NAST.pl
 
Komiks
  Facebook
Facebook
 
Forum

  RSS RSS

 Strona główna     Zapowiedzi     Recenzje     Imprezy     Konkursy     Wywiady     Patronaty     Archiwum newsów     Artykuły i relacje     Biblioteka     Fragmenty     Galerie     Opowiadania     Redakcja     Zaprzyjaźnione strony   

Zaloguj się tutaj! | Rejestruj

Patronat

Lewandowski, Radosław - "Australijskie piekło"

Jordan, Robert - "Ognie niebios" (2021)

Ukazały się

Golden, Christie - "Podróż przez Azeroth. Wschodnie królestwa"


 Bardugo, Leigh - "Rządy wilków"

 Harkness, Deborah - "Przemiana"

 Islington, James - "Cień utraconego świata"

 Glukhovsky, Dmitry - "Tekst" (wyd. 2)

 Sebastian, Laura - "Królowa Żaru"

 Adams, Douglas - "Autostopem przez galaktykę" (wyd. ilustowane)

 Weir, Andy - "Projekt Hail Mary"

Linki

Szmidt, Robert J. - "Łatwo być Bogiem"
Wydawnictwo: Rebis
Cykl: Pola dawno zapomnianych bitew
Kolekcja: Horyzonty zdarzeń
Data wydania: Sierpień 2014
ISBN: 978-83-7818-559-8
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
Format: 132x202
Liczba stron: 416
Tom cyklu: 1



