NAST.pl
 
Komiks
  Facebook
Facebook
 
Forum

  RSS RSS

 Strona główna     Zapowiedzi     Recenzje     Imprezy     Konkursy     Wywiady     Patronaty     Archiwum newsów     Artykuły i relacje     Biblioteka     Fragmenty     Galerie     Opowiadania     Redakcja     Zaprzyjaźnione strony   

Zaloguj się tutaj! | Rejestruj

Patronat

Roanhorse, Rebecca - "Gorejąca gwiazda"

Silverberg, Robert - "W dół do ziemi" (Wymiary)

Ukazały się

Kade, Kel - "Smoki i demony"


 antologia - "Felix, Net i Nika. Fantologia"

 antologia - "PoznAI przyszłość"

 Maszczyszyn, Jan - "Mare Orientale"

 Watson, Ian - "Pozoranci"

 Galina, Maria - "Wilcza Gwiazda. Ekspedycja"

 Galina, Maria - "Patrzący z ciemności"

 Żelkowski, Marek - "Siewcy niezgody"

Linki

Simmons, Dan - "Piąty kier"
Wydawnictwo: Vesper
Tytuł oryginału: The Fifth Heart
Tłumaczenie: Marek Król
Data wydania: Marzec 2023
ISBN: 978-83-77314-36-4
Oprawa: Twarda
Format: 165x225 mm
Liczba stron: 620
Cena: 99,90
Rok wydania oryginału: 2015



Simmons, Dan - "Piąty kier"

Dedykuję tę książkę Richardowi Curtisowi, mojemu nieocenionemu agentowi i drogiemu przyjacielo­wi, z którym łączy mnie zamiłowanie do baseballa i twórczości pana Henry’ego Jamesa.

