NAST.pl
 
Komiks
  Facebook
Facebook
 
Forum

  RSS RSS

 Strona główna     Zapowiedzi     Recenzje     Imprezy     Konkursy     Wywiady     Patronaty     Archiwum newsów     Artykuły i relacje     Biblioteka     Fragmenty     Galerie     Opowiadania     Redakcja     Zaprzyjaźnione strony   

Zaloguj się tutaj! | Rejestruj

Patronat

Barker, Clive - "Księgi krwi. I-III"

Flint, Eric & Weber, David - "1634: Wojna bałtycka"

Ukazały się

Gray, Claudia - "Star Wars: Wielka Republika. W ciemność"


 Lafferty, Mur - "Han Solo. Gwiezdne wojny – opowieść filmowa"

 Guzek, Marcin A. - "Szare Płaszcze: Chwała Imperium"

 Sablik, Tomasz - "Lęk"

 Hill, Joe - "Upiory XX wieku" (2021)

 Małecki, Jakub - "Święto ognia"

 Grubich, Bartłomiej - "Koniec. Baśń o mieście, w którym zawsze pada deszcz i skończył się świat"

 Masterton, Graham - "Dom stu szeptów"

Linki

Maszczyszyn, Jan - "Chronometrus"
Wydawnictwo: Genius Creations
Cykl: Podmorskie Imperia
Data wydania: Wrzesień 2021
ISBN: 978-83-7995-554-1
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
Format: 125×195 mm
Liczba stron: 668
Cena: 49,99 zł
Tom cyklu: 2



