NAST.pl
 
Komiks
  Facebook
Facebook
 
Forum

  RSS RSS

 Strona główna     Zapowiedzi     Recenzje     Imprezy     Konkursy     Wywiady     Patronaty     Archiwum newsów     Artykuły i relacje     Biblioteka     Fragmenty     Galerie     Opowiadania     Redakcja     Zaprzyjaźnione strony   

Zaloguj się tutaj! | Rejestruj

Patronat

Žamboch, Miroslav - "Bakly. Szukanie śmierci", tom 1

Bardugo, Leigh - "Cień i kość" (Mag)

Ukazały się

Gwynne, John - "Zgliszcza"


 Bardugo, Leigh - "Oblężenie i nawałnica"

 Przechrzta, Adam - "Gambit Wielopolskiego" (Fabryka Słów)

 King, Stephen - "To" (druga okładka filmowa)

 Jensen, Danielle L. - "Mroczne wybrzeża"

 Zahn, Timothy - "Ostatni rozkaz"

 Sanderson, Brandon - "Legion. Kłamstwa patrzącego"

 Johnson, Daisy - "Pod powierzchnią"

Imprezy

Copernicon 2019
Od: 2019-09-13
Do: 2019-09-15

Linki

Zelazny, Roger - "Aleja Potępienia" (Kolekcja Wehikuł czasu)
Wydawnictwo: Rebis
Kolekcja: Wehikuł czasu
Tytuł oryginału: Damnation Alley
Tłumaczenie: Zbigniew A. Królicki
Data wydania: Maj 2019
Wydanie: II
ISBN: 978-83-8062-224-1
Oprawa: twarda
Liczba stron: 200
Cena: 34,90 zł
Rok wydania oryginału: 1968


Zelazny, Roger - "Aleja Potępienia"