Część I
Rozdział 1

W deszczowym marcu roku 1893, z powodów, których nikt nie rozumie (przede wszystkim dlatego, że nikt prócz nas nie zna tej historii), mieszkający w Londynie amerykański pisarz Henry James swoje przypadające na 15 kwietnia urodziny postanowił spędzić w Paryżu i tam – w dniu urodzin lub wcześniej – popełnić samobójstwo, rzucając się nocą do Sekwany.
Wiem, że tej wiosny James był w głębokiej depresji, nie mam jednak pewności co do jej przyczyn. Była oczywiście śmierć siostry, która rok wcześniej, szóstego marca 1892 roku, zmarła w Anglii na raka piersi, jednak Alice, która od wielu lat była zdeklarowaną inwalidką, przyjęła diagnozę z zadowoleniem. Śmierć, jak powiedziała kiedyś bratu, to wydarzenie, którego zawsze oczekiwała z wielkim entuzjazmem. Henry, przynajmniej w listach do rodziny i przyjaciół, zdawał się ją wspierać w pragnieniu zakończenia życia, aż po opisy urzekającego wyglądu jej zwłok.
Być może ową nieodnotowaną w kronikach depresję pogłębiła kiepska w kilku poprzednich latach sprzedaż książek. Powieści z 1886 roku, Bostończycy i Księżna Casamassima, na których swoje piętno odcisnęło powolne umieranie Alice oraz jej „bostońskie małżeństwo” z Katharine Loring, okazały się komercyjnym rozczarowaniem dla wszystkich zainteresowanych zarówno w Ameryce, jak i w Anglii. Około 1890 roku James postanowił więc zmienić kierunek swej pogoni za majątkiem i zacząć pisać dla teatru. Mimo że powodzenie Amerykanina, jego pierwszej, melodramatycznej propozycji scenicznej, było dość umiarkowane, a w dodatku nie sięgnęło Londynu, ograniczając się do prowincji, nie wyzbył się przekonania, że właśnie teatr stanie się dla niego źródłem bogactwa. Z początkiem 1893 roku zaczęło jednak do niego docierać, że te nadzieje są iluzoryczne i po prostu oszukuje sam siebie. Tak jak przez następne stulecie z okładem Hollywood miało wabić literatów na ich własną zgubę, w latach 90. XIX wieku to angielski teatr wsysał ludzi pióra, którzy – jak Henry James – nie mieli pojęcia o tworzeniu produkcji scenicznych mogących zyskać uznanie szerokiej publiczności.
Dla większości biografów ta nagła, głęboka depresja byłaby bardziej zrozumiała, gdyby chodziło o wczesną wiosnę 1895 roku, a nie o marzec roku 1893, jako że właśnie za dwa lata, podczas pierwszej ważnej londyńskiej inscenizacji sztuki Guy Domville, James zostanie wygwizdany i wybuczany, gdy po spektaklu nieroztropnie wyjdzie na scenę, by ukłonić się publiczności. Widzowie, którzy sami zapłacą za bilety – w przeciwieństwie do zasiadających na widowni licznych dystyngowanych dam i dżentelmenów, którym autor porozsyła bezpłatne zaproszenia – w większości nie będą znali żadnej powieści Henry’ego Jamesa, a nawet nie będą wiedzieli, że w ogóle takowe pisywał, zatem wygwiżdżą i wybuczą sztukę, kierując się wyłącznie jej wartością. A Guy Domville będzie sztuką bardzo, ale to bardzo kiepską.
Nawet za rok, gdy w styczniu 1894 jego przyjaciółka Constance Fenimore Woolson popełni samobójstwo, rzucając się w Wenecji z okna (być może dlatego – jak będą szeptać niektórzy – że mimo danej obietnicy pisarz do niej nie przyjechał), James będzie się zmagał ze straszliwym przygnębieniem naznaczonym autentycznym poczuciem winy.
Pod koniec 1909 roku bardziej już posunięty w latach pisarz popadnie w najgłębszą z dotychczasowych depresji – tak głęboką, że jego starszy (i umierający na serce) brat William przemierzy Atlantyk, by w Londynie – dosłownie – potrzymać Henry’ego za rękę. W tym okresie pisarz będzie lamentował nad „katastrofalnie słabą sprzedażą” i wynikającym stąd brakiem przychodów z opublikowanej w latach 1906–1908 „edycji nowojorskiej” swych dzieł – wyczerpującego projektu, któremu poświęcił pięć lat życia, gruntownie przeredagowując długie powieści i opatrując każdy utwór sążnistym wstępem.
Jednak w marcu 1893 roku od tej ostatniej depresji dzieliło nas całe szesnaście lat. Nie dysponujemy żadnymi wskazówkami, które pozwoliłyby odpowiedzieć na pytanie, dlaczego tamtej wiosny James był tak straszliwie przygnębiony. Ani też dlaczego nagle uznał, że jedyną możliwą odpowiedzią na ten stan rzeczy jest samobójstwo popełnione w Paryżu.
Jednym z czynników sprawczych mógł być ostry atak podagry, która okrutnie mu dokuczała podczas srogiej angielskiej zimy 1892–1893, ograniczając codzienne przechadzki, przez co przybrał na wadze. Mógł za nią także po części odpowiadać prosty fakt, że zbliżające się kwietniowe urodziny miały być jego pięćdziesiątymi, a ten kamień milowy życia sprowadza depresję na mężczyzn dużo silniejszych niż wrażliwy Henry James.
Nigdy się już tego nie dowiemy.
Wiemy natomiast, że owa depresja – a także plan samounicestwienia poprzez utopienie się w Sekwanie w dniu urodzin 15 kwietnia lub jeszcze przed nim – wyznacza początek naszej opowieści. A zatem w połowie marca 1893 roku Henry James (jakiś czas po śmierci ojca w 1882 roku zrezygnował z dodatku „jr”) pisał z Londynu do rodziny i przyjaciół: „Biorę krótki urlop od codziennych pisarskich obowiązków, by cieszyć się wiosną i własnym półwieczem w słonecznym Paryżu, zanim pod koniec kwietnia dołączę do mojego brata i jego rodziny we Florencji”. James nie miał najmniejszego zamiaru jechać do Florencji.
Z tabakierką zawierającą wykradzioną przez siebie porcję prochów siostry opuścił schludne apartamenty w De Vere Gardens, spalił niektóre listy od panny Woolson i kilku młodszych męskich przyjaciół, wsiadł do pociągu, a następnie na prom do Cherbourga i wieczorem następnego dnia, który był bardziej ponury, mokry i zimny od wszystkich dni, jakie owego marca musiał znosić w chłodnym Londynie, przybył do Miasta Świateł.
Zamieszkał w hotelu Westminster przy Rue de la Paix, w którym przebywał niegdyś przez miesiąc, pisząc w Paryżu kilka opowiadań, w tym ulubionego Wychowanka. Tym razem jednak określenie „zamieszkał” nie było do końca adekwatne. Nie zamierzał tam spędzić tygodni dzielących go od urodzin. Poza tym ceny w hotelu Westminster były zbyt wygórowane jak na jego obecne możliwości finansowe. Nie rozpakował nawet podróżnego kufra. Nie planował spędzić tam kolejnej nocy. Ani – postanowił ni z tego, ni z owego – gdziekolwiek indziej na tej ziemi.
Po całodziennym (a dzień był deszczowy i zimny) spacerze w Jardin de Tuileries i samotnie, w ponurym nastroju spożytym obiedzie – ze względu na powzięte postanowienie nie próbował kontaktować się z paryskimi przyjaciółmi ani znajomymi, którzy mogliby akurat być w Paryżu przejazdem – wypił ostatni kieliszek wina, zarzucił wełniany płaszcz, sprawdził, czy w kieszeni nadal spoczywa szczelnie zamknięta tabakierka, i stukając po bruku wykonanym z brązu czubkiem parasola, ruszył w dżdżystą ciemność ku leżącemu w pobliżu Pont Neuf ostatecznemu celowi swej podróży. Nawet tak korpulentnemu dżentelmenowi nie mogło to zająć więcej niż dziesięć minut.
Ten jedyny w swoim rodzaju mistrz pióra nie zostawił żadnego listu.

