NAST.pl
 
Komiks
  Facebook
Facebook
 
Forum

  RSS RSS

 Strona główna     Zapowiedzi     Recenzje     Imprezy     Konkursy     Wywiady     Patronaty     Archiwum newsów     Artykuły i relacje     Biblioteka     Fragmenty     Galerie     Opowiadania     Redakcja     Zaprzyjaźnione strony   

Zaloguj się tutaj! | Rejestruj

Patronat

Aldiss, Brian W. - "Cieplarnia" (Wehikuł czasu)

Kańtoch, Anna - "Diabeł w maszynie"

Ukazały się

Szostak, Wit - "Fuga" (Powergraph)


 Andrews, Ilona - "Magia zmienia"

 Le Guin, Ursula K. - "Dotąd dobrze"

 Hobb, Robin - "Przeznaczenie Skrytobójcy"

 Paolini, Christopher - "Widelec, Wiedźma i smok"

 Flanagan, John - "Powrót Temudżeinów"

 Bloch, Robert - "Psychoza"

 Campbell, John W. - "Coś"

Linki

Cook, Glen - "Port Cieni"
Wydawnictwo: Rebis
Cykl: Czarna Kompania
Tytuł oryginału: Port of Shadows
Tłumaczenie: Tomasz Nowak
Data wydania: Październik 2019
ISBN: 978-83-8062-524-2
Oprawa: miękka
Liczba stron: 400
Cena: 44,90 zł
Rok wydania oryginału: 2018



Cook, Glen - "Port Cieni"

Prolog

Pozwolono mi zapisać, co następuje. Nie ulega wszak wątpliwości, że niniejsze Kroniki przepadną i nie zostaną przez nikogo przeczytane. Tymczasem ci z nas, którzy to przeżyli, za pomną już wszelkie porywy miłości i powiewy grozy. Wszystko zaczęło się w najczarniejszej godzinie ludzkości, gdy Dominacja poczęła chylić się ku upadkowi. Dowiedziałem się o tym tylko szczęśliwym trafem: zbiegli Wskrzesiciele, którzy umknęli zawczasu z Honnoh, zabrali ze sobą ważne dokumenty jedynie po to, żeby pozbyć się ich po drodze. Niezdolny odczytać ich samodzielnie, przesłałem je do Uroku.
Jakiś łaskawy duch stamtąd odesłał mi przekład. Został on z całą pewnością zredagowany, ocenzurowany i ubarwiony. Jednak mimo to stał się dla mnie szkieletem, który mogłem oblec ciałem, pragmatyczną ułudą prawdy.

1
Pewnego razu, w Zmierzchu

Ciszę nocy przerywał jedynie stukot kopyt na mokrym bruku. Skrawek księżyca prześwitywał na świat zza snujących się z wolna kłębów chmur, rozświetlając strzeliste wieże Grendirftu. W fortecy nie jaśniało żadne światło.
Powietrze było nieruchome, niemal zimne po minionym deszczu. Atmosferę imperialnego Zmierzchu mąciła delikatna woń gnijącego mięsa.
O tej porze roku dla wielu owadów nie było jeszcze zbyt późno. Czarny powóz przystanął prawymi kołami metr od niestrzeżonego zsypu do kanału imitującego fosę. Istniał bardziej dla upłynniania nieczystości, niż by stanowić barierę obronną. Rynna na odpady sięgała kanału ledwie kilka metrów w górę od stojącego pojazdu. Stangret ściągnął lejce i zszedł z kozła. Stanął sztywno na skraju kanału w postawie „spocznij”, ale po krótkim oczekiwaniu obrócił się, otworzył drzwi powozu i wydobył zeń bosak. Trzymał
go teraz niczym kopię.
Zwłoki wpadły do wody z cichym pluskiem. Wypłynęły na powierzchnię w miejscu, gdzie czekał woźnica. Nie musiał korzystać z bosaka.
Ostrożnie wyciągnął dziewczynę z wody. Była śliska. Deszcz mącił powierzchnię kanału, więc po krótkim zanurzeniu nie nabrała zapachu ścieku, którym mogłaby przesiąknąć jakiejś innej nocy. Nie miała na sobie nic. Krzywdy, jakich zaznała, nie pozostawiły śladu. Miała najwyżej piętnaście lat. Nie ważyła dużo.
Woźnica nie miał kłopotu z przeniesieniem jej do pojazdu. Zawinął ją w pledy i wcisnął w kąt. Gdy skończył, wyglądała na chorą albo pijaną bądź śpiącą.
– Ty, tam, na dole! Co robisz?
Pytanie dobiegło z odległości dwudziestu pięciu metrów powyżej.
Serce woźnicy, już rozkołatane, załomotało teraz gwałtownie, choć wiedział, że nikt nie byłby w stanie dostać się na dół dość szybko, aby go rozpoznać lub zatrzymać. Przećwiczył to na sucho dobrych parę razy. Po raz pierwszy został zauważony.
Ruszył z wolna, opuszczając nabrzeże. Niepodobna, żeby ktokolwiek sprawdzał, po co jakiś powóz staje przy kanale ściekowym. Nawet mimo tego, że była to pora, w której przydupasy Dominatora pozbywały się wykorzystanej tej nocy dziewicy.
Bram Zmierzchu nigdy nie zamykano. Jakiż głupiec napadłby na stolicę Dominacji, zwłaszcza wtedy, gdy straszliwy władca imperium przebywał na miejscu? Żaden człowiek nie miał aż tyle tupetu.
Śmiałość, jaką okazywał stangret, była czymś niezwykłym. Strażnicy przy Bramie Nefrytowej nie mieli powodu, by powstrzymywać jego odjazd. Niewielka donacja przeszła wszak z rąk do rąk. Taki był zwyczaj. W zamian żołnierze stawali się nadzwyczaj pobieżni podczas kontroli.
– To moja córka – wyjaśnił woźnica. – Czternaście lat i pijana w sztok, mnie na wstyd. Ale nie sposób nie kochać dzieci, cokolwiek nabroją.
Młodszy z żołnierzy zachichotał.
– Widzisz, co cię czeka, Kiwka? – zwrócił się do swego towarzysza. – Kiwka ma trzy dorastające córki.
– Będą mieć po jedenaście lat, to pójdą do klatki aż do ślubu – oznajmił Kiwka. – Ty chyba powinieneś trzymać swoją na łańcuchu – doradził stangretowi. – Jedź już.
Ten wspiął się z powrotem na kozła, trzasnął batem i z westchnieniem ulgi wprawił swój zaprzęg w ruch.
Ścigał się z czasem.
Dziewczyna długo nie pociągnie.