W pobliżu przeleciała mewa. Przez moment zdawała się wisieć w powietrzu na nieruchomych skrzydłach. Czort Tanner pstryknął w nią niedopałkiem cygara i zaliczył trafienie. Ptak wydał ochrypły krzyk i gwałtownie wzbił się w górę. Wzleciał jakieś piętnaście metrów wyżej i czy wrzasnął ponownie, tego Tanner nigdy już się nie dowiedział.
Ptak odleciał.
Jedno białe piórko zakołysało się w podmuchach wiatru, przeleciało za krawędź urwiska i wirując, opadło ku falom oceanu. Tanner zachichotał w gąszczu swej brody, jednostajnym wyciu wichru i łoskocie przyboju. Potem spuścił nogi z kierownicy motocykla, złożył kopniakiem podpórkę i zapuścił silnik.
Powoli pokonywał strome zbocze, aż dotarł do szlaku, na którym zwiększył prędkość i wpadł na autostradę pięćdziesiątką.
Pochylił się nad kierownicą i przyspieszył jeszcze bardziej.
Miał całą drogę dla siebie, więc wcisnął pedał gazu do oporu.
Zsunął gogle z czoła i oglądał świat przez ich szkła koloru od chodów, czyli mniej więcej w taki sposób, w jaki patrzył nań i bez nich.
Z jego kurtki znikło całe stare żelastwo i żałował utraty swastyki, sierpa i młota, a szczególnie uniesionego środkowego palca. Brakowało mu również emblematu na plecach. Może zdoła zdobyć taki w Tijuanie i znajdzie jakąś laskę, która mu go naszyje, i… Nie. To na nic. Wszystko to już się skończyło. Zdradziłby się i nie przetrwał nawet jednego dnia. Powinien sprzedać harleya, nie zwracając na siebie uwagi przedostać się wybrzeżem na południe i zobaczyć, co można zdziałać w drugiej Ameryce.
Zjechał na luzie z jednego wzgórza i z rykiem silnika wjechał na następne. Mknął autostradą, mijając po drodze Laguna Beach, Capistrano Beach, San Clemente i San Onofre. Dotarł do Oceanside, gdzie zatankował, a potem pojechał dalej przez Carlsbad i wszystkie te zapomniane małe plaże zapełniające wybrzeże przed Solana Beach Del Mar.
Czekali na niego na przedmieściu San Diego.
Spostrzegł blokadę i zawrócił. Nie mogli pojąć, jak zdołał to zrobić tak szybko przy takiej prędkości. A jednak już się od nich oddalał.
Słyszał strzały, ale nie zatrzymał się. Potem usłyszał wycie syren.
W odpowiedzi dwukrotnie nacisnął klakson i jeszcze bardziej pochylił się nad kierownicą. Harley przyspieszył, a on zastanawiał się, czy właśnie łączą się przez radio z kimś, kto czeka nieco dalej.
Uciekał dziesięć minut i nie zdołał zgubić pościgu. Po piętnastu minutach także.
Wjechał na szczyt kolejnego wzgórza i w oddali dostrzegł drugą blokadę. Wzięli go w dwa ognie.
Rozejrzał się wokół, szukając jakiejś bocznej drogi, ale żadnej nie dostrzegł.
Tak więc jechał dalej, prosto na drugą blokadę. Może zdoła ją sforsować.
Niedobrze!
Samochody ustawiono jeden przy drugim w poprzek całej drogi. A nawet na poboczach.
Zahamował w ostatniej chwili, a gdy zwolnił dostatecznie, poderwał przednie koło, obrócił motocykl na tylnym i pomknął na spotkanie ścigających go wozów.
Nadjeżdżało ich sześć, a za jego plecami wyły syreny ko­ lejnych.
Znów przyhamował, zjechał na lewą stronę drogi, kopnął pedał gazu i zeskoczył z siodełka. Motocykl pojechał dalej sam, a on wylądował z impetem, przetoczył się po ziemi, zerwał się i zaczął uciekać.
Usłyszał pisk opon i łoskot zderzenia. Potem padły kolejne strzały, ale nie zatrzymał się. Celowali nad jego głową, lecz on o tym nie wiedział. Chcieli wziąć go żywcem.
