NAST.pl
 
Komiks
  Facebook
Facebook
 
Forum

  RSS RSS

 Strona główna     Zapowiedzi     Recenzje     Imprezy     Konkursy     Wywiady     Patronaty     Archiwum newsów     Artykuły i relacje     Biblioteka     Fragmenty     Galerie     Opowiadania     Redakcja     Zaprzyjaźnione strony   

Zaloguj się tutaj! | Rejestruj

Patronat

Orwell, George - "Rok 1984" (Wehikuł czasu)

Erikson, Steven - "Myto ogarów" (wyd. 3)

Ukazały się

Galina, Maria - "Przesilenie"


 Jefremow, Iwan - "Gwiezdne okręty"

 Flannery, Peter A. - "Decimus Fate i talizman marzeń"

 Szostak, Wit - "Szczelinami"

 Mammay, Michael - "Kolonia"

 Insole, Colin - "Epifanie"

 antologia - "Opowieści niesamowite z Hispanoameryki"

 antologia - "Gdy Ziemia miała nas dość"

Linki

Masterton, Graham - "Ludzie cienia"
Wydawnictwo: Rebis
Cykl: Wirus
Tytuł oryginału: The Shadow People
Tłumaczenie: Piotr Kuś
Data wydania: Kwiecień 2022
ISBN: 978-83-8188-432-7
Oprawa: miękka
Liczba stron: 344
Cena: 39,90 zł
Rok wydania oryginału: 2021
Tom cyklu: 3



Masterton, Graham - "Ludzie cienia"

Rozdział 1

Rozbiwszy drzwi dwuręcznym młotem, Ron natychmiast poczuł smród spalonego mięsa.

– Rety – jęknął, przestępując próg. W gabinecie unosił się rzadki, siwy dym, który zakłębił się, kiedy swoim wejściem poruszył powietrze. – Ktoś tutaj urządził sobie grilla.

Pomieszczenie było od dawna opuszczone i zdewastowane. Z sufitu zwisały płyty gipsowe, tam, gdzie woda w rurze musiała zamarznąć i ją rozsadzić. Na swoich miejscach wciąż stały biurka i krzesła, nieruszane od dnia, w którym fabryka dywanów Royale została zamknięta. Na jednym z blatów stał okolicznościowy kubek diamentowego jubileuszu królowej Elżbiety II, który przypadał w 2012 roku, obok leżały zapomniane okulary, a z wieszaka zwisała smętnie parka w kolorze khaki.

Swąd przypalonego mięsa był przenikliwy i świeży, tak jakby wciąż leżało na gorącym grillu.

– To najprawdopodobniej sprawka bezdomnych, nie, brachu? – odezwał się DuWayne, który wszedł do środka za Ronem, wymachując długim łomem, używanym do podważania desek podłogowych. Kilkakrotnie pociągnął nosem. – Hmm, z powodu tego zapachu zaraz będę głodny. Jeszcze nie jadłem śniadania.

– Może będziesz miał szczęście i okaże się, że coś dla ciebie zostawili?

Ron podszedł do otwartych drzwi w przeciwległej ścianie. Za nimi znajdował się długi korytarz z klatką schodową na końcu. Schody prowadziły na główne piętro fabryki, gdzie Ron wraz z pięcioosobową ekipą zamierzał rozpocząć prace rozbiórkowe.

Razem z DuWayne’em dotarli do schodów. Na ścianach korytarza wciąż wisiały oprawione w ramki fotografie, wspomnienie najlepszych dni fabryki Royale. Klatkę schodową słabo oświetlały promienie słońca wpadające do budynku przez brudne świetliki. Ron przechylił się przez poręcz i zawołał:

– Jest tam kto? Jeśli tak, to lepiej stąd spierdalajcie, to szybko, bo zamierzamy cały ten budynek rozpieprzyć w drobny mak!

– Właśnie! – wykrzyknął DuWayne i dodał, rapując: – Jeżeli nie chcecie, żebyśmy was rozpłaszczyli niczym na dywanach wzorki, to bierzcie dupę w troki!

