NAST.pl
 
Komiks
  Facebook
Facebook
 
Forum

  RSS RSS

 Strona główna     Zapowiedzi     Recenzje     Imprezy     Konkursy     Wywiady     Patronaty     Archiwum newsów     Artykuły i relacje     Biblioteka     Fragmenty     Galerie     Opowiadania     Redakcja     Zaprzyjaźnione strony   

Zaloguj się tutaj! | Rejestruj

Patronat

Russell, Eric Frank - "Osa"

Dick, Philip K. - "Opowiadania najlepsze" (Wehikuł Czasu)

Ukazały się

Haladyn, Krzysztof - "Horda"


 Douglas, Ian - "Star Carrier. Gwiezdni bogowie"

 Larson, B.V. - "Świat Ludzi"

 Gunia, Wojciech - "Złe wszechświaty"

 Merritt, Abraham - "Stalowe monstrum"

 Kres, Feliks W. - "Pani Dobrego Znaku. Wieczny pokój" (Fabryka Słów)

 antologia - "Szaleństwo Cthulhu"

 Kristoff, Jay - "Wampirze cesarstwo"

Linki

Zhang, C Pam - "Ile z gór tych złota"
Wydawnictwo: Echa
Tytuł oryginału: How Much of These Hills Is Gold
Tłumaczenie: Aga Zano
Data wydania: Październik 2021
ISBN: 978-83-8015-978-5
Oprawa: twarda
Format: 135 x 215 mm
Liczba stron: 320
Cena: 39,99 zł



Zhang, C Pam - "Ile z gór tych złota"