Po piętnastu minutach przyparli go do skalnej ściany. Rozstawili się w wachlarzowatym szyku, kilku z nich miało karabiny, ale ich lufy nie były skierowane na niego.
Rzucił na ziemię łyżkę do opon i podniósł ręce.
—  Macie ją, obywatele — powiedział. — Weźcie ją sobie.
Tak też zrobili.
Potem go skuli i zaprowadzili do pozostawionych na drodze samochodów. Wepchnęli go na tylne siedzenie jednego z nich i dwaj policjanci usiedli po obu jego stronach. Trzeci zajął miejsce z przodu, obok kierowcy, i ten trzymał na kolanach pistolet.
Kierowca zapuścił silnik, wrzucił bieg i pojechał z powrotem drogą numer sto jeden na północ.
Mężczyzna z pistoletem odwrócił się i patrzył na Tannera przez dwuogniskowe szkła okularów, które, kiedy pochylił głowę, upodabniały jego oczy do dwóch wypełnionych zielonym piaskiem klepsydr. Gapił się tak może z dziesięć sekund, a potem powiedział:
—  To było głupie z twojej strony.
Czort Tanner spoglądał na niego w milczeniu, dopóki tamten nie dodał:
—  Bardzo głupie, Tanner.
—  O, nie wiedziałem, że mówi pan do mnie.
—  Przecież patrzę na ciebie, synu.
—  A ja na pana. Cześć!
Kierowca odezwał się, nie odrywając oczu od drogi:
—  Wiecie co? Szkoda, że musimy dostarczyć go w dobrej formie, po tym, jak rozwalił nam wóz tym swoim przeklętym motocyklem.
—  Może jednak mieć wypadek — rzekł mężczyzna siedzący po lewej ręce Tannera. — Na przykład może upaść i złamać sobie parę żeber.
Mężczyzna z prawej nie odezwał się, ale ten z pistoletem powoli pokręcił głową.
—  Nie, chyba że spróbuje uciec — powiedział. — LA chce go w dobrej kondycji.
—  Dlaczego próbowałeś zwiać, koleś? Mogłeś się spodziewać, że i tak cię zgarniemy.
Tanner wzruszył ramionami.
—  A dlaczego mnie zgarnęliście? Nic nie zrobiłem.
Kierowca zachichotał.
—  Właśnie dlatego — odpowiedział. — Nic nie zrobiłeś, a przecież miałeś coś zrobić. Pamiętasz?
—  Niczego nikomu nie jestem winien. Ułaskawili mnie i wypuścili z mamra.
—  Masz kiepską pamięć, synku. Obiecałeś coś rządowi Kalifornii, kiedy cię wczoraj zwalniano. Na załatwienie swoich
spraw miałeś już więcej niż dwadzieścia cztery godziny, o które prosiłeś. Jak chcesz, to możesz im odmówić i załatwić sobie cofnięcie amnestii. Nikt cię do niczego nie zmusza. Potem możesz spędzić resztę życia, robiąc małe kamyczki z większych. Nic nas to nie obchodzi. Słyszałem, że znaleźli już kogoś na twoje miejsce.
—  Dajcie mi papierosa — powiedział Tanner.
Mężczyzna z prawej przypalił papierosa i podał Tannerowi. Wziął go, podnosząc skute ręce. Palił i strząsał popiół na
podłogę.
Pędzili autostradą, a gdy przejeżdżali przez miasteczka lub napotykali wzmożony ruch, kierowca włączał syrenę i na dachu samochodu zaczynało migotać czerwone światło. Wtedy wyły także syreny dwóch wozów patrolowych, które jechały za nimi. Przez całą drogę do LA kierowca ani razu nie użył hamulca i co kilka minut łączył się przez radio z centralą.
Nagle rozległ się huk przypominający odgłos towarzyszący przekraczaniu bariery dźwięku i spowiła ich chmura pyłu, z której żwir sypał się jak grad. W prawym dolnym rogu kuloodpornej przedniej szyby pojawiło się maleńkie pęknięcie, a od maski i dachu samochodu odbijały się kamienie wielkości kul bilardowych. Opony chrzęściły na żwirze pokrywającym teraz całą nawierzchnię drogi. Kurz wisiał w powietrzu niczym gęsta mgła, ale wyjechali z niego po dziesięciu sekundach.
