NAST.pl
 
Komiks
  Facebook
Facebook
 
Forum

  RSS RSS

 Strona główna     Zapowiedzi     Recenzje     Imprezy     Konkursy     Wywiady     Patronaty     Archiwum newsów     Artykuły i relacje     Biblioteka     Fragmenty     Galerie     Opowiadania     Redakcja     Zaprzyjaźnione strony   

Zaloguj się tutaj! | Rejestruj

Patronat

Heinlein, Robert A. - "Drzwi do lata" (Kolekcja Wehikuł czasu)

Mammay, Michael - "Przestrzeń"

Ukazały się

McDonald, Ian - "Luna: Wschód"


 Gwynne, John - "Gniew"

 Stephenson, Neal - "Śnieżyca"

 Domagalski, Dariusz - "Więzy krwi"

 Piekara, Jacek - "Ja, inkwizytor. Przeklęte kobiety" (miękka)

 Piekara, Jacek - "Ja, inkwizytor. Przeklęte kobiety" (twarda)

 Lem, Stanisław - "Wysoki Zamek"

 Carter, Rachel E. - "Ostatnia walka"

Linki

Dick, Philip K. - "Możemy cię zbudować"
Wydawnictwo: Rebis
Cykl: Dzieła Wybrane Philipa K. Dicka
Tytuł oryginału: We Can Build You
Tłumaczenie: Tomasz Hornowski
Data wydania: Luty 2020
ISBN: 978-83-8188-016-9
Oprawa: twarda z obwolutą
Format: 150x225 mm
Liczba stron: 336
Cena: 54,90 zł
Rok wydania oryginału: 1969



Dick, K. Philip - "Możemy cię zbudować"

Nie zmarnować cierpienia!