Złoto

Ba umiera w nocy, więc trzeba zdobyć dwa srebrne dolary.
Nad ranem Sam wystukuje rozzłoszczony rytm na klepisku, chodzi tam i z powrotem, ale Lucy czuje, że zanim odejdą, musi przemówić. Cisza jej ciąży, napiera tak mocno, aż Lucy ustępuje.
– Przepraszam – mówi do ba, leżącego na materacu. Pościel, w którą jest owinięty, to jedyny skrawek czystego materiału w mrocznej, zapylonej chacie, wszystko jest czarne od węgla. Ba nie zwracał uwagi na bałagan za życia; po śmierci omija go nieprzyjemnym, zmrużonym wzrokiem tak samo jak wcześniej. Lucy też omija spojrzeniem. Tylko Sam na nie zasługuje. Sam: oczko w głowie, krągły kłębek zniecierpliwienia, krążący przy drzwiach w za dużych butach. Za życia ojca łączyła ich nierozerwalna więź, a teraz Sam nie chce odwzajemnić jego spojrzenia. Dopiero wtedy do Lucy dociera: ba naprawdę odszedł.
Dziewczynka dłubie dużym palcem bosej stopy w klepisku, próbując wygrzebać jakieś słowa, których Sam wysłucha. Rozpostrzeć błogosławieństwo nad latami cierpień. Pył unosi się upiornie w świetle wpadającym przez jedyne okno. Trwa nieruchomo w bezwietrznym powietrzu.
Coś dźga Lucy w kręgosłup.
– Pif-paf – odzywa się Sam.
Ma jedenaście lat – Lucy dwanaście; jest drewnem – Lucy wodą, jak mawiała mama. Starsza siostra jest jednak wyższa aż o stopę. Sam wciąż ma miękkie, zdradliwie delikatne rysy.
– Za wolno. Nie żyjesz. – Sam zwija palce w pulchne piąstki i dmucha w lufę wyimaginowanego pistoletu. Tak jak ba. Tak to się robi jak należy, mawiał, a gdy Lucy odpowiedziała kiedyś, że te nowe pistolety się nie blokują i nie trzeba ich przedmuchiwać, to ba uznał, że przyda się, żeby ją zdzielić jak należy. Gwiazdy rozbłysły jej gdzieś za oczami, nos przeszyła ostra strzała bólu.
Nos Lucy nigdy się nie wyprostował. Pociera go teraz kciukiem i wspomina, co wtedy powiedział ba – że trzeba pozwolić, żeby samo się zagoiło jak należy. Popatrzył na Lucy po tym, jak rozlany siniak zbladł, i tylko pokiwał stanowczo głową. Jakby tak to zaplanował od początku. „Jak należy. Żeby ci się nie zapomniało, jaka jest kara za pyskowanie”.
Sam ma brudne policzki, umazane prochem strzelniczym tak, by smugi przypominały (w zamierzeniu) indiańskie barwy wojenne. Pod burą warstwą kryje się jednak nieskazitelnie gładka twarz.
Tylko ten jeden raz i tylko dlatego, że zaciśnięte dłonie ojca leżą bezradnie pod kocem – a może tak naprawdę jest dobra i mądra, bo jeśli go sprowokuje, to może ba wstanie i się na nią zamachnie? – Lucy robi coś, na co w innych okolicznościach nigdy by sobie nie pozwoliła. Też zwija dłonie w pięści, celuje z palców. Wbija je pod miękką brodę, tam, gdzie kończy się brud i sadza, a zaczyna dziecięcy tłuszczyk. Pod szczękę, którą dałoby się nazwać subtelnie zarysowaną, gdyby nie to, jak buńczucznie wysuwa się do przodu.
– To ty nie żyjesz – oznajmia. Wystarcza jedno pchnięcie i Sam wypada na dwór jak na banicję.
Słońce praży bez litości. Pora sucha w pełni, deszcz stał się odległym wspomnieniem. Ich dolina zmieniła się w bury spłacheć ziemi, rozpołowiony przez wijący się strumień. Po tej
stronie stoją liche chaty górników, a po drugiej budynki na bogato, o porządnych murowanych ścianach i szklanych oknach. A wszystko to okalają ciągnące się w nieskończoność góry poprzetykane złotem; wśród wysokich, spierzchniętych od żaru traw, przycupnęły liche obozy poszukiwaczy złota i Indian, grupki vaqueros, podróżników i wyrzutków, a dalej rozdziawia się kopalnia, za nią kolejne, i jeszcze następne, i jeszcze.
Sam prostuje wąskie ramiona i przechodzi przez strumień, czerwień koszuli niesie się po jałowej ziemi jak krzyk.
Kiedy tu przybyli, dolina była jeszcze porośnięta wysoką żółtą trawą, na jej grzbiecie kłębiły się gęste dębowe zarośla, a po deszczu rosły maki. Trzy i pół roku temu przyszła powódź, podmyła krzewy, utopiła lub przegoniła połowę mieszkańców. Mimo to ich rodzina została, trwała samotnie na skraju doliny. Ba przypominał drzewo rozdarte piorunem: martwe w środku, lecz wciąż wczepione korzeniami w glebę.
A co teraz, kiedy już go nie ma?
Lucy stawia bose stopy w ślady butów, które zostawia Sam; milczy, oszczędza ślinę. Wody nie ma już od dawna, powódź zostawiła świat jeszcze bardziej spragnionym.
Mamy też nie ma już od dawna.


