NAST.pl
 
Komiks
  Facebook
Facebook
 
Forum

  RSS RSS

 Strona główna     Zapowiedzi     Recenzje     Imprezy     Konkursy     Wywiady     Patronaty     Archiwum newsów     Artykuły i relacje     Biblioteka     Fragmenty     Galerie     Opowiadania     Redakcja     Zaprzyjaźnione strony   

Zaloguj się tutaj! | Rejestruj

Patronat

Bardugo, Leigh - "Dziewiąty dom"

Bester, Alfred - "Człowiek do przeróbki" (Kolekcja Wehikuł czasu)

Ukazały się

Kulikow, Roman - "Sztych"


 Fitas, Bartłomiej - "Umarli nie wracają"

 Lee, Edward - "Bighead"

 Roth, Veronica - "Wybrańcy"

 Lunde, Maja - "Ostatni"

 Cholewa, Michał - "Dzika Karta"

 Silvera, Adam - "Syn nieskończoności"

 Watts, Peter - "Wir" (audiobook)

Linki

Weeks, Brent - "Gorejąca biel", część 1
Wydawnictwo: Mag
Cykl: Saga Powiernika Światła
Tytuł oryginału: The Burning White
Tłumaczenie: Małgorzata Strzelec
Data wydania: Wrzesień 2020
ISBN: 978-83-66409-24-8
Oprawa: miękka
Liczba stron: 656
Cena: 45,00 zł
Rok wydania oryginału: 2019
Tom cyklu: 5



Weeks, Brent - "Gorejąca biel"

Autorowi cyklu „Powiernik Światła” udało się rozbudzić moje oczekiwania, następnie je zawieść, aby na końcu znudzić. Mogę napisać: normalna rzecz w cyklu fantasy. Zwłaszcza w tym. Mimo to, muszę wskazać również na pozytywny aspekt: „Gorejąca Biel” to finał „Powiernika Światła”. Dla mnie był to ogromny atut, ponieważ przez większą część tej opasłej, podzielonej na dwie części, powieści, nie wierzyłem, że Weeks będzie chciał ten cykl zakończyć. Będę się upierał, że winę za mój brak wiary ponosił autor.

Od wydania poprzedniej części cyklu minęły chyba trzy lata. To szmat czasu (choć może to przesada, biorąc pod uwagę czas oczekiwania na kolejną część „Pieśni Lodu i Ognia” Martina), pozwalający na zatarcie w pamięci fabuły poprzednich części. Z pewnością ja pamiętałem ją tylko z grubsza, być może dlatego, że nie przypadła mi do gustu. Skoro nie wywołała pozytywnych, angażujących emocji, to nic dziwnego, że nie zapadła w pamięć. Autor (bądź wydawca) jednak wziął pod uwagę, że może być więcej takich czytelników jak ja i na początku „Gorejącej Bieli” umieszczono streszczenie poprzednich tomów. To naprawdę mnie uratowało; obawiałem się, że po przeczytaniu tej książki będę musiał pisać recenzję z ostrożnością sapera stąpającego po polu minowym.

Czytając powieść przez cały pierwszy tom i część drugiego nie wierzyłem, że to wszystko może się skończyć w tej odsłonie cyklu. Miałem wrażenie, że wydarzenia autor wymyśla na biegu. Gavin/Dazen podróżujący z Orholamem, Kip starający się ratować Chromerię. Ich towarzyszki i towarzysze wiernie stojący u boku blisko i w oddali, sznur pomniejszych wydarzeń i postaci. Oraz autor dokładający kolejne cegiełki do skomplikowanej intrygi, budujący piętrowe opowieści z przeszłości, które były dosyć przytłaczające. Ich celem było zapewne nadanie opowieści epickiego oddechu. W końcu to fantasy, w której bohater musi uratować cały świat. Musi być spektakularnie. Jednak to wszystko jest tylko typową dla gatunku dekoracją. Mocno klasyczną, przesiąkniętą magią i herosami. Aby rozbić sztuczność tego świata, dodać mu życia Brent Weeks zmienił nieco ton narracji (lub dopiero teraz to zauważyłem), ponieważ bohaterowie (głównie Gavin/Dazen i Kip) są bardziej „świadomi”. Posługują się bardzo współczesną ironią i sarkazmem. Dystansują się w ten sposób od wydarzeń i wylewającego się tu i ówdzie bez żadnej kontroli patosu. Kto wie, może w ten sposób sam autor się dystansuje od tego świata przeładowanego dziwnym systemem magii. Tak czy siak ta „odtrutka” na ogół działa, co muszę przyznać z niechęcią. Dzięki temu czytało mi się tę powieść w miarę sprawnie, nie grzązłem z niewidzącym spojrzeniem utkwionym w zadrukowaną stronę. Choć i nie śmiałem się. To nie styl Abercrombiego.

