NAST.pl
 
Komiks
  Facebook
Facebook
 
Forum

  RSS RSS

 Strona główna     Zapowiedzi     Recenzje     Imprezy     Konkursy     Wywiady     Patronaty     Archiwum newsów     Artykuły i relacje     Biblioteka     Fragmenty     Galerie     Opowiadania     Redakcja     Zaprzyjaźnione strony   

Zaloguj się tutaj! | Rejestruj

Patronat

de Castell, Sebastien - "Tron tyrana"

Weeks, Brent - "Gorejąca biel", część 2

Ukazały się

Sablik, Tomasz - "Winda"


 Binet, Laurent - "Cywilizacje"

 Bester, Alfred - "Człowiek do przeróbki" (Kolekcja Wehikuł czasu)

 Vonnegut, Kurt - "Sinobrody" (2020)

 Jabłoński, Mirosław P. - "Wyspa Tegmarka"

 Campbell, Jack - "Zaginiona flota. Waleczny" (2020)

 Jones, Diana Wynne - "Zamek w chmurach"

 Kuang, Rebecca F. - "Republika smoka" (miękka)

Linki

Bester, Alfred - "Człowiek do przeróbki" (Kolekcja Wehikuł czasu)
Wydawnictwo: Rebis
Kolekcja: Wehikuł czasu
Tytuł oryginału: The Demolished Man
Tłumaczenie: Andrzej Sawicki
Data wydania: Październik 2020
ISBN: 978-83-8188-098-5
Oprawa: twarda
Format: 135 x 215 mm
Liczba stron: 296
Cena: 44,90 zł
Rok wydania oryginału: 1951



Bester, Alfred - "Człowiek do przeróbki

Dla Horace’a Golda

Wśród nieskończoności wszechświata nie ma nic nowego. To, co obejmującemu tylko chwilę umysłowi człowieka wydaje się niepowtarzalne, dla odwiecznego Boga jest nieuniknione. Niezwykła chwila jednostkowego istnienia, niebywałe wydarzenie, zdumiewający zbieg okoliczności i warunków, okazji i wypadków… wszystko to powtarzało się po wielokroć na planecie, której przyświeca słońce galaktyki dokonującej obrotu w ciągu dwustu milionów lat. A stało się tak już dziewięciokrotnie.

Są i były światy oraz kultury bez końca pielęgnujące dumną iluzję swej wyjątkowości w przestrzeni i czasie. Byli nieprzeliczeni ludzie cierpiący na tę samą megalomanię — ludzie, którzy wyobrażali sobie, że są nadzwyczajni, niezastąpieni, niepowtarzalni. Będzie ich więcej… więcej plus nieskończoność. To opowieść o takim czasie i takim człowieku… człowieku do przeróbki.

Rozdział 1

Wybuch! Wstrząs! Drzwi piwnicy wypadają z zawiasów! A tam, w głębi, ułożone w stosy pieniądze czekają, by je wziąć, zagrabić i wynieść. A to kto? Kto jest

w skarbcu? Boże! To Człowiek bez Twarzy! Obserwuje. Czai się. Milczy. Przeraża. Uciekać… Uciekać…

Biegiem, bo inaczej spóźnię się na paryską kolej pneumatyczną i nigdy już nie spotkam tej niezwykłej dziewczyny o twarzy niczym kwiat i ciele stworzonym do zaspokajania namiętności. Jeśli się pospieszę, może jeszcze zdążę. Ale to nie portier stoi przy wejściu. Chryste! Człowiek bez Twarzy! Patrzy. Milczy. Czai się. Tylko nie krzycz. Przestań wrzeszczeć…

Przecież nie wrzeszczę. Stoję na zalanej światłem scenie z lśniącego marmuru, a w powietrzu unoszą się dźwięki muzyki. Ale amfiteatr jest pusty. Przypomina wielką, mroczną jamę… w której jest jeden tylko widz. Milczący. Wpatrzony we mnie. Czyhający. Człowiek bez Twarzy.

W tym momencie Ben Reich głośno zawył.

Obudził się. Leżał bez ruchu na hydropatycznym łożu, podczas gdy jego serce łomotało dziko, a oczy, pozorując spokój, którego wcale nie odczuwał, wędrowały po znajdujących się w pokoju, przypadkowo wybranych przedmiotach. Oglądał więc ściany z zielonego nefrytu, porcelanowego mandaryna służącego za nocną lampkę, który dotknięty bez końca kiwał głową, multichronometr zsynchronizowany z czasami trzech planet oraz sześciu satelitów i wreszcie samo łoże, krystalicznie przejrzysty basen wypełniony gazowaną gliceryną o temperaturze 99,9 stopni Fahrenheita.