2
Dawno temu, daleko stąd: Niegdyś zwana Bathdek

Nerwowość w Grendirfcie poczęła narastać, gdy Lord Szambelan odkrył, że wieczorny gość Dominatora potraktowany został, jakby była to zwyczajna, zużyta zabawka, a nie jedna z Senjaków. Ludzie odpowiedzialni za to byli nowi. Nie zostali przeszkoleni, zanim wdrożono ich do pracy w zastępstwie poprzedników, którzy sami zjechali rynną do kanału za sprawą
swoich głupich poczynań.
Lord Szambelan walczył z przerażeniem, które doprowadziło go prawie do wyrzucenia z trzewi wszystkiego, co zjadł przez cały tydzień. Zachował dość kontroli, akurat by donieść o całej katastrofie następnej ze starszych sióstr tamtej dziewczyny, Bathdek.
– Może zachował się trochę niewłaściwie. Miał pewne trudności z trzymaniem rąk z dala…
Odsuwać odpowiedzialność, na ile się da. W przeciwnym razie mogło nie zostać mu już wiele życia, a śmierć, którą prawdopodobnie umrze, nie będzie ani łagodna, ani szybka.
– Rozumiem. – Głos Bathdek był zimny. – Byłam pewna, że przydarzy się to jednej z nas.
Sama przeżyła odwiedziny u Dominatora. Ten szaleniec był wobec niej i jej pozostałych sióstr mniej agresywny, gdyż nie pasowały do jego upodobań tak jak Dorota.
– Zabił ją? – To mogło kosztować szalonego imperatora wszystko. – I pozbył się jej, jakby była jedną z jego bezimiennych nocnych zabawek? – Była niemal zbyt oburzona, żeby się naprawdę rozsierdzić. – To zdaje się do niego niepodobne nawet wówczas, kiedy upija się mlekiem makowym.
– Odzyskam jej ciało – obiecał Lord Szambelan.
– Uczynisz to z pewnością. Będziemy potrzebować jakiegoś ciała następnym razem, gdy zażąda jej towarzystwa. Inaczej wszyscy możemy stać się ofiarami.
Wszystko opierało się na założeniu, że zabrnął tak daleko, iż nie przypomni sobie zabójstwa.
Jej strach nie przypominał niczego, czego zaznała wcześniej. Gdyby szalony imperator porzucił swoje przymierze z Senjakami, rodzina mogłaby nie przetrwać. A w następstwie on również nie. Mógł być potworem, czarnoksiężnikiem wszech czasów, ale nie zdoła przeciwstawić się wrogości całego świata bez wsparcia ludzi, którzy wynieśli go do bezwzględnego i całkowitego panowania.
– Znajdę ją. Sprowadzę z powrotem – obiecał ponownie Lord Szambelan. – To nie powinno być trudne. Ciało pewnie jest w kanale ściekowym.
Jednak ciała dziewczyny w kanale nie było.
Znalazło się tam kilka trupów, ludzkich i innych, pływających bądź nie, ale żaden nie był najmłodszą siostrą Senjak.
Panika Lorda Szambelana osiągnęła rozmiary epickie. I stała się zaraźliwa.