Za strumieniem ciągnie się szeroka ulica, rozmigotana i zakurzona jak wężowa skóra. Po obu stronach straszą sztuczne fasady: saloon, kowal, faktoria, bank, hotel. Ludzie zalegają w cieniu jak jaszczurki.
Jim siedzi w sklepie i skrobie w księdze rachunkowej. Jest szersza od niego i waży połowę tego, co on. Ponoć Jim ma w niej zapisane długi każdego w całej okolicy.
– Przepraszam – mamrocze Lucy, przeciskając się między dzieciakami, które kręcą się koło półki ze słodyczami, a w oczach mają pragnienie ucieczki od nudy. – Chcę przejść. Przepraszam. – Kurczy się w sobie. Dzieciaki rozchodzą się leniwie, trącając ją łokciami w ramiona. Dziś przynajmniej nie próbują jej szczypać.
Jim dalej patrzy w księgę.
– Dzień dobry, przepraszam? – mówi Lucy głośniej.
Tuzin oczu kłuje Lucy spojrzeniami, ale Jim ją ignoruje. Dziewczynka już wie, że to zły pomysł, ale mimo to opiera dłoń na skraju blatu, żeby ściągnąć na siebie uwagę.
Jim natychmiast odrywa oczy od książki. Czerwone oczy, zaognione przy powiekach.
– Precz z łapami. – Jego głos drga jak stalowy drut. Nie przerywa pisania. – Rano ladę myłem.
Za Lucy rozlegają się urywane rechoty. To nie przeszkadza dziewczynce, która po latach mieszkania w osadzie nie ma w sobie już nic miękkiego, co dałoby się rozedrzeć. Tylko jedna rzecz sprawia, że czuje się pusta w środku, tak jak wtedy, kiedy umarła mama: to spojrzenie w oczach Sam. Sam mruży oczy tak nieprzyjemnie jak ba.
Ha! Woła Lucy, bo Sam tego nie zrobi. Ha! Ha! Jej śmiech rozpościera się nad ich dwójką, czyni częścią stada.
– Dziś tylko całe kurczaki – oznajmia Jim. – Nie mam dla was łapek. Jutro przyjdź.
– Nie potrzebujemy prowiantu – kłamie Lucy, choć już czuje na języku tłuszcz spod kurzej skórki. Prostuje się, opuszcza ręce po bokach i zaciska dłonie w pięści. A potem mówi, po co przyszła.
„Ja cię nauczę jedynych czarodziejskich słów, co się liczą”, oznajmił ba, kiedy wyrzucał książki mamy do jeziorka, powstałego w dolinie po burzy. Walnął Lucy, żeby przestała płakać, ale rękę miał powolną. Prawie łagodną. Przykucnął, żeby przyjrzeć się, jak dziewczynka wyciera smarki z buzi. „Ting wo, słuchaj mnie, Lucy: na kredyt”.
Słowa ba na pewno podziałają, jest w nich jakieś zaklęcie. Jim przerywa pisanie.
– Co ty powiedziałaś?
– Dwa srebrne dolary. Na kredyt. – Głos ojca dudni jej w uchu, za plecami. Lucy czuje jego przesiąknięty whiskey oddech. Nie śmie się odwrócić. Nie wie, co zrobi, jeśli jego ciężka, wielka jak szpadel dłoń opadnie jej na ramię: czy wrzaśnie, roześmieje się, czy pobiegnie i rzuci mu się na szyję z takim impetem, że ba nie zdoła jej z siebie zrzucić, choćby nie wiedzieć jak wyklinał. Słowa ojca obijają jej się po gardle jak duch w ciemnym korytarzu. – W poniedziałek wypłata. Tylko trochę nam trzeba, żeby dociągnąć. Szczerze.
Dziewczynka spluwa na dłoń i wyciąga ją przed siebie.
Jim bez wątpienia nasłuchał się tej śpiewki od górników, ich wyschłych żon i dzieci pustych w środku. Biednych jak Lucy. Brudnych jak Lucy. O Jimie wiadomo, że poburczy, położy na ladzie potrzebny towar, a potem skasuje podwójnie po wypłacie. Raz przecież rozdawał bandaże na kredyt po wypadku w kopalni, prawda? Zrozpaczonym, bezradnym. Takim jak Lucy.
Tylko że nikt z nich nie jest tak całkiem jak Lucy. Jim mierzy ją wzrokiem. Bose nogi. Zapocona sukienka w nietwarzowym odcieniu granatu, zrobiona z resztek płótna po koszuli ojca. Chude ramiona, włosy sztywne jak druty. I jeszcze jej twarz.
– Ziarno dam tatkowi na kredyt – mówi Jim. – I części zwierząt najróżniejsze, czego wy tam się nie brzydzicie jeść. To też dam. – Sprzedawca podwija górną wargę, odsłaniając mokry skrawek dziąsła. U kogoś innego dałoby się to nazwać uśmiechem. – Ale po pieniądze to musisz go posłać do banku.
Ślina na nietkniętej dłoni Lucy zasycha, napina skórę.
– Proszę pana…
Sam łupie obcasem o podłogę, zagłuszając gasnący głos siostry. Wychodzi ze sztywno wyprostowanymi ramionami.