Maszczyszyn, Jan - "Chronometrus" #2

Pod łóżkiem zauważyłem dość spore pudełko wykonane z materiału podobnego do miedzi, o zaokrąglonych kształtach i wybitnie skomplikowanym zdobieniu. Pochyliłem się i wielkim zainteresowaniem pociągnąłem je w krąg światła kabinowego. Natychmiast ujrzałem wypukłą szybkę i odkryłem, że wieko jest tak uchylone, jakby niewielka wewnętrzna sprężyna wypchała pokrywę do stanu otwarcia. Uniosłem nowy przedmiot i obejrzałem go. Z boku zauważyłem kilka poprzerywanych drutów i przecięte rurki. Byłem zdumiony obecnością tego pudełka w pokoju Leah. Do czego niby miałoby służyć? Skąd pochodziło? Czyżby mała zakradła się na piętro Atlantów i znowu coś ukradła?
Przebiegłem palcami zdobienia skrzynki i odkryłem symbole pisma znanego mi już z posiadanego przez córkę klucza. Czyżby znaleziona blaszka służyła do otwarcia tej niewielkiej szkatuły? No cóż, musiałem jakoś sobie udowodnić moje podejrzenia.
Ukląkłem i zajrzałem głębiej pod łóżko, odkrywając więcej tam ukrytych przedmiotów. Były to świecące obręcze, grzechotki i podobne do jaszczurzych lalki zupełnie nieznanego mi pochodzenia. Byłem zdumiony tą kolekcją. Czyżby wszystko to mała przyniosła w wypchanym plecaku, aż z dalekiego Inverlock? Postanowiłem tę kwestię rozstrzygnąć zaraz po jej powrocie ze szkoły, ale że miałem inne obowiązki, wróciłem do tematu dopiero dwa dni później.
Zaszedłem do pokoju córki, trzymając w ręku zabrane z jej stolika nocnego rysunki schematów pokładowych. Spytałem ją o nie z nieukrywanym zainteresowaniem.
– Zdumiewasz mnie znajomością statku – zareagowałem na jej dojrzałą odpowiedź, bowiem rozpatrywała istnienie nieznanych nam pustostanów. Usiadłem na brzegu łóżka i natychmiast zauważyłem po jej minie, że w czymś przeszkodziłem. Próbowała ukryć coś pod poduszką, ale że ujrzałem ruchomy ogon tego czegoś, bez namysłu stworzenie to przede mną objawiła. – Czy to płaz przyniesiony tu z jaskini? – niemal wykrzyknąłem w zdumieniu.
– Ależ nie… Uspokój się, tato. – Pogładziła jaszczurzy pyszczek i wziąwszy stwora na ręce, od razu mi podała. Trzymałem go z pewną obawą, dopóki on sam nie uznał, że wygodniej mu będzie na łóżku. – To Drodo. Znalazłam go zagubionego w brudnych korytarzach. – Mówiąc to, miała zapewne na myśli części jeszcze nie eksplorowane, jak pozbawione światła, pokryte ściennym grzybem i rdzą korytarze lub kompletnie zagracone przejścia. Nie od razu przypuściłem, że kierując się mapami dotarła do owych przez siebie postulowanych, nieznanych przestrzeni. – Być może ktoś z ganimedowych obdartusów przyniósł na pokład tego pięknisia i potem go zgubił? – spróbowała zamydlić mi oczy.
– Myślisz, że tak od razu ci uwierzę? – I tu zaśmiałem się z jej miny. – Przecież odkryłem tu kiedyś, odwiedzając cię przypadkiem, pudełko miedziane z szybkami, przypominające lampowy klosz. I wiesz, bardzo przypominało jaszczurzą klatkę.
– Zatem odkryłeś mą tajemnicę – rzuciła z zawodem. – Nic się przed tobą nie ukryje. Jest jak mówi mama, jakimś ponadnaturalnym zmysłem się kierując, zawsze pojawisz się w miejscu i czasie niestosownym.
– Tak mówi mama? Oj, wy dwie małe konspirujące żmije – rozczochrałem jej nieułożone włosy. – Dalej, powiedz mi wreszcie, co odnalazłaś na inskrypcji ukradzionego wujowi Atlancie klucza – zażądałem całkiem polubownym i sympatycznym tonem. Tak jak przypuszczałem, mała tylko na to czekała… I rozgadała się swym niezwykle przemądrzałym, dziecięcym sposobem:
– Nie wiem, czy zauważyłeś, ale sumaryczny obszar w schematach korytarzy w systemie podobnych pięter nie zgadza się z założonym. Wydało mi się, że czegoś tu brakuje. Dało mi to do myślenia. Pokonałem wiele kilometrów, obchodząc je i cierpliwie wykreślając plany. Przypadkiem ze zdumieniem odkryłam różnice materiałowe w budowie niektórych ścian. Użyty materiał różnił się od tego zastosowanego w ogromnej większości do budowy „Chronometrusa”. Poddałam próbkę analizie w laboratorium mamy, za jej wiedzą i przyzwoleniem. Datowanie węglowe wykazało, że przegrody wzniesiono w okresie znacznie późniejszym niż reszta konstrukcji. Stanęłam zdumiona. Nic nie rozumiałam. Ale odpowiedź podyktowała mi właśnie znaleziona blaszka, a właściwie zagadkowa inskrypcja umieszczona po jej obu stornach. Mówiła coś o dopasowaniu materiałowym, chemicznym. Chodziło tu o stopy metaliczne nieznane w naszej obróbce hutniczej.
