NAST.pl
 
Komiks
  Facebook
Facebook
 
Forum

  RSS RSS

 Strona główna     Zapowiedzi     Recenzje     Imprezy     Konkursy     Wywiady     Patronaty     Archiwum newsów     Artykuły i relacje     Biblioteka     Fragmenty     Galerie     Opowiadania     Redakcja     Zaprzyjaźnione strony   

Zaloguj się tutaj! | Rejestruj

Patronat

Bradbury, Ray - "Green Town"

Weeks, Brent - "Gorejąca biel", część 1

Ukazały się

Currie, Evan - "Wzlot aniołów"


 Szmidt, Robert J. - "Mrok nad Tokyoramą"

 Gołkowski, Michał - "SybirPunk", tom 3

 Campbell, Jack - "Zaginiona flota. Bezlitosny" (2020)

 Clare, Cassandra & Chu, Wesley - "Zaginiona Księga Bieli"

 Jensen, Danielle L. - "Mroczne niebo"

 Miszczuk, Katarzyna Berenika - "Ja, ocalona" (2020)

 Liu, Cixin - "Wędrująca Ziemia"

Linki

Masterton, Graham - "Dzieci zapomniane przez Boga"
Wydawnictwo: Rebis
Cykl: Wirus
Tytuł oryginału: The Children God Forgot
Tłumaczenie: Piotr Kuś
Data wydania: Lipiec 2020
ISBN: 978-83-8188-105-0
Oprawa: miękka
Format: 128x197 mm
Liczba stron: 376
Cena: 39,90 zł
Rok wydania oryginału: 2020
Tom cyklu: 2



Masterton, Graham - "Dzieci zapomniane przez Boga"

Rozdział 1

– Oluwa mi o! O mój Boże!

Chiasoka prowadziła samochód tuż za czerwonym autobusem linii 177, kiedy poczuła straszliwy ból w brzuchu. Odniosła wrażenie, że dwudziestopięciocentymetrowy nóż do krojenia mięsa wbił się w jej ciało, tuż pod pępkiem, aż po samą rękojeść.

Pochyliła się na kierownicę. Jej stopa ześlizgnęła się ze sprzęgła i mini skoczyło gwałtownie do przodu, rozbijając reflektory o tył autobusu.

Ale Chiasokę skręcał tak potworny ból, że tego nie usłyszała. Niczego także nie widziała. Po początkowym wrażeniu, że ktoś dźgnął ją nożem, teraz zdawało się jej, że wielki mikser obraca jej wnętrzności, plącze je i rozplątuje, prostuje i rozciąga. Zwymiotowała na kierownicę jajecznicą z bananem, którą zjadła na śniadanie, a jej trzewia wyrzuciły niewielki strumień kału. Samochód Chiasoki otaczało już sześciu czy siedmiu przechodniów, a kierowca autobusu zaczął oglądać, jakie spowodowała szkody. Ona jednak miała zamknięte oczy, z całej siły zaciskała zęby i czuła, że za chwilę pochłonie ją nieskończona ciemność – zwiastun śmierci.

Dotarło do niej, że ktoś otworzył drzwi i powiedział:

– Ludzie, popatrzcie na tę kobietę. Ona jest poważnie chora. Niech się pani trzyma, zadzwonię po pogotowie.

– Muszę… muszę… – zdołała wyszeptać Chiasoka.

– Co pani musi, kochana? Niech się pani niczym nie martwi, już wezwaliśmy pomoc i… właśnie przyjechała policja.

– Muszę odebrać córkę… ze szkoły.

– Niech się pani tym nie przejmuje, kochana. Powiem o tym gliniarzom. Zaopiekują się pani córką. Do której szkoły chodzi?

Chiasoką szarpnął kolejny spazm, tak silny, że podskoczyła i uderzyła czołem w kierownicę. Jeden z mężczyzn przytrzymał jej ramiona i rzucił:

– Niech się pani stara nie ruszać, dobrze? Mam nadzieję, że zaraz przyje dziekaretka.

– Do szkoły podstawowej imienia Johna Donne’a – wymamrotała Chiasoka. – Córka ma na imię Daraja.

Ból na chwilę zelżał, wciąż jednak miała wrażenie, że przewalają się jej wnętrzności i że nawet fotel kierowcy się obraca, powiększając jej straszny dyskomfort. Na kilka sekund otworzyła oczy i wtedy zobaczyła pulchną blondynkę, policjantkę, która z zatroskaną miną pochylała się nad nią.

– Jak się nazywasz, kochana? – spytała.

– Chiasoka. Chiasoka Oduwole. Mieszkam przy Lugard Road. To ostatni dom przy skrzyżowaniu z Bidwell Street.

– Masz przy sobie telefon? Możemy się z kimś skontaktować?

– Z moją kuzynką. Mieszkamy z nią. Ma na imię Abebi. Telefon… jest tutaj… w kieszeni.