Ta część potwierdza również zbędność nieznośnej dla mnie maniery w cyklach niektórych pisarzy fantasy, polegającej na tworzeniu skomplikowanego systemu magicznego, do którego objaśnienia niezbędne jest tworzenie odrębnego dodatku. Zawsze uważałem i zawsze powtarzam się w recenzjach tego typu cykli, że jeśli już taki system trzeba wprowadzić, lecz jego zasady nie wynikają wprost z fabuły, to szkoda zachodu i jest to tylko kamień młyński przywiązany do fabularnej szyi. Tak było u Brandona Sandersona w „Archiwum Burzowego Świata”, którego lekturę z tego powodu porzuciłem. Nie inaczej jest u Weeksa. Całe to krzesanie, kolory, zależności między kolorami, używającymi ich krzesicielami itp. – przyznaję, że nawet nie przebrnąłem przez pierwszą stronę dodatków w żadnej części tego cyklu. Być może to również sprawiało, że się odbijałem od fabuły i nie byłem w stanie w nią wgryźć do tego stopnia, aby się zaangażować. I stąd też wynikać może moja rozbieżność w ocenie, sądząc po średniej na Goodreads (4,30/5 na ponad osiemnaście tysięcy ocen, gdzie moja to 2/5, ale tylko dlatego, że czytałem większy chłam w tym gatunku). Nie będę jednak tego weryfikował, czytając ten cykl ponownie. Raczej wolałbym o nim już zapomnieć.

Moja nadzieja na to, że to jednak ostatni tom zaczęła wzrastać w drugiej części za sprawą wydarzeń, które prowadziły do punktów zwrotnych wyciąganych jak króliki z kapelusza. Kulminacją tych prymitywnych rozwiązań jest pojawienie się na scenie postaci z poprzednich części. Miała być martwa, ale okazało się, że ojciec Gavina/Dazena wcale jej nie zabił, tylko uwięził na jakiejś zapomnianej wyspie. Ale nie na tyle zapomnianej, aby pani ta nie dała rady się uwolnić. Jak? Przy pomocy swojej przedsiębiorczości. Co to znaczy? Nikt nie wie. Masz to, główny bohaterze, czy czytelniku, przyjąć na wiarę. Zresztą, ujawnienie jej na tym etapie opowieści w zasadzie nie dawało już czasu na rozwijanie takich kwestii. Bardzo wygodne i sprytne posunięcie autora. Jednak najwyższy poziom stężenia patosu i idiotyzmów dopiero przed nami. Królową piratów przynoszącą Gavinowi/Dazenowi dobre wieści okazuje się była niewolnica jego matki. Pojawia się ona tylko po to, aby obwieścić, że podróżowała sobie po świecie (zapewne turystycznie, a nie łupiąc i rabując, jak to piraci mają w zwyczaju) i spotykała ludzi, którzy opowiadali jej (na pewno nie z nożem przytkniętym do szyi, przed oddaniem dobytku piratom), jakim wspaniałym i skromnym człowiekiem jest Gavin/Dazen. Pojawiał się bowiem znienacka, jak Batman lub Superman, wśród ludzi potrzebujących pomocy „Wpadał, ratował ludzi i znikał. Chronił swoich ludzi, ryzykował życie, jakby to było jego zadanie. Musi być setka wiosek z opowieściami o Pryzmacie, który zjawił się osobiście i uratował ich przed szalejącym kolorakiem, bandytami lub pazernym miejscowym gubernatorem. Nigdy nie przejmował się, ile go to będzie kosztować. Tylko Gavin Guile mógł wyśledzić nielegalny statek niewolniczy, wejść na niego, zamiast zatopić z odległości i uwolnić wszystkich na pokładzie, nie tracąc ani jednego człowieka.(...) Przemierzał całe cesarstwo i naprawiał problemy, jakie napotykał. Ratował statki przed sztormami. Przynosił leki z daleka. Sprowadzał przed sąd bezlitosnych. Był praktycznie niewidzialny, ale przynosił światło wszędzie, gdzie się udał. Ludzie kochają takiego człowieka. Ludzie idą za takim człowiekiem” (str. 567-568, tom 2). Gdybyście nie wiedzieli – Gavin/Dazen to tak jakby główny bohater tego cyklu. A tuż przed finałem trzeba czytelników oświecić, jaki był wspaniały. Istny bohater ludu pracującego miast i wsi, ikona proletariatu i prekariatu magicznej krainy fantasy. A jaki skromny! Bowiem po wygłoszeniu tego obwieszczenia o jego boskości, cóż może zrobić główny bohater? „I tak było – odpowiedział Dazen”. Przy tym doprawił to wewnętrznym głosem jakąś odrobiną goryczy, aby nie było, że taki pyszałek. Właśnie wtedy, niemal znikąd pojawia się wspomniana wcześniej bohaterka, która podbija bębenek patosu. I pojawia się przed ludem, który czeka Wiadomo Na Co, aby porwać go do walki imieniem Gavina/Dazena. Dodać należy, dla tych, którzy tego cyklu nie czytali, że Gavin/Dazen był jakby nie patrzeć władcą tego imperium (pod wieloma aspektami tytularnym, ale mimo wszystko). Z pewnością jest jego bardzo prominentną figurą. Już sam fakt, że po godzinach puszenia się jako Pryzmat musiał pojawiać się „znikąd” i rozwiązywać problemy maluczkich, które powinna rozwiązać administracja tak wspaniałego imperium, wiele świadczy o nim samym. Ale autor tego nie zauważa.