Jeśli wydawało Ci się kiedyś, Czytelniku, że pisarz, którego książki uwielbiasz, jest Twoim przyjacielem albo bliskim kumplem, dobrze zrozumiesz, o czym mówię. To naprawdę niezwykłe odkrycie, że ktoś oddalony od Ciebie w czasie i w przestrzeni myśli i czuje podobnie. Ale może jednak mówię coś dziwnego? Może to subtelny przejaw schizofrenii niczym u Louisa Rosena, głównego bohatera tej książki? Przyznam, że właśnie tak mi się zdawało, gdy uznałem Dicka za swojego przyjaciela, odkąd w pierwszej klasie liceum sięgnąłem po zbiór opowiadań Ostatni pan i władca oraz powieść Ubik.
Zacząłem czytać jego książki, kiedy byłem nastolatkiem, i towarzyszyły mi one przez większość życia. Niestety, nie przeczytałem wszystkiego, co napisał, ale nie ominąłem też chyba żadnej z jego najważniejszych powieści i żadnego z doskonałych opowiadań. Nie pamiętam już mnóstwa postaci i faktów, bo nie szczycę się świetną pamięcią, ale za to wiele książek przeczytałem kilka razy, niemal zawsze z takim samym zainteresowaniem. Kiepska pamięć ma też zalety.
Im byłem starszy, tym chętniej wracałem do ulubionych utworów. Szczególnie zaś do trylogii Valisa, którą za każdym razem odczytywałem na nowo. Sięgnąłem też po latach po biografię Dicka, najpierw tę najsłynniejszą, pióra Lawrence’a Sutina, a potem drugą, Anthony’ego Peake’a. Biografizm przeszkadza, jeśli chcesz się głębiej zanurzyć w historii, ale może bardzo pomóc, jeśli już się w niej zanurzyłeś i próbujesz posmakować jej pełniej. Prawda, że o dobrym kumplu chciałoby się wiedzieć jak najwięcej? I że chciałoby się przy okazji dowiedzieć czegoś o sobie?
Może więc właśnie dlatego, że Philip Dick stał się trzydzieści lat temu moim „dobrym przyjacielem” i „kumplem”, nie myślałem o nim zwykle jako o „Dostojewskim science fiction”, wielkim wizjonerze i szaleńcu, bitniku i narkomanie, ale bardziej człowieku z krwi i kości, którego wyobraźnia nie mieściła się w jednym umyśle. Bulgotała i wylewała się na papier w hurtowych ilościach, przy okazji dając światu mnóstwo inspiracji i absolutnych odlotów.
Prawdziwego przyjaciela nie można jedynie wychwalać, powiem więc bez ogródek, że powieści Dicka nie są równe. Zdarzały się arcydzieła i książki wyraźnie słabsze. Mówiąc szczerze, niektóre powieści mógłby sobie w ogóle darować. Ale właśnie wtedy, gdy trafiałem na taką „mniej wybitną” książkę, myślałem o nim szczególnie jako o zwykłym człowieku — o kimś, kto mając rodzinę, przyrzekł sobie, że utrzyma ją z pisania, i ciężko pracował, starając się wytrwać w tym postanowieniu. Pisał powieści jak wariat, zaledwie w kilka tygodni, choć zazwyczaj przygotowywał się do nich co najmniej kilka miesięcy. Wydawał mniej więcej dwie w roku, a mimo to nie cierpiał na nadmiar pieniędzy.
Jeśli ta książka, Czytelniku, jest Twoim pierwszym spotkaniem z moim „kumplem” Dickiem, muszę lojalnie uprzedzić, że nie należy ona do ścisłego „kanonu”. Z pewnością jest interesująca, ale nie zaliczyłbym jej do najbardziej typowych — jeżeli w wypadku tego autora można mówić o czymś takim jak „typowa powieść”. Tak czy owak, Możemy cię zbudować jest historią, którą warto poznać z wielu przyczyn i właśnie o tym chciałbym opowiedzieć.
Dick napisał ją na początku lat sześćdziesiątych XX wieku, rok po obchodach stulecia wybuchu wojny secesyjnej. Z okazji okrągłej rocznicy wybrał się z rodziną do Disneylandu i był pod wielkim wrażeniem ożywionej kukły Abrahama Lincolna, którą pokazywano wtedy w tym najsłynniejszym parku rozrywki. Prywatnie przeżywał właśnie blaski i cienie małżeństwa z trzecią żoną, Anne Rubinstein, z którą związał się trzy lata wcześniej. Anne okazała się wymagającą partnerką, zwłaszcza jeśli chodzi o wysoki poziom życia, do którego przywykła w młodości. To dla młodego pisarza musiało być nie lada wyzwaniem i zaryzykowałbym twierdzenie, że również przyczyną niejednej frustracji. Ślady tych ekonomicznych napięć, krótkiej pracy w warsztacie jubilerskim żony i zbliżającego się załamania psychicznego odnajdujemy w głównym wątku Możemy cię zbudować.
Książka ta ogniskuje się bowiem na dwóch zasadniczych problemach, które dotykały wtedy jej autora: na amerykańskim śnie o bogactwie, który spełniał się przecież zbyt rzadko, oraz na problemie z własną tożsamością, na głębokim psychicznym pęknięciu charakterystycznym dla Philipa Dicka. Mój „przyjaciel” — mam nadzieję, że wkrótce również Twój, Czytelniku — od dzieciństwa cierpiał na pewną przypadłość, którą można nazwać schizofrenią, ale też „zwykłym dziwactwem” (jak zrobił to w Bożych inwazjach Lawrence Sutin). Polegała ona na narastającym przekonaniu, że kierują nami tajemnicze siły, a to, co widzimy za oknem, może być tylko „przykrywką” rzeczywistości. Rzeczywistości, której nie możemy nawet zobaczyć, a co dopiero — poznać!