Bezszelestnie otworzyły się drzwi i w półmroku pojawił się Jonas, cień w piżamie koloru bordo, zjawa o końskiej twarzy i manierach przedsiębiorcy pogrzebowego.

—  Znowu? — spytał Reich.

—  Tak jest, proszę pana.

—  Głośno?

—  Bardzo głośno. Musiał pan być okropnie przerażony.

—  Diabli nadali twoje ośle uszy — warknął Reich. — Nie boję się niczego.

—  Tak jest, proszę pana.

—  Wynoś się.

—  W tej chwili, sir. Dobranoc panu. — Jonas cofnął się i zamknął drzwi.

—  Jonas! — zawołał Reich.

Kamerdyner pojawił się ponownie.

—  Jonas, wybacz mi.

—  To oczywiste, sir.

—  To wcale nie jest oczywiste. — Reich uśmiechnął się serdecznie. — Traktuję cię jak krewnego. Za ten przywilej płacę ci stanowczo za mało.

—  Ależ sir!

—  Następnym razem, gdy na ciebie wrzasnę, odpowiedz mi tym samym. Dlaczego tylko ja mam mieć frajdę?

— Panie Reich!

—  Zrób to, a dostaniesz podwyżkę. — Znów ten uśmiech. — To wszystko, Jonas. Dziękuję.

—  Dobranoc, sir. — Kamerdyner się oddalił.

Reich­ wstał z łóżka i wycierając się ręcznikiem, ćwiczył uśmiech przed wielkim lustrem.

—  Nie pozwól, by o wyborze twoich wrogów decydował za ciebie przypadek — mruknął. Spojrzał krytycznie na swe odbicie: szerokie bary, wąskie biodra, długie, muskularne nogi, proste, gładko przylegające do głowy włosy, rzeźbiony nos i małe, zmysłowo zarysowane usta skażone rysem stanowczości.

—  Dlaczego? — spytał. — Z samym diabłem nie zamieniłbym się na urodę. Moja pozycja społeczna w niczym nie ustępuje boskiej. Skąd więc te nocne wrzaski?

Włożył szlafrok i spojrzał na multichronometr, nieświadom, że jego przodków oszołomiłaby swoboda, z jaką (nawet o tym nie myśląc) zapamiętał panoramę czasową Układu Słonecznego. Na tarczach zegara widniało:

AD 2301

WENUS ZIEMIA MARS
22 średnia 15 lutego 35 duodecembra
doba słoneczna 0205 Greenwich 2220 Central Syrtis
południe + 09
LUNA IO GANIMEDES KALLISTO TYTAN TRYTON
2d 3h 1d 1h 6d 8h 13d 12h 15d 3h 4d 9h
(zaćmienie) (tranzyt południkowy)

Noc, dzień, zima, lato… Reich­ bez mrugnięcia okiem potrafiłby wyliczyć czas i porę roku na dowolnym południku dowolnego ciała niebieskiego wchodzącego w skład Układu Słonecznego. Tutaj, w Nowym Jorku, po pełnej koszmarów nocy budził się paskudny zimowy poranek. Kilka minut poświęci psychoanalitykowi ze Stowarzyszenia Esperów, którego zaangażował. Trzeba położyć kres tym nocnym wrzaskom.

—  E znaczy Esper — mruknął do siebie. — Esper znaczy Extra Sensory Perception. Telepaci, odczytywacze myśli, przenikacze umysłów! Można by pomyśleć, że czytający w myślach lekarz potrafi skończyć z tymi krzykami. Można by mniemać, że esper z tytułem doktora medycyny zarobi na swe honorarium, zaglądając ci do łba i powstrzymując te nocne ryki. Tych cholernych wnikaczy uważa się za ukoronowanie ewolucji Homo sapiens. E jak Ewolucja. Dranie! Eksploatacja — oto co znaczy to E!

Trzęsąc się z wściekłości, gwałtownie otworzył drzwi. Ruszył korytarzem, dźwięcznie stukając podeszwami sandałów po srebrnych płytach posadzki: klikklakklikklak. Wcale się nie przejmował, że przypominający stąpanie szkieletu stukot obudzi dwunastoosobowy personel i napełni dwanaście serc strachem i nienawiścią. Jednym energicznym pchnięciem otworzył drzwi do apartamentów psychiatry i natychmiast wyciągnął się na kanapce.