3
W czasach nowożytnych: Tides Elba

Graliśmy w tonka. Jednooki był w podłym nastroju, bo przegrywał. Znowu. Wszystko jak zwykle, poza tym, że nikt nie
próbował nas zabić.
Elmo rozdawał. Jednooki pisnął. Zerknąłem na swoje karty.
– Znowu dostałem taki syf, że nie sposób nazwać tego rozdaniem – stwierdziłem.
– Nie pieprz, Konował – powiedział Otto. – Wygrałeś sześć z ostatnich dziesięciu partii.
– I za każdym razem wkurwiał się na cholerne rozdanie – dorzucił Elmo.
– Bo kiedy ja rozdaję, wszystko gra. – Znów miałem powód do narzekań. Nie miałem pary. Dostałem tylko jedną figurę i żadnych niskich blotek, a w jednym kolorze tylko siódemkę i waleta karo. Życia by nie starczyło, żeby dobrać do strita. Tak czy owak Jednookiemu trafiły się mocne karty, a to zdarzało się nieczęsto.
– Zatem powinniśmy zrobić cię etatowym rozdającym. Wszedłem. Dobrałem, odłożyłem, a kiedy przyszła moja kolej,
rzuciłem karty na stół.
Jednooki zszedł z dziesiątki. Najwyższą kartą, jaką miał w ręce, była trójka.
Jego pomarszczona, skórzasta, czarna twarz wykrzywiła się w bezzębnym uśmiechu, kiedy zgarniał pulę.
– Czy tak wolno? – Elmo rzucił pytanie w powietrze.
Mieliśmy z pół tuzina kibiców i całego Mrocznego Konia tylko dla siebie. To miejsce stało się knajpą Kompanii w Aloesie. Jej właściciel, Markeg Zhorab, nie mógł się zdecydować, czy się cieszyć, czy martwić. Wolałby innych gości, ale właśnie tacy jak my zapewniali mu najlepszy zarobek.
Nikt nie oskarżał Jednookiego. Goblin, usadowiony na stole obok, przypomniał Elmowi:
– Sam rozdawałeś.
– Otóż to.
Jednooki był znany z oszukiwania. W tak prostej grze jak tonk nie jest to łatwe, ale jemu się udawało. Ot, cały Jednooki.
– Szczęście w kartach, nieszczęście w miłości – rzucił Jednooki, co, zważywszy na kontekst, zabrzmiało bez sensu.
– Wynajmij sobie ochroniarzy – zgrzytnął Goblin. – Kobiety wyważą drzwi, pchając się do ciebie.
Złośliwe przytyki zazwyczaj wkurzały Jednookiego. Drażliwy był. Czekaliśmy na to, ale on tylko się uśmiechnął.
– Rozdawaj, nieudaczniku – rzekł do Ottona. – I daj mi takie karty, jak przed chwilą Elmo.
Goblin dodał coś o panience Rączce, jedynej szczęśliwej damie w życiu Jednookiego, ale ten dalej ignorował zaczepki.
Zacząłem się martwić.
Rozdanie Ottona wcale nie było lepsze.
– Już wiecie, jak trafiamy na dziwaczne zwyczaje wszędzie, gdziekolwiek dotrzemy? – zapytał Jednooki.
Elmo przewiercał wzrokiem swoje pięć kart. Coś mruknął. Otto wciąż na nowo układał własną piątkę, co znaczyło, że są tak słabe, iż nie wie, jak ma grać. Jednooki tym razem nie pisnął, ale wciąż się uśmiechał. Stanęliśmy u progu nowej epoki, w której ten czarny diabeł może wygrać dwa razy z rzędu.
Wszyscy spojrzeli badawczo na Goblina, który zauważył:
– Otto rozdawał.
– Może zaczarował karty – zasugerował któryś z kibiców. Po Jednookim to spłynęło.
– Tutaj najdziwniejszym zwyczajem jest to, że dziewczyna, tracąc wisienkę, musi sobie golić włosy na całym ciele – stwierdził.
– Większej bzdury w życiu nie słyszałem – zahuczał Otto. – Jesteśmy tu od trzech miesięcy i ani razu nie widziałem łysej kobiety.
Wszyscy zastygli, łącznie z Jednookim, który układał stosik ze swojej wygranej.
– Co jest? – zapytał Otto.
Wciąż nas intrygował.
Każdy z nas od czasu do czasu inwestował trochę grosza w fikołki z zawodowymi panienkami. Choć sprawa ta nigdy wcześniej nie wypłynęła, musiałem przyznać, że dotąd nie widziałem u żadnej ani jednego włoska pod dekoltem.
– Gadasz! – zdziwił się Elmo. – A ja myślałem, że tak mi się akurat trafia, że nie widuję tego, co powinny mieć.
– Pewnie dlatego nie złapałem wszy – wtrąciłem.
– Nie. To wynika z tej ich dziwacznej religii.
– Oksymoron – mruknął Goblin.
Jednooki spochmurniał.
Żabią twarz Goblina natychmiast rozjaśnił szeroki uśmiech.
– Nie mówiłem o tobie, kurduplu – powiedział. – Z ciebie żaden ostry, tylko zwykły tępak. Mówiłem o zlepku słów: „dziwaczna” i „religia”.
– Chcecie odczarować moją dobrą passę, co, chłopaki?
– Cholerna racja – potwierdził Elmo. – Gadanie o cipkach zawsze działa. Powiedz mi coś o tych wygolonych szparkach.
Jednooki przekładał swoją wygraną. Mimo powodzenia zaczął tracić humor. Podrzucił świetny temat, na który chłopaki powinni rozprawiać tygodniami, a zdawało się to nikogo nie obchodzić.
Potasowałem, przełożyłem i rozdałem. Kiedy Jednooki podniósł karty, zrobił się jeszcze bardziej ponury.