Szczerze pisząc, w trakcie lektury tego typu fragmentów do egzemplifikacji powyższych tez i wniosków pozaznaczałem mnóstwo. Brutalnie zaginając rogi kolejnych stron. Zdjęcie załączone do recenzji mogłoby oddać ich liczbę, ale i sama recenzja, byłaby dziesięciokrotnie dłuższa, gdybym skupiał się nad każdym z nich. Dlatego na koniec warto jeszcze wskazać, że w finale robi się bardzo... amerykańsko, jeśli chodzi o rozwiązywanie problemów, wojen, itp. Bohaterowie się jednoczą, heroizmem tryska na wszystkie strony (dla formalności: w całej tej powieści jest to norma, ale trochę więcej zostało na finał). Jest podniośle jak w amerykańskim heroicznym widowisku za potężne worki dolarów. I tu ujawnia się kolejna nieznośna maniera podkreślania szlachetności postaci, tych nieugiętych, wspaniałych. Musi się pojawić szlachetna rysa na ich... szlachetności. Przykładem jest wielki dowódca Żelazna Pięść. W znakomitość jego talentów militarnych trzeba po prostu uwierzyć (tak samo zresztą, jak w przypadku nadzwyczajności innych postaci). Ale kiedy Dobro wygrywa i jest sławiony – cóż, spuszcza oczy i mówi, że mógł zrobić więcej (nie mógł), że popełnił błędy (nie popełnił, a nawet jeśli, to wynika to tylko z jego obwieszczenia) i w ogóle, w domyśle, jest beznadziejny. Nawet jeśli jakiś bohater ma brzydką rysę w życiorysie, to przynależność do Dobra ją unieważnia. Nie ma znaczenia wiążąca się z tym niekonsekwencja w rozwoju postaci, czy ich niewiarygodność (Andross Guile, który zabija wrogów, ale tak naprawdę nie zabija).

Nie będzie spoilerem napisanie, że wszystko w tej powieści kończy się dobrze. Coś tam do zrobienia zostaje, o czym przekonuje jeden z trzech epilogów, ale to tak naprawdę znak dla czytelnika, że opowieść trwa nadal. A może i klucz do tego, aby otworzyć drzwi do kontynuacji. Mimo to: jest sielsko, anielsko, ale tak naprawdę nic się nie zmienia. Gavin/Dazen pewnie sobie trochę porządzi, może zastąpi go Kip. Jestem jednak przekonany, że któryś z nich nadal w przerwach między rządzeniem, będzie musiał się pojawiać znienacka, aby rozwiązywać indywidualne problemy przedstawicieli ludu, które mogliby rozwiązać hurtowo, gdyby im się chciało być lepszymi władcami. Jak polityk pojawiający się przed drzwiami staruszki z zakupami. Choć mogłaby je wszystkim staruszkom przynosić, na przykład, sprawnie działająca obrona terytorialna. Takie fantasy.