Chiasoka usłyszała syrenę zbliżającej się karetki. Chciała powiedzieć policjantce nazwisko kuzynki, ale znowu zaatakował ją tak wściekły ból, że zesztywniała od stóp po czubek głowy. Zacisnęła dłonie na kierownicy, a zęby wbiła w dolną wargę tak mocno, że chwilę później po jej brodzie popłynęła struga krwi.

Jak przez mgłę dotarło do niej jeszcze, że policjantka rozpięła jej pas bezpieczeństwa. Po chwili zemdlała i ogarnęła ją całkowita ciemność.

Kiedy otworzyła oczy, leżała na łóżku szpitalnym, ubrana w kwiecistą koszulę nocną i luźne białe skarpety. Znajdowała się w izolatce z umywalką i dwoma krzesłami. Przez okno widać było bezlistne drzewa, brązowe dachówki na dachu jakiegoś budynku i niskie czarne chmury.

Przesunęła dłonią po brzuchu. Wciąż był miękki i obrzmiały, ale okropny ból, który zaatakował ją w samochodzie, ustał. Ułożyła się na chwilę na lewym boku, po czym usiadła, natychmiast jednak zakręciło jej się w głowie. Poczuła się nieswojo, łóżko wydawało się podskakiwać na falach niczym łódka wiosłowa cumująca w portowym doku. Położyła się więc z powrotem i wykonała kilka głębokich oddechów.

Wciąż starała się uspokoić, kiedy otworzyły się drzwi i do izolatki gwałtownie weszła rudowłosa pielęgniarka.

– Ach, więc obudziła się pani. Jak się czujesz, kochana?

– Czuję się bardzo… bardzo dziwnie. Gdzie ja jestem?

– W Centrum Medycznym Warren BirthWell w King’s College Hospital na Denmark Hill. Przeniesiono panią tutaj z oddziału ratunkowego.

– Nie rozumiem. Ośrodek BirthWell… co to takiego?

– Nie słyszała pani o nas? Zajmujemy się medycyną matczyno-płodową. Opieką prenatalną i neonatalną. Jesteśmy w tym najlepsi w kraju.

– Ale co ja tutaj robię?

– Lepiej ode mnie wyjaśni to pani doktor Macleod. Za chwilę przyjdzie. Właśnie rozmawia z technikami w pracowni USG. Tymczasem… nadal czuje pani ból?

– Jestem tylko trochę obolała. Co z moją córką? Kiedy źle się poczułam, jechałam, żeby odebrać ją ze szkoły.

– O ile wiem, policja skontaktowała się z pani kuzynką i to kuzynka po nią pojechała. Kiedy tylko zrobimy wszystkie badania, zadzwonimy do niej i będzie mogła panią odwiedzić.

– Badania? Jakie badania? Co się ze mną dzieje?

– Na razie pobraliśmy krew do wstępnych analiz. Doktor Macleod otrzymał już wyniki z laboratorium i na tej podstawie postanowił zlecić USG. On sam wszystko pani wyjaśni.

Chiasoka znowu usiadła i opuściła nogi na podłogę. Kiedy jednak spróbowała wstać, podłoga zakołysała się pod nią niczym fala przypływowa, więc musiała przytrzymać się dłonią parapetu, żeby nie upaść.

– Kochana, pani musi leżeć – powiedziała pielęgniarka. Jedną ręką chwyciła ją za ramię i przycisnęła palce drugiej ręki do jej szyi, żeby sprawdzić tętno. – Dostała pani bardzo silne środki przeciwbólowe, które nadal działają, stąd te kłopoty…

– Ma pani moją komórkę? Muszę zadzwonić do kuzynki i upewnić się, że z moją córką wszystko jest w porządku.

– Sprawdzę, gdzie jest pani telefon, i go przyniosę. Och, właśnie idzie doktor Macleod.

Do izolatki wszedł wysoki mężczyzna w szarym trzyczęściowym garni turze. Siwiejące włosy czesał z przedziałkiem na środku i nosił okulary w grubej rogowej oprawie, które sprawiały wrażenie, że w każdej chwili mogą mu spaść z czubka nosa. Towarzyszyło mu dwoje młodszych lekarzy, mężczyzna pochodzenia azjatyckiego ze starannie przystrzyżoną brodą oraz biała kobieta o mocno zarumienionej twarzy. Mężczyzna się uśmiechał, ale kobieta wydawała się zaniepokojona.

– Dzień dobry, pani… – zaczął doktor Macleod, po czym ze zmarszczonym czołem zerknął na podkładkę z klipsem, którą trzymał – pani Oddywolly. Mam nadzieję, że poprawnie wymówiłem nazwisko.

Chiasoka milczała. Nie obchodziło jej, jak lekarz wypowiada nazwisko. Chciała jedynie, żeby powiedział, co się z nią dzieje, i zapewnił ją, że nie dolega jej nic poważnego.