Rozdział 2
Miejsce, które wybrał na porzucenie żywota, znajdowało się na północnym brzegu rzeki, niecałe sześćdziesiąt jardów od szerokiego, jasno oświetlonego Pont Neuf. Poniżej mostu było jednak ciemno, a jeszcze większy mrok panował na cyplu, na poziomie najniżej położonych deptaków, gdzie czarne, zimne wody Sekwany wirowały wokół pociemniałych od mchu kamieni nabrzeża. Nawet za dnia cypel był rzadko uczęszczany. James wiedział, że niekiedy po zmroku odwiedzały to miejsce prostytutki, lecz w taką zimną i mżystą noc z pewnością trzymały się blisko swoich hoteli na Pigalle albo polowały na swych pokątnych klientów w wąskich zaułkach po obu stronach rozświetlonego Boulevard Saint de Germain.
Zanim, postukując parasolem, dotarł do wąskiego cypla, który wybrał jeszcze za dnia – był właśnie taki, jakim zapamiętał go z wcześniejszych wizyt w Paryżu – droga tonęła już w ciemności. Odległe latarnie na drugim brzegu Sekwany deszcz ozdobił ironicznymi aureolami. Barek i wodnych taksówek pływało tej nocy niewiele. Ostatnie stopnie wiodące na bulwar pokonywał właściwie po omacku, a ścieżkę przed sobą ostrożnie badał parasolem, krocząc powoli jak ślepiec z laską. Gdzieś, jakby bardzo wysoko w górze, wyraźne zazwyczaj dźwięki kół dorożek i końskich podków, teraz stłumione przez coraz bardziej rzęsisty deszcz i pokrywające arterie miasta głębokie kałuże, wydawały się bardziej odległe, bez mała mniej rzeczywiste.
W niemal zupełnej ciemności James nie widział rzeki, lecz wyczuwał jej bliskość, słyszał ją, czuł jej zapach. Dopiero dość szokująca nieskuteczność czubka parasola, który nagle trafił w próżnię, tam gdzie powinien być bruk, kazała mu się zatrzymać. Wiedział, że stoi na skraju krótkiego, nieco łukowatego cypla. Wiedział też, że do rzeki nie wiodą w tym miejscu żadne stopnie, a od wirującej, czarnej wody dzieli go jedynie sześć lub siedem stóp stromego spadku. Nurt Sekwany był tu szybki, głęboki i groźny. Wystarczył jeden krok w pustkę i byłoby po wszystkim.
Z wewnętrznej kieszeni wyjął niewielką tabakierkę koloru kości słoniowej i przez chwilę wodził palcami po jej powierzchni. To przypomniało mu artykuł z zeszłorocznego „Timesa”, według którego zamieszkujący Arktykę Eskimosi nie wytwarzają dzieł sztuki do oglądania, lecz gładzą kamienie po to, by cieszyć się ich dotykiem podczas wielu miesięcy nocy polarnej. Uśmiechnął się. Uważał, że noc polarna zabrała już dostatecznie dużo miesięcy jego życia.
Gdy w zeszłym roku wykradał tych kilka szczypt siostrzanych prochów – Katharine Loring stała wtedy za drzwiami krematorium, czekając na wydanie urny, którą miała zawieźć do Cambridge, gdzie na cmentarzu Jamesowie mieli swój kąt – poważnie myślał o rozsypaniu ich tam, gdzie jego młodsza siostra była najszczęśliwsza. Z upływem czasu uświadomił sobie jednak, że ta misja jest niewykonalna. No bo gdzie? Pamiętał ulotne chwile jej szczęścia, kiedy oboje, dużo młodsi, podróżowali po Szwajcarii z ciocią Kate, damą równie dosłowną jak Grabarz z Hamleta. W ciągu kilku tygodni spędzonych z dala od licznej rodziny i amerykańskiego domu wyraźna już wtedy skłonność Alice do napadów histerycznych nieco zmalała, zatem pierwszym pomysłem na pięćdziesiąte urodziny był wyjazd do Genewy i rozsypanie prochów tam, gdzie zaśmiewali się do rozpuku, przerzucając się żartami, a biedna ciocia Kate nie rozumiała ani słowa z ich ironicznych gier słownych, gdy rozanieleni przekomarzali się z nią i z sobą nawzajem podczas spacerów w eleganckich ogrodach i na promenadach.
Ostatecznie jednak zrezygnował z tego pomysłu. Podczas tamtej podróży Alice jedynie odgrywała „ozdrowienie” z przeznaczonego jej życia inwalidki, on zaś udawał, że uczestniczy w jej przypływach świetnego nastroju.
Było też tamto miejsce niedaleko Newport, gdzie zbudowała sobie niewielki dom, w którym mieszkała w pozornym zdrowiu i szczęściu mniej więcej rok.
Nie. To były początki jej związku z panną Loring, a z każdym miesiącem, jaki mijał od śmierci Alice, coraz bardziej posępnie myślał sobie, że panna Katharine P. Loring przebywała z jego siostrą dostatecznie długo. Newport odpadało.
W końcu nie przychodziło mu już do głowy żadne miejsce, gdzie Alice była prawdziwie szczęśliwa i gdzie mógłby rozsypać tę żałosną garstkę jej prochów. Być może zdarzyło się, że szczęście mignęło jej przed oczami, nigdy jednak nie zdołała go schwycić, może jedynie w trakcie owych miesięcy – bądź lat – w Newport, a potem w Cambridge, zanim przyszło tamto, jak je nazywała, „straszliwe lato”, gdy 10 lipca 1878 roku jej najstarszy brat William poślubił Alice Gibbens. Przez lata jej brat William, jej ojciec, jej brat Harry, bracia Bob i Wilkie, a także niezliczeni goście odwiedzający ich domy nie przestawali żartować, że William ożeni się właśnie z nią – z Alice James. Alice zawsze reagowała na te żarty irytacją, teraz jednak, po latach narzuconego samej sobie inwalidztwa i po jej śmierci, Henry James uświadomił sobie, że musiała zacząć wierzyć w małżeństwo z Williamem, a jego ślub z inną kobietą niemal ją zniszczył. Okrutna ironia losu sprawiła, że ta druga także miała na imię Alice.