Autor: Roman Ochocki
Dodano: 2020-11-22 09:34:47
Komentarze

Sortuj: od najstarszego | od najnowszego

Shedao Shai - 10:09 22-11-2020
Dwie rzeczy. Po pierwsze, warto by było uprzedzić, że to recenzja spoilerowa. Dowiedziałem się z niej, że Orholam rzeczywiście istnieje i będzie podróżował z Gavinem, już wiem, że będzie happy end (co w fantasy nie jest rzadkością, niemniej - nie chciałem mieć potwierdzenia od osoby, która już tę książkę przeczytała), wiem że Andross kogoś nie zabił, tylko uwięził i ten ktoś wróci. Gdyby nie moja słaba pamięć, to pewnie bym już widział o kogo chodzi. Nie chciałem tych spoilerów i naprawdę, nie potrzebowałem dawki negatywnych emocji (skierowanych w stronę recenzenta) w ten niedzielny poranek.

Po drugie, zastanawiam się, jak tę książkę odebrałby ktoś, komu podobały się poprzednie. Bo tu, mam wrażenie, ocena została wystawiona jeszcze przed lekturą; w końcu recenzent sam mówi, że poprzednich części nie pamięta, "nie przypadły mu do gustu". Za jej minus podaje system magii, który przecież jest ważną częścią od pierwszego tomu. Kiedyś dziwiłem się podejściu Fidela, który porzuca serie książkowe jeśli pierwszy, max drugi tom mu się nie podoba, nawet jeśli mu mówią, że dalej jest lepiej. Teraz coraz bardziej go rozumiem, bo jeśli człowiek tkwi przy czymś co mu nie podchodzi, to potem wychodzi taki potworek jak ta recenzja. "Nie podobały mi się tomy 1-4, ale teraz czytam tom 5 i też mi się nie podobał." Współczuję, ale mi, osobie które tomy 1-4 się podobały, nic to nie mówi. Czy 5 jest gorszy i będzie zawodem? Czy problem leży po stronie podejścia recenzenta? Tego drugiego jestem pewien, natomiast tego pierwszego - totalnie nie wiem. Więc nic mi ta recenzja nie dała, poza, oczywiście, spoilerami.

Janusz S. - 10:49 22-11-2020
Seria złośliwości przeplatanych spoilerami. Nieźle.

romulus - 12:11 22-11-2020
Hmm, zawsze się staram pisać o fabule bardzo ogólnie, czasami zbyt ogólnie, ale już tak mi to "weszło w styl", że chyba nieodwracalnie. Na początku było wyzwaniem napisanie recenzji bez streszczania. Toteż się zdziwiłem zarzutem spoilerowania. Ale przyjmuję do wiadomości. Co do happy endu, to chyba nikt nie spodziewał się innego rozwiązania fabuły? Choć ja przez chwilę miałem nadzieję, że większą cenę przyjdzie zapłacić - tu się powstrzymam, aby naprawdę nie zaspoilerować jednego żenującego twista. I czy naprawdę wspominanie o podróży z Orholamem to taki spoiler? Serio pytam. Jak pisałem, minęły ze trzy lata od mojej lektury poprzedniego tomu i może nawet streszczenie mnie nie uratowało. Tak, czy siak, kajam się za spoiler - nie był zamierzony.

Co do systemu magicznego - to wiem, że jest istotny, ale mogę się powtórzyć: przebrnięcie przez dodatki w każdym tomie to było ponad moje siły, co uczciwie przyznałem w tej recenzji (i innych), ponieważ lepiej się przyznać, niż ściemniać. I nie z lenistwa podtrzymuję tezę, że zasady magii powinny wynikać z fabuły, a nie z dodatków do niej. Jeśli dla znajomości, czy zrozumienia fabuły jest niezbędne przebrnięcie przez dodatki opisujące "mechanikę" magii, to uznaję to za porażkę autora, a nie czytelnika, który nie dał rady. :)

Z pewnością powinienem się powstrzymać przed czytaniem tego cyklu gdzieś przy drugim tomie. Ale popełniłem ten błąd, który wynikał z mojej nieco obsesyjnej potrzeby kończenia tego, co się zaczęło. Aczkolwiek przy "Archiwum Burzowego Świata" udało mi się to zrobić. W tamtym przypadku propozycja recenzowania kolejnego tomu sprawiła, że mnie oblał strach, serio. Wizja, że będę musiał podzielić te opasłe tomiska na jakieś części do czytania w taki sposób, aby w miarę sprawnie przeczytać całość była naprawdę straszna. Przy Weeksie tak nie było. A powinno. Ale i w przypadku "ABŚ" mam wyrzuty sumienia, że zacząłem czytać, recenzowałem i odpuściłem przed końcem.