Carson Breen, lekarz esper drugiego stopnia, obudził się już i czekał na pracodawcę. Jako domowy psychoanalityk Reicha nauczył się spać „na jedno ucho”: podtrzymując więź z pacjentem nawet we śnie, gotów zerwać się na pierwsze wezwanie. Wystarczył mu jeden okrzyk. Siedział teraz obok kanapki, odziany w elegancki, zdobiony haftem szlafrok (praca u Reicha przynosiła mu dwadzieścia tysięcy kredytów rocznie) i był gotowy poświęcić pacjentowi całą swą uwagę, wiedział bowiem, że pracodawca jest hojny, ale i wymagający.

—  Słucham, panie Reich.

—  Znowu Człowiek bez Twarzy — warknął ­Reich.

—  Koszmary?

—  Przejrzyj mnie, wampirze parszywy, to się dowiesz. Chwileczkę, przepraszam pana. Zachowuję się jak dziecko. Owszem, znów te koszmary. Usiłowałem obrabować bank. Potem goniłem pociąg. Potem ktoś śpiewał. Myślę, że to byłem ja. Usiłuję przekazać panu te sny najlepiej, jak potrafię. Nie sądzę, bym coś opuścił… — Nastąpiło przeciągające się milczenie. Wreszcie Reich­ nie wytrzymał. — No i co? Ma pan coś konkretnego?

—  Panie Reich, wciąż pan utrzymuje, że nie może odkryć tożsamości Człowieka bez Twarzy?

—  A niby jak mam to zrobić? Nigdy nie widzę jego twarzy. Wiem jedynie…

—  Sądzę, że mógłby go pan rozpoznać. Pan po prostu nie chce tego zrobić.

—  Ejże, posłuchaj pan! — Gniew Reicha brał się z poczucia winy. — Płacę panu dwadzieścia tysięcy. Jeśli stać pana jedynie na idiotyczne banały…

—  Panie Reich, pan tak myśli naprawdę czy to tylko objaw ogólnego zespołu niepokoju wewnętrznego?

—  Nie odczuwam żadnego niepokoju! — krzyknął Reich. — Nie boję się. Nigdy w życiu… — Przerwał, zauważywszy bezcelowość przechwalania się przed esperem, mogącym z łatwością przejrzeć zasłony słów. — Tak czy owak, pan się myli. To Człowiek bez Twarzy. Niczego więcej o nim nie wiem.

—  Panie Reich, cały czas omija pan sprawy zasadnicze. Muszę pana na nie naprowadzić. Zastosujemy metodę swobodnych skojarzeń. Proszę, żadnych słów. Niech pan po prostu myśli. Rabunek…

—  Klejnoty — zegarki — łańcuszki — diamenty — sztabki — suwereny — fałszywe monety — gotówka — akcje — kurt…

—  Jakie było to ostatnie słowo?

—  A, przejęzyczenie. Miałem na myśli: kurs — giełda.

—  Panie Reich, to nie przejęzyczenie, lecz niebagatelna poprawka, a raczej przeróbka. Jedźmy dalej. Pneumatyczny…

—  Długi — pociąg — przedziały — klimatyzacja — elastyk — sprężysta waga… — Ależ to bzdury!

—  Wcale nie, panie Reich­. Kalambur falliczny. Proszę zamienić „w” na „l”, a sam się pan przekona. Dalej proszę.

—  Przed wami, wnikaczami, nic się nie ukryje, jesteście zbyt cwani. No, zobaczmy. Pneumatyczny… pociąg — tunel — sprężone powietrze — prędkość naddźwiękowa — „Nasz transport cię zachwyci”, hasło tej, jak jej tam, do diabła, firmy. Nie pamiętam jej nazwy. Skąd mi się to wzięło?

—  Z przedświadomości, panie Reich­. Spróbujmy jeszcze raz i wszystko pan zrozumie. Amfiteatr…

—  Fotele — parter — balkony — loże — miejsca stojące — stajnie — konie — preria — marsjańska preria…

—  No i proszę, panie Reich­. Mars. Podczas ostatniego półrocza dziewięćdziesiąt siedem razy miał pan koszmarne sny o Człowieku bez Twarzy. Niezmiennie był on w nich pańskim wrogiem, krzyżował pańskie plany i przerażał pana w snach, które miały trzy wspólne cechy — dotyczyły finansów, transportu i Marsa. Wszystko to ciągle się powtarza… Człowiek bez Twarzy, finanse, transport i Mars.

