NAST.pl
 
Komiks
  Facebook
Facebook
 
Forum

  RSS RSS

 Strona główna     Zapowiedzi     Recenzje     Imprezy     Konkursy     Wywiady     Patronaty     Archiwum newsów     Artykuły i relacje     Biblioteka     Fragmenty     Galerie     Opowiadania     Redakcja     Zaprzyjaźnione strony   

Zaloguj się tutaj! | Rejestruj

Patronat

Taylor, Dennis E. - "Nasze imię Legion, nasze imię Bob"

Sanderson, Brandon - "Dawca przysięgi", część 2 (twarda okładka)

Ukazały się

Campbell, Jack - "Zaginiona flota. Nieustraszony" (2020)


 Machanienko, Wasilij - "Droga Szamana. Etap 3: Tajemnica Mrocznego Lasu"

 Ziemiański, Andrzej - "Cyberpunk. Odrodzenie"

 Chokshi, Roshani - "Aru Shah i drzewo życzeń"

 Machanienko, Wasilij - "Droga Szamana. Etap 1: Początek" (nowe wydanie)

 Jadowska, Aneta - "Na wojnie nie ma niewinnych" (SQN)

 Drayden, Nicky - "Overwatch: Bohaterka Numbani"

 Czarny, Tomasz; Bogusz, Patryk - "Nowoczesna niewolnica"

Linki

Dąbrowski, Michał - "Imię Boga"
Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Data wydania: Marzec 2020
ISBN: 978-83-8116-866-3
Oprawa: miękka
Format: 140×205mm
Liczba stron: 688
Cena: 39,90 zł



Dąbrowski, Michał - "Imię Boga"

PROLOG

Stukot jej laski ginął w odgłosach deszczu. Musiała się skoncentrować, wsłuchać, aby wyłowić go z chlupotu, trzasku i szumu. Uśmiechnęła się do siebie, gdy go odnalazła. Nie zamierzała znowu pozwolić mu uciec. Nie to, że był jej potrzebny, o nie. Znała drogę do domu. Nie musiała widzieć, nie musiała słyszeć, tylko iść, tak jak zawsze, od tak wielu lat…

Brewień zbierała wyłącznie w tym jednym miejscu, przy parowie, obok chropowatych korzeni kościdrzewa, i tylko przy srebrzystej nocy, gdy zimne słońce nie zachodziło, a księżyc był w pełni. Ludzie mówili, że to zła noc, „zimna noc”, kiedy świat nie jest taki, jak powinien być, a po lasach wędrują duchy, zmory i Upiory zrodzone z nienawiści.

Mówili też, że mało na świecie rzeczy tak pięknych, jak srebrzysta noc w środku zimy, gdy śnieg płonie zimnym światłem. Gdy była młodsza, zawsze chciała to zobaczyć. Wiele rzeczy pragnęła kiedyś zobaczyć, ale z czasem…

Znowu uśmiechnęła się do siebie, wodząc językiem po bezzębnych już prawie dziąsłach.

Z czasem przyszło jej do głowy, że świat wcale nie jest piękny, że wszystko, co widziała w swoich myślach – gdy dobrzy ludzie opowiadali o tym, czego znać nie mogła – musiało być piękniejsze aniżeli to, co w istocie objąć można dobrymi oczyma. Tak jak teraz, gdy szła wydreptaną przez siebie ścieżynką przez las, w towarzystwie deszczu i wiatru, stukotu kostura, chichotu wron.

Nasłuchała się ludzi. Wiedziała, że ich oczy nie dostrzegały w jej zakątku puszczy nic pięknego. Ona widziała tylko piękno. Zawsze. Bo nigdy nie widziała brzydoty.

– Gdybym była widziała… – rzuciła do chichoczących wokół ptaków. – Siebie bym widziała. Ze strachu bym umarła! – zaśmiała się charkotliwie.

Nie. Niczego nie chciała już zobaczyć. To, co widziała swoimi ślepymi oczyma, w zupełności wystarczyło. Poza tym dobrze wpływało na jej reputację. Jak dziewczyna ze wsi chciała płód spędzić i słyszała od siostry, że jest głęboko w lesie stara, ślepa wiedźma, to nie wahała się ni chwili, tylko w te pędy do niej gnała. Inna rzecz, że miała najlepszy brewień pod słońcami i inne szeptunki niech się w lisiej norze schowają. Zachichotała znowu, a jej pierzasta eskorta chichotała wraz z nią.