Janusz S. - 14:44 22-11-2020
Tych spoilerów jest więcej i sa poważniejsze niż jedynie zdrada tożsamości Orholama. Ostatni akapit np. zdradza kto przeżył.
System magii jest u Weeksa skomplikowany. ale zwykle stosuję inną miarę porażki autorek/autorów niż sam fakt zamieszczenie dodatków. Porażka autora występuje wtedy, jeśli fabuła przedstawia dany system w tak nudny i pozbawiony polotu sposób, że muszę sięgać do dodatków, bo ciągle zapominam o co chodziło i nie rozumiem tekstu. I tu akurat się chyba zgodzimy w konkluzji, bo w przypadku tego cyklu Weeksa do dodatków sięgałem. Niewiele pamiętałem o poszczególnych kolorach i ich magicznych właściwościach (może to też trochę wina długich przerw między tomami), ale za to pamiętam książki innych autorów, przy których byłem ciągle wkurzony , że tak mało zdradzali oni w dodatkach.
Porzucanie cyklu, którego się nie powinno być powodem wyrzutów sumienia. Chyba że z profesjonalnego punktu widzenia, bo zgaduję, że praca recenzenta nie powinna polegać na dobieraniu sobie do recenzji wyłącznie tekstów, które się recenzentowi podobają.
Ale niestety sam postępuję analogicznie i wiecznie próbuję wymęczyć do końca także te cykle, które mi się już zupełnie przestały podobać.

Fidel-F2 - 15:53 22-11-2020
Życie jest za krótkie.

tomerto - 07:47 23-11-2020
"Powiernik światła" to jeden z moich ulubionych cykli. Polecam!

Shedao Shai - 07:48 23-11-2020
romulus pisze:Co do happy endu, to chyba nikt nie spodziewał się innego rozwiązania fabuły?


Wiadomo, że w przypadku fantasy domyślnie człowiek spodziewa się happy endu, aczkolwiek wg. mnie gdyby gdzieś go miało nie być, to właśnie w tej serii. Gavin konsekwentnie od początku jest kopany przez życie i nie zdziwiłbym się, gdyby ta historia upadku nie miała dobrego zakończenia. Weeks nie jest specjalnie łaskawy dla swoich bohaterów. Więc happy end był opcją jak najbardziej realną, ale nie jedyną.

romulus pisze:I czy naprawdę wspominanie o podróży z Orholamem to taki spoiler? Serio pytam. Jak pisałem, minęły ze trzy lata od mojej lektury poprzedniego tomu i może nawet streszczenie mnie nie uratowało.


Orholam do tej pory to była postać z legend, mesjasz z ich religii, a nie realna osoba której istnienie potwierdzono. Na koniec 4 tomu Gavin płynie z misją odnalezienia go, ale co znajdzie? Człowieka? Boga? Zaawansowane AI? Nic? Tego nie wiedziałem. Już wiem :wink:

romulus pisze:Tak, czy siak, kajam się za spoiler - nie był zamierzony.

Spoko, zdarza się :drinking:

romulus pisze:Z pewnością powinienem się powstrzymać przed czytaniem tego cyklu gdzieś przy drugim tomie. Ale popełniłem ten błąd, który wynikał z mojej nieco obsesyjnej potrzeby kończenia tego, co się zaczęło. Aczkolwiek przy "Archiwum Burzowego Świata" udało mi się to zrobić. W tamtym przypadku propozycja recenzowania kolejnego tomu sprawiła, że mnie oblał strach, serio. Wizja, że będę musiał podzielić te opasłe tomiska na jakieś części do czytania w taki sposób, aby w miarę sprawnie przeczytać całość była naprawdę straszna. Przy Weeksie tak nie było. A powinno. Ale i w przypadku "ABŚ" mam wyrzuty sumienia, że zacząłem czytać, recenzowałem i odpuściłem przed końcem.