Jak sama to kiedyś sformułowała w rozmowie z Henrym Jamesem, tego lata, gdy William się ożenił, ona „pogrążyła się w głębokim morzu i ciemne fale kłębiły się nad nią”.
Zatem tego wieczoru, ostatniego wieczoru, James postanowił, że gdy zrobi ten ostateczny krok, gdy runie w czarną wodę i zapadnie się w nicość, tabakierkę ze szczątkami doczesnej egzystencji Alicji będzie po prostu mocno ściskał w dłoni. Wiedział, że aby tego dokonać, będzie musiał wyłączyć swoją pisarską wyobraźnię: w sekundzie, w której zrobi krok naprzód, nie może się zastanawiać, czy woda nie będzie lodowata albo czy gdy obrzydliwa ciecz z Sekwany zacznie wypełniać mu płuca, atawistyczna chęć przetrwania nie każe mu się miotać i próbować płynąć do omszałych kamieni nabrzeża, na które przecież i tak nie uda mu się wspiąć.
Nie, nie mógł myśleć o niczym innym, jedynie o tym, że zostawi za sobą swój ból. Opróżnić umysł ze wszystkiego – to zawsze było dla niego najtrudniejsze. Wysunął stopę do przodu, poza krawędź.
Nagle uświadomił sobie, że ciemny kształt, który wcześniej brał za słup, to postać mężczyzny stojącego niecałe dwie stopy od niego. Dostrzegł niewyraźny zarys czapki nasuniętej na czoło i wyrazisty profil skryty częściowo za uniesionym kołnierzem podróżnego płaszcza z peleryną. Usłyszał też miarowy oddech mężczyzny.
James wydał stłumiony okrzyk i zrobił niezdarny krok w tył, a potem w bok.
Pardonnez-moi, Monsieur. Je ne t’ai pas vu là-bas – wydusił.
To była prawda. Nie zauważył wcześniej, że ktoś tam stoi.
– Pan jest Anglikiem – odezwała się wysoka postać.
Człowiek ten mówił ze skandynawskim akcentem. Szwedzkim? Norweskim? James nie był pewien.
– Tak.
Niedoszły samobójca odwrócił się, żeby czym prędzej wrócić na górę i opuścić to miejsce.
W tym momencie zaczął ich mijać jeden z niewielu kursujących o tej porze roku Bateaux Mouches, parowców będących połączeniem wodnej taksówki i statku wycieczkowego, i w świetle zawieszonych na sterburcie latarni James wyraźnie ujrzał twarz wysokiego mężczyzny.
– Pan Holmes… – rzucił niemal odruchowo.
Zaskoczony zrobił krok w tył, w stronę rzeki, lewa pięta znalazła się poza krawędzią nabrzeża i niechybnie skończyłby w wodzie, gdyby z szybkością błyskawicy nie wystrzeliła prawa ręka nieznajomego. Długie palce z zadziwiającą siłą chwyciły klapę płaszcza i mężczyzna jednym szarpnięciem wciągnął Henry’ego Jamesa z powrotem na cypel.
Z powrotem do życia.
– Jak pan mnie nazwał? – zapytał, nadal mocno trzymając klapę płaszcza Jamesa. Skandynawski akcent zniknął. Ten głos bez wątpienia należał do przedstawiciela brytyjskiej klasy wyższej.
– Przepraszam – wyjąkał James. – Musiałem się pomylić. Nie chciałem zakłócać panu samotności.
W tym momencie nie tylko był już pewien tożsamości wysokiego mężczyzny – mimo że miał ciemniejsze i może bardziej bujne włosy niż wtedy, gdy spotkał go cztery lata wcześniej, teraz zmierzwione, a nie gładko zaczesane do tyłu, a także gęste wąsy, których nie było przed czterema laty, pod nosem o kształcie nieco odmienionym za pomocą wosku do charakteryzacji albo czegoś w tym rodzaju – lecz także uświadomił sobie, że tamten również zamierzał skoczyć do Sekwany, a swym pojawieniem się w ciemności zaanonsowanym stukotem parasola on, James, mu w tym przeszkodził.
Poczuł się dość głupio, był jednak człowiekiem, któremu nic nie umyka. Gdy raz ujrzał twarz i poznał nazwisko, już ich nie zapominał.
Próbował się odsunąć, lecz mocne palce nadal trzymały go za klapę płaszcza.
– Jak pan mnie nazwał? – zapytał znowu mężczyzna. Jego głos był lodowaty jak żelazo w zimie.
– Wydało mi się, że niegdyś miałem okazję pana poznać i że nazywa się pan Holmes – wydyszał James, który pragnął jedynie stamtąd odejść i znaleźć się w łóżku w komfortowym hotelu przy Rue de la Paix.
– Gdzie się spotkaliśmy? – indagował mężczyzna. – Kim pan jest?
James odpowiedział tylko na drugie pytanie:
– Nazywam się Henry James.
W panice niemal dodał „junior”, czego już od dawna nie robił.
– James… – powtórzył pan Sherlock Holmes. – Młodszy brat wielkiego psychologa Williama Jamesa. Pan jest tym amerykańskim literatem, który przez większość czasu mieszka w Londynie.
Choć odczuwał dotkliwy dyskomfort trzymany i dotykany przez innego mężczyznę, jeszcze silniejsza okazała się uraza wynikająca stąd, że zidentyfikowano go jako młodszego brata „wielkiego” Williama Jamesa. Jego starszy brat nie był znany poza wąskim akademickim kręgiem Uniwersytetu Harvarda, dopóki trzy lata wcześniej, w 1890 roku, nie wydał Zasad psychologii. Książką tą, z nie do końca zrozumiałych dla Henry’ego powodów, William błyskawicznie zdobył międzynarodową sławę w kręgach intelektualistów i badaczy ludzkiego umysłu.