Mężczyźni w samochodzie pochylili się i bacznie spoglądali w górę.
Niebo przybrało fioletową barwę i przecinały je czarne linie przesuwające się z zachodu na wschód. Pęczniały, zwężały się, poruszały na boki, a chwilami zlewały ze sobą. Kierowca już wcześniej włączył światła.
—  Zanosi się na coś poważniejszego — powiedział mężczyzna z pistoletem.
Kierowca skinął głową.
—  Dalej na północ wygląda to jeszcze gorzej — stwierdził. Gdzieś wysoko rozległ się przeciągły skowyt, a czarne pasma wciąż się poszerzały. Dźwięk przybrał na sile, zgubił rytm i przeszedł w jednostajny ryk.
Pasma złączyły się ze sobą i niebo pociemniało jak w bezgwiezdną i bezksiężycową noc, a pył opadał wokół gęstymi chmurami. Od czasu do czasu słyszeli brzęk, gdy jakiś większy odłamek skały trafił w samochód.
Kierowca zmienił światła na terenowe, znów włączył syrenę i dodał gazu. Wycie syreny i ryk nieba walczyły ze sobą o prymat, a daleko na północy zaczęła się rozlewać pulsująca niebieska zorza.
Tanner dopalił papierosa i mężczyzna podał mu następnego.
Teraz już wszyscy w kabinie palili.
—  Wiesz co, chłopcze? Masz szczęście, że cię zgarnęliśmy — odezwał się mężczyzna z lewej. — Chyba nie chciałbyś pruć na motocyklu przez ten syf?
—  Ja to lubię — odparł Tanner.
—  Jesteś stuknięty.
—  Nie. Przejechałbym. To nie byłby pierwszy raz.
Kiedy dojeżdżali do Los Angeles, niebieska zorza obejmowała już pół nieba, które było zabarwione różowawo i poprzecinane smugami żółtego dymu sięgającymi daleko na południe niczym odnóża pająka. Ogłuszający ryk zdawał się rozdzierać bębenki uszne i wywoływał mrowienie skóry. Gdy wysiedli z samochodu i szli przez parking, kierując się do wielkiego, podpartego kolumnami budynku z ozdobnym fryzem na frontonie, musieli krzyczeć, żeby się usłyszeć.
—  Mamy szczęście, że zdążyliśmy! — orzekł mężczyzna z pistoletem. — Pospieszcie się!
Przyspieszyli kroku, zmierzając w kierunku schodów.
—  Teraz może się zacząć w każdej chwili! — krzyknął kierowca.
Kiedy wjeżdżali na dziedziniec, świecąca na niebie zorza rzucała migotliwe refleksy na ściany i tworzyła długie cienie, upodabniając budynek do lodowej rzeźby. Teraz jednak przypominał bryłę wosku gotową stopić się w nagłym podmuchu ciepła.
Twarze i dłonie mężczyzn przybrały bezkrwistą, trupią barwę. Wbiegli szybko po schodach i funkcjonariusz patrolu stanowego wpuścił ich do środka przez drzwiczki po prawej stronie grubych metalowych wrót zamykających główne wejście do budynku. Na widok Tannera pospiesznie odpiął kaburę, a potem zatrzasnął za nimi drzwiczki i zamknął je na łańcuch.
—  Którędy? — spytał człowiek z pistoletem.
—  Drugie piętro — odparł strażnik, ruchem głowy wskazując schody po prawej. — Kiedy wejdziecie na górę, cofnijcie się korytarzem. To duże biuro na samym końcu.
—  Dzięki.
Wewnątrz ryk żywiołów był znacznie stłumiony, a sztuczne oświetlenie przywracało wszystkiemu normalny wygląd.
Wspięli się krętymi schodami na drugie piętro i ruszyli korytarzem w głąb budynku. Gdy dotarli do drzwi biura, mężczyzna z pistoletem skinął na kierowcę.
—  Zapukaj.
Drzwi otworzyła kobieta i zaczęła coś mówić, ale zauważywszy Tannera, przerwała i kiwnęła głową. Odsunęła się na bok, przytrzymując drzwi.
