NAST.pl
 
Komiks
  Facebook
Facebook
 
Forum

  RSS RSS

 Strona główna     Zapowiedzi     Recenzje     Imprezy     Konkursy     Wywiady     Patronaty     Archiwum newsów     Artykuły i relacje     Biblioteka     Fragmenty     Galerie     Opowiadania     Redakcja     Zaprzyjaźnione strony   

Zaloguj się tutaj! | Rejestruj

Patronat

Clarke, Arthur C. - "Koniec dzieciństwa" (Kolekcja Wehikuł czasu)

Sutherland, Tui T. - "Przebudzenie Pełni"

Ukazały się

Larson, B.V. - "Flota Alfa"


 Przybyłek, Marcin Sergiusz - "Symfonia życia"

 Gwynne, John - "Zgliszcza"

 Bardugo, Leigh - "Oblężenie i nawałnica"

 Przechrzta, Adam - "Gambit Wielopolskiego" (Fabryka Słów)

 King, Stephen - "To" (druga okładka filmowa)

 Jensen, Danielle L. - "Mroczne wybrzeża"

 Zahn, Timothy - "Ostatni rozkaz"

Imprezy

Copernicon 2019
Od: 2019-09-13
Do: 2019-09-15

Linki

Sullivan, Michael J. - "Zniknięcie córki Wintera"
Wydawnictwo: Mag
Cykl: Kroniki Riyrii
Tytuł oryginału: The Disappearance of Winter's Daughter
Data wydania: Maj 2019
ISBN: 978-83-7480-748-7
Oprawa: twarda
Liczba stron: 384
Cena: 29,00 zł
Rok wydania oryginału: 2017
Tom cyklu: 4


Sullivan, Michael J. - "Zniknięcie córki Wintera"

„Zniknięcie córki Wintera” to czwarty, jak na razie ostatni, tom „Kronik Riyrii”. Autor planuje do przygód głównych bohaterów powrócić w przyszłości, więc nie jest to definitywne pożegnanie. Zresztą, zgodnie z planem i zapowiedziami, Michael J. Sullivan chętnie napisze kolejną powieść, jeśli ta w nim dojrzeje.

Tym razem intryga dotyczy tytułowego zniknięcia córki potężnego przedsiębiorcy, zwanego również Królem Whisky. Wydał córkę za arystokratę, a kiedy ta zniknęła zaczął się obawiać, że może to wina jej męża, który postanowił sobie w ten sposób przywłaszczyć jej wiano. Do rozwiązania tej zagadki wynajmuje głównych bohaterów. Ale mają oni nie tylko ustalić, co się stało z kobietą. Jeśli potwierdzą jej śmierć, ojciec domaga się krwawej zemsty. Powtórki z czegoś co w przeszłości przyniosło Royce’owi budzący grozę pseudonim „Zmiatacz”. O krwawej przeszłości Royce’a była mowa już wcześniej. Wtedy autor sygnalizował tylko, że bohater w przeszłości zrobił coś strasznego, po czym po dziś dzień pamiętający to wydarzenie ludzie drżą ze zgrozy. Zresztą, wprawkę z morderczych skłonności tej postaci autor zaserwował już w „Róży i Cierniu”, choć wtedy mimowolnie sprawił, że jego budzący postrach bohater błysnął brakiem rozumu.

Po czterech powieściach z tego cyklu i braku – jak na razie – konkretnych zapowiedzi odnośnie ciągu dalszego, warto poświęcić kilka chwil na podsumowanie „Kronik Riyrii”. Bez wątpienia są to sprawnie napisane fabuły. Do tego wykreowany świat fantasy nie cierpi z powodu przesytu magią czy fantastycznymi stworami. Nie ma tu jakiejś mocniejszej mitologii i epiki. Czytelnik ma szansę zaledwie się o nią otrzeć w trakcie lektury. Nie wiem, na ile właściwym będzie nazwanie tego posunięcia ryzykownym ze strony autora. Wydaje mi się, że takie niskie umagicznienie powieści fantasy nakłada na autora konieczność zapolowania na czytelnika przy pomocy intrygi i bohaterów. I należy uznać, że Michael J. Sullivan sprostał temu zadaniu. Jak wspominałem już wcześniej, przy okazji poprzednich części, „Kroniki Riyrii” to naprawdę niezłe powieści fantasy, które oferują godziwą rozrywkę i miło spędzony czas. Są na dobrym poziomie, autorowi niewiele trzeba wybaczać. Intrygi są skomplikowane i wciągające (może poza „Wieżą koronną”, która była dosyć prościutka).