O ile jednak w bardziej znanych i docenianych powieściach zaburzenia percepcji i rozpad osobowości Dick ukazuje w dość pikantnym sosie science fiction (Ubik, Trzy stygmaty Palmera Eldritcha, Valis i wiele innych), o tyle w Możemy cię zbudować robi to prosto i przejmująco zwyczajnie. Mówi o nich jak w powieści obyczajowej, którą zresztą ta książka jest w istocie, jeśli odrzucimy fantastyczną scenografię, a symulakra (czyli androidy) Lincolna i Stantona uznamy za uosobiony sentyment. Za tęsknotę do mitycznych „lepszych czasów”, w których ludzie kierowali się zrozumiałymi pobudkami i byli bardziej moralni. Najważniejsze w tej historii z pewnością są ludzkie udręki i relacje między bohaterami. Zatrzymajmy się przy tym na chwilę.
Mamy tu kilka postaci fundamentalnych dla całej twórczości Dicka. Przewijają się one w różnych konfiguracjach, ale zawsze symbolizują walkę Dobra i Porządku ze Złem i Chaosem lub — po prostu — są odbiciem lęków i doświadczeń samego autora. Wymieńmy więc wielkiego biznesmena i celebrytę Sama K. Barrowsa, którego nazwałbym wersją light krwiożerczego Palmera Eldritcha. Oglądamy też Maurice’a Rocka, wspólnika głównego bohatera, którego można uznać za protoplastę Leo Bulera, również bohatera Trzech stygmatów… Warto wspomnieć, że powstanie obu książek dzielą niecałe dwa lata i to, co w Możemy cię zbudować ma jeszcze wydźwięk całkiem delikatny, w Trzech stygmatach Palmera Eldritcha staje się już jazdą bez trzymanki.
Muszę przyznać, że samo obserwowanie ewolucji Dickowych postaci, choćby tego, jak z chciwego, ale trochę próżnego i rozchwianego Barrowsa wyrasta potem czysty demon Eldritch, jest dla konesera Dicka prawdziwą przyjemnością. Podkreślmy bowiem raz jeszcze, że konflikt między głównymi postaciami dramatu w Możemy cię zbudować jest naszkicowany delikatną kreską, a ci ludzie (prawdziwi i sztuczni) są tu raczej słabi niż wszechmocni, raczej zagubieni niż pewni swych racji. Nawet zły milioner Sam K. Barrows pod koniec powieści dostaje obcasem w środek rozdętego ego od niedoświadczonej i zaburzonej psychicznie Pris Frauenzimmer.
Oczywiście Pris to osobna historia. To, z jednej strony, uosobienie wielu lęków, których Dick doświadczał w burzliwych relacjach z kobietami. Te zimne i wymagające femmes fatales powtarzają się w jego twórczości z żelazną konsekwencją, wywołując poczucie winy albo niekontrolowane napady złości u protagonistów. Można podsumować ten „żar uczuć”, który wprost bucha od Pris Frauenzimmer, gorzką kwestią, którą wypowiada Louis do Lincolna:
W Ameryce miłość otoczona jest kultem. Traktujemy ją zbyt poważnie.
Ale Pris to przede wszystkim tęsknota. Louis pragnie prawdziwej miłości, drugiej połówki pomarańczy (albo innego owocu), kobiety życia, która wypełniłaby bezdenną pustkę w życiu samotnego faceta. Jest marzeniem, tyleż wielkim, co dziecinnym, którego źródeł biografowie dopatrują się w obsesji Dicka na punkcie zmarłej w dzieciństwie siostry bliźniaczki, Jane Charlotte.
Lecz najbardziej przejmującą i wieloznaczną postacią staje się Pris Frauenzimmer pod koniec powieści, kiedy Louis Rosen spotyka ją w sztucznie wykreowanym świecie, niczym Runciter z Ubika, gdy odwiedza żonę, Ellę, w Moratorium Ukochanych Współbraci. To przedziwne doświadczenie bycia po „drugiej stronie”, równoczesnej bliskości i obcości, realizmu i nieuchwytności, zostało odmalowane niezwykle plastycznie.
Z premedytacją nie skupiam się na androidach. Nie chcę bynajmniej powiedzieć, że postać sztucznego człowieka jest w twórczości Dicka nic nieznaczącą figurą, bo straszliwie bym skłamał, Czytelniku! Mam jednak niejasne wrażenie, że akurat tu, w Możemy cię zbudować , Lincoln i Stanton schodzą paradoksalnie na dalszy plan i nie odgrywają tak istotnej roli, jak mogłoby się wydawać na początku powieści (albo sądząc po samym tytule). A poza tym nie są to postaci zrozumiałe i bliskie nam kulturowo. Nawet jeśli doskonale wiemy, kim był Lincoln, nawet jeśli sprawdzimy biografię Stantona, nie odczujemy wszystkiego, co zapewne czuł Amerykanin, czytając o nich w tej książce. Musielibyśmy przywołać tu Piłsudskiego lub któregoś z naszych królów, by zareagować tak emocjonalnie, jak zapewne życzyłby sobie sam autor.
Skwitujmy to krótkim stwierdzeniem, że ci — powołani dla rozrywki — sztuczni ludzie okazują się nadspodziewanie ludzcy i że mają przy tym wielką klasę, czego nie można powiedzieć o ich twórcach czy potencjalnych nabywcach.
Muszę przyznać, że podzielam niepochlebne zdanie Dicka na temat ludzkości. Obraz społeczeństwa na dorobku, obraz ludzi, którzy realizują chaotycznie albo konsekwentnie swoje cele, depcząc przy tym przyjaciół i przeciwników, lub zwyczajnie sprawiając im przykrość, jest realny i boleśnie aktualny. To dlatego książka, którą trzymasz w ręku, Czytelniku, broni się po ponad pół wieku. Zapomnieliśmy o kolonizacji planet, a na pewno nie latamy na Księżyc czy Marsa tak łatwo i często, jak wyobrażał sobie nasz „przyjaciel” Phil. Po ulicach nie chodzą też androidy. Zamiast tego mamy komputery i smartfony, Facebooka­ i Google’a oraz wielkie platformy streamingowe, jak YouTube, Spotify czy Netflix, ale w gruncie rzeczy zmieniło się niewiele. Wciąż pędzimy przed siebie, ryzykując, że w tym nieustającym wyścigu rozpadniemy się na kawałki.