—  Tędy — powiedziała, a oni minęli ją i weszli do środka. Kobieta nacisnęła guzik interkomu na biurku. — Są tutaj z tym człowiekiem, proszę pana — odpowiedziała komuś, kto zapytał: „Tak, pani Fiske?”.
—  Proszę ich wprowadzić.
Poprowadziła ich do masywnych drewnianych drzwi w głębi pokoju i otworzyła je. Weszli, a krępy mężczyzna, siedzący za biurkiem z blatem przykrytym szklaną taflą, odchylił się do tyłu w swoim fotelu. Splótłszy pod brodą dłonie o krótkich palcach, obrzucił ich spojrzeniem oczu zaledwie odrobinę ciemniejszych od jego siwych włosów. Przemówił cichym i nieco chrapliwym głosem.
—  Usiądź — zwrócił się do Tannera, a do pozostałych rzekł: — Poczekajcie na zewnątrz.
—  Wie pan, że ten facet jest niebezpieczny, panie Denton — ostrzegł go mężczyzna z pistoletem, gdy Tanner sadowił się na krześle stojącym półtora metra od biurka.
Wszystkie trzy okna gabinetu były zasłonięte stalowymi żaluzjami i chociaż nie widzieli, co się dzieje na zewnątrz, to mogli odgadnąć, z jaką furią szaleją tam żywioły, gdy w pokoju nagle dał się słyszeć dźwięk przypominający serię z karabinu maszynowego.
—  Wiem.
—  No cóż, właśnie dlatego jest skuty. Mam panu dać pistolet? —  Mam swój.
—  No to w porządku. Będziemy obok.
Opuścili gabinet.
Pozostali w nim dwaj mężczyźni mierzyli się wzrokiem, dopóki drzwi nie zamknęły się za wychodzącymi. Dopiero wtedy Denton zwrócił się do gościa.
—  Załatwiłeś już wszystkie swoje sprawy? — zapytał, a Tanner wzruszył ramionami. — I jak, do diabła, naprawdę masz na imię? Nawet w aktach widnieje…
—  Czort — wpadł mu w słowo Tanner. — Tak mam na imię. Byłem siódmym bachorem w naszej rodzinie i kiedy przyszedłem na świat, akuszerka pokazała mnie staremu i zapytała, jakie imię ma wpisać w świadectwie urodzenia, na co tato zaklął: „Czort z tym!” i wyszedł. No i tak mi wpisała w metryce. Opowiedział mi o tym brat. Sam nigdy nie widziałem mojego staruszka, więc nie mogłem go zapytać, czy tak było naprawdę. Tego samego dnia wyciągnął kopyta. Jednak ta wersja brzmi dość wiarygodnie.
—  A więc całą waszą siódemkę wychowywała matka?
—  Nie. Wykorkowała dwa tygodnie później i przygarnęli nas różni krewni.
—  Rozumiem — rzekł Denton. — Wiesz, że wciąż możesz się wycofać. Chcesz spróbować czy nie?
—  A kim pan w ogóle jest? — zapytał Tanner.
—  Jestem sekretarzem do spraw komunikacji w rządzie Kalifornii.
—  Nie rozumiem, co zarząd dróg ma z tym wspólnego.
—  Jestem koordynatorem całej akcji. Równie dobrze mógłby nim być Naczelny Chirurg czy Naczelny Poczmistrz, ale większość posunięć z nią związanych leży w zakresie moich kompetencji. Ja najlepiej znam się na sprzęcie, ja znam szanse…
—  A jakie są szanse? — przerwał mu Tanner.
Denton po raz pierwszy spuścił wzrok.
—  No cóż, to ryzykowne…
—  Nikt jeszcze tego nie dokonał, nie licząc czubka, który przebył tę trasę, żeby przywieźć wiadomość, a on już nie żyje. Jak na takiej podstawie może pan ocenić szanse?
—  Wiem — powoli rzekł Denton. — Myślisz, że to robota dla samobójcy, i zapewne masz rację. Wysyłamy trzy samochody, po dwóch kierowców w każdym. Jeśli któryś z nich zdoła dotrzeć dostatecznie blisko, to wysyłane przez niego sygnały radiowe będą mogły naprowadzić kierowcę z Bostonu. Jednak nie musisz jechać, jak wiesz.
—  Wiem. Mogę spędzić resztę życia w mamrze.
—  Zabiłeś troje ludzi. Mogłeś dostać karę śmierci.