Znam to ciśnienie na kończenie rzeczy, nawet tych, które niekoniecznie powinno się kończyć. Ostatnimi czasy mam mniej czasu, więc staram się z tym walczyć, ale efekty są różne. Nie pomaga fakt, że często ciężko zidentyfikować, co warto porzucić, a przy czym trzeba zacisnąć zęby i pocisnąć, do momentu aż będzie za późno (czyt. będzie się już daleko zaawansowanym w lekturze). Robiąc sobie rachunek sumienia w tej kwestii stwierdzam, że zdecydowanie więcej bym stracił dobrego, gdybym się zniechęcił po nieudanym początku, niż straciłem czasu męcząc niepotrzebnie jakieś serie. Niewypały jestem w stanie wyliczyć na palcach jednej ręki, a przypadki, gdzie z początku ciężko mi szło, a potem się wciągnąłem, są bardzo częste. Niemniej cierpiąc na takie "schorzenie" jak my, trzeba być ostrożnym, zaczynając dłuższe serie, potem jest problem jak coś nie siądzie :)

Fidel-F2 - 08:33 23-11-2020
Jeśli musisz zaciskać zęby, to już nie warto

Shedao Shai - 09:33 23-11-2020
Fidel-F2 pisze:Jeśli musisz zaciskać zęby, to już nie warto


Zależy jak dla kogo. Mi się tak mało rzeczy podoba od początku, że właściwie musiałbym porzucić czytanie :P

Fidel-F2 - 09:39 23-11-2020
Przecież oczywiste, że nie to miałem na myśli.

Shedao Shai - 09:43 23-11-2020
Nie wiem, co miałeś na myśli. Wskazuję tylko, że twoje zdanie z poprzedniego posta jest błędne w przypadku niektórych ludzi.

Fidel-F2 - 09:48 23-11-2020
Jak nie wiesz, to trudno.

Nie wiesz, nie rozumiesz, ale wskazujesz. Szacun.

Shedao Shai - 10:04 23-11-2020
Odniosłem się do tego, co napisałeś. Jeśli na myśli miałeś coś innego, to ja nie wiem co, bo i skąd. Masz gorszy poranek?

Fidel-F2 - 10:35 23-11-2020
No właśnie wcale nie do tego co powiedziałem bo kontekst, ale mniejsza z większą. Dajmy spokój.

nosiwoda - 10:42 23-11-2020
Weeks to jeden z tych nielicznych autorów, o których czytałem, że są kiepscy, na samym początku, dzięki temu nie wszedłem w żadną serię. Bo jakbym wszedł, to wiadomo... musi się kupować. Tak, jak kupuję Goodkinda, który - to źle zabrzmi, przepraszam - na szczęście zmarł i więcej nie napisze, więc tylko jeszcze zdobędę Serce z czarnego lodu, postawię na półce i mogę zapomnieć. Podobnie było z Kate Bishop - w sensie, że pierwsze recenzje były koszmarne, odstawiłem na mentalną półeczkę "nie dotykać" i mam spokój. Niestety, Fionę McIntosh sam musiałem przetestować - koszmar, przeczytałem trylogię Zdrada, Zemsta, Przeznaczenie, zrecenzowałem - nigdy więcej tej pani.

Natomiast wracając do Weeksa - czy on jakoś ewoluował? Polepszył się? Czy po prostu lubisz albo nie lubisz, natomiast poziom jest podobny?

Shedao Shai - 10:52 23-11-2020
Czytałem tylko Powiernika Światła 1-4, więc o nim mówię: lubisz albo nie lubisz, poziom jest ten sam. Jest to jednak wg. mnie całkiem dobry poziom. Nie ekstraklasa, ale dobre fantasy.

Goodkind to mi się zawsze kojarzył z takim Weberem fantasy. Dobre skojarzenie?

nosiwoda - 10:56 23-11-2020
Webera czytałem tylko pierwszą powieść o Honor. Tam była batalistyka marynistyczna, u Goodkinda jest odrobinę sadomaso w generycznych i chyba wymyślanych na bieżąco mało realistycznych "realiach" (czytałem półtora pierwszych tomów :) ). Więc mnie się nie kojarzyli ci autorzy.

Shedao Shai - 10:57 23-11-2020
Znaczy, chodziło mi o to, że to taka niekończąca się seria z różnymi iteracjami tych samych przygód w różnych kombinacjach. Taki jest Weber, tak mi się kojarzy Goodkind, przynajmniej jak patrzę na listę jego książek i niezbyt pochlebne opinie :)

nosiwoda - 11:34 23-11-2020
Tak to wygląda z zewnątrz, owszem, jakby Goodkind, gdy nadchodziła pora kolejnego tomu, wymyślał z sufitu kolejne zagrożenie, któremu stawić czoła ma ten z mieczem i jego ukochana. Ale mogę się mylić, bo półtora tomu za mną (i wszystkie na półce... :( ).