– Nazywam się Macleod i jestem specjalistą medycyny matczyno-płodowej. To jest doktor Bhaduri, a to doktor Symonds. Przywieziono panią do ośrodka z powodu ostrego bólu brzucha, a badania krwi wyka zały podwyższone stężenie hCG.

– Co to znaczy? – zapytała Chiasoka.

– HCG to ludzka gonadotropina kosmówkowa. To hormon, który wskazuje, że jest pani w ciąży.

– W ciąży? Ale ja nie mogę być w ciąży! To niemożliwe!

– Cóż, dlatego właśnie musimy zrobić ultrasonografię i się upewnić. Oprócz wyso kiego stężenia hCG stwierdziliśmy u pani także gwałtowne zmiany w obrębie macicy, i to właśnie jest przyczyną tego ogromnego bólu. Twierdzi pani, że nie może być w ciąży, ale wszystkie objawy na nią wskazują. Ponadto płód z jakiegoś powodu jest niezwykle aktywny.

Chiasoka z trudem oddychała.

– Nie mogę być w ciąży. Cokolwiek to jest, cokolwiek doprowadziło mnie do tego stanu, to nie jest dziecko. Przecież od dawna nie byłam z nikim. Mąż mnie zostawił i wrócił do Nigerii. Mieszkam z kuzynką. Nie byłam z żadnym mężczyzną.

– Cóż, wkrótce się o tym przekonamy, jeżeli zgodzi się pani na USG. Usilnie zalecam, aby wyraziła pani na to badanie zgodę, ponieważ koniecznie musimy się dowiedzieć, co się dzieje w pani brzuchu, pani Oddywolly. Ale chcę być z panią całkowicie szczery: według mnie przyczyną tych dolegliwości jest ciąża.

Chiasoka popatrzyła na młodą lekarkę. Na jej twarzy malował się taki niepokój, że do oczu Chiasoki napłynęły łzy.

– Nie mogę być w ciąży – załkała. – Jak to możliwe?

– Proszę mi wierzyć, nie ma powodów do obaw. Badanie nie trwa długo i nie niesie ze sobą żadnego dyskomfortu. Nasi technicy wyjaśnią pani krok po kroku, co będą robić.

– Byłam w ciąży, owszem. Ale w kwietniu.

– Była pani w ciąży? – zapytał doktor Macleod i zdjął okulary. – Co się stało?

– Przerwałam ją. Miałam aborcję.

– Rozumiem, że uzgodniła to pani z lekarzem? Chiasoka pokiwała głową.

– Pani doktor podała mi pierwszą pigułkę, a pozostałe zażyłam w domu.

– Zakładam, że była to najpierw jedna tabletka mifepristonu, a po czterdziestu ośmiu godzinach zażyła pani jeszcze cztery tabletki mizoprostolu.

– Nie pamiętam nazw. Miałam po tych tabletkach okropne mdłości.

– W którym tygodniu ciąży to się działo?

– W dziesiątym.

– I skutecznie przerwała pani ciążę? Jest pani tego pewna?

– Tak. Widziałam to…

– I jest pani przekonana, że potem nie mogła ponownie zajść w ciążę?

– Tę ciążę zafundował mi mąż kuzynki. Nie powiedziałam jej, co się stało, ponieważ moja córka i ja możemy mieszkać tylko u niej. O ciąży nie powiedziałam też jej mężowi. Ostrzegłam go jednak, że jeśli jeszcze kiedykolwiek mnie dotknie, wezmę z kuchni nóż i kiedy będzie spał, odetnę mu kòfe..

– Ojej. Jasne. Chyba wiem, o co chodzi. A jednak bez względu na to, czy jest pani w ciąży czy nie, koniecznie musimy zrobić USG. W gruncie rzeczy, jeżeli nie jest pani w ciąży, wydaje mi się to wręcz bardzo pilne.

Chiasoka zamknęła na chwilę oczy. Wciąż nie wierzyła w to, co się dzieje. Wydawało się to nierealne, tak samo jak wtedy, kiedy wróciła z dniówki na kasie w Sainsbury’s w Peckham i zobaczyła, że Enilo spakował swoje rzeczy. Tylko po to czekał, aż wróci do ich mieszkania, żeby jej powiedzieć, że się wyprowadza i wraca do Lagos. O ironio, w języku joruba imię „Enilo” oznacza „tego, który odjechał”.

– A co będzie ze mną i z Darają? – zapytała go.

– Masz pracę. Możesz zatrzymać samochód.

– Ale nie opłacę czynszu z jednej pensji.

– Nie obchodzi mnie to, Chi. Po prostu mnie to nie obchodzi. Nie chcę dłużej tak żyć. Czuję się w tym kraju jak gówno. Nikt mnie tutaj nie szanuje, a w naszej ojczyźnie jest jednak inaczej. Wcześniej ci o tym nie mówiłem, ale w sobotę zatrzymali mnie dwaj policjanci i dokładnie prze szukali, bo myśleli, że mam nóż.