Pomagało też w interesie, że wierzyli wszyscy w okolicy, że babuleńka, szeptunka z boru, przyszłość oczami ślepemi widzi. Bajda, owszem. Przyszłości nie widziała, ale jak przychodziła dziewczyna i pytała o imię chłopca, co to mężem jej zostanie, albo kawaler pytający, czy przygodę wojenną przeżyć mu będzie dane, to co miała robić? Prawdę mówić? No to mówiła, co jej ślina na język przyniosła. A ludzie wracali potem i mówili: „Babuleńko! Toć wszystko, coś rzekła, sprawdziło się!”. Kręciła tylko głową, odsłaniając gołe dziąsła w bezzębnym uśmiechu i pieniądze czy kurczaki brała, bo jak dają, to głupi tylko by nie brał.

Raz tylko pożałowała sławy jasnowidzącej. Gdy wrócił Podghorst i przywiódł ze sobą chłopaka. Wzdrygnęła się na samą myśl. Była wiedźmą, ale przecież w czary nie wierzyła. A Podghorst wierzył. I uczyć chłopaka kazał, a on! Ha! Ten był…

Kostur uderzył w drzwi chałupy. Dotarła do domu. Teraz tylko wysuszyć się przy ogniu, wywary na następnych kilka księżyców przyrządzić, kurę z pierza i łusek oprawić, rosół zrobić. Marzyła o gorącym rosole.

W domu ciepło było. Za ciepło.

– Kto tu?! – zawołała, choć izba przecież tak mała, że i szept by wystarczył. Wiedziała jednak. Poczuła jego zapach.

– Ja, babuleńko. Wróciłem – odparł z kąta swoim głębokim, pięknym głosem. Tak łagodnym, a jednak pełnym ognia, który wyczuła w nim już pierwszego dnia, gdy Podghorst go jej zostawił.

Prychnęła pogardliwie.

– A na coś ty tu wracał!? A kto cię tu chciał?! – Wróciłem do ciebie, babuleńko. – Jakiś smutek dźwię

czał w tym głosie, jakaś inna, obca nuta, której nie było, gdy opuszczał jej dom, lat temu ile, nie wiedzą nawet Anioły.

– To się przydaj ty! – fuknęła na niego. – Przydaj się na coś i kurę mi spraw! Na rosół mam chętkę, a na polu zimno, mokro, przemoczonam i zmarzłam! A ty? Siedzi sobie panisko, babie starej nawet nie pomoże!

– Rosół byś chciała? – rzekł po dłuższej chwili, jakby zastanawiając się nad czymś. Starała się wsłuchać w jego oddech, w bicie jego serca, ale deszcz dudnił w strzechę tak, że ledwie słyszała własne myśli.

– Ano pewnie, że bym chciała, mówię przecie!

– To ja ci zrobię rosół. Dostaniesz rosołu, babuleńko.

Siadaj, ogień napalę, grzej się. A potem porozmawiamy.

– A o czym to mamy rozmawiać, hę?

– Nie wiesz? – zapytał, krzątając się przy palenisku. – Przecie przyszłość widzisz…

Machnęła na niego ręką.

– A tam, przyszłość! Ja ci mówiła nie raz i nie dwa! Nikt nie widzi, co ma się zdarzyć!

– Duchy widzą, babuleńko. Duchy widzą i wiedzą. – Jakie tam duchy! – parsknęła ze złością. – Bajdy! Bajdy!

Dla dzieci bajdy! Kto widział ducha kiedy, no?

– Ja, babuleńko. Jam widział.

– Gównoś widział! – syknęła. – Czego tu szukasz? – powtórzyła znowu.

– Ciebie tylko, babuleńko. Do ciebie wróciłem. – Cesarczyki cię gonią? Myślisz, że się tu schowasz? – Nie. Ja się już nie chowam.

– Ciężko mi starej uwierzyć… – powiedziała po chwili, już znacznie łagodniej – …żeś swoje głupoty porzucił.

– I słusznie. Bo niczego nie porzuciłem.