– Dziecko, wręcz zaskakujesz mnie nie tylko słownictwem, ale i wiedzą, a logiką myślenia wprost szokujesz. No dalej, opowiadaj, bom coraz bardziej ciekawy – przerwałem jej, siadając z wrażenia na brzegu łóżka. Pociągnąłem ją tymi słowy za język.
– Klucz o kształcie grzebienia wpasowywał się w szczególne pęknięcie metalicznej powierzchni. Szybko odkryłam, że pewne części okrętu gwiezdnego pozostały podwójnie zabezpieczone, najprawdopodobniej przez konstruktorów i właścicieli, bo alfabet użyty do zapisu inskrypcji nie różni się od tego użytego na widzianym przez ciebie pojemniku do przechowywania śpiących jaszczurek. Podobne pomieszczenia odkrył w swoim czasie pan Duncan. Zawierały sarkofagi i hibernowanych w nich pilotów.
Nagle zrozumiałem, Aż zimny pot wstąpił mi na czoło, a po plecach przeczołgał się lodowaty dreszcz. Rozwarłem usta, śledząc jej słowa, aż dotknęła mnie ich groza.
– Blaszka wnika w szparę ściany, a ta otwiera z sykiem ukryty właz, przez który każdy dotrzeć może do śpiących władców. Wpierw się zawahałam, ale potem ciekawość wzięła górę. Ostrożnie przekradłam się do wielkiej, ciemnej hali, potem do mniejszej i jeszcze mniejszej, aż wreszcie odkryłam śpiące dzieci i tę znaną ci już jaszczurkę w jej niewielkim hibernacyjnym bębnie.
– Zabraniam ci tam chodzić. Rozumiesz? Zabraniam. Gdzie masz ten klucz? Od dziś pozostanie on w mojej pieczy! – krzyczałem, odebrawszy blaszkę córce. – I nic nie mów matce. Ani słowa nikomu! Nawet Ocearusowi. Zanim czegoś nie wymyślę, sza…
Postanowiłem sam rozpoznać sprawę i odtąd podejrzliwie spoglądałem na kręcące się po naszym mieszkaniu zwierzę. Drodo codziennie obwąchiwał moje spodnie, jak pies się kręcił. Był ruchliwszy niż jakikolwiek znany mi płaz. I dużo sprytniejszy.
Gdy próbowałem sam sobie uprzytomnić różnorodność i wagę toczących się z gigantyczną prędkością wydarzeń, chwytało mnie zakleszczające gardło przerażenie. Jak ja, niemłody już przecież mężczyzna, mogłem na poniewierkę skazać siebie i własną rodzinę? Jak mogłem zrezygnować ze spokojnego, dostatniego życia na rzecz ryzykownej przygody? Ile było we mnie miłości własnej, że nic się nie liczyło; nic – bardziej niż urażone ambicje i honor?!
Nawet nie przejrzeliśmy całego tego kolosa, tylko łatwowiernie korzystaliśmy z półmisków, łyżek i garnków nam podanych. Przejęliśmy marne pokoje, dobrowolnie oddając wszystkie luksusy ich wyposażenia przemyślnym Atlantom. Podjęliśmy prace, podczas gdy oni mogli się do woli wysypiać, wygrzewać oparci na kaflowych piecach i flirtować z rybopodobnymi Khili, gdy ich żony rodziły. Jak postrzegać obce brudy lub może wirusy, nieczyste wody i tak pospolite, a obecne wszędzie, rozplenione na ścianach grzyby? Jako zagrożenie? A sam pojazd? Po tym czasie wydawał nam się zimny, obcy i w części ludzkiej niechlujnie zarządzany.
Obawiałem się, że nigdy nie będę w stanie pomyśleć o nim jak o „domu”. I zapewne ci posuwający się w nim na skali czasu Atlanci mieli podobne wrażenia, bo nie wysilili się na żadne finezyjne zdobnictwa, umeblowanie, donice, czyli zwykłe ocieplenie wizerunku miejsca, w którym przebywały tysiące ciężko pracujących osób. Skąpo zdobione kolumnady i parki kwietne należały zapewne jeszcze do tych pierwszych szkaradnych władców, bez wątpienia artystycznych troglodytów.
Ludzie nasi albo snuli się po olbrzymich, wypełnionych mgielnym całunem korytarzach, albo siedzieli, utkwiwszy zmęczony wzrok w ocieplonych kaflowym wzorem ścianach. Stawali się z dnia na dzień coraz bardziej ponurzy i jałowi. Niektórzy ćmili długie fajki. Inni przesypiali całe wolne dnie.
Zasiedliśmy zwyczajowo z lordem i profesorem przy nakrytym restauracyjnym stoliku i raczyliśmy się po pracy winem i cygarami. Rozmowa jak zwykle krążyła wokół mechanizmów nastawczych i peryskopowych, podczas gdy ja zastanawiałem się, w jaki sposób przedstawić dręczącą mą sprawę, nadmiernie nie potępiając, wręcz przeciwnie –usprawiedliwiając postępowanie dziecka. Jak zwykle rej wodził pan Duncan. Tego dnia jednak zboczyliśmy z tematu zwyczajowej pogawędki, schodząc wprost na zagadnienia chronomocji. A w tym temacie najtrudniej było znaleźć miejsce na umieszczenie stosownego wtrętu.