– Nie powiedziałeś im, że jesteś księgowym?

– Powiedziałem. Ale odburknęli, że to nie ma żadnego znaczenia. Inaczej mówiąc, skoro jestem czarny, to muszę być przestępcą.

– Już nas nie kochasz, Daraji i mnie?

Enilo odwrócił głowę, tak jakby chciał patrzeć już tylko w przyszłość. – Jak mogę kogoś kochać, skoro nie kocham samego siebie?

Do izolatki wróciła pielęgniarka. Towarzyszył jej sanitariusz, który pchał wózek inwalidzki.

– Wszyscy gotowi? – zapytała wesoło pielęgniarka.

Doktor Macleod popatrzył na Chiasokę ze współczuciem, niemal po ojcowsku.

– Niezależnie od tego, jaki będzie wynik badania, dobrze się panią zaopiekujemy, pani Oddywolly.

Była godzina piąta po południu i na dworze już szarzało, kiedy doktor Mac leod i jego dwoje asystentów wrócili do pokoju szpitalnego Chiasoki z wynikami badania ultrasonograficznego.

Wcześniej pielęgniarka odnalazła jej telefon i Chiasoka porozmawiała z Darają. Powiedziała jej, że znalazła się w szpitalu z powodu bólu brzuszka, ale wkrótce wróci do niej i do cioci Abebi. Odebrała także wiadomość od policji z Peckham: jej zniszczony samochód odholowano na Lugard Road i pozostawiono na parkingu na tyłach bloku mieszkalnego kuzynki.

Wciąż kręciło jej się w głowie i bezustannie miała wrażenie, jakby w brzuchu coś się przemieszczało. Jakieś dwadzieścia minut wcześniej podano jej kubek herbaty z mlekiem, ale kiedy tylko upiła pierwszy łyk, zwymiotowała na podłogę.

Doktor Macleod usiadł na krześle przy łóżku, a dwoje asy stentów stanęło za jego plecami. Ich spojrzenia wprawiały Chiasokę w konsternację. Wydawało jej się, że patrzą na nią niemal jak na żywy eksponat w jakimś gabinecie osobliwości.

– Mam już wyniki – odezwał się doktor Macleod. – I muszę powiedzieć, że jest pani w ciąży. Nie mam co do tego żadnych wątpliwości.

– Jak to możliwe? – zaprotestowała Chiasoka. – Jak to jest możliwe? Usunęłam to dziecko. Na własne oczy widziałam w toalecie, co ze mnie wyszło. I przysięgam na Boga, że od tego czasu nie byłam z żadnym mężczyzną.

Doktor Macleod trzymał zieloną kopertę, ale jej nie otworzył ani nie podał Chiasoce.

– Przykro mi, pani Oddywolly, ale badanie USG potwierdziło, że w pani macicy znajduje się żywy płód. Muszę jednak dodać, że ten płód jest cokolwiek niezwykły. W rzeczy samej, nie wchodząc w szczegóły, jest nieprawidłowy. Do tego stopnia, że prawie na pewno będziemy musieli zrobić cesarskie cięcie, żeby go usunąć.

Chiasoka patrzyła na lekarza z przerażeniem.

– Co to znaczy „nieprawidłowy”? – wyszeptała. – Co złego się z nim dzieje?

– Nigdy dotąd nie zadawałem ciężarnej kobiecie takiego pytania, ale czy na pewno chce go pani zobaczyć? Zapewniam panią, że ze względu na deformację płodu nie ma najmniejszej szansy na uratowanie go, i dlatego zachęcam panią do bezzwłocznego przerwania ciąży. Ujmę to w ten sposób: dzięki temu będzie pani mogła w ogóle go nigdy nie zobaczyć.

– Czy to możliwe, że jest aż tak źle? Przecież nawet nie wiem, skąd on się we mnie wziął.

– Kiedy przerwiemy ciążę, przeprowadzimy badania DNA, które pozwolą ustalić, kto jest ojcem.

– Nie ma ojca.

– Czy wolno mi zatem przyjąć, że możemy czym prędzej przystąpić do zabiegu?

– Dlaczego spodziewa się pan, że natychmiast wyrażę zgodę na aborcję, skoro nawet nie wiem, skąd się on wziął i co właściwie się z nim dzieje? Muszę chociaż go zobaczyć. Nie dbam o to, jak wygląda. Jakkolwiek się począł, w połowie zrodził się ze mnie.

– Jest pani całkowicie pewna? – zapytał doktor Macleod.

– Niech pan mi go pokaże.

Doktor Macleod odwrócił się i popatrzył na asystentów. Następnie otworzył zieloną kopertę i wyciągnął z niej zdjęcie USG, które ukazywało płód w łonie Chiasoki w trzech wymiarach i w kolorze.

