NAST.pl
 
Komiks
  Facebook
Facebook
 
Forum

  RSS RSS

 Strona główna     Zapowiedzi     Recenzje     Imprezy     Konkursy     Wywiady     Patronaty     Archiwum newsów     Artykuły i relacje     Biblioteka     Fragmenty     Galerie     Opowiadania     Redakcja     Zaprzyjaźnione strony   

Zaloguj się tutaj! | Rejestruj

Patronat

Kołodziejczak, Tomasz - "Skaza na niebie"

Erikson, Steven - "Opowieści o Bauchelainie i Korbalu Broachu", tom 1

Ukazały się

Gray, Claudia - "Star Wars: Wielka Republika. W ciemność"


 Lafferty, Mur - "Han Solo. Gwiezdne wojny – opowieść filmowa"

 Guzek, Marcin A. - "Szare Płaszcze: Chwała Imperium"

 Sablik, Tomasz - "Lęk"

 Hill, Joe - "Upiory XX wieku" (2021)

 Małecki, Jakub - "Święto ognia"

 Grubich, Bartłomiej - "Koniec. Baśń o mieście, w którym zawsze pada deszcz i skończył się świat"

 Masterton, Graham - "Dom stu szeptów"

Linki

Salik, Magdalena - "Płomień"
Wydawnictwo: Powergraph
Data wydania: Wrzesień 2021
ISBN: 978-83-66178-56-4
Oprawa: twarda
Format: 135x205
Liczba stron: 352
Cena: 42,00 zł



Salik, Magdalena - "Płomień"

Oficjalny kanał Projektu Płomień, film 28

— Dlaczego „Płomień” będzie leciał do celu aż sto lat?
— Ma do pokonania dwadzieścia jeden lat świetlnych, czyli dwieście bilionów kilometrów. To odległość trudna do wyobrażenia, nieprzymierzalna do niczego, co znamy z naszego ziemskiego życia. Na szczęście napęd, który zastosujemy, stwarza szczególne możliwości. Silnik mikrofalowy najnowszej generacji pozwala uzyskać szybkość sięgającą trzydziestu procent prędkości światła. A więc teoretycznie, uwzględniając konieczną dekadę na rozpędzenie pojazdu, moglibyśmy dotrzeć na Lodową Ziemię za sześćdziesiąt kilka lat. Istnieje jednak jeden szkopuł: ponieważ kosmiczna próżnia nie jest wbrew swojej nazwie całkowicie pusta, przy tak ogromnej szybkości „Płomień” musiałby radzić sobie z gigantycznymi oporami. Spowodowałoby to niezwykle wysokie zużycie energii, a w tej misji najważniejsze jest ją oszczędzać. Czasu mamy pod dostatkiem, w przeciwieństwie do prądu.
— Ale przecież statek będzie zasilany własnym reaktorem termojądrowym?
— Tokamak – tak przy okazji, największe wyzwanie inżynieryjne tej misji – nie jest niewyczerpanym źródłem energii. Zabieramy ze sobą określoną ilość paliwa, deuteru i trytu; kiedy te zapasy się wyczerpią, fuzja jądrowa się skończy. Przewidujemy, że to się stanie już na orbicie Lodowej Ziemi. Te systemy statku, które będą jeszcze sprawne, przełączą się wówczas na zasilanie z baterii słonecznych. Nie będą jednak działać wiecznie, prędzej czy później, jak każde inne urządzenie, się popsują. W miarę jak ich moc będzie słabła, „Płomień” stopniowo zacznie opadać na planetę. I w końcu stanie się z nim to, co z każdym satelitą – spłonie.
— Ile będziemy mieli czasu na terraformację?
— Na inicjację terraformacji. A ile – to będzie zależało od działania entropii, od tego, jak długo statek będzie się jej opierał. Warto jednak pamiętać, że zadaniem tej misji jest rozpoczęcie pewnego procesu, który będzie postępował samoczynnie już po jej zakończeniu. Niestety, są to perspektywy przekraczające długość życia jednego człowieka. Musimy więc uzbroić się w wyjątkowy rodzaj cierpliwości, a nawet pokory.
— Dla was, pracujących przy misji, jest to chyba szczególnie trudne?
— Nie, wręcz przeciwnie. Cały czas mamy w pamięci, że jesteśmy jedynie kolejnym pokoleniem, które angażuje się w jej przeprowadzenie. Nie jesteśmy wyjątkowi, stanowimy po prostu kolejne ogniwo w łańcuchu.
— Co to za zdjęcie, które trzymasz w rękach, Al?
— To mój dziadek, mój ojciec i ja. Mój dziadek był jednym z konstruktorów „Sojournera”, pierwszego łazika na Marsie. Ojciec pracował nad pionierskim silnikiem na antymaterię – jak wiemy, ten projekt zarzucono po dwudziestu latach prac – a teraz moja kolej. Teraz ja podejmuję rękawicę.