– Bardzo proszę, aby natychmiast mnie pan puścił – rzekł James najbardziej stanowczym tonem, na jaki mógł się zdobyć. Fakt, że ktoś go dotyka, oburzył go do tego stopnia, że zapomniał, iż Holmes (a był pewien, że to jest Sherlock Holmes) właśnie uratował mu życie. Może zresztą to także przemawiało przeciwko Anglikowi o jastrzębim nosie.
– Proszę mi powiedzieć, kiedy się spotkaliśmy, a natychmiast pana puszczę – obiecał Holmes, nadal mnąc klapę Jamesowego płaszcza. – Nazywam się Jan Sigerson. Jestem norweskim odkrywcą, zresztą o pewnej renomie.
– A zatem bardzo pana przepraszam – powiedział James, nie czując ani krzty skruchy. – Najwyraźniej się pomyliłem. W tych ciemnościach przez sekundę myślałem, że jest pan dżentelmenem, którego poznałem na herbatce dobroczynnej w Chelsea. Zorganizowała ją moja znajoma z Ameryki, pani T.P. O’Connor. Przybyłem tam w towarzystwie lady Wolseley, razem z innymi pisarzami i artystami sceny… panem Aubreyem Beardsleyem, panem Walterem Besantem… Pearl Craigie, Marie Corelli, panem Arthurem Conan Doyle’em, Bernardem Shawem i Genevieve Ward. Na przyjęciu przedstawiono mnie niejakiemu Sherlockowi Holmesowi, który gościł wtedy u pani O’Connor. Teraz widzę, że… nie jest pan wcale do niego podobny.
Holmes puścił go.
– Tak, teraz sobie przypominam. Zatrzymałem się wtedy na krótko u pani O’Connor, rozwiązując sprawę serii kradzieży klejnotów w wiejskich domach. Oczywiście winna była służba. Zawsze winna jest służba.
James wygładził klapy płaszcza, poprawił krawat, znalazł solidne oparcie dla czubka swego parasola i postanowił bez słowa porzucić towarzystwo Holmesa.
Kiedy zaczął się wspinać po tonących w mroku stopniach, zaskoczony uświadomił sobie, że Holmes idzie obok niego.
– To doprawdy zdumiewające – odezwał się wysoki Anglik z tym samym lekkim akcentem z Yorkshire, który James słyszał u niego w 1889 roku na herbatce u pani O’Connor. – Używam przebrania Sigersona od dwóch lat i zdarzało mi się mijać w nim z bliska… i to w świetle dziennym! …osoby, które znam od dawna, a one mnie nie rozpoznawały. W Delhi, na niemal pustym placu w środku dnia, stałem przez dziesięć minut obok nadinspektora Singha, z którym wcześniej spędziłem dwa miesiące, rozwiązując delikatną sprawę morderstwa w Lahaur, i ten wyszkolony profesjonalista nawet na mnie nie spojrzał. Tu, w Paryżu, też minąłem starych znajomych z Anglii i zapytałem o drogę mojego przyjaciela, Henriego Augusta Lozé, prefekta paryskiej policji, który niedawno przeszedł na emeryturę. Współpracowałem z nim przy kilkunastu sprawach. Lozé był w towarzystwie nowego prefekta policji departamentu Sommy, Louisa Lépine’a, z którym także zdarzało mi się blisko współpracować. Mimo to żaden z nich mnie nie rozpoznał, a pan tak. W ciemności i w deszczu, kiedy w dodatku myślał pan wyłącznie o samobójstwie.
– Słucham? – James zatrzymał się zaszokowany obcesowością Holmesa.
Byli teraz na poziomie ulicy. Choć deszcz nieco zelżał, liczne latarnie nadal miały aureole.
– Pana sekret jest bezpieczny, panie James – uspokoił go Holmes. Mimo panującej wilgoci próbował zapalić fajkę. Kiedy wreszcie zapałka rozbłys­ła, James jeszcze wyraźniej zobaczył, że to ten sam detektyw, którego cztery lata wcześniej poznał u pani O’Connor. – Widzi pan – ciągnął Holmes pomiędzy pyknięciami z fajki – ja tam byłem z tego samego powodu.
James nie wiedział, co powiedzieć. Odwrócił się na pięcie i ruszył trotuarem na zachód. Holmes zrównał się z nim dwoma susami swych długich nóg.
– Powinniśmy gdzieś wstąpić na kolację i wino, panie James.
– Wolałbym zostać sam, panie Holmes… panie Sigerson, czy kogokolwiek tam pan udaje.
– Tak, tak, ale musimy porozmawiać – nie ustępował Holmes. Nie wydawał się rozgniewany czy zdenerwowany, że go rozpoznano, ani nawet poirytowany tym, że pojawienie się pisarza pokrzyżowało jego własne samobójcze plany, jedynie zafascynowany faktem, iż James rozpoznał go w przebraniu.
– Nie mamy o czym rozmawiać – burknął James i próbował przyspieszyć, ale przy jego tuszy wyglądało to dość groteskowo, ponieważ wysoki Anglik bez trudu dotrzymywał mu kroku.
– Moglibyśmy na przykład przedyskutować, dlaczego miał pan zamiar zakończyć życie z prochami swojej siostry Alice w tabakierce, którą ściska pan tak kurczowo w prawej ręce – nie dawał za wygraną Holmes.
James stanął jak wmurowany. Dopiero po chwili zdołał wykrztusić:
– Pan… nie… może… tego… wiedzieć.
– A jednak wiem – odparł Holmes, nadal zajmując się fajką. – Jeśli zje pan ze mną kolację i napije się dobrego wina, powiem panu, skąd to wiem, a także, skąd wiem, że nigdy pan nie zrealizuje tego ponurego przedsięwzięcia, które zaplanował pan na dzisiejszy wieczór, panie James. Poza tym znam schludną i dobrze oświetloną restaurację, w której będziemy mogli porozmawiać.
Ujął Jamesa za lewy łokieć i ramię w ramię ruszyli Avenue de l’Opéra. Henry James był zbyt zdumiony i wstrząśnięty – a także zbyt zaciekawiony – by się opierać.