Shedao Shai - 11:41 23-11-2020
Ile masz rzędów w biblioteczce? Ja trzy, w trzecim lądują właśnie takie rzeczy, żeby nie prześladowały duszy gdy człowiek czasem zerknie w jej kierunku :mrgreen:

nosiwoda - 17:48 23-11-2020
Tam, gdzie się uda - trzy. Gdzie książki szersze - niestety, tylko dwa, chyba że w niektórych miejscach coś postawię wzdłuż rzędu (przytulając okładkę do drugiego rzędu), a żona nie zauważy albo mi daruje - wtedy powiedzmy dwa-i-pół. Nie wiem, ile te biedne regały Billy jeszcze wytrzymają.

https://tiny.pl/78fbx

(Admin: edycja zdjęcia/linku, żeby naprawić wyświetlanie strony)

romulus - 18:08 24-11-2020
W moich Billach to jeden rząd się tylko utrzyma. Za to w drugim zestawie w salonie, spokojnie dwa i jeszcze na górze można dokładać, aczkolwiek mam nadzieję, że nie będę musiał. :) Prędzej pozbędę się książek, które stracą swój powab dla mnie. :)

Shadowmage - 18:27 24-11-2020
U mnie Billy (szersze) z dodatkowymi półkami dzielnie znosiły po dwa rzędy i jeszcze kilkadziesiąt cm na górze na płask położonych. Ale teraz będą robić za przestrzeń magazynową w piwnicy, a biblioteczki sam sobie zrobię :)

Shedao Shai - 18:30 24-11-2020
Kurde, musimy sobie zrobić jakiś temat w którym będziemy się chwalić biblioteczkami. Nie czarujmy się, każdy tego chce :mrgreen:

nosiwoda - 08:23 25-11-2020
Ja już nawet mam zdjęcia gotowe :) Tylko ciężkie, cholerstwo.

Shedao Shai - 10:27 31-12-2020
Będzie lekki spoiler odnośnie zakończenia, choć jeśli ktoś czytał powyższą reckę, to już go i tak zna. :)

Minęły już dwa tygodnie odkąd skończyłem "Gorejącą biel", i do tej pory nie umiem doprecyzować swoich wrażeń z lektury. Może uda mi się to, jeśli przeleję je na papie...klawiaturę.

Po pierwsze, chciałem pochwalić decyzję wydawcy o rozbiciu książki na dwa tomy. W tym formacie jeden by się po prostu nie sprawdził, nie wiem czy fizycznie byłaby możliwość wydania tak grubej książki, a nawet jeśli, to byłoby to coś, co trzeba czytać z najwyższą ostrożnością... ale grzbiet i tak by się złamał.
Ogólnie nie jestem fanem tego formatu - miękka okładka, bez nawet skrzydełek. Na szczęście MAG już od niego praktycznie odszedł, tu mamy domknięcie serii, więc logiczne, że jeszcze z niego skorzystali.

Naprodukowałem cały akapit o kwestiach technicznych, bo wciąż próbuję uniknąć odniesienia się do samej książki. Ech, no dobra.

Raczej mi się podobało. Ale z zastrzeżeniami.

Na początku książki znajduje się całkiem obszerne przypomnienie tomów 1-4. Jest ono, o dziwo, dość słabe. O dziwo, bo zostało napisane przez samego autora. A sprawia wrażenie dość chaotycznego, pomijającego niektóre wydarzenia czy postacie, a skupiające się na innych, mniej istotnych. Czasem autor nagle rzuca jakąś nazwą czy imieniem, bez wyjaśnienia o co chodzi. Gdybym nie kojarzył mniej-więcej poprzednich tomów, w niektórych miejscach przy tym streszczeniu bym nie wiedział o co chodzi. No ale dobrze, że chociaż coś takiego się pojawiło, bo z drugiej strony pojawiło się w nim kilka rzeczy, o których sam nie pamiętałem. Dobrze sobie tak odświeżyć sagę, nawet jeśli jest to odświeżenie dość kulawe.

