NAST.pl
 
Komiks
  Facebook
Facebook
 
Forum

  RSS RSS

 Strona główna     Zapowiedzi     Recenzje     Imprezy     Konkursy     Wywiady     Patronaty     Archiwum newsów     Artykuły i relacje     Biblioteka     Fragmenty     Galerie     Opowiadania     Redakcja     Zaprzyjaźnione strony   

Zaloguj się tutaj! | Rejestruj

Patronat

Orwell, George - "Rok 1984" (Wehikuł czasu)

Erikson, Steven - "Myto ogarów" (wyd. 3)

Ukazały się

Galina, Maria - "Przesilenie"


 Jefremow, Iwan - "Gwiezdne okręty"

 Flannery, Peter A. - "Decimus Fate i talizman marzeń"

 Szostak, Wit - "Szczelinami"

 Mammay, Michael - "Kolonia"

 Insole, Colin - "Epifanie"

 antologia - "Opowieści niesamowite z Hispanoameryki"

 antologia - "Gdy Ziemia miała nas dość"

Linki

Maszczyszyn, Jan - "Broilia"
Wydawnictwo: Stalker Books
Data wydania: Kwiecień 2022
ISBN: 9788367223003
Oprawa: twarda
Liczba stron: 308
Cena: 49,99 zł



Maszczyszyn, Jan - "Broilia"