Ron nie zareagował. Przyzwyczaił się już, że DuWayne przy każdej okazji rapuje. W taki sposób zamawiał nawet cheeseburgery w McDonaldzie. Przez chwilę obaj nasłuchiwali, spodziewając się jakiejś reakcji z dołu, jednak do ich uszu docierał tylko słaby odgłos, jakby coś skwierczało.

– Dewey, co to za dźwięk twoim zdaniem? Miejmy nadzieję, że ta buda się nie pali.

– Przecież pożar oszczędziłby nam ciężkiej roboty, nie uważasz?

– Ale ja nie czuję ognia. Najlepiej zrobimy, jak zejdziemy na dół i się rozejrzymy. Wolałbym nie mieć problemów z dzikimi lokatorami. Chyba byłeś na urlopie, kiedy rozwalaliśmy budynek firmy ubezpieczeniowej na Ludgate, a gnieździło się tam paru bezdomnych i za nic w świecie nie chcieli się wynieść. Któryś nawet rozwalił szczękę biednemu, poczciwemu Biffowi.

Z głośnym stukotem ciężkich butów roboczych zeszli po schodach. Dwuskrzydłowe drzwi prowadzące do hali fabrycznej były uchylone zaledwie na kilka centymetrów, ale to wystarczyło, żeby dym wydostawał się na piętro biurowe. Zawiasy już dawno zardzewiały, a na podłodze, tuż za drzwiami, leżała warstwa piasku, ale kiedy DuWayne naparł na nie ramieniem, zdołał otworzyć je szerzej.

Fabryka była w zasadzie pusta, ponieważ po ogłoszeniu bankructwa przez Royale wszystkie wielkie maszyny tkackie sprzedano. Jednak pod ścianą po prawej wciąż stały metalowe regały, na których układano gotowe dywany. Na części z nich leżały sterty brudnych koców i poduszek.

– Mówiłem ci – odezwał się Ron. – Cholerni dzicy lokatorzy. Cholernie nienawidzę cholernych dzikich lokatorów. Uważają, że Bóg dał im prawo do włamywania się, gdzie tylko im się cholernie podoba.

– To chyba stąd napierdala ten smród, brachu – powiedział DuWayne.

Wskazał róg hali, gdzie znajdowała się ceglana wnęka, w której zapewne kiedyś mieścił się kominek albo palenisko. Fabrykę zbudowano w latach osiemdziesiątych dziewiętnastego wieku i na początku wytwarzano w niej dorożki, a robotnicy potrzebowali ognia, żeby nadawać pożądane kształty żelaznym elementom. Palenisko od dawna pozostawało tylko wspomnieniem i obecnie we wnęce tkwiły trzy duże wózki z supermarketu, wypełnione do połowy żarzącym się węglem drzewnym. Większość dymu ulatniała się przewodem kominowym.

– Masz rację, zrobili sobie barbecue – powiedział znów DuWayne. – Prawdopodobnie dali drapaka, kiedy usłyszeli, jak krzyczysz na schodach. Zobaczmy, czy zostawili coś ciekawego do żarcia.

Ruszyli przez halę. Ron cicho pogwizdywał przez zęby. Oprócz koców zobaczyli na regałach sterty śmieci, które świadczyły o pobycie lokatorów. Pod oknami po lewej stronie zalegały pogniecione torby na zakupy, butelki i pootwierane kartony oraz dziesiątki pustych puszek po zupach i sardynkach, a także fragmenty starych zasłon, które sprawiały wrażenie poplamionych krwią albo jakąś inną ciemnobrązową cieczą.

– Ci bezdomni to cholerne zwierzaki, mówię ci. Właściwie są gorsi od zwierząt. Nawet mój Tygrys przynajmniej się stara zakopać swoje gówna w kuwecie.