Co do zastrzeżeń. Wykreowany świat nie jest zbyt oryginalny, ale za to tętni życiem. W zasadzie, jeśli macie już za sobą mnóstwo doświadczeń z fantasy, to nic was tu nie zaskoczy, jeśli chodzi o jego elementy (system polityczny, społeczny). Pod tym względem autor jest dosyć typowy, z czego chyba nie należy robić zarzutu. Najważniejsze zastrzeżenie dotyczy głównych bohaterów. Poznajemy ich w pierwszym tomie, kiedy ich losy zostają ze sobą połączone, jak się okazuje, na trwałe. Zamierzeniem Sullivana było przedstawienie tego, jak się poznali i jak rozwijały się ich relacje. To autorowi zupełnie się nie udało. Bohaterowie, po tym jak się poznali i zaprzyjaźnili, w zasadzie nie zmieniają się. A na pewno nie zmienia się ich relacja. Po prostu z każdą kolejną powieścią przechodzą do nowej przygody. Ani ich przyjaźń, ani ich indywidualne losy na tym nie zyskują ani nie tracą. Po pierwszej powieści, może jeszcze w trakcie drugiej, ich związek „zamarza” w jednej formie i nic się między nimi nie dzieje. Wiązałem pewne nadzieje z postacią Gwen, dzięki której autor mógł stworzyć interesujący trójkąt emocjonalny i wpływać za jej pośrednictwem na dwójkę protagonistów. Sullivan nie idzie tą drogą; w ogóle żadną drogą nie idzie w zakresie rozwoju bohaterów.

Autor założył, że każda z powieści składających się na ten cykl będzie epizodyczna, tj. stanowić będzie zamkniętą całość. Tak, aby czytelnik mógł je porzucić w każdej chwili, albo czytać w dowolnej kolejności. Biorąc pod uwagę, że intryga każdej z nich dzieje się w odmiennej lokacji, na scenę często wkraczają również epizodyczne postacie, które w kolejnej części już nie występują. Jednak w „Wieży koronnej” autor cały oddzielny, niezależny wątek poświęcił Gwen, której losy splótł z losami Hadriana i Royce’a w jej finale. Udało mu się stworzyć ciekawą postać kobiecą, zaradną i niezależną. Następnie ją porzucił, sprowadzając do roli rekwizytu: źródła westchnień jednego z bohaterów, damy w opałach, cierpliwej opiekunki i przyjaciółki. Krótko pisząc, Sullivan „zemdlił” Gwen niemożebnie. Pod tym względem nic się nie zmienia także w jego głównym cyklu „Odkrycia Riyrii”, dla którego „Kroniki...” są czymś w rodzaju prequela. To samo dotyczy innych postaci drugoplanowych. Mają być tłem dla głównego duetu, ale szkoda, że Royce i Hadrian nie są skomplikowani. Są, oczywiście, tajemnice do rozwikłania dotyczące ich przeszłości. Mimo to autor nie poświęca im dużo czasu, aby uczynić przez to bohaterów bardziej interesującymi.