Szmidt, Robert J. - "Łatwo być Bogiem" #2

DWA

- Naprawdę tak powiedział? - Heraklesteban Iarrey, chudy i wysoki jak tyka blondyn, pierwszy oficer Nomady, otarł jednorazowym ręcznikiem pot z karku, po czym cisnął mokry papier na podłogę.
Wchłaniacze rozpoczęły utylizację cienkiej warstewki papieru, ledwie dotknęła metalowej kratownicy. Ktoś postanowił, że temperatura na mostku kolapsarowca będzie symulować tropiki. Najprawdopodobniej kapitan, bo nikt z regularnej załogi nie protestował.
- Naprawdę. - Morrisey siedział, trzymając nogi na blacie stołu, i wciąż przeglądał akta pięciu kadetów, którzy karnie stali w szeregu pod ścianą obok dystrybutora posiłków.
Wszyscy byli mniej więcej tego samego wzrostu i podobnej budowy, jakby te właśnie kryteria sprawiły, że trafili na pokład Nomady.
- I Dredd go nie zabił? - zdziwił się Iarrey, sięgając po następny ręcznik.
- Chciał, Bóg mi świadkiem, że bardzo tego chciał. Sęk w tym, że chłopak trafił już pod moją jurysdykcję. - Morrisey pomachał od niechcenia kartą przydziałową Nike'a.
- No to miałeś, synku, farta... - Czarnowłosa, dobrze wyposażona, choć szczupła podporucznik-pilot Annataly Davidoff-Rozerer, główny nawigator Nomady i jedyna kobieta na pokładzie, przyglądała się nowym nabytkom, jakby byli towarem na sprzedaż. - Gdyby nasz szef nie był takim służbistą...
- Za drobną opłatą obiecałem staremu, że szczeniak nie przeżyje pierwszej roboty - rzucił od niechcenia Morrisey.
Głośny śmiech wypełnił mesę. Rechotał nawet ojciec Pedroberto, kapelan pokładowy. Tylko kadeci przepisowo milczeli.
- No dobrze, czas na małe powitanie. - Czytnik powędrował wreszcie do kieszeni, a nogi dowódcy zetknęły się z podłogą. - Nazywam się, jak już pewnie wiecie, Henrichard Morrisey i mam wam do zakomunikowania kilka łatwych do zapamiętania rzeczy. Po pierwsze, na pokładzie tego statku jestem ważniejszy od Boga. Po drugie, jeśli uważaliście, że admirał Dreade-Ravenore to najgorszy skurwysyn w znanym wszechświecie, już wkrótce się przekonacie, że nie mieliście bladego pojęcia, czym jest prawdziwe skurwysyństwo. Po trzecie, nasza robota nie należy do łatwych i bezpiecznych. To, że wysłałem w tym roku zapotrzebowanie aż na pięciu kadetów, powinno wam wiele powiedzieć o charakterze zadań, które nas, a właściwie was, czekają. Naczelne dowództwo przekazało dywizjonowi, w którego skład wchodzi nasza wspaniała jednostka, rozkaz oczyszczenia słynnego Sektora Victor. Do tej pory udało się go wykonać mniej więcej w połowie. Właśnie dotarliśmy do Systemu Victor 3a13, jeśli ta nazwa coś wam mówi. Mówi? - Spojrzał na kiwających głowami kadetów. - Zatem proszę o króciutkie streszczenie historii walki o ten systemu - wskazał palcem na pierwszego z brzegu.
- Daliśmy im w dupę, sir! - Peterasmus De'Vere miał szóstą od końca ocenę na roku, czemu trudno było się dziwić, zważywszy na to, iż sam jego wygląd sugerował poziom intelektualny troglodyty.
- W dupę, powiadasz? To ciekawe stwierdzenie, choć jeśli się nad nim zastanowić, z gruntu nieprawdziwe.
- Oni dali nam w dupę, sir! - Przepytywany kadet wyszczerzył zęby w tryumfalnym uśmiechu.
Morrisey pokręcił z niedowierzaniem głową. De'Vere zdębiał. - Remis był? - zapytał zdumiony.
- Remis, posrana karykaturo kadeta, to na meczu ligi przestrzennej można odgwizdać. Może pan nam opowie, jak było? - Palec kapitana minął Nike'a i wycelował w pierś Christopherasmusa Carre-Foura. Głupkowaty uśmiech spełzł z wąskich ust arystokratycznej szczupłej twarzy, gdy tylko nieszczęśnik zrozumiał, że poprzedzający go Nike nie musi odpowiadać.
- Nie sądzę, żebym mógł dokładniej... - wymamrotał czwarty klon arystokraty z podrzędnej planety.
- Całkiem słusznie nie sądzisz, skurwykloni pomiocie! - przerwał mu bezceremonialnie Morrisey i nie zważając na purpurę, jaka pojawiła się na policzkach łajanego kadeta, ryknął: - A co wy, obszczymury, macie do powiedzenia?!