Trzeciego dnia naszej podróży udało nam się odnaleźć kilka opadłych z wysokości oceanicznych tego strasznego, wodnego nieba wraków statków transportowych. Kompletnie leżały rozpadłe, jakby rdza tu panująca posiadała zdolność rozpuszczającego kwasu, a na resztkach konstrukcji uwijały się niby skorupiaki wszelkiego rodzaju płaskonie, to jest robaki w ogromnej harmonii kolorów i kształtów, pożerających metal jakby to było zmurszałe drewno. Aż obawa nas brała, ażeby przystanąć i sprawdzić, czy ktokolwiek z katastrofy ostał się tam żywy. Baliśmy się przywlec zarazę do naszego stalowego w strukturze wewnętrznej Hybroida.
Nie pozostało nic jak tylko uciekać.
Sir Patrick jednak spowolnił lot. Ustawił lornetę na największe powiększenie i pilnie obserwował. Nasz miliarder z uporem bowiem poszukiwał potężnego brygu kapitana Floveyora. Miał widać wrażenie podobieństwa upadłego okrętu do tegoż przez siebie wynajętego. Zatem nadzieję rozpalał, że uda mu się odnaleźć oficera żywego i przy zdrowych zmysłach, lecz jak do tej pory nic nie zapowiadało, iż takowy cud się zdarzy. Musiałby nieborak przed upadkiem chyba stanąć na relingu, odeń się odepchnąć, wyskoczyć i rozpiąć osobisty spadochron na czas, tak, aby uchronić się przed roztrzaskaniem od spadku z takiej wyżyny wraz z potężnym cielskiem morskiego pojazdu. A mówimy tutaj już aż o kilku kilometrach dzielącej dno od pasa wodnego przestrzeni, gdyż im dalej podążaliśmy tym bardziej wznosił się ów wodny nieboskłon, szedł wyżej i wyżej.
Niebawem dało się poznać, że teren ulegał przekształceniu. Jakby nowi kolonizatorzy wznieśli tu swoje pierwsze nieśmiałe osady. Pojawiły się dziwaczne kopuły, całe wrzeźbione w szklistej, roztopionej wulkanicznej masie i wbite niczym postumenty w skałę wielkie wypolerowane posągi gigantycznych kryształów. Nie wiedziałem, czym są, jednak ciotuchna już z daleka na nas przez megafon wołała, abyśmy pod żadnym pozorem się nie zatrzymywali i nie ulegali magnetyzmom ich wypolerowanej powierzchni, gdyż przypuszczała, iż do czynienia mamy z gniazdami przesyłowymi Broili coraz częściej napotykanymi na pochyłych, porowatych skałach.
Na próżno jednak…
Jeden z moich Metysów zapatrzył się bowiem do tego stopnia, że aerostat opadł ku równinie, prześliznął się pośród drzew, skręcił ponad niskopędną roślinnością i pędem zmierzał ku skalnej przerębli, żeby się o jej krawędź niewątpliwie co najmniej otrzeć, zedrzeć i zniweczyć poszycie. Zacisnęłaby się ponad nami skała, całość by pękła, wyrzucając nas na zgubę z kosza wprost w otchłanną przepaść.
Gdyby nie przytomność umysłu jednego z moich kuzynów, Gerona, który silnym uderzeniem pięści odebrał pół-Indianinowi przytomność i błyskawicznie przejął stery, nic nie uratowałoby nas od pewnej katastrofy. Jednak już ponieśliśmy szkodę, bowiem chcąc nie chcąc musieliśmy niebezpiecznie blisko przejść obok wyszklonych, marmurowych wieżyc. Ze zdumieniem ujrzałem wydymające się, niemal szklane ściany, wewnątrz ruchome od maszynerii, jakby to były szyby innych jeszcze eskalatorów! Obserwowałem jak ktoś tam platformami wznoszącymi się i opadającymi podróżuje. Wykręca na nas zwierciadłem tak, aby umysłowe siły zniweczyć i oślepić. Zauważyłem, że powierzchnia zwierciadlana z lekka rozpęka i wypuszcza z wnętrza upiora wykwitłego w bieli, a ten pyszni się trójwymiarami w naszym kierunku. Mieliśmy łotra tuż przed sobą.
Ze zgrozą ujrzeliśmy idące indywiduum. Była to postać gigantycznego Earla. Kształt owy ukonstytuował się bowiem w postaci wydłużonej, potężnej, śmierdzącej piłki z wielkim mrugającym okiem umieszczonym pośrodku brązowej, porastającej ją szczeciny. Owinięty był szczelnie żywo pulsującą lianą, czy też sznurem mocarnym dźwigającym hak niby kotwicę pod sobą. Earl unosił się w powietrzu całkiem swobodnie, dźwignięty najprawdopodobniej energią lewitacyjnej woli, bo poruszał się bardzo sprawnie, usiłując dostać się w nasze pobliże od strony nawietrznej. Otaczał jego ciało mgielny otok podobny do gęstej falującej pajęczyny, który nie wiem czemu przypominał mi galaretowate ciało meduzy, mimo tej wizualnej wiarygodności znacznie rzadsze i może nawet całkowicie iluzoryczne?
Wystrzeliwał ów hak w naszą stronę kilkakrotnie i niecelnie, jakby używał ukrytej prymitywnej procy bez optycznego celownika. Robił to na wyczucie i chyba pod wpływem mocnego stresu. Ostre narzędzie o milimetry chybiało nadęte unoszące nas wole balonu. Wtem opadający bezwładnie szpon natrafił na pochylonego, winnego całego zajścia pół-Indianina. Kieł parszywy przeszedł przezeń niby igła przez tkaninę. Wbijać się nie poprzestał. Samoistnie, uparcie i błyskawicznie drążył, niby żywy robak. Minęły sekund dwie, kiedy zdążył tym sposobem przeorać biedne ciało niemal do połowy, tam powstrzymały go od dalszego targania kości. Zatem Okostwór, nie tracąc chwili, pociągnął wrzeszczącego nieszczęśnika w podniebie, wyrwał z wnętrza balonowego kosza i wynosząc wysoko w powietrze, rozszarpał jakby reszta ofiary była mięsną papką. Na nas spadły części i bryznęła rozchlapana krew.