Bo Możemy cię zbudować to, paradoksalnie, wcale nie powieść o tworzeniu sztucznego człowieka, ale o emocjonalnym rozpadzie żywego. O tym jak jednostka, która nie potrafi odnaleźć się w życiu, nie wytrzymuje uczestnictwa w wyścigu. Louis Rosen, im bardziej stara się reagować i działać, tym bardziej popada w szaleństwo. Obłęd groźny i realistycznie opisany, bo mało spektakularny, zwyczajny. To choroba objawiająca się sprzecznością uczuć i natrętnymi myślami, potrzebą walki przemieszaną z potrzebą ucieczki, obwinianiem wszystkich dokoła albo siebie, w zależności od nastroju. Louis nie wariuje jak bohater. Wariuje „nieatrakcyjnie”.
Można się zżymać na terminologię użytą w tej książce. Już z daleka wieje od niej klasyczną psychoanalizą, którą — na szczęście dla biednych pacjentów — dawno już odstawiono do lamusa. Może jeszcze wystaje jej stamtąd czubek głowy (podświadomie użyłem słowa „czubek”), ale psychologia i psychiatria uczyniły wyraźne postępy. Nie podaje się tych samych leków co kiedyś, rzadziej stosuje się elektrowstrząsy. Ale dla mnie najciekawszym pomysłem autora jest „kontrolowana schizofrenia”. Ta idea wydaje się dzieckiem modnego w tamtych (bardzo zbuntowanych) czasach nurtu antypsychiatrii, jak również masowego uwielbienia dla środków halucynogennych.
Naprawdę nośne i inspirujące wydają się tu jednak rozważania na temat powszechnej opieki psychiatrycznej, czyli Federalnego Biura Chorób Psychicznych. Pomysł, aby wszystkich ludzi diagnozować psychiatrycznie i poddawać ich obowiązkowemu leczeniu, musiał być dla Dicka równie pociągający, co przerażający. Louis Rosen podziela te niepokoje autora, ale mimo wszystko wypowiada się nadspodziewanie dobrze o szpitalach psychiatrycznych i przesiewowych badaniach „na głowę”. Pociąga go bezsprzecznie wizja pomocy i opieki, którą może otrzymać w ośrodku. Z drugiej strony, gdyby naprawdę tak było, gdyby ludzie w białych kitlach decydowali o naszym istnieniu i badali nas prewencyjnie, otrzymalibyśmy wizję piekła rodem z totalitarnych ustrojów.
Czy w ogóle ktoś by przeszedł takie testy?
To stanowi o geniuszu Dicka. Nawet w tej mniej znanej książce, pisanej w trudnym dla niego okresie, której akcja nie powala mnogością pomysłów, która w moich oczach stanowi swoiste „laboratorium” późniejszych, dojrzalszych powieści, autor stawia fundamentalne pytania. Chciałbym zwrócić też Twoją uwagę, Czytelniku, na ciekawą cechę tej historii, którą można uznać zarówno za wadę, skutek pośpiechu pisarza, jak również za oczywistą zaletę i dowód przebiegłej strategii.
Otóż nie jest ona do końca spójna. Od początku biegnie niejako w fałszywym kierunku, sugerując, że Lincoln i Stanton, powołani do życia w firmie Rosena i Rocka, dokonają jakichś wielkich czynów, a przynajmniej będą skupiać na sobie uwagę. Ale akcji tu jak na lekarstwo. Androidy nie chcą strzelać ani nawet okładać nikogo pięściami. Ta historia rozpada się z każdym rozdziałem, z czego można zbudować zarzut. Można kąśliwie zarzucić autorowi: „On to chyba pisał na kolanie!”. Ale może, Drogi Czytelniku, właśnie taki był jego zamiar? Jak napisać o schizofrenicznym świecie, jeśli nie w schizofreniczny sposób? Jak napisać o rozpadzie bohatera, jeśli pokażemy go klasycznie i nie naruszymy naszych przyzwyczajeń? Ta konstrukcja broni się w zestawieniu z tematem.
Możemy cię zbudować traktuje o rozpadzie człowieka oraz o towarzyszącym mu strachu. To właśnie strach przed utratą zmysłów, obawa przed zamknięciem firmy i brakiem środków do życia, przed odejściem ukochanej osoby — te największe i najmniejsze lęki — stanowią koło zamachowe fabuły. Doskonale uosabia je postać Lincolna, tak opisywanego przez Louisa:
Patrząc, jak Lincoln stopniowo nawiązuje kontakt z otoczeniem, zrozumiałem jedno: podstawą jego życia nie była zachłanna chęć istnienia ani żadne inne pragnienie. Był nią strach — strach, który właśnie dostrzegłem. I nie był to zwykły strach, ale coś znacznie gorszego. Było to absolutne przerażenie.
I muszę przyznać, że Philip Dick, mój wielki „zmyślony przyjaciel”, także tutaj jest mi bliski. Ileż to razy widziałem, jak bliżsi i dalsi znajomi dokonywali wyborów niepodyktowanych dążeniem do rozwoju, myślą o spełnieniu marzeń, ale strachem przed utratą czegoś, co uważali za ważne. Ileż to razy „absolutne przerażenie” paraliżowało różnych ludzi, skądinąd zdolnych i uchodzących za silnych. Ile razy paraliżowało wreszcie mnie samego?
Dick marzył o karierze poważnego pisarza głównego nurtu. Ponad wszystko pragnął, żeby uznanie zdobyły jego powieści obyczajowe, z których najważniejszą są bodaj Wyznania łgarza. To kolejny niezwykły paradoks tego nietuzinkowego umysłu, będącego w stanie permanentnej wojny z samym sobą, w nieustającej dyskusji i sporze, w wiecznym „schizofrenicznym” pęknięciu, które nigdy nie chciało się zabliźnić. Obdarzony niezwykłym talentem do kreowania całych światów i idei, przeskakujący od jednej filozofii do drugiej, podejrzliwy i ufny jak dziecko, pragnął sławy w miejscu, do którego nie został wpuszczony.