– A mówisz, że…

– Daj mi rosół zrobić. Daj mi. Raz ostatni. Chcę, byś była szczęśliwa.

Teraz zrozumiała. Odczytała tę dziwną nutę w jego głosie. Poderwała się na równe nogi i rzuciła do drzwi. Była jednak stara i ślepa, a on młody i silny. Nie zdążyła. Chwycił ją za ramię i szarpnął, aż ból przeszył jej zmęczone ciało i upadła na słomę rozłożoną na podłodze. Próbowała wstać, ale przyszpilił ją do ziemi. Butem przydepnął jej kark i chwycił za resztki włosów.

– Chciałem, żebyś na końcu była szczęśliwa, babuleńko. Naprawdę, przykro mi. Tak bardzo mi przykro…

– Oszalałeś! – zawyła. – Do cna żeś zmysły postradał! – Nie. Otrzymałem nowe. Ja widzę, babuleńko. Jestem

widzącym duchy. I przepowiadają mi one, że nadchodzi dzień, w którym nasz lud powstanie. Spłoną zamki i miasta cesarczyków, a na ich ruinach władać będziemy my, raz jeszcze…

– Idź! Idź do swoich duchów! Zostaw mnie w spokoju!

Co ja ci uczyniłam?! Jak swojego wychowałam!

– Gdybym tylko mógł, babuleńko – odparł z westchnieniem, przyciskając jej kark do ziemi coraz mocniej. Czuła, że się dusi. – Widzisz… Potrzebuję ich od ciebie. Magia tego wymaga. Żeby zobaczyć, co mam zobaczyć, muszę ci je zabrać…

– Bierz! – wycharczała. – Bierz wszystko! Ostaw mnie! – Gdybym tylko mógł, babuleńko… Nie. Bo widzisz… – Obrócił ją kopniakiem na plecy i nachylił się nad nią. Poczuła przy twarzy zapach żelaza. – Potrzebuję twoich oczu…

* * *

Była tylko czerń. Czerń, a w niej on.

– Ukażcie mi! – zawołał w nicość. Z mroku dobiegł skowyt, dziki, szalony charkot i zwierzęce wycie, a potem pustka zafalowała, zazgrzytała, rozpłynęła się, jak mgła.

Dwóch mężczyzn siedziało na moście, rozciągniętym nad przepaścią wypełnioną pulsującym ogniem, pijąc wino i karmiąc latającego kota macą. Obok nich przebiegła ciemnoskóra dziewczyna; ktoś ją ścigał, postać w czarnym płaszczu z mieczem utkanym ze słów w dłoni. Wbiegli do świątyni z tysiącem strzaskanych kolumn, do komnaty, w której z sufitu zwisał olbrzymi gad ze skrzydłami. Pomieszczenia pełnego książek, które otwierały się, jedna po drugiej, a na stronice z białych kotar bryzgała krew, szumiąc jak rwąca rzeka. Był znów z nimi, z tymi dwoma, wokół nich rój milionów much, które nuciły jakąś piosenkę…

– Więcej! – ryknął w ciemność.

– Jestem lalką swojego ojca… – zaszeleściły szepty. Chłopiec skulony w kącie, jego oczy roziskrzone błękit

nym płomieniem, ciemnoskóra dziewczyna klęcząca nad nim z wyrazem troski i przerażenia na twarzy. Jeden z mężczyzn pochylony nad pulpitem przy pełgającym świetle świecy, przyglądający się rozszerzonymi źrenicami czemuś w szklanym słoju, czemuś, co wyglądało jak olbrzymi sum pożerający młodą dziewczynę.

– Więcej… – wykrztusił, choć brakowało mu sił, choć czuł, że długo już nie wytrzyma.

– Chodź do nas, turkaweczko… – zaskowytała ciemność. Był w lesie szklanych drzew szepczących „przepraszam”, skąpanych w świetle jednego, dziwnie żółtego słońca, wśród śpiewu ptaków z metalu. Ona też tam była, ta ciemnoskóra dziewczyna wpatrzona w wiszący na ścianie portret, i on, chłopak ze słojem, i jeszcze ktoś czy coś – wychudzony mężczyzna bez ust. Dziewczyna obracała w dłoni kulę pokrytą słowami. Chłopak leżał w ciemności przykuty do ściany łańcuchem, a wokół niego wypatroszone króliki.

