NAST.pl
 
Komiks
  Facebook
Facebook
 
Forum

  RSS RSS

 Strona główna     Zapowiedzi     Recenzje     Imprezy     Konkursy     Wywiady     Patronaty     Archiwum newsów     Artykuły i relacje     Biblioteka     Fragmenty     Galerie     Opowiadania     Redakcja     Zaprzyjaźnione strony   

Zaloguj się tutaj! | Rejestruj

Patronat

Bardugo, Leigh - "Żywoty świętych"

Dick, Philip K. - "Opowiadania najlepsze" (Wehikuł Czasu)

Ukazały się

Henry, Christina - "Czerwona Królowa"


 Harrow, Alix E. - "Dawne i przyszłe wiedźmy"

 Tryon, Thomas - "Ten drugi"

 Zhang, C Pam - "Ile z gór tych złota"

 Riggs, Ransom - "Plagi na Diabelskim Poletku"

 Freed, Alexander - "Eskadra Alfabet"

 Flanagan, John - "Ucieczka z zamku Falaise"

 Moreno-Garcia, Silvia - "Mexican Gothic"

Linki

Russell, Eric Frank - "Osa"
Wydawnictwo: Rebis
Cykl: Wehikuł czasu
Tytuł oryginału: Wasp
Tłumaczenie: Robert J. Szmidt
Data wydania: Wrzesień 2021
Oprawa: twarda
Liczba stron: 224
Cena: 39,90 zł
Rok wydania oryginału: 1957



Russell, Eric Frank - "Osa"

1

Wszedł do pokoju miarowym krokiem i usiadł na wskazanym mu krześle, nie odzywając się słowem. Wyraz konsternacji nawet na moment nie zniknął z jego twarzy, co zaczynało być męczące.

Dryblas, który przywiózł go w to miejsce z Alaski, ulotnił się dyskretnie, zamykając za sobą drzwi i zostawiając go sam na sam z człowiekiem zza biurka. Stojąca na blacie plakietka informowała, że ma do czynienia z niejakim Williamem Wolfem. Cóż za nietrafny dobór słów, uznał, facet wygląda przecież jak najprawdziwszy łoś.

—  Panie Mowry — gospodarz odezwał się surowym, a przy tym spokojnym tonem — należy się panu stosowne wytłumaczenie. — Po krótkiej przerwie dodał: — I otrzyma je pan. — Zamilkł, wpatrując się intensywnie w gościa.

James wytrzymał to spojrzenie przez dłuższą chwilę, choć czuł się niekomfortowo, po czym zapytał:

—  Kiedy?

—  Wkrótce.

Wolf dalej gapił się na niego w sposób nader nieprzyjemny, można by rzec analityczny, przy czym jego oblicze wydawało się równie przyjazne i ekspresywne jak powierzchnia pierwszego z brzegu kamienia.

—  Mógłby pan wstać?

Mowry wykonał polecenie.

—  Proszę się obrócić.

Okręcił się posłusznie ze znudzoną miną.

—  Proszę przejść się tam i z powrotem po gabinecie.

Zrobił i to.

—  No, no — mruknął Wolf tonem niewskazującym ani na zadowolenie, ani jego brak. — Zapewniam, panie Mowry, że prośba, aby przeszedł się pan teraz na ugiętych nogach, ma sens.

James zrobił kolejne kółeczko w taki sposób, jakby jechał na niewidzialnym koniu, po czym wrócił na swoje miejsce.

—  Obym nie robił tego wszystkiego za darmo — rzucił z wyrzutem. — Nie pokonałem trzech tysięcy mil, by udawać klauna za bóg zapłać.

—  Nie przewidujemy żadnej wypłaty — odpowiedział Wolf. — Jeśli się panu poszczęści, ujdzie pan z życiem.

—  A jeśli mi się nie poszczęści?

—  To pan zginie.

—  Do bólu pan szczery — przyznał Mowry.

—  Taka praca. — Gospodarz znów mu się przyglądał, długo i przenikliwie. — Nadaje się pan. Tak, jestem pewien, że pan podoła.

—  Czemu podołam?

—  To wyjaśnię za moment. — Wolf otworzył szufladę i podał mu plik wyjętych z niej papierów. — Te dokumenty pomogą panu zorientować się w sytuacji. Proszę czytać uważnie, ponieważ to jeszcze nie koniec.

James zerknął na kartki. Trzymał w ręku kopie artykułów z prasy. Usiadłszy wygodniej, zapoznał się z ich treścią.

Pierwszy dotyczył pewnego żartownisia z Rumunii, który stanął na chodniku, zadarł głowę i gapiąc się z fascynacją w niebo, wykrzykiwał od czasu do czasu: „Niebieskie płomienie!”. Zaciekawieni ludzie dołączali do niego i tak z czasem utworzył się spory tłum.