Nie przyniosły mu sławy powieści obyczajowe, ani „czyste”, ani skrzyżowane z science fiction, jak choćby ta książka. Co ciekawe, nie przyniosły mu za życia sławy nawet jego najlepsze powieści science fiction. Popkultura wchłaniała i wchłania jego dzieło po kawałku, zaczynając od mniej znanych i krótszych utworów, przeżuwając je i przerabiając na filmy. A ostatnio również na seriale. Jestem ciekaw, ilu widzów zdaje sobie sprawę, że Łowca androidów, Raport mniejszości czy Człowiek z Wysokiego Zamku to ekranizacje opowiadań i powieści Dicka. I mniej znany, ale znakomity, nakręcony w technice animacji rotoskopowej obraz Richarda Linklatera Przez ciemne zwierciadło. Mój faworyt.
Czy bez Dicka i jego wpływu na dzisiejszą popkulturę doczekalibyśmy się Matrixa lub Mrocznego miasta? Kto zabierałby nas z taką odwagą (i powagą) do ciemnej krainy szaleństwa, które czasem ogarniało całe światy, czasem zaś pojedynczych ludzi, jak w Możemy cię zbudować? Kto pokazałby nam drogę, którą potem podążały całe pokolenia filmowców i pisarzy? Twórców, którzy zdali sobie sprawę, że z pomocą fantastyki można opowiadać nie tylko o inwazji obcych i technologii przyszłości, nie tylko o bohaterskich czynach i wielkich procesach społecznych, ale również o lękach jednostki i przeróżnych aberracjach umysłu.
Dla nas, wielbicieli Dicka — dla mnie i dla Ciebie, Czytelniku — błogosławieństwem okazuje się ta okoliczność, że Federalne Biuro Chorób Psychicznych istniało jedynie w wyobraźni pisarza. Nie „dorwało go” na podstawie ustawy McHestona, nie zrobiło testów z rozumienia przysłów ani układania klocków i nie zmusiło do pobytu w ośrodku zamkniętym aż do całkowitego „wyleczenia”. Gdyby ktoś genialny i uparty skleił pęknięty umysł pisarza, odrysował go od przyjętego wzorca, pewnie nigdy nie nastąpiłyby wydarzenia, do których doszło w lutym i w marcu 1974 roku.
To temat na osobną historię, ale dla porządku warto odnotować, że dwanaście lat po napisaniu Możemy cię zbudować Philip Dick przeżył mistyczne objawienie. Doznał serii mikroudarów, jak chcieli niektórzy, lub zobaczył boskie światło, jak sam twierdził. Doświadczenie to odmieniło jego życie i napisał swoje opus magnum, trylogię Valisa.
Znany psycholog i publicysta Tomasz Witkowski napisał w jednej ze swoich książek znamienne słowa, które chciałbym tu przytoczyć:
Drugim w kolejności nieludzkim postępowaniem, poza bezmyślnym okrucieństwem, jest marnotrawstwo cierpienia.
I mogę się założyć o każde pieniądze, że mój „przyjaciel” Dick cierpiał przez lata z powodu problemów psychicznych. Cierpiał straszliwie. Targały nim zmienne nastroje, podróżował od ciężkiej depresji do wykańczającej euforii, co jakiś czas skręcając w boczną ścieżkę prowadzącą do zwątpienia w prawdziwość rzeczywistości. Ale mogę się również założyć o dowolną sumę, że cierpienia tego nie zmarnował. To być może najlepiej wykorzystane cierpienie w historii całej literatury. I chciałbym pozostać z tą myślą.
Muszę przyznać, że lektura niemal każdej książki Dicka skłania do refleksji nad życiem i kondycją współczesnego człowieka. Jego twórczość ukształtowała mnie jako pisarza, który koncentruje się na ciemnych stronach ludzkiej natury, na szaleństwie i odmiennych stanach świadomości. Nawet jeśli był to tylko jeden z wielu istotnych czynników, nawet jeśli znalazłbym w sobie ważniejsze, nie wyprę się tych inspiracji. Nigdy ich nie ukrywałem i nie zamierzam ukrywać. A koncepcję boskiego pierwiastka, plazmatu, którą zaczerpnąłem z powieści Valis, rozwijam twórczo od piętnastu lat. Moi bohaterowie również wątpią w rzeczywistość za oknem i z równym uporem jak bohaterowie Dicka poszukują prawdy. Czuję się tak, jakby dyskutował z przyjacielem i razem z nim szukał tajemniczych znaków ukrytych przed naszymi oczami.
Na koniec chciałbym powiedzieć coś ważnego, bo ta opowieść o Philipie Dicku i jego twórczości może zabrzmieć smutno i wywołać przypływ czarnych myśli. Nie bójmy się jego szaleństwa! Cała antypsychiatria stała na stanowisku, że pacjenci szpitali psychiatrycznych nie są chorymi, ale ludźmi, którzy nie mieszczą się w normach społecznych. Nawet jeśli nie pójdziemy tak daleko w tym rozumowaniu, możemy nauczyć się czerpać garściami z tych odmiennych stanów świadomości. Proza Dicka przesycona jest trudną nadzieją i paradoksalną wiarą w ludzkie siły. Nawet jeśli czytając jego książkę, nie uśmiechamy się raczej pod nosem, nawet jeśli zanurzamy się w poważnych myślach i towarzyszymy bohaterom w ich porażkach, po zakończeniu lektury i odłożeniu tych książek na półkę nie czujemy przecież bezsensu istnienia. Przeciwnie, widać wtedy promień światła.
Zapraszam Cię, Czytelniku, w tę nieoczywistą podróż na północny zachód Stanów Zjednoczonych, do miasta Boise, stolicy stanu Idaho. Możesz dotrzeć tam drogą krajową numer 84 albo przeczytać tę książkę.