Odsłuchałem dwie części „Odkryć Riyrii”: „Królewską krew” i „Wieżę elfów” – mogę stwierdzić (na ile porównanie lektury i słuchania jest miarodajne), że „Kroniki Riyrii” są napisane lepiej. Wspomniane dwie części „Odkryć...” mają prościutką fabułę, a wątek główny jest rachityczny i mało interesujący. W zasadzie odechciało mi się słuchać kolejnych części. Ale o ile Michael J. Sullivan w „Kronikach...” rozwinął swój warsztat, to tak naprawdę nie zmieniło się nic, co napisałem wcześniej. Mianowicie bohaterowie i dynamika ich relacji pozostają bez zmian. To samo dotyczy Gwen. Co też pozwala prognozować, że w kolejnych częściach „Kronik...”, jeśli takowe powstaną, nic się pod tym względem nie zmieni. W zasadzie: nie może się zmienić, nawet jeśli autor rozwinie się jako pisarz. Pozostaje zatem cieszyć się tym, co jest. „Kroniki Riyrii”, mimo mankamentów, pozostają niezłą rozrywką.



Autor: Roman Ochocki
Dodano: 2019-08-14 16:05:04
Komentarze

Sortuj: od najstarszego | od najnowszego

Bandobras - 16:19 15-08-2019
Osobiście zabrałem się za Sullivana w tygodniu urlopowym i żałowałem, że jedynie to miałem pod ręką :( Przeczytałem trzy pierwsze tomy i strasznie mnie to zmęczyło, jedynie "Śmierć Dulgath" trochę mocniej mnie zaintrygowała. Psychologia głównych bohaterów totalnie skopana, intrygi nieudolne i oczywiste (dla czytelnika jak i samych bohaterów, ale kto by tam zauważył), świat przedstawiony praktycznie w ogóle nie jest przedstawiany przez autora, absurdy fabularne i wiele innych. Choć jednak rozumiem dlaczego MAG to wydaje - strasznie to "sandersonowe", jedynie magii brak. Idealne dla młodzieży i tych tzw. młodych dorosłych, ale już nie do strawienia dla bardziej wiekowego i/lub doświadczonego w fantasy czytelnika.

Bandobras - 16:28 15-08-2019
Poza tym jeszcze jedna myśl, dla niektórych może nawet kontrowersyjna - zarówno Sullivan, jak i np. Ryan (jego oceniam jedynie poprzez wypociny z Papierowego Księżyca , MAGowej trylogii nie czytałem) zaczynali poprzez selfa, bo nich ich nie chciał wydać. Zostali źle ocenieni ? Niekoniecznie, po prostu piszą słabo, nijako, czasem absurdalnie i nie dziwne, że ich początkowo redaktorzy odrzucali.

historyk - 20:28 15-08-2019
dwie części „Odkryć...” posiadają prościutką fabułę

"Odkrycia" nie mogą nic posiadać, bo nie są człowiekiem. Mogą co najwyżej mieć.
_______________________
http://seczytam.blogspot.com

Komentuj


Artykuły

Nie tylko Netflix animuje króliki, czyli „Wodnikowe Wzgórze” przez dekady


 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e06)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e05)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e04)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e03)

Recenzje

Warren, Ed i Lorraine & Chase, Robert David - "Nawiedzenia. Historie prawdziwe"


 Podlewski, Marcin - "Księga Zepsucia. Tom 1"

 Sullivan, Michael J. - "Zniknięcie córki Wintera"

 Vonnegut, Kurt - "Syreny z Tytana"

 Ziębiński, Robert - "Stephen King. Instrukcja obsługi"

 Dukaj, Jacek - "Po piśmie"

 Banks, Iain M. - "Wspomnij Phlebasa"

 Sullivan, Michael J. - "Śmierć Dulgath"

Fragmenty

 Karnicka, Anna - "Paradoks Marionetki: Sprawa Marionetkarza"

 Ruocchio, Christopher - "Imperium ciszy"

 Jensen, Danielle L. - "Mroczne wybrzeża"

 Eames, Nicholas - "Krwawa Róża"

 Wójtowicz, Milena - "Vice versa"

 Christopher, Adam - "Ciemność nad miastem"

 Warren, Ed i Lorraine & Chase, Robert David - "Nawiedzenia. Historie prawdziwe"

 Guzek, Marcin A. - "Szare Płaszcze: Rubież"

Projekt i realizacja:sismedia.eu       Reklama     © 2004-2019 nast.pl     RSS      RSS