Sam jest drobnym dzieckiem, ale w buciorach z cielęcej skóry robi kroki jak dorosły. Rzuca długi cień, liżący Lucy po palcach u stóp; uważa cień za odbicie swoich prawdziwych rozmiarów, a niewielkie ciało za przejściową niewygodę. „Kiedy będę kowbojem”, opowiada. „Kiedy będę awanturnikiem”. A ostatnimi czasy: „Kiedy będę sławnym zbiegiem. Kiedy urosnę”. Sam ma jeszcze na tyle mało lat, by wierzyć, że pragnieniami można podporządkować sobie cały świat.
– Bank nie pomoże takim jak my – odzywa się Lucy.
Równie dobrze mogłaby nic nie mówić. Pył łaskocze ją w nosie, więc przystaje, żeby odkaszlnąć. Gardło jej się marszczy. Zwraca wczorajszą kolację na ulicę.
Od razu zbiegają się dzikie psy i zaczynają zlizywać zawartość jej żołądka. Przez chwilę Lucy się waha, choć Sam wybija butami niecierpliwy refren. Dziewczynka wyobraża sobie, że mogłaby porzucić jedynego członka rodziny, jaki jej pozostał, i opaść na ziemię między psy, walczyć z nimi o każdą kroplę tego, co należy przecież do niej. Ich życie składa się z brzucha i nóg, z karmienia i ucieczki. Prosty żywot.
Ogromnym wysiłkiem woli podnosi głowę i rusza dalej na dwóch nogach.
– Idziemy, partnerze? – mówi Sam. Tym razem to prawdziwe pytanie, a nie zwrot, przeżuwany w ustach, by nim splunąć. Po raz pierwszy dzisiaj Sam nie mruży ciemnych oczu. Pod ochroną cienia Lucy otworzyły się szeroko, coś się w nich na wpół roztapia. Lucy podchodzi, żeby dotknąć krótkich czarnych włosów tam, gdzie wystają spod przekrzywionej czerwonej bandany. Przypomina jej się, jak pachniały dawno temu, kiedy były tylko puszkiem na niemowlęcej skórze: jak drożdże, szczere słońce, oliwa. Jednak kiedy Lucy się porusza, przepuszcza promień światła. Sam zaciska oczy. Odchodzi. Lucy widzi wybrzuszone kieszenie spodni i wie, że te małe pięści znów są odbezpieczone.
– Idziemy – odpowiada.
Podłoga w banku jest zrobiona z błyszczących desek, jasnych jak włosy na głowie pani za ladą. Tak gładkich, że Lucy nie musi się obawiać drzazg włażących w stopy. Postukiwanie
butów zyskuje teraz ostrzejszy ton, każdy krok brzmi jak strzał z pistoletu. To Sam. Kark ma poczerwieniały pod barwami wojennymi.
Tu-tuk, rozlega się w banku. Kasjerka się gapi.
Tu-tuk. Kobieta się wychyla. Za nią pojawia się mężczyzna. Z kamizelki zwisa mu łańcuszek.
TU-TUK TU-TUK TU-TUK. Sam staje na palcach przed ladą, zginając skórę na butach. Dotąd coś takiego byłoby nie do pomyślenia, buty były zbyt cenne.
– Dwa dolary srebrne – mówi Sam.
Usta kasjerki drgają.
– Czy macie…
– Nie mają tu konta – odzywa się mężczyzna. Patrzy na dzieci tak, jak patrzy się na szczury.
Sam milknie.
– Na kredyt – dodaje Lucy. – Prosimy.
– Widziałem was w okolicy. Ojciec was przysłał na żebry?
W pewnym sensie tak.
– W poniedziałek wypłata. Tylko trochę nam trzeba, żeby dociągnąć. – Lucy nie dodaje „szczerze”. Ten człowiek pewnie i tak nie chciałby tego usłyszeć.
– To nie towarzystwo dobroczynne. Zmiatajcie do domu, wy małe… – Wargi mężczyzny poruszają się jeszcze przez chwilę po tym, jak przestaje dobiegać z nich głos, niczym u tej kobiety, którą Lucy kiedyś widziała, jak mówiła językami, a na jej usta napierała jakaś obca siła. – …żebraki. Poszli mi stąd, bo wezwę szeryfa.