Gapiów było tak wielu, że blokowali jezdnię, rozlewając się z wolna na sąsiednie przecznice. Interwencje policji pogarszały jedynie sprawę. Jakiś wariat wezwał nawet straż pożarną. Histerycy kręcący się wokół zbiegowiska gotowi byli przysiąc, że widzą bądź widzieli dziwne zjawiska, do których dochodziło nad warstwą chmur. Wkrótce na miejscu zdarzenia pojawili się reporterzy, a po nich wozy transmisyjne. Zaczęły też krążyć przeróżne plotki. Rząd zlecił siłom powietrznym zbadanie wspomnianego zjawiska, a gdy na niebie pojawiły się samoloty, w mieście wybuchła panika. Sprawca całego zamieszania ulotnił się tymczasem, po czym zniknął bez śladu.

—  Zabawna historyjka, nic więcej — mruknął Mowry.

—  Proszę czytać dalej.

Drugi dotyczył śmiałej ucieczki z więzienia. Dwóch znanych morderców ukradło samochód, którym przejechali ponad sześćset mil, zanim zostali schwytani po trwającym czternaście godzin pościgu.

W trzecim artykule opisano ze szczegółami wypadek drogowy: wóz do kasacji, trzy ofiary śmiertelne, jedna ciężko ranna, która nawiasem mówiąc, zmarła dziewięć godzin później.

James oddał papiery.

—  Co to ma wspólnego ze mną?

—  Omówmy te sprawy w takiej kolejności, w jakiej pan się z nimi zapoznał — zagaił Wolf. — Artykuły pokazują coś, o czym od dawna wiemy, a czego pan nie zauważa. Weźmy pierwszy przypadek. Wspomniany Rumun nie zrobił nic, dokładnie nic, stał tam tylko, gapił się w niebo i mamrotał. Mimo to udało mu się zmusić rząd do wykonania całej serii bardzo drastycznych działań. Jego przykład pokazuje dobitnie, że w określonych okolicznościach możemy uzyskać nieproporcjonalnie wielkie reakcje. Pojedyncza osoba wykonująca nic nieznaczącą czynność w sprzyjających okolicznościach może doprowadzić do ogólnego chaosu.

—  To akurat oczywiste — zgodził się Mowry.

—  Teraz przyjrzyjmy się tym dwóm skazańcom. Oni także niewiele zrobili. Wspięli się na mur, ukradli samochód, jeździli nim jak wariaci, dopóki nie skończyło im się paliwo, po czym zostali schwytani. — Wolf pochylił się mocniej, teraz przemawiał z większą emfazą. — Problem w tym, że przez czternaście godzin skupiali na sobie wyłączną uwagę załóg sześciu samolotów, dziesięciu helikopterów i stu dwudziestu radiowozów. Sparaliżowali osiemnaście central telefonicznych, niezliczone linie komunikacyjne i kanały radiowe, nie wspominając o policjantach,­ detektywach, ochotnikach, myśliwych, tropicielach, strażnikach leśnych i Gwardii Narodowej. Było to w sumie dwadzieścia siedem tysięcy ludzi pochodzących z trzech stanów.

—  No, no — zdziwił się James.

—  Na koniec doniesienia dotyczące karambolu. Jedyny ocalały, tuż przed śmiercią w następstwie odniesionych ran, zdołał podać nam przyczyny wypadku. Powiedział, że kierujący utracił kontrolę nad jadącym z dużą prędkością pojazdem, ponieważ próbował odgonić osę, która wleciała przez okno i bzyczała mu koło ucha.

—  Przydarzyło mi się kiedyś coś podobnego.

—  Taka osa waży mniej niż pół uncji — kontynuował Wolf, ignorując to wtrącenie. — W porównaniu z masą dorosłego człowieka to tyle co nic, że o różnicy sił nie wspomnę. Jedyną bronią osy jest miniaturowa strzykawka zawierająca kropelkę żrącego kwasu mrówkowego. W tym wypadku nie została ona użyta, a mimo to owadowi udało się zabić cztery osoby i zamienić porządny wóz w kupę złomu.

—  Zaczynam dostrzegać, do czego pan zmierza, ale co ja mam z tym wspólnego?

—  Powiem wprost — stwierdził Wolf. — Chcemy, aby został pan osą.

Rozparty wygodnie James zmierzył go zadumanym spojrzeniem.

—  Nieposkładany mięśniak, który mnie tutaj sprowadził, z pewnością służy w Secret Service, co znaczy, że przebywam obecnie w instytucji związanej z rządem, a pan jest wielką szychą naszej administracji. Pomimo tej oczywistej konstatacji śmiem twierdzić, że mam do czynienia z wariatem.

