NAST.pl
 
Komiks
  Facebook
Facebook
 
Forum

  RSS RSS

 Strona główna     Zapowiedzi     Recenzje     Imprezy     Konkursy     Wywiady     Patronaty     Archiwum newsów     Artykuły i relacje     Biblioteka     Fragmenty     Galerie     Opowiadania     Redakcja     Zaprzyjaźnione strony   

Zaloguj się tutaj! | Rejestruj

Patronat

Masterton, Graham - "Ludzie cienia"

Knaak, Richard A. - "Dzień smoka"

Ukazały się

antologia - "Duchy Nocy Kupały"


 Simak, Clifford D. - "Czas jest najprostszą rzeczą"

  Gołkowski, Michał - "Arena dłużników", tom 2

 Larson, B.V. - "Świat Krwi"

 Erikson, Steven - "Bóg nie jest chętny"

 Greathouse, J.T. - "Dłoń Króla Słońca"

 Heuvelt, Thomas Olde - " Echo"

 Clare, Cassandra - "Królowa Mroku i Powietrza" (twarda)

Linki

Crichton, Michael - "Park Jurajski"
Wydawnictwo: Vesper
Tytuł oryginału: Jurassic Park
Tłumaczenie: Krzysztof Bednarek
Data wydania: Czerwiec 2022
ISBN: 978-83-7731-429-6
Oprawa: miękka
Format: 140x205 mm
Liczba stron: 512
Cena: 59,90 zł
Rok wydania oryginału: 1990



Crichton, Michael - "Park Jurajski"

Dla A-M i T
Gady są odrażające z powodu zimnego ciała, bla­dego ubarwienia, chrzęstnego szkieletu, obrzydliwej skóry, groźnego wyglądu, wyrachowanego spojrzenia, nędznego środowiska, w jakim żyją, oraz straszliwego jadu. Dlatego też Stwórca powściągnął Swą potęgę i nie uczynił ich wiele.
Linneusz, XVIII w.

Nie sposób cofnąć w niebyt nowej formy życia.
Erwin Chargaff, 1972



WPROWADZENIE
„WYPADEK W INGENIE”

Pod koniec XX wieku nastała w nauce istna gorączka złota – zajadły wyścig, kto pierwszy zarobi na inżynierii genetycznej. Dziedzina ta rozwija się tak gwałtownie i towarzyszy jej tak nikły dyskurs, że mało kto rozumie skalę i konsekwencje tego zjawiska.

Biotechnologia niesie zapowiedź najbardziej rewolucyjnych zmian w historii ludzkości. Jeszcze przed końcem bieżącej deka­dy będzie wywierała większy wpływ na nasze życie codzienne niż energia atomowa czy komputery. Jak stwierdził pewien obserwator jej rozwoju: „Biotechnologia odmieni każdy aspekt ludzkiego życia: opiekę zdrowotną, żywność, nasze zdrowie, roz­rywki i nasze ciała. Nic nie będzie już takie samo jak przedtem. Biotechnologia dosłownie zmieni oblicze naszej planety”.

Ponadto rewolucja biotechnologiczna różni się od dawniej­szych przełomów w dziedzinie nauki, i to w trzech aspektach.

Po pierwsze, dokonuje się w licznych ośrodkach. Era ato­mowa nastała dzięki pracom prowadzonym w jednej instytucji amerykańskim laboratorium w Los Alamos. Era komputerów w wyniku wysiłków naukowców z kilkunastu firm. Tymczasem w samych Stanach Zjednoczonych badania biotechnologiczne prowadzi dziś ponad dwa tysiące ośrodków. Pięćset korporacji wydaje na nie w sumie pięć miliardów dolarów rocznie.

Po drugie, znaczna część badań w dziedzinie biotechnologii pro­wadzona jest w nieprzemyślany czy też niepoważny sposób. Próby wyhodowania jaśniejszych pstrągów, które będzie łatwiej dostrzec w wodzie, łatwiejszych w obróbce drzew o kwadratowym prze­kroju czy też wstrzykiwalnych komórek zapachowych, dzięki którym człowiek zawsze będzie mógł pachnieć swoimi ulubionymi perfumami, brzmią jak żarty, lecz nimi nie są. W rzeczy samej to, że biotechnologię da się zastosować w działach wytwórczości z natury związanych z modą – w przemyśle kosmetycznym czy rekreacji i turystyce – wzmaga obawy, iż korzystanie z tej nowej techniki o potężnych możliwościach będzie niefrasobliwe.

