NAST.pl
 
Komiks
  Facebook
Facebook
 
Forum

  RSS RSS

 Strona główna     Zapowiedzi     Recenzje     Imprezy     Konkursy     Wywiady     Patronaty     Archiwum newsów     Artykuły i relacje     Biblioteka     Fragmenty     Galerie     Opowiadania     Redakcja     Zaprzyjaźnione strony   

Zaloguj się tutaj! | Rejestruj

Patronat

Gwynne, John - "Zgliszcza"

Podlewski, Marcin - "Księga Zepsucia. Tom 1"

Ukazały się

Gwynne, John - "Zgliszcza"


 Bardugo, Leigh - "Oblężenie i nawałnica"

 Przechrzta, Adam - "Gambit Wielopolskiego" (Fabryka Słów)

 King, Stephen - "To" (druga okładka filmowa)

 Jensen, Danielle L. - "Mroczne wybrzeża"

 Zahn, Timothy - "Ostatni rozkaz"

 Sanderson, Brandon - "Legion. Kłamstwa patrzącego"

 Johnson, Daisy - "Pod powierzchnią"

Imprezy

Copernicon 2019
Od: 2019-09-13
Do: 2019-09-15

Linki

Strickland, Adrianne; Miller, Michael - "Cień"
Wydawnictwo: Uroboros
Cykl: Kroniki Kaitanu
Tytuł oryginału: Shadow Run
Tłumaczenie: Dorota Radzymińska, Jakub Radzymiński
Data wydania: Czerwiec 2019
ISBN: 978-83-280-5837-8
Oprawa: miękka
Liczba stron: 512
Cena: 42,99 zł
Rok wydania oryginału: 2017
Tom cyklu: 1