Rozdział 3

Mimo zapewnień Holmesa, że weźmie go w „dobrze oświetlone miejsce”, James spodziewał się jakieś tonącej w półmroku restauracyjki wychodzącej na mało uczęszczany zaułek. Detektyw zaprowadził go jednak do Café de la Paix znajdującej się blisko hotelu Jamesa, na skrzyżowaniu Boulevard des Capucines i Place de l’Opéra, w dziewiątej arrondissement.
Café de la Paix był jednym z największych, najjaśniej oświetlonych i chlubiących się najokazalszymi zdobieniami lokali w całym Paryżu. Pod względem wyszukanego wystroju i liczby luster mogła z nim konkurować jedynie usytuowana po drugiej stronie placu Opéra Garnier. James wiedział, że otwarta w 1862 roku restauracja miała służyć gościom pobliskiego Grand-Hôtel de la Paix i stała się znana dzięki odbywającej się pięć lat później wystawie światowej. Był to jeden z pierwszych publicznych budynków Paryża oświetlonych elektrycznością, lecz jakby setek tysięcy żarówek było mało, pryzmy błyszczących latarni rzucały snopy światła na wielkie lustra. Henry James unikał tego adresu od dziesięcioleci choćby z tego powodu, że – jak mawiano w Paryżu – idąc na kolację do Café de la Paix, na pewno spotkamy znajomych i przyjaciół. Miejsce to było bardzo popularne, a Henry James wolał takie, gdzie na znajomych i przyjaciół natykał się przypadkiem.
Holmesowi zdawały się nie przeszkadzać tłum, ogłuszający gwar rozmów i mnóstwo zaciekawionych twarzy, które uniosły się, gdy weszli do środka. James słuchał, jak podrabiany norweski odkrywca płynną francuszczyzną bez obcego akcentu poprosił maître d’ o „ten sam stolik, co zwykle”. Zaprowadzono ich do niewielkiego okrągłego stolika nieco oddalonego od epicentrum wrzawy, jaką robił plotkujący establishment.
– Bywa pan tu na tyle często, by mieć „ten sam stolik, co zwykle”? – zapytał pisarz, gdy zostali sami, przynajmniej na tyle, na ile mogli być sami w tym hałasie i rozgardiaszu.
– Podczas dwóch miesięcy, jakie spędziłem w Paryżu, jadałem tu przynajmniej trzy razy w tygodniu – odparł Holmes. – Widywałem dziesiątki znajomych, dawnych współpracowników z policji i klientów. Nikt nie zwrócił na mnie uwagi, nie mówiąc już o rozpoznaniu.
Zanim James zdołał coś powiedzieć, pojawił się kelner, a Holmes miał czelność od razu złożyć zamówienie za nich obu. Po wskazaniu niezłego szampana, być może ze względu na późną porę, zamówił wielki zestaw dań, jaki zwykle ląduje na stole po wizycie w Operze: le lièvreen civet, pâtes crémeuses d’épeautre, a także plateau de fromage affinés i równocześnie półmisek la figue, l’abricot, le pruneau, en marmelade des fruits secs au thé Ceylan i biscuit spéculos, a na zakończenie mousse légère chocolat.
James nie miał apetytu. Wstrząsy ostatniej godziny rozstroiły jego wrażliwy żołądek. Tym bardziej że nie lubił zająca – zwłaszcza potrawki w ciężkim, gruzłowatym francuskim sosie z pszennej mąki, a tego wieczoru nie miał nawet ochoty na owoce. Nie cierpiał także musu czekoladowego, ponieważ w młodości przejadł się nim, bawiąc we Francji.
Nie odezwał się ani słowem.
Nie mógł się doczekać wyjaśnienia, skąd Holmes, ten tani uliczny magik, „wie”, że w tabakierce są prochy Alice, ale raczej by umarł, niż podjął ten temat w miejscu publicznym. Mimo że – wziąwszy pod uwagę gwar rozmów, śmiechy i położenie ich stolika – bardzo trudno byłoby komukolwiek ich podsłuchać, nie w tym była rzecz.
Kiedy sączyli niezłego szmpana, Holmes zapytał:
– Czytał pan mój nekrolog w „Timesie” prawie dwa lata temu?
– Znajomi zwrócili mi na niego uwagę.
– Ja czytałem. Gazeta była sprzed trzech tygodni… bawiłem wtedy w Stambule… ale przeczytałem. Nekrolog i późniejszy wywiad z biednym Watsonem, który opisywał, jak walcząc z „Napoleonem zbrodni”, profes­orem Jamesem Moriartym, poniosłem śmierć nad wodospadem Reichenbach.
Choć Henry James wolałby zachować milczenie, wiedział, że oczekuje się od niego, iż należycie odegra rolę rozmówcy.
– Jak udało się panu przeżyć ten straszliwy upadek, panie Holmes?
Holmes się roześmiał i usunął okruchy z czarnego, nastroszonego wąsa.
– Nie było żadnego upadku. Nie było żadnej walki. Nie było żadnego „Napoleona zbrodni”.
– Nie było żadnego profesora Jamesa Moriarty’ego?
Holmes zachichotał i dotknął warg oraz wąsa białą, lnianą serwetką.
– Obawiam się, że nie. Wyssany z palca od początku do końca… dla moich celów. W tym wypadku po to, żebym mógł zniknąć.
– Przecież w wywiadzie dla londyńskiego „Timesa” Watson powiedział, że profesor Moriarty był autorem książki Dynamika asteroidy – nie ustępował James.
– Ją też wymyśliłem – oznajmił Holmes, uśmiechając się z widocznym zadowoleniem pod Sigersonowskim wąsem. – Taka książka nie istnieje. Cytowałem ją Watsonowi tylko po to, żeby później mógł nadać swoim relacjom dla prasy, a także własnej nieuchronnej publikacji na temat wydarzeń poprzedzających „upadek” z wodospadu Reichenbach, to znaczy wydanemu niedawno opowiadaniu Ostatnia zagadka, nieco… Jak wy, pisarze, to nazywacie? Nieco pozorów prawdy. Tak… to dobre określenie: pozorów prawdy.
– Czy nie może się jednak zdarzyć, że kiedy te szczegóły pojawią się w rozmaitych relacjach na temat waszej śmierci, Moriarty’ego i pańskiej, znajdą się ludzie, którzy choćby ze zwykłej ciekawości będą chcieli dotrzeć do Dynamiki asteroidy? Jeśli książka nie istnieje, cała mistyfikacja na nic.