—  To mi niczego nie mówi.

—  Panie ­Reich, to musi mieć jakieś znaczenie. Powinien pan umieć zidentyfikować tę złowieszczą postać. Jakiż jeszcze mógłby być powód, że tak uparcie unika pan spojrzenia jej w twarz?

—  Niczego nie unikam!

—  Proponuję, byśmy poszli śladem zamiany słów „kurs” na „kurt” i zapomnianej nazwy firmy, której hasłem jest „Nasz transport cię…”.

—  Powiedziałem już, że nie wiem, kto to jest! — ­Reich poderwał się z kanapy. — Pańskie wskazówki nic mi nie mówią. Nie potrafię go poznać.

—  Człowiek bez Twarzy nie przeraża pana dlatego, że nie ma oblicza. Pan wie, kim on jest. Pan go nienawidzi i obawia się go, ale wie, kim on jest.

—  Jest pan wnikaczem. Niech mi pan powie.

—  Panie Reich,­ moje możliwości mają granice. Bez pańskiej pomocy nie mogę czytać głębiej.

—  Co to znaczy: bez mojej pomocy? Jest pan najlepszym lekarzem­esperem, jakiego mogłem zaangażować. Jeśli pan… —  Panie ­Reich, dobrze pan wie, że to nieprawda. Celowo zatrudnił pan espera drugiego stopnia, by uchronić się przed tą możliwością. I oto płaci pan za swą ostrożność. Jeśli chce pan położyć kres tym nocnym wrzaskom, musi się pan skonsultować z esperem pierwszego stopnia… Mogą to być Augustus Tate, Gart albo Samuel @kins.

—  No cóż, pomyślę o tym — mruknął Reich­ i skierował się ku drzwiom. Gdy je otwierał, Breen rzucił za nim:

—  Przy okazji: „Nasz transport cię zachwyci” to dewiza kartelu D’Courtneya. Jak to się ma do zamiany słów „kurs” na „kurt”? Niech pan o tym pomyśli.

—  Człowiek bez Twarzy!

Nie zatrzymując się nawet, ­Reich odgrodził się drzwiami od czytającego w myślach Breena i ruszył korytarzem ku swoim apartamentom. Poddał się fali nienawiści. On ma rację. D’Courtney — oto, kto jest powodem moich wrzasków. Ale nie dlatego, że się go boję. Obawiam się samego siebie. W głębi duszy zawsze o tym wiedziałem. Czułem, że kiedyś będę musiał zabić tego drania D’Courtneya. Nie dostrzegam twarzy, bo to oblicze morderstwa.



Dodano: 2020-10-12 20:49:15
Komentarze
-Jeszcze nie ma komentarzy-
Komentuj


Artykuły

Sam Sykes - wywiad z autorem "Siedmiu czarnych mieczy"


 Wiedźmin Netfliksa: zachwyt czy rozczarowanie?

 Nie tylko Netflix animuje króliki, czyli „Wodnikowe Wzgórze” przez dekady

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e06)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e05)

Recenzje

Day, Kate Hope - "Co, jeśli…"


 Le Guin, Ursula K. - "Kotolotki"

 Sykes, Sam - "Siedem czarnych mieczy"

 Vonnegut, Kurt - "Galapagos"

 Adeyemi, Tomi - "Dzieci krwi i kości" i "Dzieci prawdy i zemsty"

 Wilhelm, Kate - "Gdzie dawniej śpiewał ptak"

 Collins, Suzanne - "Ballada ptaków i węży"

 Bradbury, Ray - "Green Town"

Fragmenty

 Bester, Alfred - "Człowiek do przeróbki

 Scalzi, John - "Ostatnia imperoks"

 Elison, Meg - "Księga Bezimiennej Akuszerki"

 Możdżeń, Konrad - "Chodź ze mną"

 Zamiatin, Jewgienij - "My"

 Urbanowicz, Artur - "Paradoks"

 Sykes, Sam - "Siedem czarnych mieczy"

 Kisiel, Marta - "Małe Licho i lato z diabłem"

Projekt i realizacja:sismedia.eu       Reklama     © 2004-2020 nast.pl     RSS      RSS