Natychmiast ogarnęła nas szalona trwoga, bo monstrum szykowało się do kolejnej jatki. Panicznie się trzęsąc, sięgnęliśmy po broń, lecz ktoś obok już był nas wyręczył. Rozległy się szybkie strzały. Wszystkie były celne. Nieopodal pojawił się drugi pojazd. Nadszedł z odsieczą.
To pan Teodor, używając własnej fuzji wymierzył idące kule w panoszącego się gada, celując w centrum potwornego oka. Pocisk ugrzązł wewnątrz parszywca i ten niezgrabnie kołując, runął ku dżungli, kończąc swój diaboliczny żywot.
– Ile macie strat? Panie Percivalu żyw pan jesteś?! – upewniał się, krzycząc z dala myśliwy.
– Tak! Pozostałem w całości! Zginął jeden z Metysów! – odkrzyknąłem nieco zduszonym głosem.
Tragiczne zdarzenie zmusiło nas do zastanowienia się nad naszą strategią.
Zarządziliśmy zebranie na pokładzie Hybroida, zakotwiczywszy pierwej pojazdy z dala od wszelkich skał. Hakiem łownym złowiliśmy ustrzelone trupiszcze i trzymając w aluminiowej skrzynce, ułożyliśmy na stole w sterowni eskalatora. Podchodziliśmy po kolei i przyglądaliśmy się obrzydlistwu.
– Przeto mogliście na własne oczy przekonać się panowie, co i kto nam grozi tu pod oceanami światowymi – perorowała madame Olga. – Jesteśmy zamknięci niczym w najgłębszej, pancernej kasie. Nikt nam w razie konieczności nie przyjdzie z pomocą. Liczyć możemy na samych siebie tylko i włącznie. Zatem proszę o konkretne propozycje – zakończyła krótką przemowę.
– Skąd biorą się aż tak niecodzienne formy życia? Jaka ekologia tworzy warunki do ich powstania? Zadziwiające – zastanawiał się jeden z braci Fontie.
– Przypomina owo indywiduum makabryczny obiekt raczej ze snu makabrycznego wyrwany niż ukształtowany przez procesy wyważonej w niszach adaptacyjnych ewolucji – referował drugi. – Kształtem i sposobem przystosowania wyraża istotę wredną i wrogą wszelkiej normalności istnienia.
– A to dlatego, że przeniknął ów okaz do naszego świata, w którym część jego świetnego, organicznego przystosowania musiała zostać ograniczona, okrojona wręcz, mówiąc dosłownie fizycznie zredukowana i odrzucona w automatyzmie przystosowawczym jako nieużytek – tłumaczyła dama. – Tak się dzieje, gdy organizmy żywe przedostają się z rzeczywistości rzadszej do gęstszej. Paradoksalnie wciąż gdzieś tam po stronie Broili istnieje jego część dla tej rzeczywistości nieprzenikliwa i już teraz obumarła, jak to bywa z człowiekiem zamkniętym w lustrzanym odbiciu.
– Zatem potrafiłaby pani wyjaśnić brak paznokci u palców naszych stóp i dłoni? Przecież przestąpiliśmy granice światów. Niegdyś emigrowaliśmy z Ziemi Podksiężycowej na jej część accadyjską? Winniśmy zyskać nowe organy, a nie je tracić.
– No to zadał mi pan bobu tym pytaniem – odrzekła na to Olga, tajemniczo się uśmiechając. – Nie potrafię na nie dać odpowiedzi. Gorzej, obawiam się, że nigdy nie będę w stanie paradoksu owego zrozumieć. Najpodobniej ma to związek z brakiem oddziaływania dodatkowej siły grawitacyjnej systemu Ziemia – Księżyc.
– Czy ktoś potrafiłby mi to lepiej objaśnić? – dopytywał wciąż nic nierozumiejący przyrodnik, spoglądając na zakłopotanego pana Wesleya i Coughlana.
– Może wyjaśnię to na przykładzie – zdecydowała się kontynuować stryjna. – Istnieje termin stratygraficzny określający pewną nieciągłość. Jest nim „hiatus”. Otóż można go zdefiniować jednym, prostym słowem; luka, dziura, niewypełnienie w sedymentacji skalnej, egzempcja, indywiduum – by jeszcze szczegółowiej określając, obiekt homeostazy doskonałej. Czyli jak by tu powiedzieć; każdy z nas jest owym wyjątkowym okazem, przerwą, wyrwą, oderwaniem w masie stałej doskonale rozciągłego uniwersum gwarantującym niezależność. Nasz subiektywizm istnienia stanowi sensację, nie tylko lokalną, ale wręcz chrakteryzującą całą perfekcyjną prosperitę wszechświata codzienne budzącego się na kanwie kolejnego cudu zaistnienia rzeczy wyjątkowej. Hiatus może być tu porównywalny do krótkotrwałego kwiatostanu, szybko więdnącego, piekielnie delikatnego w kwestii uformowania, samoreprodukcji, czy kontemplacji własnego cudownego „ja”. Ale definicję można pociągnąć dalej. Otóż jak wiecie panowie istnieją w świecie fizycznym stany skupienia wcale niebędące tak w swej oczywistości uwarunkowanymi charakterologicznie. Stan każdej formy wyróżnia się pewnym equilibrum, w której cząsteczka pierwiastka zachowuje się tak, jak wymaga tego jej ekspozycja egzystencjalna, czyli zależna jest od otaczającego ją środowiska, zacisku, presji, granicznego zakończenia. Ustawienia zewnętrzne gwarantują cząsteczce zawsze podobne zachowanie; czyli wyuczony, wytresowany, zbieżny z teorią najwyższego uformowania materialnego behawioryzm. Zresztą zawsze funkcjonuje włącznie z nim w związku. Zatem napotykamy we wszechświecie nas otaczającym pewne nisze koegzystencji pierwiastków i ich związków w stanie stałym, ciekłym lub gazowym. Ten świat właśnie percypujemy i pomimo iż dziewięćdziesiąt procent naszego ciała to woda, nie wątpimy, że przynależymy do jego sektora kluczowego, opisywanego w zakresach ciała stałego. Oczywiście