Kiedy Ron i DuWayne podeszli do wnęki, zobaczyli, że wózki wyłożone są papą. Tutejsi mieszkańcy prawdopodobnie ściągnęli ją z dachu fabryki i wykorzystali do palenia węgla drzewnego. Ron przypuszczał, że ostatnio rozpalono tutaj przynajmniej przed dwiema godzinami, ponieważ część brykietów zamieniła się już w szary popiół, część lśniła pomarańczowym blaskiem, a we wnęce było tak gorąco, że wydawało się, iż w powietrzu wokół tańczą duchy.

Ron podszedł do najbliższego wózka i pochylił się nad nim, osłaniając twarz dłonią. Zobaczył dwie kości żebrowe, trochę już zwęglone, i coś, co wyglądało jak trzy świńskie racice, ułożone jedna przy drugiej. Skóra na nich skwierczała. Zobaczył też inne kawałki mięsa, bezładnie poukładane na węglu – karkówkę, łopatki i podudzia – które wyglądały na gwałtownie oderwane od ciała; na pewno nie była to fachowa robota rzeźnika.

DuWayne zerknął mu przez ramię.

– Nie ma burgerów. Szkoda. Co to za barbecue bez burgerów?

– Nie ma też bułeczek, stary, ani sera. Bardzo mi przykro.

Zrobił dwa kroki, żeby sprawdzić, co się piecze w następnym wózku. Nagle znieruchomiał, po czym powoli odjął rękę od twarzy. W pierwszej chwili nie pojął, na co patrzy. DuWayne wpadł na niego i niemal go przewrócił.

Po chwili milczenia odezwał się głosem pełnym niedowierzania:

– Jezu Chryste, Dewey. Do diabła, cholerny Jezu Chryste!

– Co jest, brachu?

Drugi wózek był pełen ludzkich głów. Twarze był y zwęglone i przywodziły na myśl szkaradną parodię The Black and White Minstrel Show z lat pięćdziesiątych. Niektóre gałki oczne były wypalone i w czaszkach ziały czarne dziury. Inne spoglądały na Rona i DuWayne’a białymi, ugotowanymi tęczówkami. Usta wszystkich były szeroko otwarte, jakby w niemym krzyku, wywinięte wargi ukazywały zęby. Po długości nadpalonych włosów Ron ocenił, że przynajmniej trzy głowy należały do kobiet.

– To są ludzie – powiedział, a własny głos usłyszał tak, jakby ktoś mówił mu do ucha. – Całe to cholerne barbecue… To ludzkie mięso.

– Co? – rzucił DuWayne, ale zaraz zobaczył głowy. Odwrócił się i zwymiotował, chociaż w pierwszej chwili przycisnął dłoń do ust.

Ron wyciągnął z kieszeni telefon, sprawdził zasięg drżącym palcem wystukał numer alarmowy.

– Słucham. Z którą służbą chce się pan połączyć?

– Z policją, kochana. Na karetkę jest już cholernie za późno.


Rozdział 2

– Kończysz, Pardoe? – zapytał sierżant Bristow.

– Nie, szefie – odparł Jerry, spoglądając na niego znad klawiatury komputera. – Wciąż spisuję zeznania tej zgrai z Extinction Rebellion. Jutro sprawa w sądzie.

– Na razie możesz to zostawić. To zwykłe GB. Mamy zgłoszenie o próbie kradzieży w WH Smith, w Tandem Centre, i to z użyciem niebezpiecznego narzędzia.

– WH Smith? Żartujesz? A niby czego szukali tam złodzieje? Zależało im na „Daily Mail” i dwóch rolkach taśmy klejącej?

– Nie znam szczegółów. Zdaje się, że jakieś dwa świry zaczęły zrzucać towar z półek, a kiedy sprzedawczynie próbowały ich powstrzymać, zostały zaatakowane nożami. Dwie mają lekkie obrażenia, ale trzecia jest w ciężkim stanie.

– Cholera jasna. A co ze świrami? Uciekli?

– Jeden zwiał, ale w centrum handlowym z zupełnie innego powodu przebywało akurat dwóch policjantów i dorwali tego drugiego. Mają z nim KPP, bo facet zachowuje się jak opętany. Musieli czekać na wsparcie. Ekipa techniczna już jedzie na miejsce przestępstwa.