Chiasoka wzięła zdjęcie do ręki i uniosła na wysokość oczu. Po chwili bardzo powoli opuściła dłoń na brzuch, jednocześnie szeroko otwierając usta. Następnie z absolutnym niedowierzaniem popatrzyła na doktora Macleoda, po czym zakrztusiła się i zwymiotowała na kołdrę resztki herbaty.

Rozdział 2

Detektyw Jerry Pardoe zatrzymał się przed recepcją komisariatu policji w Tooting, aby chwilę pogaworzyć z posterunkową Susan Lawrence, ale zadzwonił jego iPhone. Telefonował sierżant Bristow.

– Gdzie jesteś, Pardoe? Wyszedłeś już do domu?

– Właśnie mam taki zamiar, sierżancie.

– A więc to doskonale, że jesteś na miejscu. Wypracujesz trochę nadgodzin. Ktoś kogoś dźgnął nożem przed klubem karate na Streatham Road, przy Tesco. Są tam już dwa nasze radiowozy i karetka pogotowia. Pojedzie z tobą Mallett.

– Cholera. Jest ofiara śmiertelna?

– Jeszcze nie wiem. Wygląda na to, że dwaj kolesie pokłócili się o jakąś panienkę.

– Mam nadzieję, że była tego warta. Dobra. Niech pan powie Mallettowi, że czekam na niego na parkingu.

Odwrócił się do posterunkowej Lawrence i zrobił wymowną minę. Przy słano ją do Tooting trzy tygodnie temu i od razu mu się spodobała. Miała wysokie kości policzkowe, kocie oczy i krótkie jasnobrązowe włosy, a biała koszula mundurowa tylko podkreślała jej bardzo duże piersi. Tony’emu, kumplowi z warsztatu samochodowego, powiedział, że dziewczyna ma twarz telewizyjnej pogodynki i figurę modelki z „Playboya”. Przed chwilą Jerry zamierzał ją zapytać, czy po pracy poszłaby z nim na tajską kolację do restauracji Kao Sam przy High Street, ale w tym momencie wszystko wskazywało na to, że Jerry przez resztę wieczoru będzie się starał wydobyć sensowne zeznania od zakrwawionych nastolatków o mózgach otumanionych przez narkotyki.

– Cóż, obowiązki wzywają – powiedział do niej. – Może masz jutro wolny wieczór?

– Jutro? Nie. Moja partnerka ma akurat wolny dzień. Idziemy na lodowisko.

– Na lodowisko? Nikt już mnie nie namówi na coś takiego. Ostatnim razem, kiedy założyłem łyżwy, przez większość czasu ślizgałem się na tyłku.

– Ja także nie jestem dobrą łyżwiarką. Ale moja partnerka jest doskonała.

– Och. Długo jesteś z tą… partnerką?

– Będzie już prawie rok.

– Aha. Cóż, bawcie się dobrze.

Jerry wyszedł z komisariatu tylnymi drzwiami i po chwili dotarł do swojego srebrnego forda mondeo, który stał na policyjnym parkingu. Znowu mój cholerny pech, pomyślał, siadając za kierownicą. Najapetyczniejsza dupeczka, która pojawiła się na komisariacie w Tooting od czasu, kiedy sam zaczął tutaj pracować, właśnie okazała się literą L z szerokiego zestawu LGBTQ.

Detektyw posterunkowy Bobby Mallett wybiegł na parking, zapinając po drodze ortalion. Szło mu kiepsko, ponieważ miał tylko jedną wolną rękę; w drugiej trzymał niedojedzoną bułkę z serem i pomidorem. Był niski i przysadzisty, miał sterczące czarne włosy, wyłupiaste oczy i bulwiasty nos. Wszyscy na komisariacie nazywali go Jeżozwierzem.

Usiadł w fotelu pasażera i wykręcił tułów, szukając pasa bezpieczeństwa.

– Mam nadzieję, że nie nakruszysz mi w samochodzie – powiedział Jerry, włączywszy silnik. – Ostatnio wydałem dziesięć funtów na dokładne wyczyszczenie całej kabiny.

– Cholerni gówniarze nie mają co robić, tylko dźgają się po nocach – odparł Mallett. – To już chyba czwarty raz w tym tygodniu. Łażą po ulicach z nożami i z maczetami i nic dziwnego, że wygrażają sobie nawzajem. A potem jeden z drugim jest zaskoczony, że ktoś wykitował, dźgnięty lub ciachnięty maczetą. Poza tym wciągają albo wąchają jakieś świństwa i nad ranem nikt niczego nie pamięta, a trup leży na ulicy i jest jak najbardziej realny.

– Chłopak, którego znaleźliśmy wczoraj po południu, ten zasztyletowany przed Chicks, wcześniej nieźle się naćpał – rzekł Jerry.