—  Może i jestem szalony — odparł z pełną powagą Wolf — aczkolwiek przypuszczam, że wątpię.

—  Chce pan, abym coś zrobił?

—  Tak.

—  Coś nadzwyczajnego?

—  Tak.

—  Coś, co grozi utratą życia?

—  Obawiam się, że to prawda.

—  Bez żadnej zapłaty ani nagrody?

—  Zgadza się.

Mowry wstał.

—  Ja też nie jestem wariatem.

—  Ale zostanie pan za niego uznany — oświadczył Wolf tym samym wyzutym z emocji tonem — jeśli Syrijczycy z pana winy wybiją nas do nogi.

—  O czym pan mówi? — James usiadł ponownie.

—  Wybuchła wojna.

—  Wiem. Wszyscy o tym wiedzą. — Mowry wzruszył pogard­ liwie ramionami. — Walczymy z Kartelem Syrijskim od dzie­ sięciu miesięcy. Gazety, radio, telewizja i rząd trąbią o tym od rana do nocy, a ja jestem na tyle łatwowierny, że wierzę w większość przekazywanych informacji.

—  Może zechce pan rozszerzyć ową łatwowierność i przełknie kilka innych faktów — zasugerował Wolf.

—  Na przykład?

—  Opinia publiczna jest zadowolona, ponieważ walki omijały dotychczas nasz sektor. Wszyscy wiedzą, że wróg przypuścił dwa zdecydowane ataki na Układ Słoneczny i że oba zostały odparte. Ludzie pokładają wielką ufność w terrańskich liniach obrony i mają rację. Siły syrijskie nigdy nie zdołają ich pokonać.

—  W czym zatem problem?

—  Wojnę można wygrać albo przegrać. Nie ma innej alter­ natywy. Nie zdołamy zwyciężyć tylko poprzez trzymanie wroga na dystans. Nie pokonamy go, jeśli naszą jedyną strategią będzie odwlekanie w nieskończoność porażki. — Wolf uderzył pięścią w blat, co było tyleż niespodziewanym co empatycznym podkreśleniem wypowiadanych słów. Jego wieczne pióro podskoczyło na dwie stopy, tak mocno przywalił. — Musimy zrobić coś więcej. Musimy przejąć inicjatywę i położyć wroga na łopatki, dowalić mu tak, że już się nie podniesie.

—  Czym zajmiemy się w odpowiednim czasie, jak sądzę? —  Może tak — odparł gospodarz. — Może nie. To zależy. —  Od czego?

—  Od tego, czy zdołamy w pełni wykorzystać posiadane zasoby, w tym ludzkie… To znaczy kogoś takiego jak pan.

—  Mógłby pan wyrażać się nieco precyzyjniej? — zasugerował James.

—  Proszę mnie wysłuchać… Jesteśmy bardziej zaawansowani technologicznie niż Kartel Syrijski. Pod pewnymi względami tylko nieznacznie, pod innymi wyprzedzamy przeciwnika o ca­ łe lata świetlne. Dysponujemy na przykład lepszym sprzętem i co ważniejsze, uzbrojeniem. Ale Syrijczycy także mają nad nami przewagę, o czym wspomniana opinia publiczna nie ma pojęcia, ponieważ jest za głupia, by ją o tym powiadamiać. Mówię o przewadze liczebnej i wagowej liczącej dokładnie dwanaście do jednego.

—  Czy to potwierdzony fakt?

—  Niestety tak, choć nasza propaganda stara się o tym nie wspominać. Nasz potencjał wojenny jest większy, Syrijczycy dysponują natomiast przewagą liczebną. I to jest problem, któremu musimy przeciwdziałać w najlepszy znany sposób. Nie zdołamy opóźnić decydującej fazy walk do chwili, gdy rozmno­ żymy się w stopniu pozwalającym na zniwelowanie tej przewagi wroga.

—  Rozumiem. — Mowry zamyślił się, przygryzając dolną wargę.

—  Aczkolwiek — dodał pospiesznie Wolf — problem przestaje wydawać się tak przytłaczający, jeśli weźmiemy pod uwagę, że jeden człowiek mógł doprowadzić do wstrząśnięcia rządem, a dwaj inni byli w stanie uziemić dwudziestosiedmiotysięczną armię, nie wspominając już o osie mordującej czterech gigantów i rozwalającej w drobny mak ich potężną machinę… — Zamilkł, sprawdzając, jaki efekt wywołał tą przemową, po czym dodał: — Mówiąc wprost i nie owijając w bawełnę: odpowiedni człowiek w odpowiednim miejscu i czasie jest w stanie unieszkodliwić całą dywizję pancerną.

