyma. – Znowu ten obojętny ton, który sprawił, że Hoop nie chciał już o nic więcej pytać.
Ale zrobiła to Sneddon. Być może kierowała się wrodzoną ciekawością naukowca.
– Co się dzieje z Jonesem? – zapytała.
– Nic. On… widzę go u dołu ekranu. Siedzi tam, fotel jest obrócony oparciem do panelu kontrolnego. Trzęsie się i chyba płacze.
„Jeszcze go nie zabiły”, pomyślał Hoop.
– Musimy wszystko pozamykać – rzekł. – Wszystkie drzwi są już i tak zamknięte, ale musimy wyłączyć ręczne sterowanie.
– Myślisz, że te stwory potrafią otwierać drzwi? – zapytał Welford.
– Hoop ma rację – stwierdziła Sneddon. – Musimy być przygotowani na najgorsze.
– Czy nie możemy po prostu odłączyć „Samsona”?
Hoop już o tym pomyślał. Jednak pomimo niebezpieczeństwa wciąż mogą potrzebować transportowca. „Marion” ciągle schodziła z orbity. Mieli szalupy ratunkowe, ale trudno było przewidzieć ich miejsce lądowania. Gdyby ich użyli, rozrzuciłoby ich po całej powierzchni planety.
„Samson” mógł być ich jedyną nadzieją na przeżycie.
– Jeśli to zrobimy, może dryfować z nami wiele dni – powiedział Lachance, a jego głos przebił się przez burzę zakłóceń. – Może wpaść na „Marion”, wyrządzić jeszcze więcej szkód. I tak jesteśmy już w wystarczająco złym stanie.
– Baxter, coraz słabiej cię słychać – rzekł Hoop.
– …uszkodzony – odezwał się Baxter. – Lachance?
– On ma rację – odparł Lachance. – Przyrządy z każdą chwilą sygnalizują coraz więcej uszkodzeń. Układy łączności, środowiskowy, zdalny. Musimy zacząć wszystko naprawiać.
– Najpierw muszę zająć się tą sprawą – powiedział Hoop. – Przejdziemy przedsionkiem do rękawa cumowniczego lądowiska numer trzy, a potem do śluzy powietrznej. Następnie zaczniemy wracać, wyłączając po drodze ręczne sterowanie i wszystko inne.
– Moglibyśmy też zdekompresować śluzę – stwierdził Welford.
– Dobry pomysł. Jeśli coś ucieknie z „Samsona”, nie będzie miało czym oddychać.
– Kto wie, czy one w ogóle oddychają? – odezwała się Sneddon. – Nie wiemy, czym one są, ani skąd pochodzą. Czy to ssaki, owady, gady, czy coś zupełnie innego. Nic nie wiemy!
W jej głosie dało się wyczuć rosnącą panikę.
– I tak już pozostanie – oznajmił Hoop. – Przy pierwszej okazji, jaka się nadarzy, musimy je pozabijać. Wszystkie.
Chciał, żeby ktoś go w tym poparł, ale nikt się nie odezwał. Spodziewał się oporu Sneddon – dla oficera naukowego chaos i śmierć mogłyby być mniej istotne od znaczena, jakie te istoty mogą mieć dla nauki. Ale nic nie powiedziała, tylko wpatrywała się w niego, z siniakami pod oczami i spuchniętym, rozciętym nosem.
„Teraz naprawdę tu dowodzę”, pomyślał. I poczuł ciężar tej sytuacji.
– Dobra – powiedział. – Bierzmy się do roboty.