W odpowiedzi Holmes tylko się roześmiał i machnął ręką.
– Wiele razy powtarzałem Watsonowi, który z kolei powtórzył to prasie, że książka Moriarty’ego to wyższa matematyka, skomplikowana i niezrozumiała. Jeśli dobrze pamiętam, powiedziałem, że ta książka wznosi się „na takie wyżyny czystej matematycznej abstrakcji, że mówi się, iż nie ma człowieka, który byłby w stanie napisać jej recenzję dla prasy. To powinno skłonić ciekawskich do zastanowienia. Wspomniałem też, pamiętam, że książkę Moriarty’ego, znaną wyłącznie w kręgach matematycznych, wydano w tak małym nakładzie, że jest praktycznie nieosiągalna.
– Więc świadomie nakłamał pan przyjacielowi na temat tego… tego „Napoleona zbrodni” tylko po to, żeby doktor Watson mógł to powtórzyć prasie? – zapytał James z nadzieją, że detektyw zauważy, ile chłodu jest w jego głosie.
– No właśnie – potwierdził z lekkim uśmiechem Holmes. – Właśnie tak.
James siedział przez chwilę w milczeniu, a w końcu powiedział:
– A jeśli doktor Watson musiałby złożyć zeznanie pod przysięgą… na przykład podczas dochodzenia w sprawie pańskiej śmierci?
– Takie dochodzenie na pewno by się zakończyło, zanimby do tego doszło. W końcu od „wydarzenia” przy wodospadzie Reichenbach minęły już dwa lata.
– Niemniej jednak… – zaczął James.
– Składając takie zeznanie, Watson nie popełniłby krzywoprzysięstwa – przerwał mu Holmes, w którego głosie po raz pierwszy dało się wyczuć leciutką irytację – ponieważ szczerze wierzył, że Moriarty był, jak mu gruntownie wyjaśniłem, „Napoleonem zbrodni”. Równie szczerze wierzy, że razem z Moriartym zginęliśmy w Szwajcarii.
James kilka razy zamrugał, choć ze wszystkich sił starał się nie okazać żadnych emocji.
– I nie ma pan wyrzutów sumienia, że okłamał najbliższego przyjaciela? Prasa donosiła, że żona doktora Watsona zmarła już po pańskim… zniknięciu. Więc teraz biedak opłakuje zapewne stratę zarówno żony, jak i najbliższego przyjaciela.
Detektyw wziął trochę owoców.
– To nie wszystko, panie James. Podsunąłem Watsonowi fałszywe tropy, które kazały mu ścigać mitycznego Moriarty’ego po całej Anglii, a potem po Europie, aż po legendarny wodospad, z którego nigdy nie wydobędą naszych ciał.
– To było nieludzkie.
– To było konieczne – odparł Holmes bez złości czy emfazy. – Musiałem zniknąć. Całkowicie. Zniknąć bez śladu, w sposób, który przekona rzesze… albo przynajmniej tę niewielką ich część, która wykazywała zainteresowanie moimi skromnymi przygodami… że nie żyję. Czy w Londynie była żałoba na wieść o mojej śmierci?
James zignorował pytanie, przekonany, że to żart, lecz na ucharakteryzowanej twarzy Sherlocka Holmesa malowała się śmiertelna powaga.
– Tak – wydusił w końcu – przynajmniej tak słyszałem…
Holmes milczał przez chwilę, po czym powiedział:
– Relacja Watsona z tych wydarzeń, opowiadanie zatytułowane Ostatnia zagadka, ukazało się w „Strandzie” zaledwie trzy miesiące temu, w grudniu dziewięćdziesiątego drugiego. A mnie ciekawi reakcja na doniesienia prasowe sprzed dwóch lat.
James stłumił westchnienie.
– Nie czytuję „Stranda” – odparł. – Ale mówiono mi, że zarówno kiedy pojawiły się pierwsze doniesienia o pańskiej śmierci, jak i tej zimy, gdy ukazało się opowiadanie doktora Watsona, młodzi ludzie w Londynie nosili czarne opaski.
James rzeczywiście nie zhańbiłby się lekturą tanich romansów, uproszczonych doniesień ze świata nauki i plotek dla gospodyń domowych, jakimi wypełniony był „Strand”. Czytywali go natomiast jego młodzi przyjaciele, Edmund Gosse i Jonathan Sturges. Obaj miesiącami nosili żałobne opaski na pamiątkę rzekomej śmierci Holmesa. Według Jamesa było to śmieszne.
Sherlock Holmes uśmiechał się, kończąc ostatnią porcję musu.
Henry James, nadal przerażony, że jeśli to detektyw będzie nadawał kierunek ich rozmowie, powróci kwestia zawartości jego tabakierki, zapytał:
– Ale po co ta cała mistyfikacja? Po co oszukiwać bliskiego przyjaciela, doktora Watsona, i tysiące wiernych czytelników, jeśli nie było kryminalnego spisku i nie ścigał pana żaden „Napoleon zbrodni”? Jaki był pański motyw? Czysta przewrotność?
Holmes odłożył łyżeczkę i wpatrzył się w twarz pisarza.
– Bardzo bym chciał, żeby chodziło o coś tak nieskomplikowanego, panie James. Nie. Uznałem, że muszę sfingować własną śmierć i zniknąć, ponieważ odkryłem dzięki wnioskowaniu… na drodze indukcyjnych i dedukcyjnych rozumowań, które uczyniły mnie najsłynniejszym detektywem świata… szokujący fakt, który nie tylko nieodwołalnie odmienił moje życie, lecz także doprowadził mnie do Pont Neuf, gdzie pan mnie spotkał, kiedy chciałem je zakończyć.
– Jaki pojedynczy fakt mógłby… – zaczął James, ale zamilkł w połowie zdania. Takie aroganckie pytanie dowodziłoby jak najgorszych manier.
Holmes uśmiechnął się cierpko.
– Odkryłem, panie James – podjął wątek, nachylając się ku rozmówcy – że nie jestem realnym człowiekiem. Jestem… jak sformułowałby to pisarz taki jak pan? Jestem… o czym niezbicie świadczą pewne dowody… konstruktem literackim. Tworem jakiegoś umazanego atramentem pisarzyny. Postacią fikcyjną.