Ani Josephilip Kolczuk, pryszczaty i małomówny kurdupel, który ponoć był nieślubnym synem jakiejś szychy z Ziemi, ani jego całkowite przeciwieństwo, Yukitaro Domita, czternaste dziecko pańszczyźnianego chłopa z planety o tak skomplikowanej nazwie, że nikt nie umiał jej wymówić, nie mieli nic do powiedzenia. Co zresztą nie było niczym zaskakującym - podobnie jak poprzednicy, zaliczali się do najniższej warstwy intelektualnej akademii i nigdy nie ukończyliby studiów, gdyby nie parytety i naciski rządów pomniejszych sektorów. Admiralicja przepuszczała ich przez sita egzaminacyjne tylko dlatego, że ktoś musiał zasilać załogi jednostek Korpusu Utylizacyjnego.
Zrezygnowany Morrisey wskazał w końcu na Nike'a.
- System V3a13 składa się z ośmiu planet - wyrecytował wyprężony jak struna prymus najlepszej akademii floty. - Znany również pod nazwą New Rouen, był jednym z najważniejszych punktów transferowych Sektora Victor. Federacja zamierzała przejąć nad nim kontrolę już na początku wojny, aby odciąć część wysuniętych układów planetarnych przeciwnika od łatwego zaopatrzenia nadprzestrzennego. W tym celu wysłano dwa zespoły uderzeniowe, które miały równocześnie zaatakować Deltę, jedyną zamieszkaną planetę układu, oraz orbitalną stację tranzytową. Niestety wróg, po raz pierwszy w historii tej wojny, zaminował domniemane punkty wyjścia wokół wrót transferowych, łamiąc tym samym wszelkie konwencje. Ponadto, czego dowództwo Federacji nie wiedziało na etapie planowania operacji, rebelianci zgromadzili tam pokaźne siły chroniące instalowany na Delcie sztab obrony całego podsektora. Admirał Tahomey wyprowadził pierwszy zespół uderzeniowy prosto na jedno z pól minowych, tracąc już podczas wyjścia z nadprzestrzeni niemal połowę jednostek liniowych. Drugie zgrupowanie miało więcej szczęścia, ale jak się wkrótce okazało, cztery eskadry chroniące sztab i stację tranzytową stanowiły twardy orzech do zgryzienia nawet dla najnowocześniejszych pancerników Federacji. Można powiedzieć, że bitwa nie została rozstrzygnięta. Zdołano zniszczyć większość instalacji obronnych systemu, ale kontroli nad nim nie uzyskano. Obie floty wykrwawiły się w niemal trzynastogodzinnej walce, a...
- Wystarczy! - Morrisey przerwał kadetowi i znów położył nogi na blacie. - Kadet Stachursky odrobił zadanie domowe, czego o reszcie powiedzieć nie można. Dlatego z przykrością muszę stwierdzić, że od tej chwili pozostali panowie kadeci noszą numery zamiast nazwisk. Ty - wskazał na De'Vere'a - masz jedynkę, ty - wymierzył palcem w Carre-Foura - dwójkę, albo nie, natura już cię obdarzyła numerkiem, skurwykloni pomiocie, więc zostaniesz, jak Bóg i tatuś, wybacz... dawca... chcieli, czwórką. Kolczuk to trójka, a pan, tfu, Sodomita przejmie w takim razie numer drugi. Kadet Stachursky pozostaje kadetem Stachurskym, dopóki nie przyjdzie mi ochota tego zmienić, i będzie łącznikiem między załogą stałą i numerowaną. A to oznacza, że żaden z was, skurwyklony, nigdy, ale to nigdy nie zwróci się bezpośrednio do nikogo z pełnoprawnych członków załogi, chyba że otrzyma pozwolenie za pośrednictwem kadeta Stachursky'ego. Żaden z numerów, jeśli nie zostanie wezwany, nie ma też wstępu na górny pokład. Zrozumiano?
- Tak jest! - odpowiedzieli unisono.
Co jak co, ale dyscyplinę akademia wpoiła wszystkim adeptom.
- A gdyby kogoś interesowało, co znaczą te numery, od razu wyjaśnię - kontynuował kapitan. - To taki stary obyczaj przeniesiony do korpusu z jednostek frontowych. Kiedy wydam rozkaz, na przykład wyjścia w przestrzeń, nie będę musiał wskazywać paluchem ani wywoływać nikogo po nazwisku. Numer jeden idzie pierwszy, a jak coś spierdoli, czytaj wykituje, jego miejsce zajmuje numer dwa, potem trzy i tak dalej, aż do skutku. Zrozumiano?
Tym razem odpowiedź nie była już tak jednogłośna.
- Odmaszerować! - warknął Morrisey. - A kadet Stachursky jeszcze na moment z nami zostanie.