Cezary Zbierzchowski
22 października 2019


Robertowi i Ginny Heinleinom, których dobroć znaczyła dla nas więcej, niż mogą wyrazić słowa.

Rozdział pierwszy

Naszą technikę doprowadziliśmy do perfekcji na początku lat siedemdziesiątych. Najpierw zamieszczaliśmy ogłoszenie w lokalnej gazecie, w dziale ogłoszeń różnych.
Klawikord, a także organy elektroniczne, przejęte za długi, stan idealny, SUPEROKAZJA. Zamiast zabierać je z powrotem do Oregonu, poszukujemy kogoś, kto za gotówkę lub dobry kredyt o niskim ryzyku przejmie płatności. Kontakt — Rock, kierownik Działu Sprzedaży, Fabryka Fortepianów Frauenzimmera, Ontario, Ore.
Przez lata ogłoszenie to ukazywało się w kolejnych miastach rozsianych po wszystkich zachodnich stanach, a nawet w miejscach tak odległych od wybrzeża jak Kolorado. Całą kampanię oparliśmy na ściśle naukowych podstawach. Kierując się mapą, posuwaliśmy się tak, aby nie pominąć żadnego miasta. Nasze cztery ciężarówki z silnikami turbowałowymi stale były w ruchu; na każdą przypadał jeden człowiek.
Zamieszczaliśmy więc ogłoszenie, dajmy na to w „San Rafael Independent Journal”, i wkrótce do naszego biura w Ontario w Oregonie zaczynały napływać listy, którymi zajmował się Maury Rock, mój wspólnik. Sortował je i na ich podstawie układał spisy adresowe, a gdy na jakimś terenie, na przykład w okolicy San Rafael, miał wystarczająco dużo nazwisk, telegraficznie kontaktował się z jedną z ciężarówek. Przypuść­ my, że wiadomość odbierał Fred w hrabstwie Marina. Po jej otrzymaniu Fred wyjmował własną mapę i porządkował nazwiska we właściwej kolejności. Następnie szukał budki telefonicznej i dzwonił do pierwszego potencjalnego klienta z listy.
Tymczasem Maury wysyłał odpowiedź każdemu, kto wyraził zainteresowanie ofertą.
Szanowny Panie Taki a Taki!
Jesteśmy wdzięczni za Pańską odpowiedź na nasze ogłoszenie zamieszczone w „San Rafael Independent Journal”. Człowiek zajmujący się w naszym biurze tą sprawą wyjechał na kilka dni, ale przesłaliśmy mu Pańskie nazwisko i adres z prośbą, by skontaktował się z Panem i podał wszystkie szczegóły.
Listy krążyły i przez kilka lat dobrze służyły naszej firmie. Ostatnio jednak sprzedaż organów elektronicznych gwałtownie spadła. Na przykład na obszarze Vallejo sprzedaliśmy niedawno czterdzieści klawikordów i ani jednych organów.
Ta ogromna dysproporcja w sprzedaży na korzyść klawikordów sprowokowała wymianę zdań między mną a moim wspólnikiem, Maurym Rockiem. Nie była to spokojna rozmowa.
Do Ontario przyjechałem spóźniony. Byłem na południe od Santa Monica, gdzie rozmawiałem o pewnych sprawach z kilkoma nawiedzonymi społecznikami, którzy ściągnęli prawników, żeby prześwietlili naszą firmę i jej metody działania… Próżny trud, który oczywiście spełzł na niczym, bo ściśle trzymamy się prawa.
Ontario nie jest moim rodzinnym miastem. Pochodzę z Wichita Falls w Kansas. Gdy miałem pójść do szkoły średniej, przeprowadziłem się do Denver, a później do Boise w Idaho. Pod pewnymi względami Ontario jest przedmieściem Boise. Znajduje się tuż przy granicy z Idaho: po przejściu przez żelazny most widać płaską krainę, słynną z uprawy roli. Nieopodal zaczynają się lasy wschodniego Oregonu. Największym zakładem przemysłowym w okolicy jest fabryka pasztecików ziemniaczanych OreIda, zwłaszcza jej wydział elektroniczny, a w ogóle to pełno w okolicy uprawiających cebulę japońskich farmerów, których przesiedlono tu podczas II wojny światowej. Powietrze jest tutaj suche, nieruchomości tanie, a po większe zakupy ludzie wyjeżdżają do Boise. Jest to duże miasto, którego nie lubię, ponieważ mało w nim niedrogich chińskich restauracji. Leży w pobliżu starego szlaku do Oregonu, wzdłuż którego biegnie linia kolejowa do Cheyenne.
Nasze biuro mieści się w centrum Ontario w budynku z cegły stojącym naprzeciwko sklepu z artykułami żelaznymi. Wokół budynku zasialiśmy irysy, których kolory korzystnie wpływają na samopoczucie po powrocie z podróży pustynnymi drogami z Kalifornii lub Nevady.
Zaparkowałem mojego zakurzonego chevroleta model Magic Fire i chodnikiem doszedłem do naszego budynku, mijając po drodze szyld: WAZA oznacza WYSPECJALIZOWANE AMERYKAŃSKIE ZESTAWY AKUSTYCZNE — taka elektronicznie brzmiąca nazwa przyjęta ze względu na naszą fabrykę organów elektronicznych, z którą — przez rodzinę — jestem mocno związany. Nazwę Fabryka Fortepianów Frauenzimmera wymyślił Maury, gdyż lepiej nadawała się do naszego biznesu z ciężarówkami. Frauenzimmer to nazwisko, które nosiła rodzina Maury’ego w starym kraju. Rock również zostało wymyślone. Moje prawdziwe nazwisko brzmi tak, jak się przedstawiam: Louis Rosen, co po niemiecku oznacza róże. Kiedyś zapytałem Maury’ego, co znaczy Frauenzimmer, na co on odparł, że dwórka. Zapytałem go, skąd w takim razie wziął nazwisko Rock.
 — Z zamkniętymi oczami sięgnąłem po encyklopedię i trafiłem na tom ROCK–SUBUD.
— Zrobiłeś błąd — powiedziałem. — Powinieneś się nazwać Maury Subud.
Drzwi wejściowe do naszego budynku pamiętają rok 1965 i dawno powinny zostać wymienione, ale po prostu nie mamy na to pieniędzy. Pchnąłem je — choć duże i ciężkie, obracają się lekko — i wszedłem na ruchome schody, jedno z tych starych automatycznych urządzeń. Minutę później byłem na górze i wkraczałem do naszych pomieszczeń. Towarzystwo w środku ostro popijało i toczyło głośną dyskusję.
 —  Czas minął — powitał mnie w progu Maury. — Nasze organy elektroniczne są przestarzałe.
 —  Mylisz się — powiedziałem. — Trend jest o d w r o t n y i przemawia za organami elektronicznymi, Ameryka bowiem tym właśnie zagospodarowuje swą przestrzeń: elektroniką. Za dziesięć lat nie będziemy sprzedawać ani jednego klawikordu dziennie. Staną się reliktami.
 —  Louis — rzekł Maury — spójrz na konkurencję. Elektronika może się będzie rozpowszechniać, ale bez nas. Popatrz na organy nastrojów Hammersteina, na „Euforię” Waldteufla i powiedz mi, kto tak jak ty zadowoli się jedynie brzdąkaniem.
Maury jest wysokim facetem, nadpobudliwym przez nadczynność tarczycy. Ręce mu się trzęsą, trawi zbyt szybko. Bierze na to jakieś pigułki, ale jeśli nie poskutkują, będzie musiał sięgnąć po radioaktywny jod. Gdy się wyprostuje, mierzy 188 centymetrów. Ma, a raczej miał kiedyś, czarne włosy — długie, choć cienkie — duże oczy i jakieś takie zaniepokojone spojrzenie, jakby dokoła wciąż działo się coś złego.