Po trzecie, badania te nie podlegają kontroli, nadzorowi żadnej instytucji, nie reguluje ich prawo. Władze – czy to amerykańskie, czy też rządy innych krajów – nie wypracowały w omawianej dziedzinie spójnej polityki. Trudno o mądrą polity­kę wobec zjawiska, które wiąże się z produkcją zarówno leków, jak i zbóż czy też, na przykład, sztucznego śniegu.

Najbardziej niepokojący jest jednak fakt, iż w samym środo­wisku naukowym nie ma ludzi, którzy pilnowaliby innych. Warto zwrócić uwagę, że niemal każdy aktywny biotechnolog ma jakiś udział w próbach komercyjnego zastosowania swojej nauki. Nie ma zewnętrznych obserwatorów. Każdy może liczyć na zysk.

* * *

Komercjalizacja biologii molekularnej to najbardziej szo­kujące wydarzenie w całej historii etyki badań naukowych. Nastąpiła ona zdumiewająco szybko. Na przestrzeni czterystu lat, które upłynęły od czasów Galileusza, badania naukowe prowadzono zawsze swobodnie i otwarcie, dociekając, jakimi prawami rządzi się przyroda. Od zarania dziejów naukowcy nie zamykali swojej działalności w granicach państw, stojąc ponad polityką, nierzadko nie zwracając uwagi na toczone przez ich kraje wojny. Buntowali się ponadto przeciwko tajności badań, ściągając brwi nawet na myśl o patentowaniu własnych odkryć, mieli bowiem poczucie, iż pracują dla dobra całej ludzkości. Przez wiele pokoleń odkrycia naukowe rzeczywiście prowa­dzone były w pewnym sensie bezinteresownie.

Kiedy w 1953 roku dwaj młodzi brytyjscy badacze, James Watson i Francis Crick, odkryli strukturę DNA, ich dzieło okrzyk­nięto triumfem ludzkiego ducha, zwieńczeniem wielowiekowych dążeń człowieka do zrozumienia świata w sposób naukowy. Z ufnością oczekiwano, że będzie ono kontynuowane dla pożytku ludzkości, a nie czyichś partykularnych interesów.

Tak się jednak nie stało. Trzydzieści lat później niemal wszy­scy naukowcy zajmujący się dziedziną zapoczątkowaną przez Watsona i Cricka poświęcali się działalności o zupełnie innym charakterze. Badania w zakresie biologii molekularnej stały się zakrojonym na szeroką skalę przedsięwzięciem komercyjnym, w które inwestuje się miliardy dolarów. Jego początek można datować nie na 1953 rok, ale na kwiecień 1976 roku.

Wtedy to odbyło się słynne spotkanie Roberta Swanso­na, inwestora zajmującego się kapitałem wysokiego ryzyka, z Herbertem Boyerem, biochemikiem z Uniwersytetu Kalifornij­skiego. Założyli wspólnie przedsiębiorstwo, którego celem było komercyjne wykorzystanie opracowanej przez Boyera techniki łączenia genów.

I nagle wybuchło coś na kształt gorączki złota. Niemal co tydzień ogłaszano powstanie nowej firmy, genetycy ustawiali się w kolejce po zatrudnienie w komercyjnych przedsiębiorstwach. W 1986 roku w radach firm biotechnologicznych zasiadało już co najmniej trzysta sześćdziesięcioro dwoje naukowców, z tego sześćdziesięcioro czworo członków amerykańskiej Akademii Nauk. Liczba tych, którzy mieli udziały w spółkach lub byli ich konsultantami, była kilkakrotnie większa.

Należy podkreślić, jak znacząca stała się opisywana zmiana podejścia do badań. W przeszłości badacze zajmowali się czy­stą nauką, spoglądając na biznes z góry. Ich zdaniem pogoń za pieniędzmi była zajęciem nieciekawym z intelektualnego punktu widzenia, godnym handlarzy. Badaniami dla przemysłu – nawet w tak prestiżowych ośrodkach jak Laboratoria Bella czy IBM – zajmowali się jedynie ci, którzy nie zdołali znaleźć posad na uczelniach. Dlatego naukowcy z prawdziwego zdarzenia z za­sady patrzyli krytycznie na przemysł oraz na pracę tych, którzy starali się znaleźć konkretne zastosowania dla wyników badań naukowych. Ta zadawniona niechęć sprawiała, że pracujący na uczelniach naukowcy starali się trzymać z dala od hańbiących ich zdaniem związków z przemysłem. Kiedy tylko podejmo­wano debatę nad zagadnieniami technicznymi, łatwo było o naukowców, którzy prowadzili ją na najwyższym poziomie, niezainteresowani konkretnymi rozstrzygnięciami.