—  Ale nie dostałem, więc po co o tym gadać? Niech pan posłucha, szanowny panie. Nie chcę umierać, ale to drugie też mi nie odpowiada.
—  Jedź albo nie jedź. Wybieraj. Pamiętaj tylko, że jeśli pojedziesz i zdołasz tam dotrzeć, wszystko zostanie ci puszczone w niepamięć i będziesz mógł się udać, dokąd zechcesz. Rząd Kalifornii zapłaci nawet za ten motocykl, który sobie przywłaszczyłeś i rozbiłeś, nie wspominając o uszkodzonym radiowozie.
—  Wielkie dzięki.
Przez ścianę słychać było wycie wichru, a pokój wypełniał nieustanny klekot żaluzji.
—  Jesteś bardzo dobrym kierowcą — podjął po chwili Denton. — Prowadziłeś chyba każdy pojazd, jaki da się prowadzić. Brałeś nawet udział w wyścigach. Kiedy jeszcze zajmowałeś się przemytem, co miesiąc robiłeś kurs do Salt Lake City. Nawet dziś niewielu kierowców by tego spróbowało.
Czort Tanner uśmiechnął się, przypomniawszy sobie coś. —  …A ten jeden jedyny raz, kiedy uczciwie zarabiałeś na życie, tylko ty potrafiłeś dostarczać pocztę do Albuquerque. Od kiedy cię wylali, niewielu się to udało.
—  To nie moja wina.
—  Byłeś też najlepszy na trasie do Seattle — ciągnął Denton. — Tak twierdzi twój zwierzchnik. Usiłuję powiedzieć, że ze wszystkich, których moglibyśmy zwerbować, ty prawdopodobnie masz największą szansę dotarcia do celu. Dlatego byliśmy pobłażliwi, ale nie możemy dłużej czekać. Tak albo nie, i to teraz, a jeśli będzie to tak, wyruszysz przed upływem godziny.
Tanner uniósł skute dłonie i wskazał okno.
—  W tym całym syfie? — spytał.
—  Te samochody mogą stawić czoło burzy — odparł Denton.
—  Człowieku, oszalałeś.
—  Kiedy my tu sobie rozmawiamy, tam umierają ludzie — przypomniał Denton.
—  Zatem kilku więcej nie zrobi wielkiej różnicy. Nie możemy zaczekać do jutra?
—  Nie! Człowiek poświęcił życie, żeby przywieźć nam tę wiadomość! Musimy jak najszybciej przedostać się przez kontynent, inaczej nie będzie już po co! Burza, nie burza, samochody wyruszają teraz! Twoje zdanie o tej sytuacji nie ma żadnego cholernego­ znaczenia! Chcę od ciebie usłyszeć tylko jedno słowo, Czort, więc jak będzie?
—  Chciałbym coś zjeść. Nie jadłem…
—  Żywność jest w samochodzie. Jaka jest twoja odpowiedź? Czort spoglądał na ciemne okno.
—  W porządku — odezwał się w końcu. — Pojadę dla pana Aleją Potępienia. Ale nie ruszę się stąd bez świstka z odpowiednim tekstem.
—  Mam go tutaj.
Denton otworzył szufladę i wyjął z niej grubą kartonową kopertę, a z koperty wyciągnął dokument opatrzony Wielką Pieczęcią rządu Kalifornii. Wstał, wyszedł zza biurka i wręczył go Tannerowi.
Czort przez kilka minut studiował dokument.
—  Tu jest napisane — rzekł wreszcie — że jeśli dotrę do Bostonu, zostanę uniewinniony i wszystkie czyny przestępcze, jakie kiedykolwiek popełniłem na terenie Kalifornii, pójdą w niepamięć.
—  Zgadza się.
—  Czy amnestia obejmie również te przestępstwa, które jeszcze nie wyszły na jaw, jeśli ktoś się później do nich dokopie?
—  Przecież tam jest wyraźnie napisane, Czort: „wszystkie czyny przestępcze”.
—  W porządku, przekonałeś mnie, grubasku. Zdejmij mi te bransoletki i pokaż mój samochód.
Denton wrócił na swoje miejsce za biurkiem.
—  Pozwól, że powiem ci coś jeszcze. Jeśli spróbujesz zwiać gdzieś po drodze, to wiedz, że pozostali kierowcy otrzymali odpowiednie rozkazy. Otworzą do ciebie ogień i zamienią cię w kupkę popiołu. Załapałeś?
—  Załapałem — odparł Czort. — Rozumiem, że w razie czego mam im wyświadczyć taką samą przysługę?