Strach przebiega Lucy po kręgosłupie zimnymi palcami. To nie jest strach przed bankierem. Przeraża ją Sam. Poznaje to spojrzenie. Myśli o ojcu, leżącym sztywno w łóżku, z rozchylonymi szparkami oczu. To ona pierwsza się obudziła dzisiaj rano. Znalazła ciało i czuwała przy nim, czekając, aż Sam wstanie, to ona zamknęła ojcu powieki – najlepiej, jak umiała. Sądziła, że ba umarł rozzłoszczony. Teraz wie, że się pomyliła: to było uważne spojrzenie drapieżnika, śledzącego ofiarę. Już dostrzega pierwsze sygnały, że Sam staje się naczyniem, które ojciec wziął w posiadanie. Sam ma w oczach tę samą zmrużoną czujność co ba. Sam nosi w ciele jego złość. A do tego trzeba dodać przyczółki, zajęte przez ojca już wcześniej: za duże buty i to miejsce na drobnym ramieniu, na którym opierał dłoń. Lucy już wie, czego się spodziewać. Ba będzie gnić dzień po dniu na materacu, a jego duch wylewać się z ciała i przenikać do ciała jego najmłodszego dziecka, aż pewnego dnia Lucy obudzi się i zobaczy, że zza tych błyszczących ciemnych oczu wyziera ojciec. A Sam przepadnie na zawsze.
Powinni pogrzebać go raz a porządnie, przycisnąć mu powieki srebrem. Lucy musi to wytłumaczyć bankierowi. Jest już gotowa błagać.
– Pif-paf – mówi Sam.
Lucy już ma powiedzieć: Sam, przestań się wygłupiać. Wyciąga rękę, by pacnąć pulchne brązowe palce, lecz nagle widzi, że stały się dziwnie błyszczące. Czarne. Sam trzyma pistolet ojca.
Kasjerka mdleje.
– Dwa srebrne dolary – powtarza Sam, teraz już niższym głosem. Czai się w nim cień głosu ba.
– Bardzo przepraszam – odzywa się Lucy. Unosi kąciki warg. Ha! Ha! – Wiecie, jak dzieci lubią się bawić, proszę wybaczyć…
– Wynocha, bo każę was zlinczować – warczy mężczyzna. Patrzy prosto na pistolet, który trzyma Sam. – Poszli mi stąd, wy małe, żółte brudasy.
Sam naciska spust.
Ryk. Huk. Świst. Lucy ma wrażenie, że coś potężnego przelatuje jej koło ucha. Że gładzi ją szorstkimi dłońmi. Kiedy otwiera oczy, powietrze jest szare od dymu, a Sam robi krok w tył i przyciska dłoń do policzka, posiniaczonego odrzutem pistoletu. Bankier leży na ziemi. Po raz pierwszy w życiu Lucy nie zważa na to, że Sam płacze, po raz pierwszy Sam schodzi na dalszy plan, a ona odwraca się, odpełza. Dzwoni jej w uszach. Wymacuje kostkę mężczyzny. Znajduje udo. Pierś. Całą, nienaruszoną pierś, z sercem bijącym w środku. Mężczyzna ma pręgę na skroni, bo uderzył głową o półkę, kiedy odskoczył. Poza tym nic mu nie jest. Pistolet nie wypalił.
Lucy słyszy śmiech ba, dobiegający z chmury dymu i prochu.
– Sam. – Dziewczynka powstrzymuje się, by też nie zacząć płakać. Teraz musi mieć więcej siły, niż potrafi w sobie znaleźć. – Sam, ty ośle, bao bei, ty mały, durny ośle. – Miesza słodkie z kwaśnym, obelgi i pieszczotliwe zwroty. Jak ba. – Musimy stąd iść.
To, jak ba przyjechał w te góry, by zostać poszukiwaczem złota, to historia prawie śmiechu warta. Jak tysiące innych przybyszów sądził, że żółte trawy tej krainy i słońce błyszczące jak złoty pieniążek zapowiadają jeszcze jaśniej migoczące zdobycze. Ale żaden z tych, którzy przywędrowali, by przekopywać Zachód, nie spodziewał się, jak wyschła i spragniona będzie ta ziemia, jak bezlitośnie wypije ich pot i siły. Nikt nie przewidział, jaka będzie skąpa. Większość przybyła za późno. Bogactwa zostały już wydobyte, skończyły się. Strumienie nie rodziły złota. Ziemia nie rodziła zboża. Zamiast tego przyjezdni znaleźli w zboczach gór o wiele mniej olśniewającą nagrodę: węgiel. Na węglu nikt się nie wzbogaci, nie nakarmi nim oczu ani wyobraźni. Dało się nim jednak wykarmić rodzinę – niemal się dało, mąką ruszającą się od wołków i resztkami mięsa, aż wreszcie wycieńczona marzeniami żona zmarła po wydaniu na świat syna. Wtedy zaś pieniądze oszczędzone na tym, że ubyło jednych ust do wykarmienia, ba mógł zacząć przeznaczać na picie. Miesiące nadziei, miesiące ciułania, i tyle z tego mieli: butelka whiskey, dwa groby wykopane tam, gdzie ich nikt nie znajdzie. Historia prawie śmiechu warta – ha! ha! – ba sprowadził tu rodzinę, żeby się wzbogacić, a teraz jego dzieci są gotowe zabić człowieka za dwa srebrne dolary.