Wszystko to odeszło w przeszłość. Dziś jest bardzo niewielu biologów molekularnych niezaangażowanych w biznes, jak rów­nież niekomercyjnych instytucji badawczych. Wciąż prowadzi się badania genetyczne, i to w bardziej szaleńczym niż kiedy­kolwiek tempie, robi się to jednak w tajemnicy i w pośpiechu, dla zysku.

* * *

Nic dziwnego, że w takim klimacie powstała firma o ogromnych ambicjach: International Genetic Technologies, Inc. z Palo Alto. Nie dziwi też, że nikt nie zwrócił uwagi na katastrofę, do której dopro­wadziła działalność tej spółki. W końcu InGen – jak nazywano go w skrócie – prowadził badania w tajemnicy, wypadek zaś zdarzył się w najtrudniej dostępnym rejonie Ameryki Środko­wej. Jego świadkami było tylko kilkanaście osób, a przeżyło zaledwie kilka.

Nawet pod koniec tej historii, kiedy piątego października 1989 roku firma InGen wystąpiła do sądu w San Francisco o ochronę przed wierzycielami, rozprawa nie wzbudziła zainte­resowania środków masowego przekazu. Wydawała się czymś banalnym – InGen był trzecią z kolei niewielką amerykańską spółką biotechnologiczną, która upadła w tamtym roku, a siód­mą od roku 1986. Ujawniono tylko niewielką część sądowej dokumentacji, ponieważ kredytodawcami firmy były japońskie konsorcja inwestycyjne, takie jak Hamaguri czy Densaka, znane z unikania rozgłosu. Aby nie doszło do niepotrzebnego przecieku do mediów, doradca prawny InGenu, Daniel Ross z kancelarii Cowan, Swain i Ross, reprezentował także japońskich inwestorów. Niespodziewanie jednak pozew do sądu wniósł wicekonsul Kosta­ryki. Wysłuchano go za zamkniętymi drzwiami. Nic dziwnego, że w ciągu miesiąca sąd rozstrzygnął sprawę polubownie, nie informując o niczym opinii publicznej.

Strony rozprawy – w tym złożona z szanowanych osób rada na­ukowa spółki – podpisały zobowiązanie o nieujawnianiu jej przebie­gu. Nikt z sygnatariuszy nie pisnął słowa na temat tego, co się stało. Jednak wielu spośród głównych bohaterów „wypadku w InGenie” nie podpisało tego zobowiązania i bez wahania opowiadali oni

o dramatycznych wydarzeniach, których kumulacja nastąpiła podczas dwóch ostatnich dni sierpnia 1989 roku, na odosobnionej wysepce położonej na zachód od wybrzeży Kostaryki.


PROLOG: UKĄSZENIE DRAPIEŻNIKA

Fale tropikalnej ulewy rozbijały się z łoskotem o blaszany dach budynku szpitala, woda spływała z hukiem metalowymi rynnami i rozbryzgiwała się na ziemi. Roberta Carter spojrzała w okno i westchnęła. Ze szpitalika ledwo było widać plażę i spowity mgłą ocean. Nie tego oczekiwała, przyjeżdżając do wioski rybackiej Bahia Anasco na zachodnim wybrzeżu Kostaryki. Bobbie – jak nazywała samą siebie Roberta – miała spędzić tu dwa miesiące w charakterze wizytującej lekarki. Spodzie­wała się, że po dwóch okropnych latach, które przepracowała na oddziale medycyny ratunkowej szpitala Michaela Reese’a w Chicago, będzie mogła zrelaksować się w słonecznym połu­dniowym kraju.

Od jej przybycia do Bahia Anasco minęły trzy tygodnie i jak na razie codziennie padało.

Poza tym wszystko było w porządku. Bobbie podobało się, że wioska jest oddalona od innych ludzkich siedzib, lubiła przy­jazne usposobienie jej mieszkańców. System opieki zdrowotnej w Kostaryce należy do dwudziestu najlepszych na świecie i nawet ten wiejski szpitalik na wybrzeżu był dobrze wyposa­żony i zaopatrzony. Sanitariusz, który pomagał Bobbie, Manuel Aragón, był doskonale wyszkolonym, inteligentnym człowiekiem. Bobbie mogła praktykować tu medycynę na takim samym po­ziomie jak w Chicago.