***

- Wiesz, synku, dlaczego kazałem ci zostać? - zapytał kapitan, gdy pozostali kadeci zabrali swoje rzeczy i opuścili mesę.
- Nie wiem, sir! - odparł zgodnie z prawdą Stachursky.
- Na pewno?
- Na pewno, sir! - Nike starał się wymyślić coś na poczekaniu, ale naprawdę nie miał pojęcia, do czego zmierza dowódca.
Morrisey przerwał jego męki.
- Czytałem twoje akta, więc wiem, że należysz do asów pieprzonej Orbitalnej Akademii Floty. Pech chciał, że wybrałeś nie ten otwór co trzeba i przepieprzyłeś sobie, cha, cha - śmiech kapitana okazał się zaraźliwy - dosłownie przepieprzyłeś sobie życie. Ale głupi nie jesteś, wręcz przeciwnie, i dlatego szybko się połapiesz, że nie wszystko, co mówią o tej służbie, jest prawdą. A skoro i tak do tego dojdzie, wolę od razu zaproponować ci układ.
Iarrey, nawigatorka, kapelan oraz milczący do tej pory porucznik odpowiedzialny za systemy uzbrojenia, który chyba nazywał się Bourne - przynajmniej tyle można było odczytać z jego brudnej naszywki - otoczyli zdezorientowanego kadeta.
- Jaki układ, sir? - zdziwił się Nike.
- Wiesz, dlaczego wszystkie bitwy Wojny Zjednoczeniowej,
i w ogóle wszystkie potyczki w przestrzeni, odbywały się w pobliżu punktów Lagrange'a? - zapytał pozornie bez związku kapitan.
- Teoretycznie... - zaczął Nike asekuracyjnie. - Słucham.
- Na wykładach mówiono nam, że to kwestia strategii, ale prawda jest chyba taka, że nikomu nie uśmiecha się powolna i do tego anonimowa śmierć w pustce kosmicznej. Dlatego wszystkie pola bitew umiejscawiano w punktach zwanych dołkami Lagrange'a na cześć...
- Streszczaj się, synku - ponaglił go kapitan.
- W przypominających nieco pasy Saturna strefach grawita
cyjnych, w których uszkodzone i zniszczone jednostki, pozostając długo na miejscu, tworzą coś w rodzaju pola asteroid, dzięki czemu można przeprowadzić ewentualne akcje poszukiwawcze i ratunkowe. Dlatego też od początków podboju kosmosu wszelkie strategie admiralicji zakładały walkę statyczną. Okręty przystępowały do akcji na minimalnych prędkościach, żeby po ewentualnym zniszczeniu ich wraki pozostały w punktach Lagrange'a.
- Co to oznacza w praktyce?
- W praktyce oznacza to, że w dołkach nadal powinny krążyć niemal wszystkie jednostki zniszczone w bitwach, o ile na skutek nieprzewidzianych okoliczności nie wyrwały się z pułapki grawitacyjnej i nie spadły na powierzchnię pobliskich planet. - Nike pomyślał o Dreddzie i jego osiemdziesięcioletniej odysei w kapsule ratunkowej. Gdyby nie ta taktyka, stary admirał byłby teraz kawałkiem dobrze zmrożonego mięsa wędrującego przez nieskończoną pustkę albo ślicznym meteorem tnącym malownicze niebo odległej planety.
- Doskonale. - Morrisey roześmiał się na cały głos. - Bardzo celny wniosek, kadecie Stachursky. A co z tego wynika dla nas?
- Mamy ułatwioną robotę.
- To też, ale...
- Ale taki inteligentny i śliczny chłopczyk jak ty powinien już wiedzieć, że można się przy tym nieźle obłowić.
Nike zrozumiał, dlaczego Bourne milczał aż do tej pory. Głos porucznika odpowiedzialnego za systemy uzbrojenia mówił wszystko o jego preferencjach seksualnych.
- Proponujemy ci drobny udział w zyskach w zamian za pełne posłuszeństwo i kontrolę tamtych śmieci. - Kapitan wskazał ruchem głowy drzwi, za którymi zniknęli pozostali kadeci.
- Udział w zyskach, sir? - Nike spojrzał przytomniej na rozbawionych załogantów.
- Naprawdę nie rozumiesz? - Na ustach Morriseya pojawił się pierwszy szczery uśmiech. - Jeśli grasz według zasad admiralicji, masz święty spokój, jeśli według naszych, ta robota może być kurewsko niebezpieczna - podniósł rękę, prezentując elektroniczną protezę - ale za to opłacalna. Odbębnisz swoje latka na pokładzie Nomady i masz zagwarantowany śliczny dodatek do emeryturki.
- A większość czarnej roboty i tak odwalają za nas numery - dodał Iarrey.
- Mamy wprawdzie wyspecjalizowane roboty - wyjaśnił kapitan - ale to cholernie drogi sprzęt. Zniszczenie takiej maszyny oznacza dziesiątki szczegółowych raportów, które często wychodzą poza admiralicję. Śmierć kadeta najniższej rangi to tylko list do rodziny, medal i znacznie rzadziej drobna rekompensata finansowa...
- Zresztą im większe straty w akcji, tym lepiej - szepnęła niemal zmysłowo Annataly, pochylając się do ucha Nike'a.
- Im więcej zabitych, tym mniej sensownych ludzi garnie się do roboty w Korpusie Utylizacyjnym - podjął wątek Morrisey. - A po poległych i tak nikt nie płacze, zwłaszcza dowództwo, które ma z naszego procederu słuszny dodatek do pensji. Przy okazji oszczędzamy admiralicji mnóstwo kłopotu z... nazwijmy to po imieniu... odpadami akademickimi.
- Czyli rozumiem, że - powiedział kandydat na udziałowca firmy Nomada - najpierw zgłębiamy, a dopiero potem niszczymy?
- Zgłębiamy? Wiesz, Nike, podoba mi się twój sposób myślenia... - Kapitan uśmiechnął się do własnych myśli. - Archeologia przestrzenna to wspaniała dziedzina nauki, szczególnie jeśli ma się wsparcie w postaci ściśle tajnych map i dostępu do wszystkich archiwów floty. - Urwał nagle i zapytał: - Zatem
wchodzisz w to czy nie?
- Co będzie, jeśli odmówię? - zapytał ostrożnie Nike.
- Obiecałem coś admirałowi, a jestem naprawdę słownym facetem... - Odpowiedź Morriseya, choć wypowiedziana wesołym tonem, niosła wyraźną groźbę. - Łamię dane słowo tylko wtedy, gdy widzę w tym swój interes.
- Rozumiem. - Nike spojrzał dowódcy w oczy. Chwilę później skinął głową. - Wchodzę. Pozostaje tylko kwestia...
- Dwie kwestie - przerwał mu bezceremonialnie kapitan. - Dwie? - zdziwił się Nike.
- Tak. Po pierwsze, strona finansowa. Żeby nie było nieporozumień. Jak to mówią: kochajmy się jak bracia, liczmy się jak klony. Masz dziesięć procent zysku ze wspólnych akcji i pięćdziesiąt z tego, co sam nadasz.
- Zgoda. - Propozycja wyglądała na uczciwą, zresztą w zaistniałej sytuacji Nike przystałby na każdą, nawet o wiele mniej korzystną.
Morrisey nagle spoważniał.
- I po drugie, chłopcze... - To „chłopcze" zabrzmiało bardzo złowróżbnie. - Pani porucznik Davidoff-Rozerer jest jedyną kobietą na pokładzie i jak się zapewne domyślasz, należy do mnie i tylko do mnie. Ja nie jestem wujcio Dredd i nie będę się zastanawiał pół semestru, jak wyrafinowanie skroić ci dupę. Jeśli wykryję choć jeden, nieważne jak mikry ślad twojej bytności w damie mojego serca, to... - zrobił protezą nieokreślony gest mogący oznaczać wszystko. - Rozumiemy się, panie córeczkojebco?
Nike zerknął na kombinezon lotniczy nawigatorki, a raczej na nęcące kształty, jakie okrywał ten obcisły kawałek lśniącego materiału. Potem popatrzył wprost w roześmiane oczy Bourne'a. Nie odpowiedział mu uśmiechem.
- Rozumiemy - przytaknął i sięgnął po worek. - Kadet Stachursky odmeldowuje się!
- Moment... - Kapitan nie spuszczał z niego badawczego wzroku.
- Tak, sir?
- To twoje imię. Nike... Dlaczego nie nosisz standardowego dwumianu, jak każdy przyzwoity człowiek? - zapytał dowódca.
- Noszę, sir - odparł Nike.
- To dlaczego go nie używasz? - zapytała zaskoczona Annataly.
- Używam. Składowe to Nik i Ike.
- Ha, jednego Ikennetha to nawet znałem, ale Nick na pewno pisze się inaczej - wtrącił Iarrey.
- Rodzina mojego ojca pochodzi ze Strefy Rosyjskojęzycznej, stąd odmienna pisownia pierwszego członu - wyjaśnił Nike. - Na cześć jakiegoś słynnego, cholera wie ile razy „pra" pradziada. Podobno był wziętym pisarzem na Ziemi pod koniec Starej Ery.