Jerry zapisał na dysku zeznania, które do tej pory mozolnie kopiował z odręcznych notatek, i wyłączył komputer. Zajmowanie się sprawą Extinction Rebellion i tak uważał za marnowanie czasu lub – jak to określił sierżant Bristow – za GB. Wśród funkcjonariuszy londyńskiej policji ten nieformalny skrót oznaczał „gówniane bzdety”. Z kolei KPP oznaczało „kurewsko poważny problem” z podejrzanym, który jest dobrze zbudowany, szarpie się i którego obezwładnienie wymaga sporego wysiłku.

– Zabierz ze sobą Malletta. Jest w kantynie. Skończył już dniówkę, ale od rana nie wpadła mu żadna robota, niech więc jakoś zarobi na swoje utrzymanie.

– WH Smith – powtórzył Jerry. Włożył nową brązową skórzaną kurtkę i zapiął zamek błyskawiczny. Był z niej zadowolony. Sądził, że wygląda w niej jak Robert Redford, zanim ten się pomarszczył na twarzy. – Trzeba być debilem, żeby urządzać napady na WH Smith. Czego ci idioci tam szukali?

– Może najnowszych książek o Harrym Potterze? Jerry zszedł na parter do kantyny, gdzie posterunkowy

Bobby Mallett próbował zagadywać posterunkową Fionę Pitt. Niemal każdy funkcjonariusz z komisariatu w Tooting starał się nawiązać nić porozumienia z posterunkową Fioną Pitt, ponieważ była szczupłą blondynką o chabrowych oczach i miała zmysłowe, zawsze lekko wydęte usta. Wyglądał a jak influencerka z Twittera. Niestety, była zaręczona z pewnym bokserem wagi średniej, niejakim Billym „Młotem Bojowym” Wilsonem.

Jerry usiadł przy stoliku obok posterunkowej i mrugnął do niej. Zareagowała ironicznym uśmiechem.

Tymczasem Mallett się odezwał:

– Wyjaśniałem właśnie naszej Fionie, że boksowanie raczej nie jest zajęciem na całe życie. Większość bokserów po trzydziestce to wraki, a ci, którzy w tym wieku potrafią jeszcze logicznie myśleć, są szczęściarzami. Poza tym czy naprawdę chce budzić się co rano i patrzeć na przymulonego faceta z nosem jak bakłażan?

– A co ci do tego? – rzuciła posterunkowa Pitt. – Poza tym nos Billy’ego jest piękny. A ten bakłażan… co to takiego?

– Poczekaj tylko, aż twój chłopak trafi w ringu na osiłka młodszego o dziesięć lat. Właśnie to się przydarzyło mojemu wujkowi Harry’emu. Był tylko amatorem, stanął jednak do walki o jeden raz za dużo. Dzisiaj wygląda, jakby ktoś wielokrotnie zdzielił go po gębie tacą do podawania herbaty.

– Hej, Jeżozwierzu, tymczasem mamy bijatykę w dżungli. – Jerry zwrócił się do Malletta. – Napad z użyciem noży na punkt handlowy w Tandem Centre.

Wszyscy nazywali detektywa posterunkowego Malletta „Jeżozwierzem”, ponieważ był niski i przysadzisty, miał czarne włosy ścięte na jeża, wyłupiaste, brązowe oczy i nos jak kartofel. Miał też zwyczaj kręcenia się po całym komisariacie z energią godną leśnego stwora przemykającego w pośpiechu od drzewa do drzewa.

Mallett popatrzył na zegarek.

– Nie ma mowy, Jerry. Chroni mnie kod jedenaście. Skończyłem pracę o trzeciej.

– Nic z tego. Jeden z podejrzanych pozostaje na wolności i Bristow chce, żebyśmy obaj prontissimo zajęli się tą sprawą.

– Ile nam to zajmie? Umówiłem się z mamą, że zabiorę ją dzisiaj na kolację do Toby Carvery.