Gdyby tylko nie ten deszcz! Lało bez przerwy!

– Słyszy pani? – odezwał się z drugiego końca gabinetu Manuel, przekrzywiając głowę.

 Słyszę aż za dobrze – mruknęła Bobbie.

 Nie o to mi chodzi. Proszę posłuchać…

Do uszu Bobbie doleciał jakiś odgłos zmieszany z szumem deszczu. Nowy rytmiczny dźwięk narastał, stawał się coraz bardziej wyraźny. Warkot helikoptera.

Nie mogą latać w taką pogodę! – pomyślała Bobbie. War­kot stawał się jednak coraz donośniejszy, aż wreszcie nisko lecąca maszyna wyłoniła się z mgły nad oceanem, przeleciała z łoskotem nad szpitalem, zrobiła okrążenie i nadleciała znowu. Bobbie patrzyła, jak śmigłowiec zawraca znad wody, skręca ku chwiejącemu się drewnianemu nabrzeżu, a potem zawraca w stronę plaży…

Piloci szukali miejsca do lądowania.

Był to duży helikopter, jeden z tych, które produkuje kon­cern Sikorsky. Na burcie miał niebieski pas i napis „InGen Construction”. Tak nazywa się firma, która buduje kurort na jednej z pobliskich wysp. Podobno ma być zachwycający i bardzo zaawansowany technologicznie, wielu miejscowych pracuje przy jego budowie, a ta trwa już ponad dwa lata. Bobbie wyobrażała sobie olbrzymi ośrodek wypoczynko­wy w amerykańskim stylu, z basenami i kortami tenisowymi, w którym goście będą się zabawiali, popijając koktajle z rumu i soku cytrynowego, nie mając pojęcia o kraju, do którego przy­jechali, i o tym, jak naprawdę się w nim żyje.

Ciekawe, co zdarzyło się na wyspie, skoro wysłali śmigłowiec w taką pogodę. Maszyna usiadła na piasku i Bobbie zobaczyła przez jej przednią szybę, że pilot odetchnął z ulgą. Z helikopte­ra wyskoczyli umundurowani mężczyźni i rozsunęli duże boczne drzwi. Rozległy się nerwowe okrzyki po hiszpańsku. Manuel trącił lekko Bobbie.

Przybysze wołali o lekarza.

* * *

Dwóch czarnoskórych lotników przydźwigało do Bobbie ja­kąś nieprzytomną osobę, przy akompaniamencie energicznych rozkazów wydawanych przez białego mężczyznę w połysku­jącym żółtym płaszczu przeciwdeszczowym. Mężczyzna miał czapeczkę baseballową nowojorskiej drużyny Metsów i rude włosy.

– Jest tu lekarz?! – krzyknął do podbiegającej Bobbie.

– Ja jestem lekarzem. Doktor Carter – przedstawiła się. Ciężkie krople deszczu uderzały w jej głowę i ramiona. Rudy mężczyzna ściągnął brwi na widok kobiety w obciętych dżinsachi bluzce bez rękawów, z zardzewiałym od wiszącej w powietrzu soli i wilgoci stetoskopem na szyi.

– Ed Regis. Przywieźliśmy ciężko rannego człowieka.

– W takim razie zawieźcie go lepiej do San José – poradziła Bobbie. Stolica Kostaryki była odległa zaledwie o dwadzieścia minut lotu śmigłowcem.

– Chcielibyśmy, ale nie przelecimy przez góry przy tej po­godzie. Pani musi się nim zająć, pani doktor.

Bobbie ruszyła truchtem obok noszy. Chory był bardzo młody, nie mógł mieć więcej niż osiemnaście lat. Bobbie odchyliła jego zakrwawioną koszulę i zobaczyła wielkie, głębokie rozcięcie na ramieniu. Drugie, podobne, znajdowało się na nodze.

– Co mu się stało? – spytała.

– Wypadek na budowie – wyjaśnił Ed. – Spadł i zawadziła go łyżką koparka.

Chłopak był blady i drżał.

Manuel stanął przy jasnozielonych drzwiach szpitalika i pokazał przybyszom drogę. Mężczyźni położyli rannego na stole pośrodku sali. Manuel podłączył kroplówkę, a Bobbie skierowała na pacjenta światło lamp i zaczęła oglądać rany. Od razu stwierdziła, że rokowanie jest złe. Była prawie pewna, że chłopak umrze.