Gdy dopadliśmy supermarketu, jednego z tych, które budowano niegdyś na przedmieściach miast, Jake miał dość. Ledwie znaleźliśmy się w osłoniętym miejscu, osunął się na ziemię i oparł o ścianę. Było jasne, że tym razem zwiad spada na mnie.
Położyłem obok niego manierkę i dwa batony – resztkę żywności, jaka mi została.
— Pilnuj tego.
— A ostatnie słowo dla żony?
— Że może dać każdemu, poza tobą — odpowiedziałem płynnie, co było łatwe, bo nigdy nie miałem żony.
Zgięty wpół, przebiegłem wzdłuż budynku. Gdy wyjrzałem za róg, zobaczyłem parking – kwadrat szarego asfaltu przyklejony do ziemi jak brudny opatrunek. Chmury się podniosły, pustą przestrzeń barwiła czerwień zachodzącego słońca.
Skręciłem za róg. Natknąłem się na kilka porzuconych wózków; ich metalowe części skuwała rdza. Na ziemi leżały jednorazowe reklamówki, wiatr nie dawał im spokoju.
Upadłem obok drzwi i oparłem plecy o ścianę. Odetchnąłem kilka razy, po czym przechyliłem się, by zajrzeć do środka.
Nic, tylko czerń.
Uklęknąłem i wcisnąłem palce w szparę między plastikowymi drzwiami. Zaparłem się nogami i szarpnąłem. Raz, drugi, trzeci… Rozległ się chrzęst, plastik z trudem pozwolił się przesunąć.
Wielka hala, splądrowane regały. Pomyślałem, że zamiast mocować się z drzwiami, mogłem poszukać wejścia od tyłu albo z rampy rozładunkowej – kierując się szlakiem tych, którzy byli tu przede mną. Mijałem jedną alejkę po drugiej, rozglądając się za zapleczem. Dookoła panowała cisza, ledwo słyszalny dźwięk moich kroków brzmiał w niej jak stąpanie olbrzyma. Węszyłem intensywnie – nos nieraz dostarczał mi kluczowych informacji, jeszcze zanim zrobił to wzrok.
Kurz i pleśń, to było jedyne, co wyczułem w pomieszczeniu. Odór bezpieczeństwa, ale też beznadziei. Supermarkety były plądrowane jako pierwsze, dobrze to wiedziałem. Mimo to nakazałem sobie cierpliwość. Coś się musi tutaj znaleźć.
Najlepiej woda. Zostało nam pół manierki, kropla w morzu potrzeb.
Minąłem jedne drzwi do magazynów, wymacałem palcami dziurę w miejscu, gdzie niegdyś znajdował się zamek. Potem drugie; na ziemi obok nich znalazłem rozbitą kłódkę. Dopiero trzecie drzwi stawiły opór. Naparłem na nie ramieniem, coś je blokowało od wewnątrz. To może być pułapka, przemknęło mi przez myśl, ale zdecydowałem się zaryzykować. Odsunąłem się kilka kroków, a potem z rozpędu uderzyłem w drzwi barkiem.
Przy okazji: nie róbcie takich rzeczy, jeśli nie chcecie oglądać gwiazd. Mnie wyświetliły się całe konstelacje, przepiękne kolorowe obłoki składające się z rozświetlonych punktów. Miałem przy tym wrażenie, że ktoś jednym ciosem odrąbał mi bark razem z ręką.
Byłem sam, więc nie musiałem udawać. Krzywiąc się jak po occie, rozmasowałem ramię. Drzwi jednak ustąpiły na tyle, że mogłem się wcisnąć do środka.
Wynfred, brawo, znalazłeś łazienkę! Jednocześnie poczułem wilgoć i słodkawą trupią woń. Pod drzwiami, opierając się o nie plecami, siedział nieboszczyk. Zignorowałem go, wiedziony impulsem, najpierw dopadłem ściany. Zapomniałem o bólu; wymacałem zlew, odkręciłem kurki, pochyliłem się i przycisnąłem usta do kranu. Wyobraziłem sobie, że zaraz popłynie woda i że się nią zachłysnę, nareszcie ugaszę pragnienie, a na koniec podstawię pod strumień całą głowę.
Oczywiście nic takiego nie nastąpiło. Jake widząc mnie, miałby ubaw.
Cofnąłem się do trupa. Uklęknąłem przy nim, wyjąłem latarkę. Gdy ją zapaliłem, obok nieruchomej ręki zobaczyłem manierkę. Podniosłem ją ostrożnie; pusta.
Wstrzymując oddech, zacząłem przeszukiwać nieboszczyka. Żadnego jedzenia, żadnej amunicji. Za pasek miał zatknięty pistolet – w komorze nie było nawet jednego naboju. Składany nóż, fotografia kobiety, nieładnej. Nic przydatnego, myślałem, przyglądając się nieruchomej głowie, która opadła na piersi. Chłopak w moim wieku, zauważyłem, tłumiąc emocje.
Mnie też kiedyś ktoś znajdzie, przeszuka moje kieszenie… Nie, nigdy, obiecałem sobie.
Nagle moja dłoń natrafiła na coś w kieszonce na piersiach. Kawałek papieru, równo złożony. Wyjąłem go, rozprostowałem. Wyjąłem z ust świecącą słabiutko latarkę i zbliżyłem ją do kartki.
Chwilę siedziałem bez ruchu. Potem poderwałem się i wróciłem najkrótszą drogą do Jake’a.
— Zabezpieczyłeś? — zapytał, ledwie się zbliżyłem.
— Jeszcze nie. Patrz! — Wcisnąłem mu w rękę kartkę, którą znalazłem przy trupie.
Nie popatrzył.
— Ty matole!
— Patrz, co tu jest! — Wyszarpnąłem mu karteluszek i podetknąłem pod oczy. — Dokładne współrzędne geograficzne nadajnika! Co do minuty i sekundy! Rozumiesz, co to znaczy? Jak go znajdziemy i uruchomimy, skontaktujemy się z tamtymi tam. — Podniosłem wzrok na niebo. — Tak, skontaktujemy się z „Płomieniem”!