—  To dość nieortodoksyjny sposób prowadzenia wojny.

—  Ale wydajniejszy.

—  Jestem wystarczająco perwersyjny, by podobały mi się wspomniane rozwiązania. Przemawiają do mnie, nie będę ukrywał.

—  Wiemy o tym — przyznał Wolf, po czym przysunął jedną z leżących na blacie teczek i zaczął ją kartkować jakby od niechcenia. — Na czternaste urodziny został pan ukarany grzywną w wysokości stu syrijskich gildenów za wyrażenie negatywnej opinii o władzach, wypisanej na ścianie literami wysokości dwudziestu cali. Ojciec złożył stosowne przeprosiny w pańskim imieniu, składając ten czyn na karb młodzieńczej porywczości. Syrijczycy pozostali wkurzeni, ale zarzut oddalono.

—  Zdania nie zmieniłem. Razaduth był wyjątkową mendą, kłamcą i spaślakiem. — Mowry zerknął podejrzliwie na akta. — Macie tam całe moje życie?

—  Tak.

—  Mówił wam już ktoś, że strasznie wścibscy jesteście?

—  Na tym polega nasza praca. Dla nas to część ceny, jaką płacimy za możliwość przetrwania — poinformował go gospodarz, odsuwając akta na bok. — Mamy kwity na każdego żyjącego Terranina. Nie wspomnę już o możliwości elektronicznego wyszukiwania ludzi posiadających sztuczne zęby albo odnajdowania ich po rozmiarze noszonego obuwia czy rudej matce, nie wspominając o poważniejszych przypadłościach, takich jak unikanie służby wojskowej. Bez problemu wyłuskamy każdy rodzaj owieczki z naszego licznego stada.

—  Czy ja jestem jedną z takich owieczek?

—  Metaforycznie mówiąc, tak. Aczkolwiek proszę nie traktować tego jako obelgi. — Usta Wolfa wykrzywiły się w grymasie, który jego zdaniem miał być uśmiechem, choć nie do końca go przypominał. — Najpierw dokopaliśmy się do siedemnastu tysięcy osób mówiących płynnie jednym z licznych syrijskich dialektów. Po odrzuceniu kobiet i dzieci zeszliśmy do dziewięciu tysięcy kandydatów. Później, krok po kroku, usunęliśmy zbyt wiekowych, chorych, słabeuszy, ludzi niegodnych zaufania i niezrównoważonych. Potem odpadli zbyt niscy, zbyt wysocy, zbyt ostrożni i zbyt śmiali. Tak wyselekcjonowaliśmy wąskie grono osób nadających się na osy.

—  Jak wygląda przeciętna osa?

—  To w naszej opinii niewysoki mężczyzna, który umie chodzić na lekko ugiętych nogach, oczywiście o przylegających do czaszki uszach i twarzy zabarwionej na fioletowo. Innymi słowy, człowiek, który może udawać rodowitego Syrijczyka, i to na tyle dobrze, by oszukać innych przedstawicieli tej rasy.

—  W życiu! — wrzasnął Mowry. — Nawet jak się zejdą dwie niedziele w kupie! Jestem różowy, mam zęby mądrości i odstające uszy!

—  Nadmiarowe zęby można wyrwać, chirurg usunie bez problemu chrząstki odpowiedzialne za odstawanie uszu, nie pozostawiając przy tym widocznych śladów operacji. To proste i bezbolesne zabiegi, wystarczą dwa tygodnie, by był pan jak nowy. Przytaczam dane medyczne, proszę więc nie mówić, że jest inaczej. — Kolejny krzywy grymas. — A co do fioletowej cery, to też nie problem. Wielu Terran ma twarze bardziej sine od rodowitych Syrijczyków, choć nabycie tej barwy wymaga wypicia wielu galonów alkoholu. Uprzedzając kolejne pytanie: tak, posiadamy barwniki gwarantujące kilkumiesięczną trwałość oraz zestawy utrwalające, które umożliwią przedłużenie maskowania na czas wykonania misji.

—  Ale…

—  Proszę posłuchać. Urodził się pan w Mashamie, stolicy Diracty, macierzystej planety Syrijczyków. Pański ojciec był tam kupcem. Mieszkał pan na terytorium wroga do siedemnastego roku życia, po czym wrócił pan z rodzicami na Terrę. Tak się szczęśliwie składa, że przypomina pan wzrostem i budową typowego Syrijczyka. Ma pan obecnie dwadzieścia sześć lat, mówi pan płynnie w języku wroga, z wyraźnym akcentem mashambijskim, co może być dodatkowym atutem, jak sądzę. To tylko uprawdopodobni pańską przykrywkę. Pięćdziesiąt milionów Syrijczyków używa tego dialektu. Wydaje się pan naturalnym kandydatem do roboty, o której mowa.