– A nie paraliżuje pana strach przed zwierzętami, które posiadłszy już arystokratyczne maniery i krew szlachetniejszą od pańskiej, spoglądałyby na pana z góry? – zaśmiał się Ocearus, cały jeszcze czerwony na twarzy od stresującej go pracy na uczelni.
– No owszem, mam pewne obawy przed światem jako takim. Ewolucja może nas tam zanieść i zezwolić zjeść w mgnieniu oka albo zacząć płatać takie figle, iż będziemy zmuszeni się ukrywać – wyznał lord.
– A więc wyobraża sobie pan stworzenia milionkrotnie od nas inteligentniejsze, posługujące się nie jedną platformą jaźni, a setką, sprzęgniętą jak rumaki w rydwanie? – zapytałem profesora.
– Dlaczego pan tak myśli?
– Mając na uwadze wzrost ekspotencjalny, długość kodujących programów DNA przewyższy tam wszystko, co znamy.
– A więc popiera pan owe bujdy Atlantów o genetycznych kodach? – zapytał lord.
– Nie są to bynajmniej bujdy, panie Duncanie – zaoponował profesor. – Pewnikiem jest ich skomplikowanie u istot wyższych, takich jak ludzie i Atlanci.
– I długość jednego łańcucha wydobytego z ludzkiej komórki miałaby się rozciągać od Ziemi do Księżyca? – naśmiewał się ciągle pan Bizzard.
– W innym aspekcie zapewne tak, lecz nie w sensie, o jakim pan myśli – tłumaczył uczony. – Mówi się, że w przypadku człowieka są to dwa metry skręconego w pojedynczym jądrze kodu. Natomiast dodana całkowita długość wszystkich tych zapisów w organizmie ludzkim, ułożonych jeden za drugim, przekroczyłaby kilka milionów kilometrów, czyli sięgnęłaby dalej, niż wynosi dystans z Ziemi do Księżyca. Z tym że suma informacji genetycznej zawartej w genomie człowieka jest mniejsza niż osiemset „MB”, cokolwiek miałoby to znaczyć.
– Cokolwiek miałoby to znaczyć w klasyfikacji Atlantów? – upewniał się lord.
– No właśnie.
– A więc przyroda dysponuje dwoma metrami kompletnej informacji?
– Nie całkiem. Część jest programowo zawieszona, jak już wspominaliśmy przy okazji odczytywania wersów starożytnej ajurwedy. Istnieje w stanie uśpienia, jest zablokowana i odizolowana.
– Czyli w przyszłości, w przykładowych szesnastu metrach podobnego kodu, może pan się spodziewać aktywności genetycznej w zaledwie dwudziestu procentach?
– Tak chyba przedstawia się sytuacja wszędzie w Galaktyce. Nie jestem ekspertem w tej dziedzinie. Z jakiegoś zapewne ważnego powodu towarzyszy naszemu życiu bagaż jego fundamentalnej konstrukcji wstępnej. Tworzący się embrion przemyka po tych instrukcjach rozwoju w pośpiechu przeglądającego księgę, niecierpliwego czytelnika. Stąd obraz rozwojowy nierzadko przypomina drogę prowadzącą od najmroczniejszego prymitywizmu do współczesnej szlachetności formy. Nie jestem wybitnym znawcą teorii ewolucyjnej, ale obraz ten mi imponuje i co więcej, przekonuje mnie. Musi pan zapytać o szczegóły madame De Waay.
– Wie pan, czytywałem ongiś na głos Woydena przed klasami osiłków armijnych – wyznał lord. – Uważał on, człowiek szczodrobliwy i w armii zaangażowany, że owe społeczności robaków w przyszłości dojdą do takich technik organizacyjnych, o jakich nam ludziom się nigdy nie śniło z braku zamiłowania do karności. Boję się… i rzecz otwarcie przed panami przyznam, że możemy napotkać w miejscu przeznaczenia takie gremia wyewoluowane z naszych karaluchów, że włos nam stanie dęba. Nie chciałbym żyć obok cuchnących gnojem dwumetrowych bestii; karnych, regulaminowo wyprężonych, patriotycznych i upartych w boju.
Nagle usłyszeliśmy dzwonki. Wpierw zbagatelizowaliśmy sprawę, potem zorientowaliśmy się, że coś w mocarnej maszynerii idzie zgoła złym trybem, że to kotłowi alarmują, a od roku nie przydarzył im się podobny przypadek.
Pędem rzuciliśmy się piętro wyżej.
I nic.
I jeszcze wyżej. Tutaj znajdowały się kajuty moje i Abelii. Zapukałem do domu.
– Niesłychanie zrobiło się gorąco – powiedziałem. A tu zaalarmowała mnie zaraz przy wejściu blada od przestrachu żona.
– Jack, nie ma naszej córki! Gdzie jest Leah! – z płaczem krzyczała. Nie uważałem, aby w tym momencie był jakikolwiek powód do paniki. Mogła być wszędzie. Mogła pozostać dłużej w szkole, mogła być u przyjaciółki – uspokoiłem ją wreszcie ostrzejszym słowem. Wytarła oczy i przestała.
Mimochodem dotknąłem kieszeni surduta. Sprawdziłem. Była pusta,
Pomimo gorąca oblał mnie zimny pot.
W kieszeni nie było klucza.