– Nawet nie wiesz, jak długo na to czekałem… – Usłyszał własny głos.

Znów był na moście nad wypełnioną ogniem przepaścią. Dziewczyna tańczyła z mężczyzną w kapturze. Potknęła się i upadła na kolana, a on uniósł miecz. Spadała prosto w szalejące płomienie.

– Więcej… – zachlipał, ledwie łapiąc oddech. – Więcej… – Wszystko zaczyna się od jednej zmiany w tym, co niezmienne…

Był w maleńkiej izbie i patrzył w rozbite lustro.

* * *

Uśmiechnęła się lekko, kącikiem ust. Jej odbicie zrobiło to samo. Wyciągnęła rękę i dotknęła siebie, odbicia bladej dłoni. Wybuchnęła śmiechem – głośnym, radosnym, dziecinnym, a odbicie śmiało się wraz z nią, ukazując braki w uzębieniu. Śmiech uwiązł jej w gardle; ziejące dziury po przednich zębach ukryła za spierzchniętymi, bladoróżowymi wargami. Obróciła głowę, kryjąc zanikający, żółtozielony siniec pod lewym okiem.

Ona, ta druga ona, ta w rozbitym lustrze, była ładniejsza.

Nikt nie wybił jej zębów, nie nabił sińców, nie złamał nosa.

Ona była piękna.

Nie była nią, o nie. Ona patrzyła z rozbitego lustra z lekkim, dumnym uśmiechem. Była kobietą, piękną kobietą, a nie dziewczyną w workowatej, szarej sukience dla służby i w ciasno zawiązanym na głowie czepcu.

Ona była piękna.

Patrzyły sobie w oczy, uśmiechały się do siebie. Zauważyła, że odbicie drżącą dłonią sięga do czepca i powoli, z wahaniem, rozwiązuje sploty szarego sukna. W lustrze ukazały się jej włosy. Nie, nie jej włosy. Te były liche, zmierzwione, w kolorze brudnego brązu. Tymczasem włosy w lustrze były bujne i dziko rozrzucone; teraz, gdy nie spinał ich ciasny węzeł, w płomieniu świecy iskrzyły się miedzią i złotem.

Stała tam, w rozbitym lustrze, obdarzając ją spojrzeniem dumnym i butnym. Nie pasowała do ciasnego składziku oświetlonego tylko jedną świecą ustawioną na komódce przy drzwiach. Nie pasowała do szarej sukienki. Była stworzona do połyskujących kolorami sukien balowych, które podziwialiby młodzi panowie, prześcigając się w prośbach o taniec. Ściągnęła sukienkę z tyłu, za plecami, aby ciaśniej opinała się wokół piersi i bioder…

Ona była piękna… Piękna jak Mera…

Potrząsnęła głową. „Pamiętaj!”, szepnęła do siebie w myślach. „Pamiętaj, po co tu jesteś!”

Musiała znaleźć dowód. Tak mówił komendant Drigher. „Jhannik Appel jest szanowanym obywatelem, filantropem, dobroczyńcą Starego Portu. Bez dowodów nie zamierzam, dziewczyno, nawet palcem kiwnąć!” Tak jej powiedział.

Szukała więc. Zgłosiła się do Jhannika Appela i wybłagała, aby znalazł jej pracę, tak jak innym dziewczynom. Zniosła na sobie jego ciężar i ciężar jego przyjaciół, którzy zajmowali się nią później. Wszystko po to, aby zdobyć dowód.

Jak na razie wszystko to na próżno. Każdego ranka i co wieczór modliła się, błagała, by spotkać którąś z dziewczyn Appela ze Starego Portu, by usłyszeć, że martwiła się niepotrzebnie, że znosiła to wszystko niepotrzebnie. Tak byłoby lepiej.

Nie spotkała jednak żadnej. Wszystkie zniknęły, rozpłynęły się w powietrzu, nikt ich nie pamiętał, nikt nie widział, a ona wciąż szukała.

Drzwi do składziku otworzyły się z głośnym skrzypieniem. Cofnęła się pod ścianę, jak spłoszone zwierzę, próbując pospiesznie osłonić włosy rozwiązanym czepcem.