– Romantyczna randka godna naszych czasów. Przykro mi, Jeżozwierzu.

Niezadowolony Mallett wydął policzki.

– Dobrze, dobrze. Dzięki za miłe têteàtête, Fiono. Chętnie będę jutro kontynuował.

Wstał i posłał posterunkowej Pitt całusa, przytknąwszy palce do ust, ona jednak przewróciła oczami ze znudzeniem, z czego Jerry wywnioskował, że wolałaby w samotności obserwować, jak schnie lakier na jej paznokciach, niż ciągnąć rozpoczętą dzisiaj rozmowę. Prawdopodobnie nie miała też pojęcia, co znaczy „têteàtête”.

– No więc co to za KPP? – zapytał Mallett, zmagając się z zamkiem błyskawicznym nylonowej wiatrówki, kiedy wyszli na parking policyjny.

– Jakieś dwa świry chciały okraść WH Smith i zaatakowały nożami trzy sprzedawczynie, które starały się ich powstrzymać. Podobno jedna odniosła poważne rany. Kiedy złodzieje uciekali, nasi ludzie dopadli jednego z nich obezwładnili siłą.

– Ten cholerny zamek jest popsuty. Wyłamała się połowa zębów, jak mojej babci.

Wsiedli do nieoznakowanego radiowozu marki Ford Focus i skręcili z parkingu w lewo, w Longley Road. Jerry włączył syrenę i rząd niebieskich świateł błyskających na chłodnicy samochodu.

– WH Smith? – zapytał Mallett ze zdziwieniem po długim milczeniu, kiedy to ze zmarszczonym czołem wpatrywał się w przednią szybę.

– Tylko nie pytaj mnie, stary, dlaczego akurat tam. Zapewne dopiero bandzior oświeci nas w tej kwestii.

Po niecałych dziesięciu minutach dojechali do Tandem Centre i zaparkowali przed WH Smith. Na miejscu stał już ambulans, nie było natomiast policyjnej furgonetki z technikami. Jerry wiedział, że Extinction Rebellion organizuje dzisiaj kolejną demonstrację w centrum Londynu i mnóstwo funkcjonariuszy będzie zaangażowanych w uwalnianie ekowojowników przykutych łańcuchami do barierek albo przylepionych superklejem do asfaltu.

Razem z Mallettem podszedł do karetki. Tylne drzwi pojazdu były otwarte i dostrzegli, jak dwoje ratowników medycznych bandażuje ramię rudowłosej, młodej kobiety, która wpatrywała się w nich, jakby nie wiedziała, kim są i dlaczego właściwie się nią zajmują.

Ujrzawszy policjantów, ratowniczka podeszła, żeby z nimi porozmawiać.

– Biedna dziewczyna ma chyba z dziesięć ran szarpanych na rękach i przedramionach – powiedziała. Jej akcent wskazywał, że pochodzi z Belfastu. Mówiła bardzo cicho, żeby rudowłosa jej nie usłyszała. – Nie są zbyt głębokie, ale jest ich dużo i zostały zadane bez ładu i składu. Ktokolwiek ją tak potraktował, musiał być niepoczytalny albo pod wpływem jakichś środków wzmagających agresję.

– A pozostałe sprzedawczynie? – zapytał Jerry. – Wie pani, jak się czują?

– Jedna ma podobne rany jak ta dziewczyna i otrzymała też cięcie nożem przez gardło. Na szczęście menedżer udzielił jej pierwszej pomocy i zatrzymał krwawienie, prawdopodobnie więc z tego wyjdzie. Trzeciej zadano kilka ciosów w klatkę piersiową i żołądek. Kiedy przyjechaliśmy, dawała bardzo słabe oznaki życia. Nie wiem, co się z nią teraz dzieje, ale obawiam się, że ją stracimy.

Rudowłosa nagle zaczęła płakać. Ratownik przykucnął przy niej, uścisnął jej dłonie i powiedział:

– Już dobrze, kochanie. Nie denerwuj się. Jest po wszystkim.