—  Dobrze rozumiesz.
—  Nieźle. To może być zabawne.
—  Wiedziałem, że ci się spodoba.
—  No cóż, jeśli mnie pan rozkuje, wystąpię w tym pańskim przedstawieniu.
—  Nie zdejmę ci kajdanek, dopóki nie powiem, co o tobie myślę — rzekł Denton.
—  W porządku, jeśli chce pan tracić czas, obrzucając mnie wyzwiskami, gdy tam umierają ludzie…
—  Zamknij się! Przecież oni nic cię nie obchodzą! Chcę ci tylko powiedzieć, że uważam cię za najnędzniejszego, najpodlejszego łotra, jakiego kiedykolwiek spotkałem. Zabijałeś mężczyzn i gwałciłeś kobiety. Raz wyłupiłeś człowiekowi oczy tak dla zabawy. Byłeś dwukrotnie stawiany w stan oskarżenia za handel narkotykami i trzykrotnie za stręczycielstwo. Jesteś pijakiem i degeneratem i jestem pewny, że nie kąpałeś się od dnia narodzin. Ty i inne bandziory terroryzowaliście przyzwoitych ludzi, kiedy po wojnie próbowali na nowo ułożyć sobie życie. Okradałeś ich, napadałeś na nich i grożąc przemocą, wymuszałeś od nich pieniądze i środki do życia. Żałuję, że tamtej nocy podczas Wielkiej Obławy nie zginąłeś tak jak wszyscy pozostali. Nie jesteś człowiekiem, chyba że z biologicznego punktu widzenia. Masz wielki, zimny kawał mięcha w miejscu, gdzie inni ludzie mają coś, co pozwala im żyć zgodnie w społeczeństwie i być dobrymi sąsiadami. Jedyną zaletą, jeśli można to tak nazwać, którą obdarzyła cię natura, jest to, że masz może nieco lepszy refleks, nieco silniejsze mięśnie i trochę bystrzejszy wzrok niż większość z nas, więc możesz usiąść za kierownicą i pojechać wszędzie, gdzie istnieje jakakolwiek droga. I właśnie dlatego rząd Kalifornii jest skłonny wybaczyć ci niegodziwe czyny, jeśli wykorzystasz tę swoją jedyną zaletę, żeby pomóc ludziom, zamiast ich krzywdzić. Ja tego nie popieram. Nie chcę na tobie polegać, bo nie ma na kim. Chciałbym, żebyś zginął, i chociaż liczę na to, że któryś z was dojedzie do celu, to mam nadzieję, że to nie będziesz ty. Nienawidzę twojej cholernej gęby. Masz już swoje ułaskawienie. Samochód jest gotowy do drogi. Chodźmy.
Denton wstał. Miał metr siedemdziesiąt wzrostu i Tanner zachichotał, spoglądając na niego z góry.
—  Dojadę — powiedział. — Skoro ten obywatel z Bostonu przejechał i umarł, to ja przejadę i będę żył. Jeździłem aż do Missus Hip.
—  Kłamiesz.
—  Nie, wcale nie, i jeśli kiedyś odkryje pan, że to prawda, to niech pan pamięta o tym papierku, który mam w kieszeni, „wszystkie czyny przestępcze” i tak dalej. Nie było łatwo, a poza tym miałem trochę szczęścia, ale naprawdę dotarłem tak daleko i nikt ze znanych panu ludzi nie może pochwalić się takim wyczynem. Zdaje się, że to prawie połowa drogi, więc jeśli dojechałem tak daleko, zdołam pokonać i drugą połowę.
Ruszyli do drzwi.
—  Niechętnie to mówię — dodał Denton — ale powodzenia, chociaż nie przez wzgląd na ciebie.
—  Taa, wiem.
Denton otworzył drzwi.
—  Rozkujcie go — powiedział. — Jedzie.
Człowiek z pistoletem oddał broń temu, który częstował Tannera papierosami, i sięgnął do kieszeni po klucz. Otworzył kajdanki i cofając się, zawiesił je sobie u pasa.
—  Pójdę z wami — oznajmił Denton. — Garaż jest na dole. Wyszli z biura, a pani Fiske otworzyła torebkę, wyjęła z niej różaniec i pochyliła głowę. Modliła się za Boston i za duszę zmarłego kuriera. Dorzuciła nawet dwa pacierze w intencji Czorta Tannera.