Postępowali zgodnie z planem Hoopa.
Droga wiodła przez przedsionek, który obsługiwał lądowiska numer trzy i cztery, przez rękaw cumowniczy, a następnie przez śluzę powietrzną do zewnętrznego włazu. Hoop i Welford szli przodem, a Sneddon zamykała za nimi drzwi, aż zatrzymali się na końcu rękawa cumowniczego. Za włazem była wąska szczelina, a dalej zewnętrzne drzwi śluzy powietrznej „Samsona”. We włazie i drzwiach znajdowały się małe okienka obserwacyjne.
Szyba w oknie „Samsona” była zaparowana od wewnątrz.
Hoop zastanawiał się, czy stwory wiedzą, że są tak blisko nich. Przyszło mu na myśl, żeby zapytać o to Baxtera, ale ostatecznie stwierdził, że najlepszym wyjściem będzie cisza. Cisza i szybkość. Szybko zdemontowali mechanizm blokujący właz, po czym wyłączyli go, odcinając źródło zasilania. Będzie go trzeba naprawić przed ponownym otwarciem. „Jest o wiele mocniejszy niż drzwi łazienki na »Delilah«”. Ta myśl nie pocieszała jednak Hoopa tak bardzo, jak powinna.
Zaczęli się wycofywać, a kiedy wyłączyli mechanizm drzwi między rękawem cumowniczym a przedsionkiem, Welford zdekompresował śluzę. Drzwi zaskrzypiały lekko pod wpływem różnicy ciśnień.
Sneddon czekała na zewnątrz przedsionka.
– Gotowe? – zapytała.
– Jeszcze te ostatnie drzwi – odparł Hoop.
Welford zabrał się do pracy.
Pięć minut później wracali na mostek. „Samsona” od „Marion” oddzielały teraz cztery szczelnie zamknięte przejścia, a także próżnia w śluzie.
Chris wcale nie czuł się przez to bezpieczniej.
– Baxter, nadal odbierasz obraz z „Samsona”? – zapytał.
– Tak. Niewiele się zmieniło. Te stwory po prostu tam siedzą. Jeden z nich… przez chwilę wydawało się, że się przeciąga, jakby wyłaziły z niego jakieś cienie. Oświetlenie jest słabe, a obraz niezbyt wyraźny, ale wyglądało to tak, jakby zrzucał skórę.
Rozległ się jakiś inny, niewyraźny głos, którego Hoop nie zrozumiał.
– Co to było? – spytał.
– Powiedziałem, że wygląda, jakby urósł – rzekł Powell. – Ten, który zrzucił skórę. Jest większy.
– A co z Jonesem? – zapytał Hoop, głęboko zaniepokojony. „Urósł?” Przecież to niemożliwe w tak krótkim czasie.
– Nadal tam siedzi – odpowiedział Baxter. – Widzę tylko jego ramię, bark i głowę. Ciągle się trzęsie.
– Zarejestruj obraz – powiedziała Sneddon.
– Zrobimy sobie potem seansik? – zapytał Lachance, ale nikt mu nie odpowiedział. To nie był dobry moment na żarty, nawet jeśli były zabarwione sarkazmem.
– Wrócimy za kilka minut – powiedział Hoop. – Lachance, niech komputer podzieli uszkodzenia na kategorie. Kiedy dotrzemy na miejsce, ocenię, które są najważniejsze, a potem ustalimy harmonogram prac. Baxter, czy wysłaliśmy sygnał SOS?
– O, właśnie, jeszcze jedna śmieszna sprawa – odparł Baxter. – Jakieś odłamki po uderzeniu najwyraźniej rozpieprzyły antenę. Według komputera sygnał jest nadawany, ale według mnie wcale nie.
– Dobra. Świetnie. Po prostu, kurwa, cudownie. – Hoop pokręcił głową. – Jakieś meteoroidy lecą w naszą stronę? Otwierają się czarne dziury? Coś jeszcze, czym powinniśmy się niepokoić?
– Na mostku rozbił się dzbanek do kawy – odpowiedział Powell głębokim i całkowicie poważnym tonem.
Hoop zaczął się śmiać. Kiedy już opanował napad histerii, na szybce jego hełmu pojawiły się łzy.