 —  Żaden dobry instrument nigdy nie stanie się przestarzały — powiedziałem. Maury jednak miał sporo racji. Zrujnowało nas mapowanie mózgu, które na szeroką skalę prowadzono w połowie lat sześćdziesiątych, oraz elektroda wgłębna Penfielda, Jacobsona i Oldsa, a w szczególności ich odkrycia dotyczące międzymózgowia. Podwzgórze stanowi ośrodek reakcji emocjonalnych, tymczasem konstruując i reklamując nasze organy elektroniczne, nie braliśmy go pod uwagę. Fabryka Rosena nigdy nie eksperymentowała z krótkotrwałymi elektrowstrząsami o wybranej częstotliwości, które pobudzają pewne szczególne komórki międzymózgowia, i z pewnością od samego początku przeoczyliśmy coś bardzo ważnego — jak łatwo można zestaw elektrycznych przełączników przerobić na klawiaturę o osiemdziesięciu ośmiu czarnych i białych klawiszach.
Jak większość ludzi, również ja brzdąkałem na organach nastrojów Hammersteina i podobała mi się ta zabawa. Nie ma w tym jednak nic twórczego. To prawda, że czasami można przypadkiem odkryć nowy układ bodźców stymulujących mózg i dzięki temu wytworzyć nowy rodzaj reakcji emocjonalnych, które normalnie nigdy by się nie ujawniły. Można nawet — teoretycznie — trafić na kombinację, która wprowadzi człowieka w stan nirwany. Zarówno korporacja Hammersteina, jak i Wald­ teufla odniosły dzięki temu niebywały sukces. Ale to nie muzyka. Komu na tym zależy?
 — Mnie — oświadczył Maury już na początku grudnia 1978 roku. I zatrudnił inżyniera elektronika wylanego z Federalnej Agencji Kosmicznej, mając nadzieję, że zmontuje nam nową wersję organów stymulujących podwzgórze.
Jednak Bob Bundy, mimo całego swego elektronicznego geniuszu, nie miał doświadczenia z organami. Wcześniej zajmował się projektowaniem dla rządu elektronicznych symulakrów. Symulakra to sztuczni ludzie, których zawsze uważałem za roboty. Wykorzystuje się ich do badania Księżyca, od czasu do czasu wysyłając w kosmos z przylądka Canaveral.
Powody, dla których Bundy opuścił przylądek, są niejasne. Owszem, pije, ale nie ogranicza to jego zdolności. Ugania się za kobietami, ale kto tego nie robi? Przypuszczalnie pozbyto się go, gdyż stanowił zagrożenie dla bezpieczeństwa. Nie chodzi tu o komunizm — Bundy nie ma pojęcia o istnieniu jakichkolwiek przekonań politycznych — ale zagrożenie w tym sensie, że cierpi na hebefrenię. Innymi słowy, czasami gdzieś znika, nic nikomu nie mówiąc. Chodzi w brudnym ubraniu, nie uczesany, nie ogolony i nigdy nie patrzy ci prosto w oczy. Głupkowato się przy tym uśmiecha. Tę przypadłość psychiatrzy z Federalnego Biura Zdrowia Psychicznego zwykli określać jako dezorganizację hebefreniczną. Gdy zada mu się jakieś pytanie, nie wie, jak na nie odpowiedzieć. Cierpi na blokadę mowy. Ale ręce ma diabelnie sprawne. Może wykonywać swą pracę i robi to dobrze. Zatem ustawa McHestona go nie dotyczy.
Mimo to przez wiele miesięcy, które Bundy u nas przepracował, nigdy nie zobaczyłem żadnego jego wynalazku. Częściej jednak przebywa z nim Maury, bo ja stale jestem w drodze.
 —  Jedynym powodem, dla którego tak kurczowo się trzymasz tej swojej gitary hawajskiej z elektroniczną klawiaturą — oświadczył Maury — jest to, że ten towar produkuje twój ojciec i brat. To dlatego nie chcesz spojrzeć prawdzie w oczy.
 —  Używasz argumentów poniżej pasa — odpowiedziałem.  —  Scholastyka talmudyczna — odparował Maury. Najwyraźniej zarówno on, jak i cała reszta byli już dobrze wstawieni. Kiedy ja byłem w drodze, ciągnąc długą i ciężką przyczepę, oni tankowali starego bourbona.
 —  Chcesz rozwiązać spółkę? — zapytałem. I w tym momencie byłem gotów to zrobić, a to z powodu pijackiego bełkotu, z jakim Maury wystąpił przeciw memu ojcu, bratu i całej fabryce Rosena z jej siedemnastoma pełnoetatowymi pracownikami.
 —  Mówię tylko, że dane z Vallejo i okolicy wydały wyrok śmierci na nasz podstawowy produkt — rzekł Maury — i to pomimo jego sześciuset tysięcy dźwięków, z których wiele nie jest nawet słyszalnych dla ludzkiego ucha. Masz fioła, jak reszta twej rodziny, na punkcie tych pozaziemskich szumów wudu, które wydaje ta twoja elektroniczna kupa gówna. I ty masz czelność nazywać to instrumentem muzycznym. Żaden z was, Rosenów, nie ma za grosz słuchu. Nie wziąłbym organów elektronicznych Rosena, nawet gdybyście oferowali mi je po kosztach własnych. Prędzej wybrałbym wibrafon.
 — W porządku! — wydarłem się. — Jesteś purystą. A w ogóle to nie sześćset, lecz siedemset tysięcy.
— Te podrasowane obwody wypluwają z siebie tylko jeden dźwięk — zauważył Maury. — Choć znacznie zmodyfikowana, zasadniczo jest to piszczałka.
 — Są tacy, którzy potrafią na tym komponować — zauwa­ żyłem.
— Komponować? Komponować na tym złomie to tak, jakby wynajdywać lekarstwo na nieistniejącą chorobę. Mówię ci, Louis, spal tę część fabryki, która produkuje to draństwo, albo zmień profil produkcji. Zmień na coś nowego, użytecznego, co się przyda ludzkości w jej bolesnej wspinaczce. Słyszysz mnie? — Kiwał się w przód i w tył, dźgając mnie długim paluchem. — Sięgamy nieba, gwiazd. Człowiek nie jest już ograniczony. Słyszysz mnie?
 — Słyszę. Ale przypominam ci, że to ty i Bob Bundy mieliście obmyślić nowe i korzystne rozwiązanie naszych problemów. Minęły miesiące i co? Nic.
— Coś mamy — powiedział Maury. — Gdy to zobaczysz, bez wątpienia się zgodzisz, że przed tym wynalazkiem jest przyszłość.
 — Pokaż mi go.
— W porządku, pojedziemy do fabryki. Byłoby dobrze, gdyby dołączyli do nas twój ojciec i brat, zwłaszcza że to oni zajmą się produkcją.
Bundy, ze szklanką w dłoni, spoglądał na mnie z ukosa, jak to on uśmiechając się ukradkowo. Denerwowały go wszystkie problemy związane z kontaktami towarzyskimi.
 —  Mam przeczucie, że nas zrujnujecie, chłopaki — oświadczyłem.
 —  Tak czy owak, grozi nam ruina — powiedział Maury — jeśli nadal będziemy się kurczowo trzymać organów WOLFGANG MONTEVERDI Rosena, czy jaką tam etykietkę przykleił na nie w tym miesiącu twój brat Chester.
Zabrakło mi odpowiedzi. W pochmurnym nastroju przyrządziłem sobie drinka.