"Gorejąca biel" cierpi na bolączkę poprzedniego tomu, czyli lekko zbyt dużą ilość dłużyzn. Część tekstu powinna tu była zostać wycięta przez redaktora i książka tylko by na tym zyskała. Autor mocno stawia na psychologię postaci, podczas gdy ja naprawdę nie chcę czytać co chwilę o tym, co kto sobie myśli i w jaki sposób dochodzi do swoich wniosków. Nie obchodzi mnie to. Za dużo tu tego spoglądania wewnątrz, rozkładania na części pierwsze własnych obaw i wyrzutów sumienia, czy sherlockowych dedukcji posunięć wroga.

Gdyby nie to, byłoby naprawdę dobrze. I tak jest, nie narzekam. Kiedy Weeks nie pogrąża się w rozkminach, sprawnie prowadzi fabułę, sprawnie budując emocje w najciekawszym wątku (Gavin), aby w końcu dostarczyć satysfakcjonującego zakończenia. Zakończenia zaskakująco cukierkowego, jak na wydźwięk całej sagi, w której częściej bohaterowie byli kopani, niż głaskani. Może im się należało na koniec trochę dobrego. Nie będę narzekał. Tajemnice zostały wyjaśnione, wątki pozamykane. Mnie to usatysfakcjonowało. Wystawiam ocenę 4/6. Nie jest idealnie, ale dać niżej byłoby niesprawiedliwie. To, na czym mi najbardziej zależało, ta książka mi dostarczyła.

Uff. Jakoś podołałem. To jeszcze kilka słów odnośnie całej sagi. To dobra rzecz. Dość klasycznie, jakość spada w dalszych tomach (4-5), ale nigdy na tyle, żeby budzić we mnie frustrację. Z pewnością nie żałuję, że się zabrałem za tę serię. Fajna, ciekawa i czasem zaskakująca saga fantasy. Sprawia wrażenie dobrze przemyślanej; podejrzewam że autor miał główny szkielet fabularny w głowie od samego początku, co szanuję. Udało mu się nie pogubić w swoim zamyśle. Z drugiej strony, niepotrzebne jest tu natężenie twistów fabularnych. Pisałem, że książki są czasem zaskakujące? No właśnie, czasem aż zbyt mocno. Ze dwa razy zdarzył się tu taki fikoł fabularny, w który aż ciężko mi było z początku uwierzyć. Tak, jakby chcąc czytelnika zaskoczyć, autor zbyt się zagalopował.
Część postaci w sadze to nastolatki, co prowadzi do pewnej niedojrzałości w ich wątkach (Kip, Teia). To najmniej lubiana przeze mnie część. Z drugiej strony, wątek Gavina od początku do końca jest świetny i niesie całą sagę. Dużą sympatią darzyłem Karris. Wątki polityczne, wojenne i mistyczne Weeks opanował bardzo dobrze.
"Powiernik światła" to nie jest może jakieś arcydzieło gatunku, mam swoje zastrzeżenia, ale osobom mającym ochotę na po prostu solidne fantasy spokojnie bym go polecił.

romulus - 11:39 03-01-2021
W posłowiu Weeks chyba dziękował jakiemuś fanowi, czy beta-testerowi :) - ponieważ wykorzystał jego streszczenie. Ale nie jestem pewien do końca, a nie chce mi się wertować. Może stąd wynika ta słabość streszczenia.

Komentuj


Artykuły

"Kraina Lovecrafta" - książka a serial


 Sam Sykes - wywiad z autorem "Siedmiu czarnych mieczy"

 Wiedźmin Netfliksa: zachwyt czy rozczarowanie?

 Nie tylko Netflix animuje króliki, czyli „Wodnikowe Wzgórze” przez dekady

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e06)

Recenzje

Pullman, Philip - "Tajemna wspólnota"


 Morgan, Richard - "Trzynastka"

 Butcher, Jim - "Zimne dni"

 antologia - "Cyberpunk Girls"

 Hibberd, James - "Ogień nie zabije smoka"

 antologia - "Wigilijne opowieści"

 Vonnegut, Kurt - "Sinobrody"

 Sanderson, Brandon - "Migawka"

Fragmenty

 Noni, Lynette - "Szept"

 Bishop, Anne - "Światło i Cienie"

 Hibberd, James - "Ogień nie zabije smoka"

 Bester, Alfred - "Człowiek do przeróbki

 Scalzi, John - "Ostatnia imperoks"

 Elison, Meg - "Księga Bezimiennej Akuszerki"

 Możdżeń, Konrad - "Chodź ze mną"

 Zamiatin, Jewgienij - "My"

Projekt i realizacja:sismedia.eu       Reklama     © 2004-2021 nast.pl     RSS      RSS