– Ale dlaczego ona chciała mi zrobić krzywdę? – łkała kobieta. – Dlaczego tak się wściekła? Przecież tylko ją poprosiłam, żeby nie niszczyła ekspozycji.

Jerry zmarszczył czoło, popatrzył na ratowniczkę i zapytał:

– „Ona?” Dobrze słyszałem? „Dlaczego ona chciała mi zrobić krzywdę?” Czyżby zraniła ją kobieta?

– Biedactwo musi być w szoku. Proszę wejść do środka, wtedy wiele pan zrozumie.

Jerry i Jeżozwierz weszli do sklepu. Menedżer stał przy regale zaraz za drzwiami i rozmawiał z umundurowanym policjantem. Był łysy, nosił okulary i miał małe wąsy; ojciec Jerry’ego nazywał takie wąsiki „zagłodzonymi brwiami”. Wciąż był pod wpływem adrenaliny, a chociaż podwinął prawy rękaw koszuli, Jerry dostrzegł, że materiał jest czerwony od krwi.

Czworo kolejnych sprzedawców zbiło się w grupkę: trzy dziewczyny i pryszczaty nastolatek. Wszyscy mieli rozbiegane oczy, co Jerry widywał niemal u każdego świadka strzelaniny, ataku nożownika czy śmiertelnego wypadku samochodowego. Miną tygodnie albo i miesiące, nim krwawe detale przestaną prześladować tych ludzi.

– Collins – przedstawił się menedżer, kiedy Jerry i Mallett pokazali mu legitymacje. – Peter Collins. W rzeczy samej ochrzczony zostałem jako Colin Peter Collins. Taki żarcik rodziców.

Tak, szanowny panie, cholernie śmieszny żart, pomyślał Jerry, ale nie powiedział tego głośno.

Z umundurowanym policjantem się znali. Był to posterunkowy Brookes, o rozmiar wyższy i o rozmiar potężniej zbudowany niż większość istot ludzkich. Miał twarz w kolorze niedopieczonego ciasta, przez co wyglądał, jakby całe życie pracował w piwnicy bez okien.

– Pewnie będą panowie potrzebowali zeznań moich personelu – powiedział menedżer. – Możemy pójść do mojego biura, jeżeli to wam odpowiada. Tam jest spokojniej.

– Najpierw musimy przesłuchać podejrzanego – odparł Jerry. – Może wiadomo panu, czego tak naprawdę tutaj szukał?

– Hmm… właściwie tak. Ale szczerze mówiąc, jestem zdezorientowany. Złodzieje chcieli ukraść kredki, flamastry i zestawy farb olejnych z działu artystycznego. Zgarniali te rzeczy z półek do czarnego worka na śmieci. Jestem zdziwiony, bo to już druga próba kradzieży artykułów z tego działu w ciągu trzech tygodni. Za pierwszym razem sprawcy uciekli.

– Kredki, flamastry i farby olejne? To wszystko? Nie chcieli się dorwać do kasy ani zabrać czegoś bardziej wartościowego?

– Te farby kosztują 19,95 funta, i to w promocji, a tak naprawdę nie mamy tutaj nic cenniejszego. No, jest jeszcze droga książka o edytorach tekstu, kosztuje 95 funtów, ale kto chciałby ją ukraść? Ja nie rozumiem z niej ani słowa.

– Jasne. Porozmawiajmy z tym miłośnikiem farb olejnych. Gdzie on jest?

– W magazynie – odparł Brookes. – Aresztowaliśmy go za ciężkie uszkodzenie ciała i odczytaliśmy mu jego prawa. Pilnuje go Matt Williams.

Menedżer zaprowadził Jerry’ego i Jeżozwierza na zaplecze, a posterunkowy Brookes im towarzyszył. Półki w magazynie pełne były książek, usztywnionych kopert, dziurkaczy, butelek z klejem i pachnących papeterii, jednak oprócz ich zapachu w pomieszczeniu unosiła się jeszcze inna woń – obrzydliwy, kwaśny odór brudnego ciała. Na składanym metalowym krześle, przykuty do niego kajdankami, siedział mężczyzna z potarganymi brązowymi włosami.