Wielka rana szarpana sięgała od ramienia w dół tułowia, tkanki były porozdzierane, bieliły się odsłonięte kości prze­mieszczonego ramienia. Rozcięcie na udzie było tak głębokie, że widać było pulsującą tętnicę udową. Wyglądało to tak, jakby ktoś chciał otworzyć udo chłopaka, rozdzierając je.

– Opowiedzcie mi dokładniej, jak powstały te rany – po­leciła Bobbie.

– Ja tego nie widziałem – zastrzegł się Ed. – Mówią, że pociągnęła go po ziemi koparka.

– Pytam, bo wygląda to tak, jakby poszarpało go jakieś zwierzę. – Bobbie obmacała rany. Podobnie jak większość le­karzy z oddziałów ratunkowych szpitali doskonale pamiętała niektórych pacjentów, nawet tych sprzed lat. Widziała dwóch poranionych przez zwierzęta – jeden był dwuletnim dzieckiem pogryzionym przez rottweilera, drugim pijany pracownik cyrku, który dostał się w paszczę tygrysa bengalskiego. Obie rany były podobne do tych. Kły zwierzęcia dokonują zniszczeń w charakterystyczny sposób.

– Zwierzę? Nie, nie, to była koparka, naprawdę. – Ed oblizał usta. Był zdenerwowany jak człowiek, który robi coś złego. Bob­bie zastanawiała się, o co chodzi. Jeżeli przy budowie ośrodka zatrudniają niewykwalifikowanych mieszkańców okolicznych wiosek, wypadki zdarzają się pewnie co chwila.

 Przemyć rany? – spytał Manuel.

 Tak, po unieruchomieniu pacjenta.

Bobbie nachyliła się, naciskając ranę końcami palców. Gdy­by to była koparka, w ranie znajdowałyby się grudki ziemi. Tymczasem rana była czysta, jeśli nie liczyć połyskującej piany. Jej woń była dziwna, przypominała zgniliznę, zapach śmierci i rozkładu. Takiego zapachu Bobbie jeszcze nigdy nie czuła.

 Kiedy doszło do wypadku?

 Godzinę temu.

Znowu zwróciła uwagę, że Regis jest bardzo spięty. Był jednym z tych wybuchowych typów. I nie wyglądał na majstra budow­lanego, raczej na dyrektora. Z pewnością wykonywał zadanie wykraczające poza jego kompetencje.

Bobbie znów zajęła się ranami. Jakoś nie wierzyła, że za­dało je urządzenie mechaniczne. Wyglądały inaczej. Nie były brudne, nic nie zostało zmiażdżone, a przecież wypadkom samochodowym czy przemysłowym towarzyszą zazwyczaj zmiażdżenia. A tu nic takiego, tylko wyraźne głębokie rozcięcie i rozszarpana skóra – w poprzek ramienia oraz uda.

Takie rany zadaje zwierzę. Choć z drugiej strony reszta ciała pacjenta była nietknięta, a w przypadku osób zaatakowanych przez zwierzęta jest inaczej. Bobbie obejrzała uważnie głowę chłopaka, potem jego ręce…

Och! Przeszedł ją dreszcz, kiedy zobaczyła dłonie chłopaka. Na obu widoczne były krótkie, głębokie rozcięcia, a przedra­miona i nadgarstki były posiniaczone. Pracowała w Chicago dostatecznie długo, żeby wiedzieć, co to oznacza.

– Dobrze, proszę poczekać na zewnątrz – poleciła.

– Dlaczego? – Ed wydawał się zaniepokojony. Nie podoba­łomu się, że ma wyjść.

– Chce pan, żebym mu pomogła, czy nie? – Bobbie wypchnęła mężczyznę za drzwi i zamknęła je, mimo że nie chciał wyjść. Nie wiedziała, o co chodzi, ale ta sytuacja jej się nie podobała.

– Czy mam nadal przemywać rany? – upewnił się Manuel.

– Tak. – Bobbie sięgnęła po małego kompaktowego olympusa i zrobiła kilka zdjęć ran, pomagając sobie zmiennym ustawieniem szpitalnych lamp. To naprawdę wygląda na ukąszenia, myślała. Wtedy chłopak jęknął. Odłożyła aparat i nachyliła się.

Raptor – usłyszała. – Lo sa raptor… Manuel zamarł i cofnął się przerażony.

 Co to znaczy?

– Nie wiem, pani doktor – odpowiedział, kręcąc głową. – Lo sa raptor… no es español.

– Nie? – Dla niej brzmiało to po hiszpańsku. – Proszę nadal przemywać rany.