—  A gdybym zaproponował, żeby wsadził pan sobie tę robotę tam, gdzie słońce nie dociera? — zapytał z zaangażowaniem Mowry.

—  Byłoby mi niezwykle przykro — odparł Wolf, nie tracąc rezonu — ponieważ w czasie wojny hołdujemy starej i mądrej maksymie, że jeden ochotnik wart jest tysiąca poborowych.

—  Czy to znaczy, że mam się spodziewać powołania? — James aż się zatchnął. — Szlag by to. Wolę wpakować się w taką kabałę z własnej woli niż z przymusu.

—  Tak właśnie napisano w pańskim dossier. James Mowry, lat dwadzieścia sześć, niecierpliwy i uparty jak osioł. Nadaje się do wykonania każdego zadania, o ile nie ma lepszych kandydatów.

—  Gada pan jak mój ojciec. On wam dał ten opis?

—  Tajne służby nie ujawniają źródeł informacji.

—  Hm… — Mowry zastanawiał się chwilę, po czym zapytał: — Jak rozumiem, jestem ochotnikiem? I co dalej?

—  Wyślemy pana na szkolenie. Tam odbędzie pan specjalistyczny kurs, szybki, choć trudny. Zaliczy go pan w sześć do ośmiu tygodni. Nauczymy pana wszystkiego, co może się przydać podczas misji. Zapozna się pan z bronią, materiałami wybuchowymi, metodami sabotażu, propagandą, metodami walki psychologicznej, czytaniem mapy, korzystaniem z kompasu, używaniem kamuflażem, judo, obsługą radiostacji i wieloma innymi sprawami. Gdy z panem skończymy, będzie pan istnym wrzodem na dupie wroga.

—  I co dalej?

—  Zrzucimy pana ukradkiem na planetę rządzoną przez Syrijczyków, aby dokuczał im pan jak to tylko możliwe.

Przez dłuższą chwilę w gabinecie panowała nieznośna cisza, po której Mowry przyznał niechętnie:

—  Jakiś czas temu zdenerwowałem ojca do tego stopnia, że powiedział: Synu, urodziłeś się durniem, więc umrzesz jako dureń. — Westchnął ciężko. — Staruszek jak zwykle miał rację. Zgłaszam się na ochotnika.

—  Wiedzieliśmy, że pan to zrobi — stwierdził spokojnie Wolf.

Zobaczył Wolfa po raz kolejny dwa dni po ukończeniu ciężkiego szkolenia, które zaliczył z zadowalającymi ocenami. Polityk przybył na szkółkę, pofatygował się nawet do jego pokoju.

—  I jak było? — zapytał.

—  Czysty sadyzm — odparł Mowry, krzywiąc się mocno. — Obito mnie psychicznie i fizycznie. Mam wrażenie, że jestem na wpół świadomym inwalidą.

—  Będzie pan miał sporo czasu, by do tego przywyknąć, choćby podczas podróży, która nie należy do najkrótszych. Wyrusza pan w czwartek.

—  Dokąd?

—  Przykro mi, ale nie mogę powiedzieć. Pański pilot otrzyma zalakowaną kopertę z rozkazami, którą pozwoli panu otworzyć dopiero przed podejściem do lądowania. W przypadku katastrofy albo wykrycia dyrektywy zostaną zniszczone, zanim ktokolwiek zdoła je przeczytać.



—  Jakie są szanse na to, że zostaniemy przechwyceni po drodze?



—  Niewielkie. Pański okręt będzie szybszy od jednostek



wroga,­ ale nawet najlepsze statki przestrzenne mają od czasu do czasu problemy natury technicznej, wolimy więc nie ryzykować. Wie pan, jaką reputacją cieszy się syrijska służba bezpieczeństwa, niesławne Kaitempi. Powiadają, że mogłaby wycisnąć zeznania nawet z bloku granitu. Gdyby udało jej się przechwycić pana po drodze i poznać cel misji, mogliby zasadzić się także na pańskiego następcę.

—  Mojego następcę? To rodzi pytanie, na które nikt tutaj nie chce mi odpowiedzieć. Może pan okaże się chlubnym wyjątkiem?

—  Słucham?

—  Będę działał w terenie sam, czy na mojej planecie pojawią się także inni Terranie? Jeśli ich tam wyślecie, jak nawiążemy kontakt?

—  Skoro pan pyta, powiem tak: na razie będzie pan jedynym Terraninem w promieniu stu milionów mil — zapewnił go Wolf. — Nie będzie się pan także kontaktował z nikim, aby nie mógł pan wydać Kaitempi ewentualnych współpracowników. Nie może pan przecież zdradzić czegoś, czego pan nie wie, choćby pana torturowano.