– A co ty tutaj! Kto ci tu pozwolił?! – zawołała tubalnym głosem stojąca w progu ochmistrzyni Reza, zwana przez służbę Różą, kobieta potężnie zbudowana, o szerokich ramionach i imponującej tuszy. – Goście w domie, wszyscy pracują jak te pszczółki w bajce ciężko, a ty, motylek jebany, w lusterku się przeglądasz? Oj, nie widzi mi się, żebyś tu została, dziewczyno!

– Prze… Przepraszam… – wydukała rudowłosa dziewczyna, drżącymi dłońmi wciąż mocując się z rozwiązanymi fałdami czepca. – Ja tylko szukałam…

– Ja wiem, czego szukałaś, sama cię po szkło posłałam! I powiedziałam dokładnie, gdzie stoi! Nie myszkuje się w cudzym domu, dziewczyno!

– Przepraszam, zgubiłam się, a potem… Ja nigdy wcześniej…

– Co nigdy wcześniej? Lustra nigdy nie widziała? – Głos ochmistrzyni, do tej pory pulsujący gniewem, teraz złagodniał. – No dobrze, już dobrze, dziewczyno… Chodź, ja już ci zawiążę ten czepiec. No tak, włoski to ty rzeczywiście masz ładne, chociaż rude, tfu.

Pozwoliła, by ochmistrzyni swoimi wprawnymi, wielkimi dłońmi zawiązała czepiec. Było jej wstyd. Wstyd, że odsłoniła włosy, przybierała niegodne pozy, że dała się ponieść próżności.

– Przepraszam, nie chciałam, ja tylko…

– No już, powiedziałam przecież, że już. No, czepiec dobry, trzyma się ładnie. Teraz leć, dziewczyno, do kuchni, zabieraj wino i podaj gościom. Tylko szybciusio spraw się, to może pozwolę ci na służbie zostać!

– Dziękuję! Bardzo dziękuję!

– A idź, nie dziękuj, tylko biegiem, mówiłam, biegusiem! – Ochmistrzyni machnęła ręką. – I drzwi za sobą zamknij! – zawołała jeszcze, gdy rudowłosa dziewczyna, czerwona na twarzy, wypadła ze składziku, w którym stało zbite lustro.

* * *

– Dość! – zakwilił. – Dość… – Zwinął się w kłębek na obryzganej krwią słomie, tuż obok zimnego ciała babuleńki. Oddychał ciężko, z trudem łapiąc powietrze. Wyciągnął rękę, szukając jej martwej dłoni. Chwycił ją mocno.

– Dziękuję… – wyszeptał.




Dodano: 2020-03-30 14:40:24
Komentarze
-Jeszcze nie ma komentarzy-
Komentuj


Konkurs

Wygraj trójpak LitTPG


Artykuły

Wiedźmin Netfliksa: zachwyt czy rozczarowanie?


 Nie tylko Netflix animuje króliki, czyli „Wodnikowe Wzgórze” przez dekady

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e06)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e05)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e04)

Recenzje

Harrow, Alix E. - "Dziesięć tysięcy drzwi"


 Wolfe, Gene - "Miecz i Cytadela"

 McDonald, Ian - "Luna: Wschód"

 Maas, Sarah J. - "Dom ziemi i krwi"

 Dick, Philip K. - "Druciarz Galaktyki"

 Flint, Eric & Weber, David - "1633"

 Bester, Alfred - "Gwiazdy moim przeznaczeniem"

 Corey, James S. A. - "Gniew Tiamat"

Fragmenty

 Kisiel, Marta - "Małe Licho i lato z diabłem"

 Masterton, Graham - "Dzieci zapomniane przez Boga"

 Hałas, Agnieszka - "Czerń nie zapomina"

 Dworakowski, Witold - "Wieczny buntownik"

 Ziębiński, Robert - "Dzień wagarowicza"

 Baoshu - "Odzyskanie czasu" (przedmowa)

 Hendel, Paulina - "Czarny świt"

 Baoshu - "Odzyskanie czasu"

Projekt i realizacja:sismedia.eu       Reklama     © 2004-2020 nast.pl     RSS      RSS