Natychmiast wybiegliśmy na korytarz i dołączyliśmy do naszych przyjaciół. Wszyscy zaintrygowani podeszliśmy do zegarów mierniczych, umieszczonych w panelu korytarza. Na żadnej skali nie odnaleźliśmy powodów do niepokoju. Nic nie wskazywało źródeł takiego rozgrzania. Nie była to więc wina ogólnej temperatury.
– Nie podoba mi się to. – Ocearus wskazał zamrożone na poziomie dwudziestu stopni Celsjusza skale termometrów pokładowych.
– Myśli pan, że gdzieś jeszcze pominęliśmy w serwisach jakoweś sprzęty? Gdzieś coś grzeje? Jakieś niespisane wentylatory energii psychicznej? – pytałem z coraz większą obawą.
– Tylko Atlanci wiedzieliby jakie – odparł zgryźliwym tonem. Ale raptem jakby coś sobie przypomniał i kazał iść za sobą. Pozostawiłem Abelię z przyjaciółmi i ruszyłem za uczonym.
– Czemuż ich nie zawezwiemy? Skąd bierze się ten organizacyjny rozgardiasz? – pytaliśmy go na przemian z lordem.
– Czy pan myśli, że jak mu powiem, w czymkolwiek to pomoże? – pytał uczony, krocząc szybko. – Tylko niepotrzebnie się pan rozgorączkuje, a to zbędne jest w konsekwentnym postępowaniu.
Lord przysunął się do mnie bliżej.
– Dziwnie pan prawi – rzucił, spoglądając złym wzrokiem. – Lubię wiedzieć, jakim niebezpieczeństwom podlegam. – Jako że pełnił służbę naczelnego komisarza, zaraz wyciągnął rewolwer skalny, nabity cennymi rolgułami. Broń zalśniła w jego dłoni. – Niechże pan się zatrzyma i natychmiast mówi, bo broń może niepotrzebnie wypalić. – Arystokrata raczył sobie nie żartować.
– Pan mi grozi?
– Ależ nie… – zamieszał się pan Bizzard.
– No, ja myślę… Zdaje się, że ktoś zakradł się do nastawni od strony blaszanych strychów. – Profesor postanowił być szczery. – Raczy pan spojrzeć na sklepienia, a zaraz waszmość zauważy, jaka stamtąd bije pomroka. Toczy się niby ciemna mgła. Aż iskry splatają podłogę z czymś wiszącym ponad i mieniącym się niczym wielki wirujący żyrandol.
– Znam ten rezultat! – odezwał się lord. Podał mi swój rewolwer i podskoczył uzbrojony w dwa różne kolty. Nie dało się go powstrzymać, tak szalał.
– Wiedziałem – westchnął w mą stronę uczony. – Pobiegł na zatracenie. A nie pomyśli choćby przez chwilę, że wróg nasz może być tym razem również uzbrojony.
– A cóż to za dziwadło? – spytałem.
– Pamięta pan zabitego na schodach lub tych pod szkłem? To podobny do tamtych jegomość, tyle że rozbudzony, bo opalizujący energią we wszelkich możliwych pasmach rażenia. Zatem wiadomo już, skąd to piekielne gorąco się bierze.
– Skąd?
– Rodzi się w nas samych w postaci mikrofalowej radiacji. Ktoś pragnie czym prędzej nas ugotować.
– Niech pan nie zwleka, profesorze, tylko biegnie do gongu i budzi Astryldę! – błagałem. – Ja tymczasem popędzę na sam dół za tym szaleńcem.
– A pańska żona? Nie lepiej, żeby był pan przy niej?
– Przy pana osobie będzie bezpieczniejsza niż przy mojej. Na zbyt porywczego trafiła męża.
– I ja tak myślę – uśmiechnął się Molier.
A więc stało się to, czego się obawiałem.
Pierwotny pilot unosił się ponad umorusanymi operatorami nastawni z dziwnym, usypiającym szczebiotem. Wydawany dźwięk nie wiązał się bynajmniej z chęcią zaznania przedśmiertelnego ukojenia. Nie miał też na celu pieszczoty. Istota nabrzmiewała od piekielnego lśnienia, wydobywającego się z okolic jej geometrycznego centrum. Zdawało się jednak, że sama nie produkuje tych wszystkich elektrycznych cech mocy, tych pól skotłowanych, poplątanych przyciągań i rozprężeń. Rozedrgana powierzchnia mebli, pęknięte szyby w szafach i szalone drżenie naszych ciał dowodziło, iż pobiera telepsychiczną siłę z najbliższego otoczenia. Zasysała i sprowadzała do wspólnego mianownika wszelkie dostępne umysłowe prądy. Jakby wiązała nas żywych we własnym, prywatnym zaangażowaniu, powodując wzrastający chaos myśli i rozlewającą się leniwie uległość. A więc stąd, przypuszczałem, brało się owo całkowicie irracjonalne odczuwane przez nas, nieznośne gorąco!
Emitowane przez nią docelowe dawki promieniowania doprowadzały ciecze w ludzkich ciałach do stanu obłędnego wrzenia. Zmarniałe ofiary, dopiero co sztywno zaparte o szafy, już zmieniały się w rozlewające się kałuże. Pierwotny pilot witał te przemiany nieprzerwanym, gardłowym gulgotem. Przechadzał od operatora do operatora, rażąc naprzemienną strugą tajemnej energii i zwyczajnego ciepła.