Strickland, Adrianne; Miller, Michael - "Cień" #2

Rozdział II: QOLE

„Następnym razem rozważ zaoszczędzenie na odpowiednią ładownię…”.
Kiedy wracałam na mostek, słowa te wciąż pobrzmiewały w mojej głowie wraz z rozpalającymi się iskierkami gniewu. Niemal każde słowo sprawiało, że na skraju widzenia pojawiała się ciemność.
„Następnym razem…”. Następny raz był luksusem, na który nie każdy poławiacz cienia mógł liczyć. Telu, Arjan i ja mierzyliśmy się codziennie z niebezpieczeństwami, o których ta arogancka kupa gówna nie miała w ogóle pojęcia.
„Rozważ zaoszczędzenie…”. Jakby życie z dnia na dzień, dbanie o to, by moja załoga była godziwie opłacona i nakarmiona, do tego pokrywanie wszelkich innych kosztów, które czasem zdawały się tak wielkie, że miałam wrażenie, jakby miały mnie zaraz przygnieść, pozostawiało wiele miejsca na „zaoszczędzenie”.
Nie wspominając już o tym, że mogę nie pożyć dość długo, by cokolwiek oszczędzić. Co za naiwny cudzoziemiec.
„Odpowiednią”. Co to słowo w ogóle znaczyło na tym pustkowiu? Nie mogłam ot tak pójść sobie do sklepu z ładowniami. W ogóle nie miał pojęcia, o czym mówi.
Nie, pomyślałam, zatrzymując się w wejściu na mostek.
Nie, Nev – jeśli naprawdę tak się nazywał – wiedział o wiele więcej niż nic. Był dobrze obeznany ze statkami, nawet z tym typem, który wszak był starym modelem, do tego tak poważnie zmodyfikowanym, że w zasadzie jedynym w swoim rodzaju. Zatrudniłam go w pośpiechu, nie przeprowadzając rozmowy kwalifikacyjnej, na którą nalegał Eton, ale też cudzoziemcy przybywający na Alaxak rzadko kiedy chcieli rozmawiać o swojej przeszłości. Po tym jak poprzedni ładowacz nagle rzucił robotę – piąty taki przypadek w tym roku – potrzebowaliśmy nowego, a to stanowisko nie wymaga
szczególnych kwalifikacji. W każdym razie nikt, kto ma choć trochę oleju w głowie, go nie chce. A mimo to ten okazał się znacznie lepiej wykształcony niż większość, zwłaszcza biorąc pod uwagę jego młody wiek: miał może osiemnaście, dwadzieścia lat. No i nie wyglądał jak trzeba.
Nie był zwykłym typem twardego i zaprawionego w ciężkiej pracy gościa, którzy zwykle zgłaszali się na ładowaczy. Był… za ładny. Miał równe i białe zęby, zmierzwione wiatrem jasnobrązowe włosy, a szare ubranie, choć odpowiedniego koloru, było również czyste i w większości syntetyczne. Na grzbiecie nosa miał garb, co świadczyło o tym, że kiedyś został złamany; zapewne w bójce. Ale blade policzki i gładka, wyrazista szczęka były zbyt delikatne, a brązowe oczy zbyt lśniące jak na kogoś, kto spędził choć jedną zimę na Alaxaku.
Facet był dumny. Sądząc po jego ciuchach, także zamożny i pochodził zapewne z jednej z królewskich planet, jeśli wnioskować po akcencie. Eton mówił podobnie, kiedy po raz pierwszy zjawił się tutaj, a wiem, że był ochroniarzem na jednej z królewskich planet. Wiele więcej w kwestii jego przeszłości nie udało mi się z niego wydobyć. Co więc, do cholery, ten Nev w ogóle tu robił?
Pewno był turystą albo co gorsza bogatym synalkiem, który nawiał z domu, żeby zażyć przygody. Tak czy owak coś tu śmierdziało. Wzięłam głęboki wdech i wydychając, pozwoliłam dłoni zsunąć się po framudze. Skupiłam się na gwiazdach widocznych przez półkoliste okno okalające fotel kapitański, na rzece światła tworzonej przez chmury.
Robiłam, co w mojej mocy, prawda?
Pytanie zdawało się większe niż cała moja czaszka, większe niż ładownia, odbijało bezkres przestrzeni za oknem. Robiłam to co wszyscy Alaxanie setki lat przede mną. To musiała być właściwa ścieżka. Czułam, że tak jest.
…przez większość czasu. A jednak jeden arogancki cudzoziemiec był w stanie sprawić, że zaczęłam w siebie wątpić. Chciałabym móc poprosić o radę ojca. To w końcu kiedyś był jego statek, a przedtem jego ojca. Tęskniłam za dniami, kiedy siedziałam obok niego na dodatkowym fotelu z nogami podciągniętymi dla ciepła pod brodę i obserwowałam, jak pilotuje. Zadawałam tysiące pytań. Zwykle byłam tylko ja, ponieważ Onai – myśl o moim najstarszym bracie wciąż sprawiała mi ból – pilotował ścigacz, a Arjan latał zwykle razem z nim, by uczyć się fachu. Jako najmłodsza już od najwcześniejszych
lat – jeszcze zanim pasy były w stanie porządnie utrzymać mnie w fotelu podczas startu – zostawałam z ojcem na mostku podczas krótszych rajdów po cień. Łatwo więc zauważyłam, kiedy działania ojca zaczęły robić się niezborne, kiedy ciemność w jego oczach ze skrajów białek zaczęła zalewać całą gałkę, by prędko potem ustąpić.
Jeśli tylko wciąż byłby przy mnie. Z nim mogłabym porozmawiać o wszystkim, od ulepszenia ładowni po podejrzanych nieznajomych. I o tej ciemności, która zdawała się zjadać mnie od środka.
Byłby, gdyby ta sama ciemność nie zabiła jego. I mojej matki. I Onaia. A wcześniej moich dziadków i wszystkich ich dzieci. A wcześniej jeszcze pradziadków.
Nasze dziedzictwo stanowiły duma i tradycja. Było to niestety również dziedzictwo śmierci i obłędu. Ta ciemność była mroczniejsza i bardziej niebezpieczna niż niezbadane zakątki kosmosu. I żyła we mnie. W mojej krwi, w moich kościach, w każdej komórce mego ciała.
Zatrucie cieniem zdarzało się każdemu, kto był przez zbyt długi czas wystawiony na jego działanie, ale to… jednak coś innego. To rezultat obcowania z cieniem przez całe pokolenia, przez co zdawał się on oblepiać wręcz wszystkie komórki i nerwy naszych ciał jak sadza.
I nie zabijał nas tak po prostu. Niektórych z nas najpierw czynił wielkimi. I to chyba przerażało mnie bardziej niż cokolwiek innego.
W takich właśnie chwilach czułam się bardzo mała, bardzo młoda… i bardzo osamotniona. Wiedziałam, że to samo uczucie obezwładniało Arjana, nie pozwalając mu osiągnąć pełni swoich możliwości i zasiąść na fotelu kapitana.
A jednak ja siedziałam. Przeczesałam dłonią włosy i rzuciłam się na siedzenie, strząsając z siebie uczucie lgnącej do mnie lepkiej ciemności. Wreszcie przestało fizycznie mi ciążyć i zalewać kąciki oczu.