Dodano: 2023-02-22 11:12:15
Komentarze
-Jeszcze nie ma komentarzy-
Komentuj


Konkurs

Wygraj "Wiedźmiego króla"


Artykuły

Plaża skamielin


 Zimny odczyt

 Wywiad z Anthonym Ryanem

 Pasje mojej miłości

 Ekshumacja aniołka

Recenzje

Grimwood, Ken - "Powtórka"


 Salik, Magdalena - "Wściek"

 Martine, Arkady - "Pustkowie zwane pokojem"

 Sherriff, R.C. - "Rękopis Hopkinsa"

 Kelly, Greta - "Lodowa Korona"

 Harpman, Jacqueline - "Ja, która nie poznałam mężczyzn"

 Baldree, Travis - "Księgarnie i kościopył"

 Herbert, Brian & Anderson, Kevin J. - "Dziedzic Kaladanu"

Fragmenty

 Marryat, Frederick - "Statek widmo"

 Kluczek, Stanisław - "Zamek Gardłorzeziec"

 Pettersen, Siri - "Srebrne Gardło"

 Wyndham, John - "Dzień tryfidów"

 Wells, Martha - "Wiedźmi król. Witch King"

 Howey, Hugh - "Zmiana"

 Silverberg, Robert - "W dół do ziemi" (Wymiary)

 Niven, Larry & Pournelle, Jerry - "Pyłek w Oku Boga"

Projekt i realizacja:sismedia.eu       Reklama     © 2004-2024 nast.pl     RSS      RSS