– Tak, słyszałem. Miał chyba piętnaście lat?

– Piętnaście skończył w ostatnim tygodniu życia. A ten, który go zadźgał, miał zaledwie siedemnaście. – Zaczął mówić nosowym głosem rapera: – Rąbał mi dupę przed kumplami i miałem już tego dosyć. Żaden facet by tego nie wytrzymał.

– Co za tuman.

– Oto i całe pokolenie Z, Jeżozwierzu – kontynuował Jerry, skręcając w Links Road i jadąc w kierunku Streatham. – To młodzi ludzie, którzy doskonale potrafią korzystać ze zdobyczy współczesnej techniki, ale w krytycznych sytuacjach nie odróżniają dupy od głowy.

Po niecałych pięciu minutach dotarli na miejsce przestępstwa. Przed supermarketem Tesco stały już dwa radiowozy błyskające niebieskimi lampami. Kawałek dalej, przed polskimi delikatesami, parkowała karetka. Zebrał się niewielki tłumek gapiów, policjanci jednak odgrodzili już taśmą obszar, na który nikt nie miał wstępu. Jerry zatrzymał auto za karetką i wysiadł wraz z Mallettem. Był chłodny wieczór i wydychali obłoczki pary, przez co wyglądali jak dwaj gliniarze z czarno-białego kryminału z lat pięćdziesiątych.

Ofiara morderstwa leżała pod wiatą przystanku autobusowego naprzeciwko należącego do niejakiego S. Ayngarana sklepu z azjatycką i karaibską żywnością, który znajdował się w odległości zaledwie pięciu metrów od klubu karate. Zabity był młodym Azjatą z fryzurą pompadour i starannie przyciętą brodą. Ubrany był w popielaty dres marki Fresh Ego Kid. Plamy krwi na dresie wskazywały, że chłopaka ugodzono w brzuch i klatkę piersiową sześć, siedem, a może nawet więcej razy. Oczy miał otwarte i wpatrywał się niewidzącym wzrokiem w buty stojącego przy nim krępego policjanta w kamizelce odblaskowej.

– Dobry wieczór – powiedział Jerry. – Co my tu mamy?

– Wszystko wskazuje na sprzeczkę – odparł policjant. Pociągnął nosem i wyjął z kieszeni notes. – Ofiara to Attaf Hiradż, lat dwadzieścia jeden. Podejrzany nazywa się Rusul Goraja, dwadzieścia trzy lata. Jest w szatni. Obaj są członkami klubu karate Kun’iku. Według ich instruktora wieczorem się o coś cholernie posprzeczali i w końcu zaczęli walczyć ze sobą jak wściekłe psy.

– Rozumiem. A czy ten instruktor wie przypadkiem, o co im poszło? Policjant pokręcił głową.

– Wydaje mu się, że o dziewczynę, z którą obaj się spotykali, ale nie jest tego pewien, ponieważ obaj powtarzali tylko ogólniki, takie jak „jesteś skończony” czy „jesteś śmieciem”, i przeklinali jak najęci.

– Medyk sądowy?

– Powinien być na miejscu za jakieś dziesięć minut.

– Jacyś świadkowie?

– Tam czekają. Zgarnęliśmy pięciu. Wszyscy widzieli, jak podejrzany dźga nożem ofiarę. Paru próbowało go powstrzymać, ale zagroził, że zabierze się także do nich. Dopiero kiedy chciał stąd odejść, jeden ze świadków pobiegł za nim i zadał mu cios karate w jaja. Wtedy skoczyli na niego także pozostali i odebrali mu nóż.

– Rozumiem, dzięki – powiedział Jerry. – Zaraz sobie z nimi porozmawiamy. Najpierw jednak powinniśmy zamienić kilka słów z nożownikiem. Jeżozwierzu, idziesz ze mną?

Mallett wpatrywał się w ekran swojego iPhone’a.

– …Co? Jasne. Tak. Musiałem napisać do Margot, że spóźnię się na kolację.

Weszli do klubu karate i wspięli się po stromych schodach na pierwsze piętro. Zanim dotarli do szatni, Jerry wyczuł w powietrzu zapach maści rozgrzewającej Tiger Balm – kamforę i mentol – maskujący odór stęchlizny i potu.

Szatnia była długa i wąska, a wzdłuż ścian wisiały wilgotne stroje do karate i torby sportowe. Podejrzany siedział na ławce w kącie, skuty kajdankami. Dwaj śmiertelnie znudzeni policjanci stali przy nim z rękami skrzyżowanymi na piersiach. Kiedy zobaczyli Jerry’ego i Malletta, jeden z nich złapał podejrzanego za łokieć i postawił na nogi.

– Dobry wieczór, panowie – powiedział Jerry. Nie musiał się przedstawiać. Ci policjanci także pracowali na komisariacie w Tooting. – A więc to jest nasz Mackie Majcher? Jak się nazywasz, kolego?