Jerry natychmiast zdał sobie sprawę, dlaczego sprzedawczyni odniosła wrażenie, że została zaatakowana przez kobietę. Mężczyzna ubrany był w brudną kremową suknię o krótkich koronkowych rękawach. Był tak tęgi, że suknia rozdarła się pod pachami. Sięgała mu zaledwie do kolan, ukazując owłosione golenie. Nie miał butów. Jego stopy były brudne, a paznokcie w fatalnym stanie.

– No i kogo my tutaj mamy? – rzucił Jerry.

Kilka lat wcześniej dodałby jeszcze jakiś sarkastyczny komentarz typu: „Małą pannę Muffet” albo coś w tym rodzaju. Jednak obecnie policjantów obowiązywały ścisłe przepisy w kwestii zwracania się do transwestytów, osób transpłciowych i wszystkich innych obywateli uważających się za kogoś innego, niż wydawałoby się na pierwszy rzut oka. Poza tym niedawno jego sąsiadką została transpłciowa kobieta o imieniu Diana i Jerry naprawdę ją polubił.

Mężczyzna patrzył na niego, lecz milczał. Miał kolczyki w łukach brwiowych i niemal bezbarwne oczy, a ich kąciki i rzęsy były sklejone, jakby dopiero się obudził. Czoło i policzki były brudne. Śmierdział tak okropnie, że Jerry natychmiast zrozumiał, dlaczego posterunkowy Williams stoi tak daleko od niego, jak tylko się dało w tym małym pomieszczeniu, i przez cały czas zakrywa dłonią nos oraz usta.

Smród taki, że robale by się podusiły, pomyślał Jerry. Zapewne w taki sam sposób, lecz głośno, zareagowałby na obdartusa ojciec Jerry’ego.

– Zrób nam przysługę i szeroko otwórz drzwi – Jerry zwrócił się do Williamsa. Wyciągnął telefon, popatrzył na mężczyznę w sukni i zapytał: – Jak się nazywasz, słońce?

Tamten wymamrotał coś pod nosem.

– Zapytam jeszcze raz: jak się nazywasz? Chyba mówisz po angielsku, co? A może nie? Vôtre nom, monsieur? Su nombre, hombre? Jak się nazywasz?

Mężczyzna znowu wydał nieartykułowane dźwięki, ale nadal milczał. Nawet nie pokręcił głową na znak, że odmawia odpowiedzi.

Wtrącił się Jeżozwierz:

– Stary, popełniłeś przestępstwo i jeśli w tej sytuacji odmówisz nam podania danych personalnych, będzie to podpadać pod kolejny paragraf.

– No właśnie – potwierdził Jerry. – Po co ci to? Już i tak mamy na ciebie dość cholernych paragrafów. Zostałeś złapany na gorącym uczynku.

– Do nas też się nie odezwał – powiedział Brookes. – Ani słowem. Może jest Tomciem Paluchem?

– To twoja ostatnia szansa – odezwał się Jerry. – Kim jesteś i dlaczego chciałeś ukraść kredki i flamastry?

Mężczyzna wciąż wpatrywał się w Jerry’ego. Znowu coś wymamrotał. Odgłosy, które wydawał, przywodziły na myśl warczenie psa.

– Dość tego – zdecydował Jerry. – Równie dobrze moglibyśmy zmuszać pieprzonego buldoga, żeby do nas przemówił.

W tym momencie ze sklepu dotarły odgłosy jakiegoś zamętu, szelest kamizelek antynożowych oraz skrzypienie butów na posadzce. Zjawiło się czterech funkcjonariuszy, którzy mieli zabrać do aresztu mężczyznę w sukni.

– A to co za jeden? – zapytał jeden z nich, kiedy zeszli do magazynu. – Dziadek Lady Gagi?