Nie było w tym sposobie mordowania bynajmniej nic sztucznego. Nie produkowała go żadna elektromagnetyczna cewka lub przemyślne druciane zwoje, ani wkomponowany w żebra rewolwer. To sama natura poprzez eony nieprzerwanych wysiłków ewolucji wyposażyła jego rasę w pełny zestaw zabójczych instrumentów, którymi umiejętnie posługujący się stwór z powodzeniem mógłby wygubić całe armie. Łatwa dezintegracja humanoidów tylko upewniała go, iż napotkał na swej drodze łatwego przeciwnika, stąd folgował sobie coraz śmielej, coraz frywolniej. Masowo ginęły ludzkie szczury, ledwie nadążając z wyrażeniem gestu rozpaczy.
Dość szybko ten rodzaj prostej śmierci wydał się dla istoty karą za małą. Zapragnęła plemię ludzkie dodatkowo zgnębić. Pomyślała o powolnym rozpowszechnianiu niewyobrażalnego bólu.
Stwór tedy opadał i rozciągał się, budząc ogólny popłoch. Ludzi przy kontrolnych szafach była jeszcze cała setka. Rozbiegali się, wzajemnie tratując się i odpychając, chowali się za meblami w przekonaniu, że blokująca jedyne wyjście istota zrezygnuje i odejdzie. Jednak ona ani myślała odstąpić. Wytrwale płynęła za nimi i z cichym poświstem zabijała. Coś w niej przeskakiwało po drodze, szemrało niczym zazębiające się trybiki. Gdy psychiczno–nuklearne ogniwa osiągały kolejne spodziewane optimum, dzwoniło niby milionem szklanych paciorków. Wtedy jej wciąż bezwładne nogi uderzeniami mosiężnych kopytek wybijały na podłodze zadziwiający dźwięk werbla, hipnotyczny puls, którym obezwładniał wszystkich wkraczających w strefę rażenia.
Stwór wracał do mordu. Jego dłonie to wysuwały się z bezwładnych długich ramion, niby wymykając się z ciasnego kokonu, to kryły. Niezgrabnie poruszał długimi palcami niby pałeczkami w przeźroczystych, wzbudzonych przeciągach powietrznych, i przyzywał magiczne tkaniny nieznanych struktur. Posiadłszy wszelki dostęp do znajdujących się w powietrzu magnetycznych fluidów, rozkazywał im czynić atmosferę trującą. Długie paznokcie potrafiły z gazów wydobyć ich mikroskopijne cząstki, smogi i smoły. Potwór potrafił przekierować te strugi w pobliże oddychających, a palcami krzesać śmiertelne iskry z atmosferycznej baterii. Kilku pechowców od doświadczenia nadmiaru tej indukcyjności w odległości dwudziestu metrów od stwora zaścieliło ciałami podłogi. A że byli to nominowani przez lorda Duncana poplecznicy hrabiego Volsura, ludzie twardzi i sławni, odnajdujący się znakomicie w funkcjach porządkowych i policjantów, panika pośród pozostałych nie miała granic. Przedśmiertelny wrzask wypełnił nastawnię. Poznali wszyscy wieść o nadchodzącej zgubie.
Nie zastanawiałem się dłużej. Uzbrojony w rewolwer pobiegłem prędko za lordem tam, gdzie sam pognał. A znalazł dość fortunny za szafami przesmyk, tuż przy zimnej ścianie. Z trudem nadążałem z przeciskaniem. Podrapany i poszarpany nierównościami mebli, bliski byłem rezygnacji. Nie wiem, czy znajdowałem w tym towarzyszeniu irracjonalną radość, czy tylko chciałem wesprzeć przyjaciela duchem. Czułem się jednak stracony, jakbym nie skradał się na dzikiego zwierza, a stawał naprzeciw nieprzewidzianym i śmiertelnym wyrokom losu. Bo tak postrzegałem niewiadomą bestię, rychtującą mi najpewniejszą ze wszystkich zagładę.
Mimo to zbliżyliśmy się niepostrzeżenie.
Dopiero całkiem z bliska ujrzałem na powierzchni parującego cielska poczwary – bo i ona się rozgrzała – resztki całkiem przyzwoitego munduru, rozdartego i zakrwawionego w kroczu. Nie wspierał się ów obcy oficer na żadnej lasce ani na nogach. Swobodnie i z rozmysłem lewitował. W wielkim jego pysku świeciły potworne ślepia w liczbie czterech, otwory wypełnionych cieknącym płynem. Usta miał nieuformowane, a uszy spłaszczone, zlepione z głową. Obracał nią na boki, w przód i w tył, jak ślepiec, i sprawdzał wszystko, co się tylko dało. Ujrzawszy mnie i lorda z wycelowaną bronią, wypowiedział coś, co najwyraźniej miało charakter obraźliwy. Czoło miał lustrzane, jak u wybitnych Atlantów, i fakt ten podsunął mi pewną myśl.