Dodano: 2020-01-23 19:57:52
Komentarze
-Jeszcze nie ma komentarzy-
Komentuj


Artykuły

Wiedźmin Netfliksa: zachwyt czy rozczarowanie?


 Nie tylko Netflix animuje króliki, czyli „Wodnikowe Wzgórze” przez dekady

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e06)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e05)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e04)

Recenzje

Vonnegut, Kurt - "Recydywista"


 Atwood, Margaret - "Testamenty"

 Palmer, Ada - "Siedem kapitulacji"

 Zbierzchowski, Cezary - "Chłopi 2050, czyli Agronauci w czasach katastrofy klimatycznej"

 Matheson, Richard - "Jestem Legendą i inne utwory"

 Abercrombie, Joe - "Czerwona kraina"

 Anson, Jay - "Amityville Horror"

 Heinlein, Robert A. - "Drzwi do lata"

Fragmenty

 Wilson, F. Paul - "Twierdza"

 Lisińska, Małgorzata - "Pierwotny"

 Dębski, Rafał - "Żelazny Kruk. Gniazdo"

 Schwartz, Richard - "Władca marionetek"

 Zbierzchowski, Cezary - "Requiem dla lalek" - fragment 1

 Zbierzchowski, Cezary - "Requiem dla lalek" - fragment 2

 Jabłoński, Witold - "Popiel"

 Headley, Maria Dahvana - "Dziedziczka jeziora"

Projekt i realizacja:sismedia.eu       Reklama     © 2004-2020 nast.pl     RSS      RSS