Ostatnia sprawiła, że wybuchnął:
– Niech cię diabli, Konował! Ty dupku! Sukinsynu!
Elmo i Otto zachowali powagę, bo nie wiedzieli, co się dzieje.
Goblin zaćwierkał jak napalona sikorka.
Jednooki wyłożył swoje karty. Miał trójkę trefl, szóstkę karo, dziewiątkę kier i asa pik. Tą ostatnią kartą był walet mieczy.
– Ile to razy narzekałeś, że nie masz dwóch kart tego samego koloru? – zapytałem. – Tym razem byś nie skłamał.
Teraz Elmo i Otto skapnęli się, o co chodzi. Roześmiali się głośniej niż ja i Goblin. Kibice też zatrzęśli się ze śmiechu.
W drzwiach wejściowych ukazała się głowa Porucznika.
– Widział ktoś Ważniaka? – Porucznik nie sprawiał wrażenia uszczęśliwionego. Wyglądał jak zastępca dowódcy, który musiał przepracować swój dzień wolny.
– Znowu gdzieś go wcięło? – zapytał Elmo.
– Miał się zająć pomyjami, ale się nie pojawił. Kucharze chcą go posiekać i wrzucić do zupy.
– Porozmawiam z nim, Poruczniku – obiecał Elmo, choć Ważniak nie był jego podwładnym. Należał do plutonu Ślizgacza.
– Dziękuję, Sierżancie. – Elmo potrafił się dogadywać z błędnymi rycerzami oddziału. – Ludzie, dlaczego siedzicie w tej ciemnej i śmierdzącej norze, zamiast na zewnątrz zaczerpnąć trochę świeżego powietrza i pobyć na słońcu?
– To nasze naturalne środowisko, Poruczniku – odezwałem się. Tak naprawdę jednak to nikomu z nas nie przyszło do głowy,
żeby zagrać na dworze.
Zabraliśmy karty i piwo i wywlekliśmy się na zewnątrz, by usiąść przy stolikach rozstawionych przy ulicy. Jednooki rozdawał. Rozmowa dalej toczyła się wokół fryzur, włosów lub ich braku, preferowanych przez damy w Aloesie.
Był wspaniały dzień: bezchmurny, chłodny, a rześki, lekki wiaterek nie psuł gry. Kibice też się rozsiedli. Niektórzy chcieli tylko popatrzeć, inni mieli nadzieję, że zwolni się miejsce przy karcianym stole. Przyłączyli się do rzucania coraz ostrzejszych komentarzy, które zaczęły przeradzać się w przechwałki.
Postanowiłem się wtrącić.
– Jak długo już gramy tymi kartami? – Niektóre były tak zszargane, że nie trzeba było w nie zaglądać, żeby wiedzieć, co to za karta, ale pamięć potrafiła mnie zwieść.
Wszyscy spojrzeli na mnie z rozbawieniem.
– Zaraz usłyszymy jakiś nonsens – przepowiedział Jednooki. – Wykrztuś to, Konował, żebyśmy mogli powrócić do spraw ważnych.
– Zastanawiam się, czy ta talia nie jest z nami wystarczająco długo, żeby zacząć żyć własnym życiem.
Jednooki już otworzył usta, żeby się ze mnie ponabijać, ale oczy mu się zaszkliły. Dotarło do niego, co powiedziałem. Podobnie zareagował Goblin.
– Ja pierdolę, Konował! – wykrzyknął ten blady, brzydki człowieczek. – Nie jesteś nawet w połowie tak głupi, na jakiego wyglądasz! Karty obdarzone własnym rozumem? To by wiele wyjaśniało.
Wszyscy spojrzeliśmy na Jednookiego i jak na komendę skinęliśmy głową. Jednooki od niepamiętnych czasów twierdził, że karty go nienawidzą.
A znowu wygrał.
Trzy zwycięstwa przy jednym posiedzeniu powinny były dać mi do myślenia. Działały tu siły nieczyste. Moje usta podejmowały już jednak inny temat:
– Wiecie co? Minęło już osiemdziesiąt siedem dni, odkąd ostatni raz ktoś próbował mnie zabić.
– Nie trać nadziei – pocieszył mnie Elmo.
– Naprawdę. Pomyślcie: siedzimy tu sobie na zewnątrz, na ulicy, wystawieni jak kaczki, ale nikt ku nam nawet nie spojrzy. I żaden z nas nie ogląda się za siebie, i nie narzeka na wrzody żołądka.
Gra zamarła. Siedemnaścioro oczu wbiło we mnie spojrzenie.
– Konował, nie zapeszaj – warknął Otto. – Sam cię przytrzymam, gdy ktoś będzie ci obcinał ulubioną zabaweczkę.
– Prawdę gada – wtrącił Goblin. – Jesteśmy tu od trzech miesięcy, a jedyne kłopoty, jakie miewamy, to chlanie i naparzanki.
Wśród sześciuset czterdziestu ludzi Kompanii zawsze znajdzie się kilku popaprańców, których pomysł na spędzanie wolnego czasu ogranicza się do picia na umór i mordobicia.
– Chodzi o to – wygłosił swoją opinię Jednooki – że Pani wciąż czuje miętę do Konowała, więc postanowiła ukryć go gdzieś w bezpiecznym miejscu. A my po prostu żyjemy w jego cieniu. Obserwuj niebo. Którejś nocy pojawi się dywan i Jej Wysokość we własnej osobie przybędzie na małe dymanko ze swoim wyjątkowym chłoptasiem.
– A jak tam jej fryzura, Konował?
Specjalne traktowanie? Dobre sobie. Przez rok uganialiśmy się za Szept od jednego punktu zapalnego do drugiego, walcząc prawie codziennie.