Mężczyzna nie stawiał oporu, kiedy policjanci podnosili go krzesła. Wręcz przeciwnie, był zwiotczały i chwiał się. Dwaj funkcjonariusze musieli złapać go mocno pod ramiona, a koleni dwaj za nogi i w ten sposób wynieśli go ze sklepu. Wyglądali jak myśliwi taszczący martwego lwa. Kiedy wpychali go do czekającej furgonetki, suknia się uniosła, a Jerry i Jeżozwierz dostrzegli, że mężczyzna nie ma majtek.

– Cholera jasna – mruknął Mallett. – Ależ wielki fiut.

– A drugi podejrzany? – zapytał Jerry. – Ten, który uciekł. Jak był ubrany?

– Wszystko nagrały kamery przemysłowe w sklepie, więc może pan sam zobaczyć – odpowiedział posterunkowy Brookes. Drzwi policyjnej furgonetki się zatrzasnęły i policjanci przez chwilę patrzyli za odjeżdżającym samochodem. – Jeśli chodzi o mnie, to nie mam pewności, czy to kobieta czy mężczyzna. Ten ktoś był okryty ciemnoszarym kocem. Zarzucił go na głowę jak kaptur i na obrazie widać tylko jego nogi. Kiedy się zjawiliśmy, wyślizgnął się drugimi drzwiami, jak gówno z łopaty, prawda, Matt?

Posterunkowy Williams energicznie pokiwał głową.

– Wystrzelił jak pieprzona rakieta.

– Wysłałeś w eter opis poszukiwanego?

– Tak, oczywiście. Ale wystarczy, że facet pozbędzie się koca, i za żadne skarby go nie rozpoznamy.

– To zależy. Jeżeli jest ubrany tak jak jego kumpel, to mamy go jak na talerzu, szybko ktoś go zauważy.

– Powiem wam, z kim musimy się najpierw skontaktować – powiedział Jeżozwierz. – Z Oddziałem Zdrowia Psychicznego w szpitalu Świętego Jerzego. Trzeba sprawdzić, czy nie uciekła stamtąd para świrów.

– Jeżozwierzu – skarcił go Jerry.

– Och, tak, przepraszam. Chodziło mi o dwóch pacjentów chorych psychicznie.

Jerry popatrzył na czarny worek na śmieci, który leżał na podłodze sklepu, wśród porozrzucanych kredek, kolorowych flamastrów i pudełek z farbami olejnymi.

– Bardzo bym chciał się dowiedzieć, dlaczego oni, świry czy nie świry, chcieli ukraść ten cholerny chłam.



Dodano: 2022-04-13 10:25:28
Komentarze
-Jeszcze nie ma komentarzy-
Komentuj


Artykuły

Pasje mojej miłości


 Ekshumacja aniołka

 Śniadanie wdowy, opowiadanie ze zbioru "Upiory XX wieku"

 Wywiad z R.J. Barkerem

 "Kraina Lovecrafta" - książka a serial

Recenzje

Szostak, Wit - "Szczelinami"


 Buehlman, Christopher - "Czarny Język"

 Abercrombie, Joe - "Mądrość tłumu"

 Kristoff, Jay - "Wampirze cesarstwo"

 Ciszewski, Marcin - "Most we mgle"

 Maas, Sarah J. - "Dwór Srebrnych Płomieni"

 Czarnecki, Piotr - "Reder '44"

 Pynchon, Thomas - "V"

Fragmenty

 King, Stephen & Chizmar, Richard - "Ostatnia misja Gwendy"

 Chakraborty, S.A. - "Imperium złota"

 Maszczyszyn, Jan - "Broilia"

 Clift, Bethany - "Ostatnia na imprezie"

 Novik, Naomi - "Ostatni absolwent"

 Asimov, Isaac - "Gwiazdy jak pył"

 Masterton, Graham - "Ludzie cienia"

 Shusterman, Jarrod & Neal - "Roxy"

Projekt i realizacja:sismedia.eu       Reklama     © 2004-2022 nast.pl     RSS      RSS