Dodano: 2021-09-03 10:31:35
Komentarze
-Jeszcze nie ma komentarzy-
Komentuj


Artykuły

Wywiad z R.J. Barkerem


 "Kraina Lovecrafta" - książka a serial

 Sam Sykes - wywiad z autorem "Siedmiu czarnych mieczy"

 Wiedźmin Netfliksa: zachwyt czy rozczarowanie?

 Nie tylko Netflix animuje króliki, czyli „Wodnikowe Wzgórze” przez dekady

Recenzje

Salik, Magdalena - "Płomień"


 Flint, Eric & Weber, David - "1634: Wojna bałtycka"

 Vinge, Vernor - "Ogień nad otchłanią"

 Masterton, Graham - "Susza"

 Miller, Madeline - "Pieśń o Achillesie"

 Szmidt, Robert J. - "Ostateczne rozwiązanie"

 Chakraborty, S.A. - "Miasto Mosiądzu"

 Sturgeon, Theodore - "Więcej niż człowiek"

Fragmenty

 Salik, Magdalena - "Płomień"

 Maszczyszyn, Jan - "Chronometrus" #2

 Maszczyszyn, Jan - "Chronometrus" #1

 Barker, R.J. - "Czas skrytobójców"

 Masterton, Graham - "Susza"

 Maciewicz, Monika - "Wiedma"

 Shusterman, Neal & Shusterman, Jarrod - "Susza"

 Marillier, Juliet - "Syn cieni"

Projekt i realizacja:sismedia.eu       Reklama     © 2004-2021 nast.pl     RSS      RSS