—  Te słowa brzmiałyby bardziej uspokajająco, gdyby nie oblizywał się pan lubieżnie na tę odrażającą myśl — stwierdził Mowry. — Wie pan, świadomość, że gdzieś tam, w innych systemach gwiezdnych, działają podobne do mnie osy, byłaby pocieszająca, a nawet zachęcająca.

—  Nie uczęszczał pan na ten kurs samotnie, jak się domyślam? Zapewniam, że pozostali uczestnicy nie przybyli tutaj, by zapewnić panu towarzystwo. — Wolf wyciągnął do niego dłoń. — Udanych łowów, niech pan będzie najgorszym utrapieniem dla wroga… i wróci w jednym kawałku.

—  Wrócę — zapewnił go James zbolałym tonem — choć droga przede mną daleka i wyboista.

Złożona obietnica, pomyślał po wyjściu polityka, jest bardziej pobożnym życzeniem niż realną oceną sytuacji. Czyż uwaga o „następcy” nie świadczyła o liczeniu się ze stratami i przygotowywaniu koniecznych wymian kadr?

W tym momencie dotarło do niego, że sam może tam leci, by zastąpić kogoś innego. Może nieszczęsna osa operująca na tej planecie została uwięziona i konała właśnie w męczarniach. Skoro tak się sprawy mają, to Kaitempi z pewnością obserwuje niebo, oblizując się na myśl o kolejnej ofierze — niejakim Jamesie Mowrym, lat dwadzieścia sześć, niecierpliwym i upartym jak osioł.

Cóż począć, sam skazał się na tę niedolę i dlatego nie ma już odwrotu. Wyglądało na to, że zostanie bohaterem, ponieważ zabrakło mu odwagi na stchórzenie. Z wolna wyrabiał w sobie filozoficzną rezygnację, która nie opuściła go do odległej o kilka tygodni chwili, w której został zaproszony przez kapitana na mostek przewożącej go korwety.

—  Dobrze się spało?

—  Niespecjalnie — wyznał Mowry. — Napęd hałasował głośniej niż zwykle, a cały statek trząsł się i trzeszczał.

Kapitan uśmiechnął się kwaśno.

—  Nie mówiłem panu o tym wcześniej, ale ścigały nas cztery syrijskie niszczyciele. Musiałem rozwinąć maksymalną prędkość, by je zgubić.

—  Jest pan pewien, że już za nami nie lecą?

—  Wyszły poza zasięg naszych detektorów, więc i one nie mogą nas namierzyć.

—  Dzięki Bogu choć za to — mruknął James.

—  Otworzyłem rozkazy. Dotrzemy do celu za czterdzieści osiem ziemskich godzin.

—  Czyli gdzie?

—  Na planetę zwaną Jaimec. Słyszał pan o niej?

—  Owszem. Syrijskie media wspomniały o niej od czasu do czasu. To jeden z ich wysuniętych posterunków, z tego, co pamiętam, słabo zaludniony i wciąż rozbudowywany. Nigdy jednak nie spotkałem nikogo, kto stamtąd pochodzi, więc nie wiem nic więcej. — Wyraził tymi słowami lekką irytację. — Ta cała aura tajemniczości może i jest dobra, ale komuś takiemu jak ja przydałoby się parę użytecznych informacji na temat celu podróży, i to zanim dotrze na miejsce.

—  Wyląduje pan po zapoznaniu się ze wszystkimi danymi,­ jakie na ten temat posiadamy — zapewnił go kapitan. — Do rozkazów dołączono sporo dokumentacji. — Położył na stole gruby plik papierów, w tym kilka map i dużych zdjęć. Potem wskazał palcem szafkę stojącą pod sąsiednią grodzią. — To stereoskopowa przeglądarka. Proszę z niej skorzystać i po zapoznaniu się ze zdjęciami wybrać odpowiednie miejsce do lądowania. Ta decyzja należy wyłącznie do pana. Moim zadaniem jest dostarczenie osy we wskazane miejsce i zniknięcie stamtąd niepostrzeżenie.

—  Ile mam na to czasu?

—  Musi pan wybrać miejsce lądowania nie później niż za czterdzieści godzin.

—  Ile czasu potrzebuje pan na pozbycie się mnie i sprzętu? —  Maksymalnie dwadzieścia minut, na pewno nie więcej.

Proszę wybaczyć, ale ten element misji nie podlega negocjacjom. Jeśli wylądujemy na ubitej ziemi, pozostawimy wyraźne ślady naszej bytności, których z pewnością nie przeoczą patrole powietrzne, a to oznacza, że natychmiast zaczną na pana polować. Z tego właśnie powodu musimy korzystać z antygrawów i działać szybko, choćby dlatego, że tego rodzaju sprzęt jest bardzo energożerny. Dwadzieścia minut to wszystko, co mogę panu dać.