Dodano: 2014-08-28 13:24:43
Komentarze
-Jeszcze nie ma komentarzy-
Komentuj


Artykuły

"Kraina Lovecrafta" - książka a serial


 Sam Sykes - wywiad z autorem "Siedmiu czarnych mieczy"

 Wiedźmin Netfliksa: zachwyt czy rozczarowanie?

 Nie tylko Netflix animuje króliki, czyli „Wodnikowe Wzgórze” przez dekady

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e06)

Recenzje

Biedrzycki, Bartosz - "Zimne światło gwiazd


 Palmer, Ada - "Zdecydowani na walkę"

 Alt, Matt - "Czysty wymysł. Jak japońska popkultura podbiła świat"

 Gunia, Wojciech - "Dom wszystkich snów"

 Mortka, Marcin - "Nie ma tego Złego"

 Jadowska, Aneta - "Cud, miód, Malina"

 Komuda, Jacek - "Zawisza. Czarne krzyże"

 King, Stephen - "Później"

Fragmenty

 Herbert, Frank - "Rój Hellstroma"

 Herbert, Frank - "Rój Hellstroma" (przedmowa)

 Kornew, Paweł - "Żniwiarz"

 Kornew, Paweł - "Przeklęty metal"

 Novik, Naomi - "Mroczna wiedza"

 Kubasiewicz, Magdalena - "Wszystko pochłonie morze"

 Karnicka, Anna - "Paradoks marionetki. Sprawa Króla Demonów"

 Miela, Agnieszka - "Śmiech diabła"

Projekt i realizacja:sismedia.eu       Reklama     © 2004-2021 nast.pl     RSS      RSS