Dodano: 2021-10-21 12:05:32
Komentarze
-Jeszcze nie ma komentarzy-
Komentuj


Artykuły

Śniadanie wdowy, opowiadanie ze zbioru "Upiory XX wieku"


 Wywiad z R.J. Barkerem

 "Kraina Lovecrafta" - książka a serial

 Sam Sykes - wywiad z autorem "Siedmiu czarnych mieczy"

 Wiedźmin Netfliksa: zachwyt czy rozczarowanie?

Recenzje

Tidhar, Lavie - "Ziemia nieświęta"


 Phillips, Helen - "Wizyta"

 Kiernan, Caitlín R. - "Czerwone drzewo"

 Majka, Paweł - "Familia"

 Stewart, George R. - "Ziemia trwa"

 Wierkin, Eduard - "Wyspa Sachalin"

 Brown, Liam - "Skóra"

 Maszczyszyn, Jan - "Chronometrus"

Fragmenty

 Chakraborty, S.A. - "Królestwo miedzi"

 Zhang, C Pam - "Ile z gór tych złota"

 Jabłoński, Witold - "Wanda"

 Kisiel, Marta - "Małe Licho i babskie sprawy"

 Dick, Philip K. - "Opowiadania najlepsze"

 Cetnarowski, Michał - "Gnoza"

 Wierkin, Eduard - "Wyspa Sachalin"

 Sykes, Sam - "Dziesięć Żelaznych Strzał"

Projekt i realizacja:sismedia.eu       Reklama     © 2004-2021 nast.pl     RSS      RSS