Czym prędzej wydobyłem z sygnetu kolejną szczyptę maści i wtarłem w czoło. Zaledwie zalśniło, a już popłynął do mnie przerażający komunikat. Zachwiałem się od transmitowanego gniewu i z wysiłkiem wsparłem się na pobliskiej technicznej kolumnie. Przyjaciel mój, chcąc nas w tym momencie ukryć, nie potrafił mnie oderwać. Aż pozieleniał z przestrachu, widząc takie efekty odziaływania magnetyzmów i bliskość naszej śmierci. Pierwszy raz ujrzałem, że zaczął się bać zbliżającego się tworu. Po podłodze bowiem skakały od przybyłego monstrum straszliwe iskry i fale jakby widzialnego powietrznego żaru. Wyładowania zbliżały się ku nam z niepokojącą chyżością. Raptem razem oderwaliśmy się od kolumny. Kolty w dłoniach lorda zadrżały i wypadły. Niezręcznie podjął jeden z nich z podłogi, w ostatniej chwili, i znów go upuścił. Rewolwer parzył. Teraz pan Duncan, zupełnie już zrezygnowany, gwałtownie cofał się wraz ze mną ku ścianie, podczas gdy stwór leniwie postępował za nami. Uznał być może, że ma do czynienia z dwójką negocjatorów, bo nagle dotarły do mnie jego słowa–myśli. Być może nasz wróg zauważył wyziernik i zafascynowany, zastygły w zapatrzeniu, narzekał:
– Jakiż to sens hulać po jednej orbicie z podobną żwawością? Zawrotów głowy można dostać od podobnej nawigacyjnej głupoty. – Przepatrywał dostępne mu szafy. Utkwił spojrzenie swych potwornych oczu w mej twarzy i wytransmitował: – Toż to wyzysk masy i pędu! Poszaleliście? Dokąd zmierzacie? – Ocknął się raptem, odczytując me myśli: – Do miast i szlaków, na których wszyscy już pomarli? Po co?
Nie zdołałem powstrzymać przyjaciela. Zanurkował pod unoszącym się w powietrzu stworem, ryzykując poparzenie, porwał po raz kolejny własną broń z posadzki i niepomny rosnącej temperatury, szybkim ruchem wcisnął pomiędzy ohydne żebra. Strzelił kilka razy. Na grzbiecie istoty pojawiły się otwarte, okropne rany od szalejących rolguł koltowych. Straszne ciało opadło. Pan Duncan cudem się spod niego wykaraskał, wymknąwszy się fortunnie tylko dzięki mej i innych pomocy.
Lord Bizzard nogą przyparł jeszcze głowę bestii do posadzki, aż zazgrzytało, i dobił potworę uderzeniem mierniczego pręta. Od tego momentu po kaflach jeszcze przez kwadrans chodziły elektryczne wstęgi, wypromieniowujące echa i ostrzeżenia na falach wzbudzonego eteru.
– Dobrześ pan zadziałał! – wykrzyknął Astrylda, nadbiegający z ujadającymi wściekle chartami. – Wszystko obserwowałem z mostka. Medal się należy strzelcowi, a panu za odwagę! – wyjawił, z radością mnie szturchając.
Zatrzymał się przy trupie i rozkazał towarzyszącym mu bestiom nawąchiwać i chwytać ofiarę zębami. Stanowczo prosił psy, by podjęły tropy. Wkrótce już biegły w kierunku rozwartych tajemnych komór i przejść, o których nikt oprócz mojej małej córki od startu nie wiedział.
– Proszę pana bardzo, lordzie Duncanie – mówił rozgorączkowany Atlanta, potrząsając ramieniem zszokowanego elektrycznymi prądami lorda. – Niech pan się opamięta. Otrzeźwi solami. Przełknie mocnego trunku. Przemyje twarz i zaraz bieży za nami. Bezcenny pan jesteś! Psy mi się migiem uwiną. Poszły po śladach w mroki. Drużyny Atlantów z bronią już idą, ale obecność pana i hrabiego okazać się może niezbędna. – Obrócił się do swoich i obcych. Zakrzyknął: – Za każdy roztrzaskany łeb pierwotnego załoganta obiecuję sporą premię. Obejdziemy „Chronometrusa” w poszukiwaniu łotrów. – Pomimo radości ze zwycięstwa Astrylda zdawał się roztrzęsiony. Co by nie powiedzieć o pierwszych właścicielach statku, z jakiegoś niezrozumiałego powodu myśl o nich burzyła spokój tego dumnego narodu. Na widok roztopionych ludzkich ciał Atlantów ogarnął strach nie do opisania. Widać dawniej już doświadczyli podobnych widoków, jeśli nie na własne oczy, to w opisie kronikarskim.
Nadchodzący wyglądali na zdesperowanych. Tym razem wszystkim nam rozdano broń o kalibrze jak na grubego zwierza. Stało się jasne, że już nie odpuścimy, że podążymy za tropem do samego końca, tym bardziej iż skrywany przez tysiąclecia długi i wijący się korytarz prowadził do nieznanych zaułków, powiększając nasz teren. Czuliśmy stamtąd wielki przeciąg, jakby dopiero co otwarte komory potrafiły zassać w siebie całe powietrze molocha.
Śpieszyliśmy się.
Wkrótce dogoniliśmy psy, wciąż ujadające nad tropem. Nadal biegliśmy, za to charty przeskakiwały pędzących ludzi i ziejące mordy zawracały na coraz to inne kąty. Ciągnęły nas, wplątywały w zakamarki i nisze, jakby wszędzie tam czyhać mogły istoty parszywe, od ogromnych, wielonogich szczurów biorące rodowody.