Specjalne traktowanie? Taa… Chyba że takie, jakie otrzymuje się za kompetencję. W czymkolwiek działasz, jeśli robisz swoje dobrze, szef dorzuca ci jeszcze więcej pracy.
– Ty, Otto, dowiesz się pierwszy, jeśli będę miał okazję się przyjrzeć. – Nie wdaję się w wulgarne gadki, które innych bawią. Wzięli moje milczenie za potwierdzenie, że wciąż czuję niesłabnące zainteresowanie tą najpodlejszą kobietą na świecie. Prawda jest taka, że boję się, iż ona mogłaby słuchać.
– Jeśli mowa o fryzurach, to tę chętnie bym sprawdził – odezwał się dzieciak zwany Jurnym.
Wszyscy spojrzeliśmy z podziwem na młodą kobietę po drugiej stronie ulicy. Zdzierca pogratulował Jurnemu doskonałego gustu.
Zbliżała się do dwudziestki. Jasnorude włosy przycięła krócej niż większość kobiet, które widziałem w Aloesie. Z tyłu ledwie zachodziły na kołnierzyk, a po bokach zaczesane były jeszcze krócej. Nosiła grzywkę. Nie zwróciłem uwagi na jej strój. Nic niezwykłego. Promieniała tak zaskakująco intensywną zmysłowością, że nic innego się nie liczyło.
Nasze nagłe zainteresowanie, głowy obracające się jak na komendę w jej stronę, trochę ją przestraszyły. Przez chwilę hardo odwzajemniała nasze spojrzenia, ale nie dała rady. Odeszła spiesznym krokiem.
– Ta mała jest bezwłosa we wszystkich strategicznych miejscach – orzekł Jednooki, podnosząc karty.
– Znasz ją? – zapytał Jurny. Jakby zyskał nowy sens życia. Nadzieję, misję do wypełnienia.
– Niespecjalnie. To kapłanka.
Wyznawczynie kultu Occupoi traktują prostytucję jak święty obowiązek. Słyszałem, że Occupoa ma trochę utalentowanych i oddanych córek.
Goblin chciał wiedzieć, skąd Jednooki to wie.
– To ich oficjalna fryzura, kurduplu – powiedział ktoś jeszcze niższy od Goblina.
– A ty skąd to wiesz?
– A stąd, że przez te parę ostatnich miesięcy życia postanowiłem fundować sobie to, co najlepsze.
Wszyscy spojrzeliśmy na niego ze zdumieniem. Jednooki był osławionym kutwą. Poza tym nigdy nie miał pieniędzy, bo był beznadziejnym graczem. Nie wspominając o tym, że uważaliśmy go za prawie nieśmiertelnego, jako że był z Kompanią od ponad stu lat.
– Czego? – warknął. – Może narzekam częściej, niżby to uzasadniała sytuacja, ale czy to zbrodnia?
Nie. Wszyscy tak robiliśmy. To prewencja wobec wszystkich tych dobrych kumpli, którzy niedopici, wolą pożebrać u ciebie, niż pójść do lombardu.
– Sporo gości było przy forsie, gdy tu dotarliśmy – odezwał się ktoś. – Wcześniej nie mieliśmy okazji wydać zarobionego grosza.
Tak. Czarna Kompania dobrze robiła gospodarce Aloesu. Może nikt nie próbował nas zabić dlatego, że nie daliśmy się jeszcze doszczętnie oskubać.
– Lepiej pójdę poszukać Ważniaka, zanim Porucznik i mnie wciągnie na swoją czarną listę. Milczek? Chcesz moje miejsce? Cholera! Gdzie ten znowu polazł?
Też nie zauważyłem, kiedy nasz trzeci mały magik wyszedł. Ostatnimi czasy Milczek staje się coraz bardziej demoniczny. Jest praktycznie niczym duch.
Kiedy służysz w Kompanii długie lata, rozwijasz dodatkowe zmysły. Nieświadomie odczytujesz sygnały i nagle stajesz się czujny i w pełni gotowy. Mówimy, że zwęszyliśmy niebezpieczeństwo. Do tego dochodzi zdolność przewidywania humorów dowództwa. Ten zmysł ostrzega cię, że ktoś ma zamiar wpakować ci dupę w gówno.
Zdaje się, że czternaście drażniących nerwy sekund starczyło, aby z górą sześciuset chłopa pojęło, że na coś się zanosi, że życie zaraz się zmieni. Że nie da rady, nie minie już sto dni, aż ktoś spróbuje mnie zabić.
Karty od pewnego czasu trwały w bezruchu, gdy od obozu nadbiegł Wypieracz.
– Elmo, Konował, Goblin, Jednooki! Stary chce was widzieć.
– Goblin, nie mogłeś trzymać swojej wielkiej gęby na kłódkę? – burknął Jednooki.
Dwie minuty wcześniej Goblin mruknął:
– Coś się wydarzy. Coś wisi w powietrzu.
Postanowiłem się wtrącić.
– Taa… To wszystko jego wina. Nakopmy mu do dupy, jeśli się okaże, że znów musimy wykurzać skądś jakichś buntowników.
– Wyluzuj, Konował. – Elmo odsunął się od stołu. – Popieram jednak takie posunięcie. Prawie zapomniałem, jakie fajne jest życie w garnizonie. – Zaczął mówić o czystym ubraniu, piwie do oporu, regularnych posiłkach i prawie nieograniczonym dostępie do ulubionego przez żołnierzy sposobu trwonienia czasu i pieniędzy.
Ruszyliśmy ulicą, zostawiwszy karty innym, którzy już zaczęli snuć swoje domysły.
– Służba garnizonowa ma w sobie to wszystko – stwierdziłem. – Najcięższą robotą jest wkręcenie Jednookiego, żeby zaaplikował swoje medykamenty gościom przychodzącym z tryprem.