Ciemność jednak napierała na ekrany. Był właściwie środek dnia – poławialiśmy cień całą noc i poranek – choć ciężko to było dokładnie określić ze względu na wszechobecny mrok kosmosu.
Była niemal tak spokojna jak sen. Zatrzymałam na moment obraz, by obejrzeć widniejący na ekranie fragment łuku portalu galaktycznego. Dawniej funkcjonował on jako wrota prowadzące z Alaxaku w inne części galaktyki, a nawet do innych, odległych galaktyk, ale teraz była to pusta framuga, bez drzwi i domu, do którego niegdyś prowadziły. Niewyobrażalnie wielkie, powyginane przęsła, zniszczone przez stulecia bombardowania asteroidami, wisiały teraz jak połamane żebra.
Czasem zbierały się przed nimi drony, żeby udać się przez nie, korzystając z technologii, której… cóż, nikt dzisiaj już nie rozumiał. Wielki Upadek – tak nazywano jej koniec. Po pewnym czasie drony przełączały się na inne programy i rozpierzchały, pozostawiając unoszące się w przestrzeni ruiny. Dla mnie to było właściwie nawet pocieszające – cywilizacja przestała istnieć, a jednak mój lud przetrwał. Nasza kultura istniała na tysiące lat przed Upadkiem i będzie istniała tysiące lat później.
Nawet jeśli ja już niewiele dłużej pożyję.
Z zamyślenia wyrwał mnie rozbrzmiewający w komunikatorze głos brata. Używał bezpośredniego kanału na mostek.
– Świetny lot, siostrzyczko.
Poczułam, jak łzy mimowolnie napływają mi do oczu.
Arjan był przy mnie od samego początku. Oboje obserwowaliśmy, jak kochający wzrok naszych rodziców staje się coraz mroczniejszy, aż wreszcie nie wraca z czerni do zwykłego brązu. Słyszeliśmy chaotyczny bełkot, który zastąpił głos rozsądku, aż wreszcie, pewnego ranka pięć lat temu, znaleźliśmy ich nieruchomych. Po tym, jak dwa lata później Onai podążył ich mrocznym śladem w wieku zaledwie dwudziestu pięciu lat, to Arjan przekonał mnie, by przejąć ich działalność, choć on miał wówczas lat osiemnaście, a ja ledwie czternaście.
To dbanie o niego i resztę załogi pozwalało mi utrzymać samokontrolę. Bez niego nie byłoby mnie tu, a jednak nazbyt często traktowałam go jak zaledwie kolejnego członka ekipy.
– Dzięki – odparłam. – Twój również. Słuchaj, Arjan, kiedy skończymy ten rajd, może razem… wybierzemy się gdzieś… indziej, na trochę. – Słowa niezgrabnie układały mi się na języku. – Wiesz, żeby przez kilka dni odpocząć od Gamutu. Może moglibyśmy wybrać się na kemping na którejś z plaż Morza Północnego. Albo do lasu równikowego.
– Myślę, że to się nazywa w a k a c j e , i nie dziwi mnie, że nie znasz tego słowa. – Niemal słyszałam, jak szczerzy zęby do komunikatora. Już od tak dawna się ze mną nie droczył. – Brzmi wspaniale. – Teraz i ja uśmiechnęłam się szeroko, choć przecież nie mógł mnie zobaczyć. – Ale wiesz co? – dodał, ziewając. – Walnięcie się spać brzmi obecnie równie wspaniale.
Ja również byłam zmęczona. Aż do tego stopnia, że obawiałam się utraty panowania nad swoim ciałem szybciej, niż cień wyślizguje się z sieci, ale wybuchnę łam śmiechem.
– Na sen będziemy mieli czas po śmierci.
Nagle zamilkłam. Ta ewentualność wcale nie musiała być tak znów odległa, biorąc pod uwagę, co stało się z Onaiem. Odchrząknęłam i przycisnęłam guzik pozwalający mi mówić jednocześnie do całej załogi.
– Zajmijmy odpowiednią pozycję, na wypadek gdyby pojawił się kolejny rozbłysk, którym warto się zająć.
Odpowiedziały mi senne pomruki. Jak można było się domyślić, Nev się nie odezwał. Prawdopodobnie spał już na stojąco.
– Eton i Telu, uważajcie na wszelkie drony czy asteroidy, które mogłyby nam zagrozić. Nev, ile pozostało nam pustych kanistrów…
– Eee… kapitanie? – Głos chłopaka brzmiał niepewnie, kiedy wszedł mi w słowo, jednak nie wynikało to ze zmęczenia. Zdawał się bardziej zaniepokojony, jak wówczas na widok tego wielkiego drona.
– Co?
Jakby w odpowiedzi na ekranie pojawiła się migająca czerwona dioda, a po chwili powietrze rozdarł dźwięk alarmu. Poczułam, jak wzbiera we mnie panika, ale zdusiłam ją w sobie i błyskawicznie spojrzałam na wskaźniki.
Ktoś odciął ładownię.
– Nev! – krzyknęłam do komunikatora. – Co tam się dzieje?
– Kilka kanistrów, być może mają usmażone panele, bo chociaż nie widziałem żadnego cienia, to jednak wskazują, że tracą szczelność.
Przebiegła przeze mnie kolejna fala strachu. Jeśli Nev został tam zamknięty razem z cieknącymi kanistrami…
Nie mogę dopuścić do utraty członka załogi w ten sposób.
Nawet jeśli był u nas nowy, nawet jeśli wydawał mi się dziwny i wkurzający. Nie mogłabym patrzeć, jak jego skóra czernieje i pojawiają się na niej pęcherze. Nawet jeśli miałby szczęście i zostałby wystawiony na niewielkie stężenie cienia, które nie poparzyłoby go śmiertelnie, popadłby w obłęd szybciej, niż statek wpada w pole oddziaływania grawitacyjnego planety. Nie byłabym również w stanie patrzeć, jak jego oczy czernieją.
Poza tym nie zaryzykowałabym reszty statku. Cieknące kanistry mogłyby rozsadzić nas na milion kawałków. Prędzej otworzyłabym śluzę, by wszystko zostało wyssane na zewnątrz, zanim dopuściłabym do czegoś podobnego.
Oczywiście zabiłoby to Neva.
– Nev, zabieraj się stamtąd, ale już. – Jeśli był tam uwięziony, może mogłabym sięgnąć do tego cienia i postarać się go jakoś przekierować… ryzykując własne życie. – Jeśli drzwi są zablokowane, mogę je ręcznie odblokować…
– Już jestem na zewnątrz, to ja odciąłem ładownię.
Odetchnęłam z ulgą, prosto w mikrofon komunikatora.
– Dzięki niech będą przodkom.
– Cóż, nie bardzo chciałem tam zostawać – powiedział z pewną dozą humoru. – Nie chciałem również, by cokolwiek przedostało się do reszty statku. Może byłam jednak dla niego zbyt surowa. Nie tylko ocalił własną skórę, ale starał się również chronić „Kaitan”.
– Dobra robota. Zabieraj się spod drzwi i przypnij się w mesie. Arjan, wracaj ze ścigaczem na pokład. Musimy natychmiast pozbyć się tych kanistrów. – Nie mogłam się powstrzymać od przybrania nieprzyjemnego tonu, choć wiedziałam, że podejmuję właściwą decyzję. – Wracamy na Alaxak.