Zanim dotarli na mostek, z ambulatorium wróciły Kasjanow i Garcia. Pozostali członkowie załogi „Marion” byli albo martwi, albo tylko lekko ranni, więc niewiele miały tam do roboty.
– To było przerażające, byłyśmy tam tylko we dwie – powiedziała Garcia. – Wszystko powyłączałyśmy. Pomyślałam, że będziemy bezpieczniejsze tutaj, gdzie wszyscy są razem.
Lachance wyjaśnił im, na czym polega rzeczone bezpieczeństwo.
– Jedynym błogosławieństwem jest to, że rdzeń paliwowy „Delilah” nie został naruszony podczas katastrofy – stwierdził.
– Gdzie teraz jest? – zapytał Hoop.
Lachance wciąż siedział w fotelu pilota.
– Gdzieś tam. Krąży w przestrzeni – powiedział i machnął dłonią, trzymając w dwóch palcach cygaro.
Hoop, jak większość pozostałych, nie znosił jego smrodu, ale biorąc pod uwagę wszystko, co się wydarzyło, myśl o tym, by kazać mu je zgasić, wydawała się prawie komiczna.
– W pobliżu statku widzieliśmy mnóstwo szczątków – rzekł Welford. – Może jednak został uszkodzony i po prostu unosi się gdzieś w pobliżu, przegrzewając się i grożąc wybuchem.
– W takim razie c’est la vie – powiedział Lachance. – Chyba że chcesz włożyć skafander i wybrać się na kosmiczny spacer. – Welford odwrócił wzrok, a Lachance się uśmiechnął. – Poza tym mamy pilniejsze potrzeby. Są sprawy, na które możemy coś poradzić.
– Co z „Samsonem”? – zapytał Powell.
Hoop spojrzał na ekrany. Wnętrze transportowca pozostawało bez zmian: cienie. Cienie migotały, Jones się trząsł. Wszyscy chcieli wyłączyć obraz, ale Hoop nalegał, żeby tego nie robić. Musieli widzieć, co się dzieje.
Lachance wzruszył ramionami.
– Na razie musimy założyć, że jesteśmy bezpieczni. Ale czujniki wskazały pięć drzwi pancernych, przy których spada ciśnienie, co prawdopodobnie oznacza, że o kolejnych pięciu nic nie wiemy. Na pokładach piątym i szóstym w ogóle nie ma powietrza, więc uszkodzenia trzeba będzie odszukać i naprawić. Fragment „Delilah”, który utkwił w zniszczonym lądowisku, trzeba uwolnić i wystrzelić w przestrzeń. W przeciwnym razie spowoduje więcej szkód.
– A co z pozycją „Marion”? – zapytał Hoop.
– Obniża się… Nie jestem pewien, czy możemy cokolwiek na to poradzić. Katastrofa spowodowała więcej zniszczeń, niż jesteśmy w stanie zobaczyć. Podejrzewam, że doszło do poważnych uszkodzeń strukturalnych. I wygląda na to, że oba systemy chłodzenia ogniw paliwowych zostały uszkodzone.
– Och, świetnie – mruknął Powell.
– Jak poważne są te uszkodzenia? – zapytał Hoop.
– To trzeba sprawdzić na miejscu – odparł Lachance. – Ale to nie wszystko. Raj został zniszczony.
– W jaki sposób? – zapytał Hoop. Jego serce zamarło. Raj był ich biosferą, małym, ale pełnym roślinności kompleksem uprawy żywności w okolicach dziobu „Marion”, do którego wielu górników i członków załogi udawało się z myślą o leczniczym wpływie zieleni. Po tylu latach w kosmosie – i pracy w sterylnym, pustynnym piekle LV-178 – widok marchewki lub ściany pełnej strączków fasoli o wiele lepiej leczył depresję niż jakiekolwiek pigułki.
– Jeszcze nie jestem pewien – odpowiedział Lachance. – To działka Jordan…
„Lucy uwielbiała się krzątać w swoim ogródku”, pomyślał Hoop. Kiedyś kochali się w Raju, na wilgotnej glebie, a ich świadkami były tylko drzewa owocowe i grządki warzyw.
– Mamy suszone jedzenie – rzekł. – Czy zapasy wody zostały naruszone?
– Z tego, co wiem, to nie.
– No dobra.
Rozejrzał się po pozostałej przy życiu części załogi „Marion”. Byli w szoku, widząc, jak szybko wszystko się zesrało. Ale byli też twardzi, potrafili się przystosowywać do okoliczności i nieobce im było życie w ciągłym niebezpieczeństwie i gotowości do stawiania czoła niemożliwemu, by przeżyć.
– Welford, Powell, niech Lachance przygotuje dla was pełny raport o uszkodzeniach, a wy ustalcie priorytety. Będziemy potrzebować pomocy. Każdy z was potrafi pracować kluczem i pchać wózek ze spawarką.
– Najpierw musimy się zająć czymś innym – powiedział Baxter.
– Tak. Ale to już moje zadanie. Nagram wiadomość SOS, a ty zrobisz wszystko, co w twojej mocy, aby ją wysłać.
Hoop przyjrzał się panelowi kontrolnemu Baxtera, a jego wzrok zatrzymał się na ekranie, na którym widniało wnętrze „Samsona”. W jego lewym dolnym rogu wciąż poruszały się ramię i głowa Jonesa. Za nimi leżały nieruchome cienie martwych ludzi. Obok nich zaś czaili się ci mali, słabo widoczni obcy.
– Myślę, że możesz to wyłączyć – powiedział Hoop. – Na razie.


Dodano: 2023-02-23 09:47:54
Komentarze
-Jeszcze nie ma komentarzy-
Komentuj


Artykuły

Plaża skamielin


 Zimny odczyt

 Wywiad z Anthonym Ryanem

 Pasje mojej miłości

 Ekshumacja aniołka

Recenzje

Fonstad, Karen Wynn - "Atlas śródziemia


 Fosse, Jon - "Białość"

 Hoyle, Fred - "Czarna chmura"

 Simmons, Dan - "Modlitwy do rozbitych kamieni. Czas wszystek, światy wszystkie. Miłość i śmierć"

 Brzezińska, Anna - "Mgła"

 Kay, Guy Gavriel - "Dawno temu blask"

 Lindgren, Torgny - "Legendy"

 Miles, Terry - "Rabbits"

Fragmenty

 Grimwood, Ken - "Powtórka"

 Lewandowski, Maciej - "Grzechòt"

 Howard, Robert E. - "Conan. Księga druga"

 Wagner, Karl Edward - "Kane. Bogowie w mroku" #2

 Sherriff, Robert Cedric - "Rękopis Hopkinsa"

 Howard, Robert E. - "Conan. Księga pierwsza"

 Howey, Hugh - "Silos" (wyd. 2024)

 Wagner, Karl Edward - "Kane. Bogowie w mroku" #1

Projekt i realizacja:sismedia.eu       Reklama     © 2004-2024 nast.pl     RSS      RSS