– Nie mogę, pani doktor. To niedobry zapach – odparł Manuel, marszcząc nos, po czym się przeżegnał.

Bobbie jeszcze raz spojrzała na połyskującą pianę we wnę­trzu rany. Dotknęła jej i roztarta w palcach. Wyglądała jak ślina… Usta rannego poruszyły się.

Raptor – jęknął znowu.

 To coś go ugryzło! – wyszeptał przerażony Manuel.

 Co go ugryzło?

Raptor.

 Co to jest raptor?

Hupia.

Bobbie ściągnęła brwi. Kostarykanie nie byli szczególnie przesądni, jednak słyszała już we wsi słowo hupia. Opowiadano, że to złe nocne duchy, pozbawione twarzy wampiry porywające małe dzieci. Według miejscowych wierzeń hupia żyły niegdyś w górach Kostaryki, a teraz zamieszkują pobliskie wyspy.

Manuel wciąż się cofał, mrucząc coś pod nosem i żegnając się.

– To nie jest normalny zapach – ocenił. – To hupia.

Bobbie już zamierzała kazać mu wrócić do pracy, kiedy nagle ranny chłopak otworzył oczy i usiadł. Manuel krzyknął z przerażenia, a wtedy chłopak jęknął, rozejrzał się z szeroko otwartymi oczami, po czym obficie zwymiotował krwią i dostał drgawek. Bobbie przytrzymała go, ale jego ciałem wstrząsały tak silne konwulsje, że spadł ze stołu na betonową podłogę. I znów zwymiotował krwią. Teraz krew była po prostu wszędzie. Ed otworzył drzwi.

– Co tu się dzieje?! – krzyknął.

Zobaczywszy krew, odwrócił się, zasłaniając usta dłonią. Bobbie skoczyła po szpatułkę, żeby wepchnąć ją między za­ciśnięte szczęki pacjenta. Wiedziała jednak, że sytuacja jest beznadziejna. Ciało chłopaka szarpnęło się jeszcze raz, po czym rozluźniło i znieruchomiało.

Bobbie nachyliła się, żeby przeprowadzić sztuczne oddy­chanie metodą usta-usta, jednak Manuel złapał ją mocno za ramię i odciągnął.

 Nie! – krzyknął. – Hupia się przeniesie.

 Manuelu, na litość boską…

– Nie! – Sanitariusz wpatrywał się w nią intensywnie. – Nie rozumie pani tych rzeczy.

Bobbie popatrzyła na ciało i stwierdziła, że może spokojnie dać za wygraną. Nie przywróci tego człowieka do życia. Manuel zawołał mężczyzn, a ci wynieśli martwego chłopaka. Dopiero wtedy znowu zajrzał Ed, wycierając usta wierzchem dłoni.

– Nie wątpię, że zrobiliście wszystko, co w waszej mocy… – mruknął.

Na oczach Bobbie mężczyźni przenieśli ciało do helikoptera i po chwili maszyna odleciała z łoskotem.


Dodano: 2022-06-11 10:56:45
Komentarze
-Jeszcze nie ma komentarzy-
Komentuj


Konkurs

Wygraj "Dzień smoka"


Artykuły

Pasje mojej miłości


 Ekshumacja aniołka

 Śniadanie wdowy, opowiadanie ze zbioru "Upiory XX wieku"

 Wywiad z R.J. Barkerem

 "Kraina Lovecrafta" - książka a serial

Recenzje

Samatar, Sofia - "Skrzydlate opowieści"


 Kres, Feliks W. - "Żeglarze i jeźdźcy"

 Herbert, Brian & Anderson, Kevin J. - "Książę Kaladanu"

 Evenson, Brian - "Dni ostatnie"

 Masterton, Graham - "Ludzie cienia"

 Chmielarz, Wojciech - "Królowa głodu"

 Beagle, Peter S. - "W Kalabrii"

 Rak, Radek - "Agla. Alef"

Fragmenty

 Simak, Clifford D. - "Czas jest najprostszą rzeczą"

 Dick, Philip K. - "Radio Wolne Albemuth"

 Masterton, Graham - "Manitou"

 Heuvelt, Thomas Olde - " Echo"

 Asimov, Isaac - "Prądy przestrzeni"

 Crichton, Michael - "Park Jurajski"

 Szmidt, Robert J. - "Uderzenie wyprzedzające"

 Miszczuk, Katarzyna Berenika - "Gniewa"

Projekt i realizacja:sismedia.eu       Reklama     © 2004-2022 nast.pl     RSS      RSS