– Ja lubię życie w garnizonie, bo daje możliwości finansowe – odezwał się Jednooki.
Fakt. Wrzucić go gdziekolwiek i dać tydzień, a już się wkręci w jakieś czarnorynkowe machlojki.
Wypieracz przysunął się ukradkiem.
– Muszę porozmawiać z tobą na osobności – szepnął. Wsunął mi w dłoń złożony, mierzący niecałe dziesięć centymetrów kawałek pergaminu. Był brudny i śmierdział okropnie. Po jednej stronie miał niewielkie trójkątne rozdarcie, co oznaczało, że wcześniej na czymś wisiał. Kiedy go rozwijałem, Wypieracz wyglądał, jakby miał wpaść w panikę.
Zatrzymałem się. Inni zrobili to samo, zastanawiając się, co się dzieje.
– Skąd to masz? – wyszeptałem.
Obóz, w którym kwaterowała Kompania, znajdował się za miastem na jałowych wrzosowiskach. Wzniesiono go, kiedy Szept przybyła negocjować układ ustalający korzyści, jakie Aloes osiągnie z przystąpienia do imperium Pani, spośród których główną było dalsze istnienie. Obóz nie miał w sobie nic nadzwyczajnego. Otaczał go mur obronny zbudowany z cegieł z suszonej gliny. Wewnątrz też wszystko było z gliny suszonej na słońcu, z lekka otynkowanej, by oparła się deszczom.
W obozie dominował kolor brunatny. Osoba o bystrym oku potrafiłaby rozróżnić odcienie brązu, ale my, barbarzyńcy, widzieliśmy wszystko jako brunatne. Mimo to mój wzrok był dość bystry, by dostrzec nową brunatną plamę, zanim wskazał mi ją Wypieracz.
Po wschodniej stronie kwatery głównej leżał schowany w cieniu latający dywan. Moi towarzysze mieli równie bystry wzrok jak ja, ale serca mniej strapione.
Staliśmy się częścią ludzkiego potoku. Wezwano wszystkich oficerów i podoficerów. Czasami Kapitanowi jeżył się włos na tyłku i ściągał wszystkich na improwizowaną mowę motywacyjną. Jednak tym razem zaistniała pewna zasadnicza różnica.
W cieniu obok kwatery głównej leżał latający dywan.
Zostało ich co najwyżej sześć i tylko sześć istot umiało z nich korzystać.
Spotkał nas zaszczyt odwiedzin jednego ze Schwytanych. Szczęśliwe dni się skończyły. Piekło ucięło sobie drzemkę, ale
teraz się zbudziło i paliło do czynu.
Nikt nie przeoczył dywanu. Nie było ramion, których ten widok by nie przygarbił.
– Idźcie przodem, chłopaki – powiedziałem. – Dogonię was. Wypieracz, pokaż.
Ten skierował się w stronę cienia. Ku dywanowi.
– Tu go zobaczyłem – odezwał się. – Nigdy wcześniej nie oglądałem dywanu z tak bliska, więc postanowiłem się mu przyjrzeć. – Opowiedział mi wszystko. Jeden rzut oka potwierdził to, czego się obawiałem. Zaniedbany, sfatygowany dywan należał do Kulawca. – Tutaj to znalazłem.
„Tutaj” wskazywało miejsce, gdzie Schwytany siedział podczas lotu. W tym miejscu dywan był szczególnie wystrzępiony, rozciągnięty i przetarty.
Wypieracz wskazał palcem kawałek tkaniny oderwanej od spodu drewnianej ramy.
– Prawie się schował. Wisiał na tym haczyku.
Mały gwoździk obluzował się na pół centymetra. Tkwiło na nim pasemko pergaminu. Wydłubałem je nożem, ostrożnie, aby go nie dotknąć.
– Wyjąłem go. Ale zanim choćby spojrzałem, nadszedł Kapitan i kazał mi was sprowadzić.
– W porządku. Trzymaj się na uboczu. Porozmawiamy później. – Jeśli się nie pospieszę, dotrę jako ostatni.
– Niedobrze, prawda?
– Być może. Leć do miasta. Nikomu o tym nie mów.
Pomieszczenie kantyny najlepiej nadawało się na salę zebrań. Kucharze się zmyli, a wnętrze spowijała smętna atmosfera. Połowa ludzi, w tym ja, mieszkała w mieście. Niektórzy mieli kobiety. Kilku wedle prawa zwyczajowego miało pasierbów, choć nie zamierzali na nich łożyć.
Ci pewnie wznosili modły, aby dywan oznaczał, że Pani przysłała kogoś z wypłatą. Tylko że w Aloesie nasze płace pochodziły z niewysokich podatków od mieszkańców, których chroniliśmy. Nie trzeba było z nimi latać.
Kapitan wkroczył na koślawo zbitą scenę swoim wystudiowanym powłóczystym krokiem. Za nim pełzł odrażający kłąb brązowych łachmanów. Ciągnął za sobą bezwładną nogę. W sali panowało głuche milczenie.
Kulawiec. Groteskowo najbardziej odrażający ze Schwytanych. Zapiekły wróg Czarnej Kompanii. Wydymaliśmy go na cacy, kiedy próbował wystąpić przeciw Pani.
Teraz wrócił do łask. Ale my także. Nie mógł się zemścić na nas akurat teraz. Był jednak cierpliwy.
– Nuda dobiega końca, panowie – huknął Kapitan. – Wiemy już, dlaczego Pani umieściła nas tutaj. Mamy pojmać dowódcę buntowników o imieniu Tides Elba.