znane są nam inne formy skupienia, bo jak by nie było te właśnie, a właściwie wszystkie one są równocześnie obecne wewnątrz naszych organizmów, biorąc na siebie kluczową rolę w przebiegających procesach życiowych, lecz na krótko w naszej upartości ogólnie je zaledwie tolerujemy. Pobłażamy też promieniowaniu obecnemu wewnątrz narządów i siłom elektryczności, mam tu na myśli też pola magnetyczne, te cudowności przetworzonej energii, które są nam już percepcyjnie niemal niedostępne, więc o ich świadomym użyciu, czy też utrzymywaniu w normie mowy być nie może. Jednym słowem zaledwie się po naszej rzeczywistości snujemy, śniąc o realizmie, a go w pełni nie doświadczając. Stąd wynika paradoks świata bliźniaczego. Accadia może być właśnie jako taka percypowana.
– Zatem zakłada łaskawa pani, że gdzieś w równoległej rzeczywistości przebiegają inne linie, inne wyznaczniki funkcjonującego realizmu, z tamtego punktu widzenia łatwe do zauważenia i w pełni do kontrolowania? – dopytywał się dalej Normand Fontie.
– Najpodobniej. Być może w świecie Podksiężycowym, gdyby udało się tam panu przedostać, pańskie paznokcie się zrewitalizują?
– Tyle że zasada ogólnie przyjęta naukowo takie błahostki wyklucza?
– Ależ oczywiście, jest to sprawa empirycznie udowodniona. W procentowej większości istota próbująca się przez owe granice paralelne przedostać, doświadcza potężnej redukcji do minimalnego stanu egzystencji. I to w obszarze cielesnym i mentalnym. Jakby to wszechmocna natura zastawiała pułapkę i już u zarania likwidowała ewolucyjną niszę.
– Jednak istoty te za wygrane nie dają – odezwał się Diego, brat botanika.
– Najwidoczniej jest im tam za ciasno, nazbyt gęsto lub w chciwości lub propagandzie zaślepione sięgają na półki środowiska ich ciału nieprzystępne. Być może nie myślą logicznie, a kierują się momentum rozpędu, jakimś konceptualnym szaleństwem, politykierstwem, co jak już niektórzy z naszych historyków zauważyli stanowiło zawsze dla ludzkości motor eksploracyjnego postępu. Najpewniej odkryli oni sposób na choć częściową możliwość swojej z ludzkością cielesnej koegzystencji i stąd próbują inwazji na strefy sąsiadujące z Broilią właściwą, przesiąkają w granice niepoznane i jeszcze w pełni niezbadane. Jak jednak widać, radzą sobie. Zakończyli misję sukcesem.
Pan Coughlan, nie mówiąc wiele, pochwycił leżące na stole srebrne puzderko i wyciągnął zeń błyszczący lancet i ostre nożyce. Na naszych oczach odciął pokrace cały nawinięty nań sznur, który z ciasności swojej wyprostowany okazał się być tylko dwanaście metrów długi, lecz piekielnie rozciągliwy i naładowany jakąś szatańską statyczną elektrycznością. Rzucony na blaszaną podłogę elewatora, wił się jak świeżo ubity wąż, długo i bezładnie. Strzelał przy tym iskrami w kierunku stalowych nóg stołu, aż wreszcie wstrząsnął w ostatniej konwulsji, puszczając parujące smoły. Sam czerep organizmu Earla, zawierający potężne oko, które pan Teodor najdelikatniej z łuski oskrobał, wydziobał sterczące wióry ohydnego, szczeciniastego zarostu, by jednym cięciem zajrzeć od spodu pod zamkniętą powiekę. Wyciągnął zabójczą kulę i położył w płaskim naczyniu. Po czym, zastanowiwszy się kapkę, przejrzał że z ogniem piekielnym być może igra i zaszył szpagatem żeglarskim ohydną powiekę. Spojrzał na pana Wesleya i z uśmiechem wyznając, orzekł:
– Nie zanosi się, aby Earl miał się przebudzić, zatem proponuję wysuszyć go odpowiednio i powiesić go nad naszym kominkiem jako pierwsze trofeum. – Tu wskazał puste miejsce na ścianie, przecierając mokre od posoki dłonie świeżym ręcznikiem. – Niech wisi i nas ostrzega, bo w tym nowym świecie niejedno nas jeszcze może zaskoczyć, a widać pionierska otwiera się przed ludzkością era wojny z ohydztwem.
– Nie sprawdziłeś pan szczegółowo oka skrytego pod powieką poczwary, a może to być powierzchnia kryształowa jeszcze po śmierci aktywna radioaktywnie – zauważył zaintrygowany miliarder. – W ogóle przy cięciu ani nie drgnęła.
– Znam się na tym. Mniemam, że wnętrze posztywniało i stało się promieniotwórcze tylko do wewnątrz, spuchnie i się wypali, a zatem i kryształy sparszywieją, nie wydzielając już żadnych spodziewanych od jakości klejnotu blasków.
– Przebite kulą winno wypłynąć – zauważył tamten.
– A widzi pan, jednak nie. Zwierz ten nie należy do świata Bożego. Zamieni się wkrótce rogówka w kamień metamorficzny odbijający światło niczym wypucowane zwierciadło skalne. Wtedy źrenica się na świat roztworzy. Biada temu, kto się weń zapatrzy.
– I to radzi mi pan wieszać jako trofeum? Przecież już sowami swymi wietrzy pan nieszczęście!
– Tak tylko żartuję. To gad definitywnie już ubity. Niech wisi jako znak ostrzeżenia, drogi panie, jako wezwanie do zachowania czujności! Sam zabezpieczę sztukę odpowiednim szkłem dymnym z ramą ołowianą i olejem parzącym, tak na wszelki wypadek. Niech tylko powieka się lekko uchyli, a z automatu wleje się weń substancja najbardziej żrąca – pomstliwie się uśmiechnął do wszystkich obecnych, aż nas zimny dreszcz po kolei dosięgnął.