Podejrzany miał trochę ponad sto siedemdziesiąt centymetrów wzrostu, ale był muskularny, miał grubą szyję z ciemnymi znamionami i nabite bicepsy typowe dla kogoś, kto codziennie odwiedza siłownię. Włosy splótł w cienkie warkoczyki zaczesane rządkami do tyłu, a w uszy wpiął srebrne pierścienie. Jerry uznał, że chłopak jest spektakularnie brzydki, jego twarz wyglądała tak, jakby przez cały czas była przyciśnięta do szyby. Wciąż był ubrany w luźne białe keikogi, upstrzone na lewym ramieniu zaschniętą krwią; kształt plamy przywodził na myśl obrazy Jacksona Pollocka. W jego oddechu wyczuwało się słodkawy zapach owoców, więc Jerry doszedł do wniosku, że chłopak opił się leanem, mieszanką syropu na kaszel i kodeiny.

Niektóre dzieciaki zwykły pijać trzy lub cztery butelki tej mikstury tygodniowo, albo i więcej, jeżeli tylko było je na to stać.

– Zasłużył na to – odezwał się chłopak, wyzywająco unosząc głowę.

– Tak się nazywasz, kolego? Zasłużył Nato?

– Nie, brachu. Rusul jestem. Chciałem powiedzieć, że Attaf sam się pro sił, żeby go dziabnąć.

– Rusul? A nazwisko? – zapytał Jerry spokojnym tonem, jakiego używał podczas przesłuchań. – Ile masz lat, Rusul? I gdzie mieszkasz?

– Rusul Goraja. Dwadzieścia trzy lata. Zamieszkały w Sumner House pod numerem 79.

– Sam mieszkasz czy z rodzicami?

– Ze starymi, brachu. Nie mam hajsu na swoje.

– Kim ty jesteś? Gudźarati?

– Zgadza się.

Jerry nie musiał pytać Rusula, dlaczego – chociaż jest Pakistańczykiem – często używa jamajskich wyrażeń. Tak mówiły właściwie wszystkie dzieciaki mieszkające na przedmieściach Londynu. W pokoju odpraw na komisariacie w Tooting wisiał nawet plakat z listą slangowych słów, którymi posługują się młodzi ludzie, wciąż uaktualnianą. Chociaż Rusul „robił się na giganta” – pracował nad mięśniami – wciąż był „urodem” albo „dwójką”, co oznaczało, że jest brzydki: mógł dostać tylko dwa punkty na dziesięć możliwych.

– Przyznajesz więc, że zasztyletowałeś Attafa?

– Jak mówiłem, zasłużył na to. Gość był winny morderstwa, no to wymierzyłem mu sprawiedliwość, tak jakby to zrobił sąd, więc spoko loko. Chociaż sąd tylko by go wsadził do ciupy.

– Attaf kogoś zabił?

– Zamordował dziecko, nie?

– Czyje dziecko?

Rusul miał odpowiedzieć, ale nagle zacisnął usta i jego pierś zaczęła unosić się i opadać, gdy wziął kilka głębokich oddechów. Jerry obserwował, jak nagle opuszcza go cwaniacka buta, a na twarzy pojawia się wyraz ogromnego bólu. Rusul złożył skute dłonie i w jego oczach pojawiły się łzy.

– Moje dziecko, brachu! Moje!

– Attaf zabił twoje dziecko? Jak? Kiedy? Dlaczego nie powiadomiłeś o tym policji?

– Bo te świnie i tak nic by nie zrobiły!

– Dlaczego nie?

– Bo nie zwijają nikogo za aborcję! Chodziłem z Dżoją już prawie rok, aż tu pojawił się ten Attaf i mi ją zabrał. Ale wtedy się okazało, że Dżoja będzie miała ze mną dziecko. To musiało być moje dziecko, bo w ciąży była już od sześciu tygodni, a z Attafem zadawała się niecały miech.

– Zatem postanowiła przerwać ciążę, tak?

– Attaf znał lekarkę w Brockley i ona dała Dżoi tabletki. A przecież to jest jak morderstwo, co nie? Kiedy pomagasz w zabiciu kogoś, to jest tak samo, jakbyś sam zabijał, dobrze gadam?

– I to według ciebie usprawiedliwia zasztyletowanie Attafa? Uznałeś, że jest mordercą, więc jeśli go zabijesz, ujdzie ci to na sucho?

– A może się spodziewałeś, że dostaniesz za to medal? – wtrącił Mallett.

– Albo happy meal w McDonaldzie za darmo przez rok? Co za bałwan. Jerry popatrzył na dwóch umundurowanych policjantów i pokręcił głową. Po chwili powiedział:

– Rusulu Goraja, aresztuję cię za zamordowanie Attafa Hiradża. Nie musisz teraz nic mówić. Jednak możesz pogorszyć swoją pozycję przed sądem, jeżeli w czasie przesłuchania zataisz coś, na czym później zechcesz opierać swoją obronę. Wszystko, co powiesz, może zostać użyte jako dowód.