Dodano: 2021-09-01 20:18:24
Komentarze
-Jeszcze nie ma komentarzy-
Komentuj


Artykuły

Wywiad z R.J. Barkerem


 "Kraina Lovecrafta" - książka a serial

 Sam Sykes - wywiad z autorem "Siedmiu czarnych mieczy"

 Wiedźmin Netfliksa: zachwyt czy rozczarowanie?

 Nie tylko Netflix animuje króliki, czyli „Wodnikowe Wzgórze” przez dekady

Recenzje

Salik, Magdalena - "Płomień"


 Flint, Eric & Weber, David - "1634: Wojna bałtycka"

 Vinge, Vernor - "Ogień nad otchłanią"

 Masterton, Graham - "Susza"

 Miller, Madeline - "Pieśń o Achillesie"

 Szmidt, Robert J. - "Ostateczne rozwiązanie"

 Chakraborty, S.A. - "Miasto Mosiądzu"

 Sturgeon, Theodore - "Więcej niż człowiek"

Fragmenty

 Salik, Magdalena - "Płomień"

 Maszczyszyn, Jan - "Chronometrus" #2

 Maszczyszyn, Jan - "Chronometrus" #1

 Barker, R.J. - "Czas skrytobójców"

 Masterton, Graham - "Susza"

 Maciewicz, Monika - "Wiedma"

 Shusterman, Neal & Shusterman, Jarrod - "Susza"

 Marillier, Juliet - "Syn cieni"

Projekt i realizacja:sismedia.eu       Reklama     © 2004-2021 nast.pl     RSS      RSS