Później sprawdziłem pisownię. Nie było to imię znane nam wcześniej. Kapitan wymówił je jako „Tiidejs Elba”.
Oznajmił, że Tides Elba odniosła kilka sukcesów na zachód od nas, ale żadne z jej zwycięstw nie było dość istotne, aby przyciągnąć naszą uwagę.
Ciekawa linia wygłaszania pierdół, z których część mogła być prawdą.
Kulawiec wdrapał się na scenę razem z Kapitanem. Musiał to być wysiłek. Miał niesprawną lewą nogę i z postury był kurduplem. W nikczemności i talencie do czarów był jednak najgorszym ze złych. Otaczał go odór strachu. Podobnie jak i sam odór. W swych najlepszych dniach śmierdział, jakby bardzo długo zalegał w grobie. Mierzył nas wzrokiem zza skórzanej brązowej maski.
Faceci o słabszych żołądkach zaczęli przeciskać się do tyłu. Kulawiec nic nie mówił. Chciał tylko, żebyśmy wiedzieli, że jest w pobliżu. Rzecz godna pamięci. I coś, co zapowiada ciekawe czasy.
Kapitan nakazał dowódcom kompanii i plutonów oznajmić swoim ludziom, że wkrótce może nastąpić wymarsz. W oczekiwaniu na robotę dochodzeniową tutaj, w Aloesie, winni popłacić długi i pozałatwiać sprawy osobiste. Najlepiej, gdyby zostawili za sobą dotychczasowe życie w mieście i wrócili do obozu.
Może być trochę dezercji.
Elmo dźgnął mnie pod żebro.
– Uważaj – syknął.
Stary odprawił wszystkich oprócz mnie i magów.
– Konował, zostań ze mną – zwrócił się do mnie bezpośrednio. Czarownicy mieli się trzymać Kulawca.
Kapitan zagnał mnie do budynku administracji. W teorii miałem tam swój kącik, gdzie miałem pracować nad tymi Kronikami, ale nieczęsto z niego korzystałem.
– Siadaj. – To był rozkaz, nie zaproszenie. Usiadłem na jednym z dwóch topornych krzeseł stojących przy nierównym stole, który służył mu za osłonę przed światem. – Jest tu Kulawiec. – Nie wyjaśnił tego, ale wiadomo, że to znaczy, iż pakujemy się w gówno. Po prawdzie nie gada wiele, a to może znaczyć, że sam jeszcze nic nie wie. On też wykonuje rozkazy.
Skinąłem głową.
– Niedobrze, Konował. To Kulawiec. Będzie się działo więcej niż to, co widzimy.
No, będzie. Starałem się wyglądać jak bystry dzieciak oczekujący mądrości spływającej nieuchronnie od szanowanego starszego.
– Powiedziałbym, gdybyś był dupkiem, ale ty nie potrzebujesz notatki służbowej. Sam już wiesz, czym to pachnie.
Czyżby chciał mi za coś dowalić?
– Zgrywasz się na równie bezużytecznego jak reszta tych kutasów. Jednak kiedy ponoć wychodzisz na kurwy albo się poopieprzać, zazwyczaj tak naprawdę grzebiesz w miejscowej historii.
– Człowiekowi trzeba więcej niż jednego hobby.
– To nie hobby, jeśli nie potrafisz odpuścić.
– Jestem złym człowiekiem. Muszę rozumieć przeszłość. Rozjaśnia teraźniejszość.
Kapitan przytaknął. Smukłe palce wsparł na kwadratowej szczęce z dołkiem.
– Mam dla ciebie pewną rozjaśniającą robotę.
Wiedział coś o tym, co się kroi.
– Może będziesz w stanie coś zrobić, żeby Kompania nie musiała tradycyjnie nurzać się w szambie.
– Złotousty…
– Zamknij się, kurwa. Pani chce dopaść Tides Elbę, zanim się stanie wschodnią Białą Różą. A może ona jest tą Różą. Nie wiem. Kulawiec da z siebie wszystko, żeby zapunktować u Pani, mając nadzieję, że przy okazji załatwi nas.
– Gubię wątek, szefie.
– Nie sądzę. Pamiętaj, Kulawiec jest szczególnie cięty na ciebie. Fakt.
– Dobra. I co?
– On uważa rozpieprzenie czegoś za zabawne. A ja nie chcę zostać zapamiętany jako ktoś, kto zburzył Aloes.
– Potrzebuję jakiejś wskazówki, Kapitanie. Czego ode mnie chcesz? Nie jestem tak mądry, jak myślisz.
– Ja też nie.
Wysunął się zza stołu i zaczął człapać po pomieszczeniu.
– Pani uważa, że Tides Elba urodziła się tutaj, ma tu rodzinę i często ją odwiedza. Nie przyszła na świat jako Tides Elba. Rodzina prawdopodobnie nawet nie wie, kim ona jest.
Jasne, że ta buntowniczka nie urodziła się jako Tides Elba. Gdyby Pani poznała jej prawdziwe imię, Tides Elba byłaby grzanką jeszcze przed zmierzchem.
– Węszyłeś. Wiesz, gdzie zajrzeć. Pomóż nam ją dopaść, zanim Kulawiec nas przygwoździ.
– Mogę pokopać, ale uprzedzam, że znajdę same luki.
– Luki też mają swoją opowieść.
Fakt.
– Zamiast martwić się tą kobietą, może byśmy tak wymyślili jakieś stałe…
Uciął mój wywód machnięciem ręki. Musiałem się zamknąć.
– Spójrz na siebie – powiedział. – Jesteś dość rozgarnięty, żebyśmy dali ci dowództwo nad całą kampanią wschodnią. Idź. Zrób, co należy. I trzymaj się z dala od tych kretyńskich kart.