– Zabierzcie go na dołek, chłopcy – dodał Mallett.

Jerry i Mallett odbyli krótkie rozmowy z pięcioma świadkami, wśród których znalazł się Ken, instruktor karate, były oficer SAS, który służył w Iraku. Wszyscy zeznali mniej więcej to samo. Rusul i Attaf przez cały wieczór krążyli wokół siebie nawzajem jak rozwścieczone pumy, bezustannie obrzucali się obelgami, a kiedy już wybuchła bójka, była tak gwałtowna, że Ken rozdzielił ich, żeby żaden nie odniósł poważniejszych obrażeń. Ale później, kiedy Attaf wyszedł na ulicę, Rusul pobiegł za nim z nożem, pchnął go na wiatę przystanku autobusowego i zaczął szaleńczo dźgać w klatkę piersiową i brzuch.

– I z tego, co panu wiadomo, chodziło im o tę dziewczynę, Dżoję? – zapytał Jerry.

– Tak – odparł Ken. – Od czasu do czasu przychodziła do klubu z Attafem. Ładna dziewczyna, jeśli chce pan wiedzieć. Nie wiem jednak, co widziała w Rusulu. Jest dobrze zbudowany, to trzeba mu przyznać, ale sam pan widział, ma twarz jak worek z ziemniakami.

– Nie wie pan może, gdzie ta Dżoja mieszka? Jeśli nie, trudno. Spraw dzimy telefon Attafa i tak czy inaczej do niej dotrzemy.

– Albo Rusul powie nam na torturach, gdzie jej szukać – wtrącił Mallett.

– Ta dziewczyna chyba mieszka w Streatham. Nie wiem gdzie dokładnie.

– Jej ojciec ma przy High Road w Streatham delikatesy z żywnością halal – powiedział jeden z młodych ludzi, świadków morderstwa.

– Doskonale, to nam zawęża poszukiwania do jakichś dwudziestu miejsc – stwierdził Jerry. – Dzięki.

Zapisali nazwiska i adresy wszystkich świadków. Tymczasem wreszcie przybyli technicy i zaczęli krążyć w niebieskich kombinezonach wokół miejsca zbrodni, fotografując zwłoki oraz otaczające je lepkie plamy krwi na trotuarze. Jerry i Mallett odczekali, aż wykonają wstępne czynności, a sanitariusze zabiorą ciało zamordowanego do karetki.

Mallett wypalił pół papierosa i niespodziewanie zaczął tak intensywnie kaszleć, że musiał kilkakrotnie uderzyć się otwartą dłonią w pierś. Pomogło mu to na tyle, że zdołał wypluć do rynsztoka mnóstwo flegmy.

– Może przerzucisz się na e-papierosy? – zasugerował Jerry.

– I co? Miałbym nimi śmierdzieć jak ciota? Daj spokój.

Karetka z ciałem Attafa odjechała. Kierowca nie włączył syreny ani niebieskich świateł na dachu.

– Wypijemy po piwku, zanim pójdziemy na dołek? – zaproponował Jerry.

Mallett popatrzył na niego.

– Cholera, czytasz w moich myślach.


Dodano: 2020-07-24 12:26:56
Komentarze
-Jeszcze nie ma komentarzy-
Komentuj


Artykuły

Sam Sykes - wywiad z autorem "Siedmiu czarnych mieczy"


 Wiedźmin Netfliksa: zachwyt czy rozczarowanie?

 Nie tylko Netflix animuje króliki, czyli „Wodnikowe Wzgórze” przez dekady

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e06)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e05)

Recenzje

Day, Kate Hope - "Co, jeśli…"


 Le Guin, Ursula K. - "Kotolotki"

 Sykes, Sam - "Siedem czarnych mieczy"

 Vonnegut, Kurt - "Galapagos"

 Adeyemi, Tomi - "Dzieci krwi i kości" i "Dzieci prawdy i zemsty"

 Wilhelm, Kate - "Gdzie dawniej śpiewał ptak"

 Collins, Suzanne - "Ballada ptaków i węży"

 Bradbury, Ray - "Green Town"

Fragmenty

 Bester, Alfred - "Człowiek do przeróbki

 Scalzi, John - "Ostatnia imperoks"

 Elison, Meg - "Księga Bezimiennej Akuszerki"

 Możdżeń, Konrad - "Chodź ze mną"

 Zamiatin, Jewgienij - "My"

 Urbanowicz, Artur - "Paradoks"

 Sykes, Sam - "Siedem czarnych mieczy"

 Kisiel, Marta - "Małe Licho i lato z diabłem"

Projekt i realizacja:sismedia.eu       Reklama     © 2004-2020 nast.pl     RSS      RSS