Dodano: 2022-04-29 11:03:37
Komentarze
-Jeszcze nie ma komentarzy-
Komentuj


Artykuły

Pasje mojej miłości


 Ekshumacja aniołka

 Śniadanie wdowy, opowiadanie ze zbioru "Upiory XX wieku"

 Wywiad z R.J. Barkerem

 "Kraina Lovecrafta" - książka a serial

Recenzje

Szostak, Wit - "Szczelinami"


 Buehlman, Christopher - "Czarny Język"

 Abercrombie, Joe - "Mądrość tłumu"

 Kristoff, Jay - "Wampirze cesarstwo"

 Ciszewski, Marcin - "Most we mgle"

 Maas, Sarah J. - "Dwór Srebrnych Płomieni"

 Czarnecki, Piotr - "Reder '44"

 Pynchon, Thomas - "V"

Fragmenty

 King, Stephen & Chizmar, Richard - "Ostatnia misja Gwendy"

 Chakraborty, S.A. - "Imperium złota"

 Maszczyszyn, Jan - "Broilia"

 Clift, Bethany - "Ostatnia na imprezie"

 Novik, Naomi - "Ostatni absolwent"

 Asimov, Isaac - "Gwiazdy jak pył"

 Masterton, Graham - "Ludzie cienia"

 Shusterman, Jarrod & Neal - "Roxy"

Projekt i realizacja:sismedia.eu       Reklama     © 2004-2022 nast.pl     RSS      RSS