Dodano: 2019-09-27 17:38:09
Komentarze
-Jeszcze nie ma komentarzy-
Komentuj


Konkurs

Wygraj "Dragon Age: Cesarstwo masek"


Wygraj "Mutanta"


Artykuły

Nie tylko Netflix animuje króliki, czyli „Wodnikowe Wzgórze” przez dekady


 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e06)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e05)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e04)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e03)

Recenzje

Baxter, Stephen - "Ultima"


 Abercrombie, Joe - "Ostrze"

 Majka, Paweł - "Berserk. Spowiednik"

 Palmer, Ada - "Do błyskawicy podobne"

 Ruocchio, Christopher - "Imperium ciszy"

 Zbierzchowski, Cezary - "Distortion"

 Komuda, Jacek - "Westerplatte"

 Crouch, Blake - "Rekursja"

Fragmenty

 Foster, Alan Dean - "Obcy"

 Hendel, Paulina - "Droga Dusz"

 Cook, Glen - "Port Cieni"

 Zbierzchowski, Cezary - "Distortion"

 Rak, Radek - "Baśń o wężowym sercu"

 Petrucha, Stefan - "Marvel: Spider-Man. Wiecznie młody"

 Kańtoch, Anna - "Diabeł w maszynie"

 Bławatska, Helena P. - "Opowieści okultne"

Projekt i realizacja:sismedia.eu       Reklama     © 2004-2019 nast.pl     RSS      RSS