Dodano: 2019-06-05 14:41:02
Komentarze
-Jeszcze nie ma komentarzy-
Komentuj


Artykuły

Nie tylko Netflix animuje króliki, czyli „Wodnikowe Wzgórze” przez dekady


 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e06)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e05)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e04)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e03)

Recenzje

Podlewski, Marcin - "Księga Zepsucia. Tom 1"


 Sullivan, Michael J. - "Zniknięcie córki Wintera"

 Vonnegut, Kurt - "Syreny z Tytana"

 Ziębiński, Robert - "Stephen King. Instrukcja obsługi"

 Dukaj, Jacek - "Po piśmie"

 Banks, Iain M. - "Wspomnij Phlebasa"

 Sullivan, Michael J. - "Śmierć Dulgath"

 Wójtowicz, Milena - "Vice versa"

Fragmenty

 Karnicka, Anna - "Paradoks Marionetki: Sprawa Marionetkarza"

 Ruocchio, Christopher - "Imperium ciszy"

 Jensen, Danielle L. - "Mroczne wybrzeża"

 Eames, Nicholas - "Krwawa Róża"

 Wójtowicz, Milena - "Vice versa"

 Christopher, Adam - "Ciemność nad miastem"

 Warren, Ed i Lorraine & Chase, Robert David - "Nawiedzenia. Historie prawdziwe"

 Guzek, Marcin A. - "Szare Płaszcze: Rubież"

Projekt i realizacja:sismedia.eu       Reklama     © 2004-2019 nast.pl     RSS      RSS