* * *

Bił dzwon. Jego monotonny dźwięk, miarowy i jednostajny, wypełniał plac. W oddali słychać było inne dzwony, które razem tworzyły demoniczną symfonię odgrywaną od zarania czasu, a przynajmniej tak się zdawało.
Franklin Harbershire, prezydent Bostonu, przełknął łyk zimnej kawy i ponownie zapalił zgasłe cygaro. Po raz szósty podniósł sprawozdanie z listą ofiar, przeczytał podsumowanie i znów rzucił je na biurko.
Było zasłane papierami pokrytymi liczbami i równie złowrogą warstewką popiołu.
Po dwóch nieprzespanych nocach wszystko wydawało się bezsensowne. A najbardziej próby oszacowania liczby zgonów.
Wyciągnął się na obitym skórą fotelu, mocno zacisnął powieki, po czym znów je uniósł. Gdy przez nie patrzył, były jak rany, czerwone, broczące krwią.
Zdawał sobie sprawę, że te dane są już nieaktualne. Wiedział, że od początku były niedokładne, gdyż z pewnością wielu zmarłych nie odnaleziono.
Dzwony mówiły mu, że jego społeczność powoli zapada się w otchłań, która zawsze znajduje się tuż pod powierzchnią życia, czekając, aż ta cienka skorupka pęknie.
—  Dlaczego nie pójdzie pan do domu, panie prezydencie? Albo chociaż nie zdrzemnie się chwilkę? Dopilnujemy wszystkiego…
Zamrugał i popatrzył na niskiego mężczyznę, którego krawat już dawno znikł wraz z granatową marynarką, a kwadratowa szczęka była pokryta kilkudniowym zarostem. Jeszcze przed chwilą Peabody’ego tu nie było. Czyżby przysnął?
Wziął cygaro i odkrył, że znowu zgasło.
—  Dziękuję, Peabody, ale nie zasnąłbym, nawet gdybym próbował. Taki już jestem. Nie mam nic innego do roboty, mogę jedynie tu czekać.
—  Cóż, w takim razie może chciałby pan świeżo parzonej kawy?
—  Tak, chętnie.
Wydawało się, że Peabody odszedł tylko na kilka sekund. Harbershire zamrugał i tuż przy swojej prawej ręce zobaczył filiżankę z parującą kawą.
—  Dziękuję, Peabody.
—  Właśnie przyszły najnowsze dane. Zdaje się słabnąć.
—  To zapewne zły znak. Mniej ludzi zgłasza zgony i mniej osób sporządza sprawozdania. Dowiemy się, dopiero licząc żywych — jeśli będą jacyś żywi, kiedy to się skończy — i odejmując ich liczbę od tej, jaką mieliśmy na początku. Nie sądzę, by te szacunkowe dane były coś warte.
—  Ja też tak uważam, proszę pana.
Harbershire oparzył sobie język kawą i zaciągnął się cygarem.
—  Do tej pory kierowcy mogli już dojechać i pomoc może jest w drodze.
—  Możliwe — rzekł Harbershire.
—  Może więc pozwoli mi pan przynieść koc i poduszkę, a potem wyciągnie się i chwilę zdrzemnie. I tak nie ma nic innego do roboty.
—  Nie zasnę.
—  Mogę znaleźć butelkę whisky. Parę kieliszków pomogłoby panu się odprężyć.
—  Dziękuję. Już parę wypiłem.
—  Wie pan, nawet jeśli kierowcy nie dotrą, epidemia może wygasnąć samoistnie.
—  Może.
—  Teraz wszyscy pozamykali się w domach. W końcu zrozumieli, że należy unikać zgromadzeń.
—  To dobrze.
—  Niektórzy opuszczają miasto.
—  Niezły pomysł. Ucieczka w góry. Może się uratują… albo niektórych spośród nas, jeśli są zarażeni. — Pociągnął następny łyk kawy, tym razem ostrożniej. Przyjrzał się siwym smużkom dymu unoszącego się z popielniczki. — A co z grabieżami? — zapytał.
—  Wciąż trwają. Dziś wieczór policja zastrzeliła już tuzin szabrowników.
—  Właśnie tego nam trzeba: więcej zgonów. Przekaż wiadomość komendantowi. Niech policjanci próbują aresztować złodziei albo tylko ranić, jeśli to będzie możliwe. Jednak nie podawajcie tego do publicznej wiadomości. Niech ludzie myślą, że szabrownicy będą zabijani.
—  Tak, panie prezydencie.
—  Chciałbym móc zasnąć. Naprawdę bym chciał, Peabody.
Po prostu nie mogę już tego znieść.
—  Liczby zgonów, panie prezydencie?
—  Tego też.
—  Zatem czekania? Wszyscy podziwiają sposób, w jaki znosi pan…
—  Nie, nie czekania, niech to szlag! — Przełknął kolejny łyk kawy i wydmuchnął wielką chmurę dymu. — Tych cholernych dzwonów — rzekł, wskazując mrok za oknem. — Doprowadzają mnie do szału!



Dodano: 2019-06-03 11:22:38
Komentarze
-Jeszcze nie ma komentarzy-
Komentuj


Artykuły

Nie tylko Netflix animuje króliki, czyli „Wodnikowe Wzgórze” przez dekady


 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e06)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e05)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e04)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e03)

Recenzje

Podlewski, Marcin - "Księga Zepsucia. Tom 1"


 Sullivan, Michael J. - "Zniknięcie córki Wintera"

 Vonnegut, Kurt - "Syreny z Tytana"

 Ziębiński, Robert - "Stephen King. Instrukcja obsługi"

 Dukaj, Jacek - "Po piśmie"

 Banks, Iain M. - "Wspomnij Phlebasa"

 Sullivan, Michael J. - "Śmierć Dulgath"

 Wójtowicz, Milena - "Vice versa"

Fragmenty

 Karnicka, Anna - "Paradoks Marionetki: Sprawa Marionetkarza"

 Ruocchio, Christopher - "Imperium ciszy"

 Jensen, Danielle L. - "Mroczne wybrzeża"

 Eames, Nicholas - "Krwawa Róża"

 Wójtowicz, Milena - "Vice versa"

 Christopher, Adam - "Ciemność nad miastem"

 Warren, Ed i Lorraine & Chase, Robert David - "Nawiedzenia. Historie prawdziwe"

 Guzek, Marcin A. - "Szare Płaszcze: Rubież"

Projekt i realizacja:sismedia.eu       Reklama     © 2004-2019 nast.pl     RSS      RSS