—  Rozumiem.

Mowry spuścił głowę z rezygnacją, przysunął do siebie dokumenty i zaczął je studiować, zanim kapitan opuścił mostek.

Jaimec, dziewięćdziesiąta czwarta planeta Imperium Syrijskiego. Masa równa siedmiu ósmym Terry. Powierzchnia lądów zbliżona do połowy ziemskich, resztę pokrywa ocean.

Zasiedlona przed dwustu pięćdziesięciu laty. Obecnie zamieszkuje ją około osiemdziesięciu milionów przedstawicieli obcej cywilizacji. Mimo to większość terytoriów pozostała dzika, niezbadana lub nieskolonizowana.

James zagłębił się w skrupulatnym badaniu powierzchni planety ukazanej w stereoskopowej przeglądarce. Około czterdziestej godziny dokonał wyboru. Nie była to bynajmniej prosta decyzja — każde z wytypowanych przez niego miejsc miało zalety, ale i wady, udowadniając, że coś takiego jak idealna kryjówka nie występuje w naturze. Część znajdowała się w świetnym miejscu ze strategicznego punktu widzenia, ale brakowało im stosownej osłony. Reszta była doskonale chroniona, ale za to wokół nich była sama dzicz.

—  Mam nadzieję, że wybrał pan miejsce znajdujące się po nocnej stronie planety — rzucił kapitan, gdy spotkali się po raz kolejny. — Jeśli nie, będziemy musieli poczekać, aż zapadną tam ciemności, a to niezbyt mi się uśmiecha. Najlepiej będzie przylecieć i odlecieć, zanim ktokolwiek zdoła podnieść alarm i zorganizować pościg.

—  To miejsce wybrałem. — Mowry wskazał punkt na zdjęciu. — Znajduje się dalej od drogi, niżbym sobie tego życzył. Będzie ze dwadzieścia mil w linii prostej, i to przez same dziewicze lasy. To oznacza, że przyniesienie sprzętu z kryjówki zajmie mi za każdym razem ze dwa dni, ale dzięki temu moje rzeczy powinny być bezpieczne, a o to chyba najbardziej w tym wszystkim chodzi.

Wsuwając zdjęcie do przeglądarki, kapitan wyłączył zewnętrzne oświetlenie, a potem pochylił się nad gumowym okularem. Zmarszczył brwi, przyglądając się okolicy.

—  Mówi pan o miejscu zaznaczonym na klifie?

—  Nie na klifie, tylko u jego stóp. Widzi pan ten skalny występ nieco dalej na północ?

Kapitan przyjrzał się raz jeszcze.

—  Trudno powiedzieć, ale to mi wygląda na jakieś jaskinie. — Cofnął się i sięgnął po interkom. — Hame, przyjdź do mnie, proszę.

Hamerton, nawigator, przyszedł, obejrzał zdjęcie i rozpoznał zaznaczony punkt. Porównał uzyskane koordynaty z mapami obu półkul Jaimecu, po czym dokonał kilku szybkich obliczeń.

—  Dolecimy tam w porze nocnej, choć dosłownie chwilę przed świtem.

—  Jesteś pewien? — zapytał kapitan.

—  Gdybyśmy lecieli prosto do celu, zyskalibyśmy kilka dodatkowych godzin, ale nie poważymy się na tak nierozważny krok. Ich radary namierzą miejsce lądowania z dokładnością do połowy mili. Z tego powodu musimy zejść poniżej zasięgu sieci i kluczyć przez jakiś czas. To potrwa, ale przy odrobinie szczęścia dokonamy zrzutu na pół godziny przed świtem.

—  Lećmy prosto do celu — zaproponował Mowry. — To ograniczy ryzyko z waszej strony, a ja poradzę sobie jakoś z ewen­ tualnym­ pościgiem. I tak nie będę miał tam lekko.

—  Nie ma szans — odpowiedział kapitan. — Jesteśmy już tak blisko, że ich detektory nas wykryły. Odbieramy od jakiegoś czasu prośby o identyfikację, ale nie możemy odpowiedzieć, ponieważ nie znamy aktualnych kodów. Niedługo dotrze do nich, że mają do czynienia z wrogiem, a wtedy wystrzelą w naszym kierunku mrowie naprowadzanych rakiet, jak zwykli to robić. Rozpoczną także poszukiwania z powietrza w chwili, gdy znikniemy­ im z radarów, co znaczy, że przeczeszą teren w promieniu setek mil od miejsca, w którym nas zgubili. — Zafrasował się, spoglądając na Jamesa. — A ty, bracie, znajdziesz się w samym środku kręgu poszukiwań.

—  Wygląda na to, że takie akcje są dla was normalką — zauważył Mowry, mając nadzieję, że w końcu czegoś się dowie.

—  Gdy znajdziemy się tuż nad drzewami, nie będą mogli śledzić nas radarami — kontynuował kapitan. — Dlatego musimy zanurkować na tę wysokość kilka tysięcy mil od wybranego przez pana miejsca i dalej będziemy kluczyć. Mam obowiązek wysadzić pana w miejscu, które pan wybierze, nie powiadamiając przy okazji całej planety. Gdyby mi się to nie udało, cała wyprawa pójdzie na marne, dlatego pozwoli pan, że zrobimy to po mojemu.

—  Oczywiście — zgodził się zganiony James. — Jak pan sobie życzy.

Wyszli, zostawiając go sam na sam z niewesołymi myślami. Niedługo później rozdzwoniły się alarmy, ściany kabiny wibrowały od ich przenikliwych dźwięków. Mowry chwycił się najbliższej poręczy, wpił się w nią, gdy statek wykonywał kilka ciasnych zwrotów, najpierw na jedną burtę, potem na drugą. Nie widział i nie słyszał niczego, prócz przeciągłych jęków wydawanych przez poszycie, gdy włączano dysze kierunkowe, ale oczami wyobraźni ujrzał co najmniej pięćdziesiąt złowieszczych smug dymu wznoszących się z powierzchni planety — i tyleż samo stalowych cygar próbujących wywęszyć zapach obcego metalu.

Po każdym z kolejnych jedenastu alarmów następowała seria powietrznych akrobacji, teraz jednak, po wejściu w atmosferę, towarzyszył im świst przecinanego powietrza, który w miarę schodzenia coraz niżej narastał do przeraźliwego wycia.

Zbliżali się do celu.

James skupił nieobecny wzrok na własnych palcach. Nie drżały, ale były pokryte potem. Za to po kręgosłupie nieustannie błądziły zimne prądy. Kolana miał jak z waty, a żołądek zaciskał się coraz bardziej.

Gdzieś tam daleko była powierzchnia planety z bardzo rozbudowanym systemem kart identyfikacyjnych, i właśnie z tego powodu James odnosił wrażenie, że lada moment będzie zmuszony do włożenia głowę w paszczę lwa. Sklął w myślach system opresji, potem zbluzgał w ten sam sposób tego, kto go wynalazł i nim zarządzał.

Do chwili, w której napęd główny został wyłączony, a okręt zawisł na antygrawach, Mowry zdołał wyrobić w sobie niecierpliwość charakteryzującą człowieka stającego w obliczu ogromnego zadania, którego nie da się dłużej unikać. Na poły zbiegł, a na poły ześlizgnął się w dół nylonowej rampy sięgającej poziomu ziemi. Za nim podążył tuzin członków załogi korwety, równie pospiesznie, choć z innych powodów. Wszyscy jednak pracowali jak szaleni, bez ustanku zerkając w kierunku nieba.


Dodano: 2021-09-20 11:17:35
Komentarze
-Jeszcze nie ma komentarzy-
Komentuj


Artykuły

Śniadanie wdowy, opowiadanie ze zbioru "Upiory XX wieku"


 Wywiad z R.J. Barkerem

 "Kraina Lovecrafta" - książka a serial

 Sam Sykes - wywiad z autorem "Siedmiu czarnych mieczy"

 Wiedźmin Netfliksa: zachwyt czy rozczarowanie?

Recenzje

Brown, Liam - "Skóra"


 Maszczyszyn, Jan - "Chronometrus"

 Tidhar, Lavie - "Ziemia nieświęta"

 Zhao, Amelie Wen - "Dziedzictwo krwi"

 Russell, Eric Frank - "Osa"

 Kay, Guy Gavriel - "Dzieci ziemi i nieba"

 Barker, Clive - "Księgi krwi. I-III"

 Salik, Magdalena - "Płomień"

Fragmenty

 Chakraborty, S.A. - "Królestwo miedzi"

 Zhang, C Pam - "Ile z gór tych złota"

 Jabłoński, Witold - "Wanda"

 Kisiel, Marta - "Małe Licho i babskie sprawy"

 Dick, Philip K. - "Opowiadania najlepsze"

 Cetnarowski, Michał - "Gnoza"

 Wierkin, Eduard - "Wyspa Sachalin"

 Sykes, Sam - "Dziesięć Żelaznych Strzał"

Projekt i realizacja:sismedia.eu       Reklama     © 2004-2021 nast.pl     RSS      RSS