NAST.pl
 
Komiks
  Facebook
Facebook
 
Forum

  RSS RSS

 Strona główna     Zapowiedzi     Recenzje     Imprezy     Konkursy     Wywiady     Patronaty     Archiwum newsów     Artykuły i relacje     Biblioteka     Fragmenty     Galerie     Opowiadania     Redakcja     Zaprzyjaźnione strony   

Zaloguj się tutaj! | Rejestruj

Patronat

Banks, Iain M. - "Wspomnij Phlebasa" (2019)

Corey, James S.A. - "Gry Nemezis"

Ukazały się

Palmer, Ada - "Do błyskawicy podobne"


 Lawrence, Mark - "Święta siostra"

 Larson, B.V. - "Flota Alfa"

 Przybyłek, Marcin Sergiusz - "Symfonia życia"

 Gwynne, John - "Zgliszcza"

 Bardugo, Leigh - "Oblężenie i nawałnica"

 Przechrzta, Adam - "Gambit Wielopolskiego" (Fabryka Słów)

 King, Stephen - "To" (druga okładka filmowa)

Imprezy

Copernicon 2019
Od: 2019-09-13
Do: 2019-09-15

Linki

Świerczek-Gryboś, Magdalena - "Openminder"
Wydawnictwo: SQN
Kolekcja: Fantastycznie nieobliczalni
Data wydania: Marzec 2019
ISBN: 978-83-8129-378-5
Oprawa: miękka
Format: 135 x 210 mm
Liczba stron: 304
Cena: 36,99 zł



Świerczek-Gryboś, Magdalena - "Openminder"

Prolog
DOBRE WIADOMOŚCI

Witamy w systemie Global Navigation! Wybrali Państwo opcję wprowadzenia w realia dwa tysiące siedemdziesiątego szóstego roku. Wspaniała, zachodnia cywilizacja jest hermetyczną megaspołecznością, odgrodzoną od niegościnnego Wschodu „kurtyną wstydu”. W dwa tysiące czterdziestym roku nasz niedościgły rozwój technologiczny został złączony z odkryciem, że w każdym człowieku można aktywować świadomość etyczną w sposób sztuczny. Tak zwany dobrozmysł to rewolucyjny wynalazek, utworzony przez wybitnych neurobiologów. Nasi udoskonaleni obywatele są niezdolni do czynienia zła!
W dwa tysiące czterdziestym trzecim roku rząd Stanów Zjednoczonych, w porozumieniu z organizacjami stojącymi na straży praw człowieka, nakazał aktywację chwalebnego dobrozmysłu u każdego mieszkańca zachodniej cywilizacji. Dziewięć państw nie zgodziło się, w tym
Szwajcaria, Wielka Brytania, Francja, Watykan, Czechy, Węgry i Litwa. Odszczepieńcy otrzymali zbrojne wsparcie od zacofanych krajów Azji i Afryki, ze szczególnym wkładem Rosji, Chin i Egiptu. Wybuchła trzecia wojna światowa. Ataki bombowe spustoszyły część Ameryki Północnej i Azji Wschodniej. Walki na lądzie toczyły się na terenie Europy Środkowej. W ich czasie nasi fenomenalni technicy znacznie poszerzyli zasięg rażenia dobrozmysłem. Niestety, otwarta metoda jego inicjowania była szkodliwa dla środowiska – zwielokrotniony impuls aktywacyjny wprowadzał niekontrolowane, znaczące zmiany w atmosferze i biosferze. Ponieważ jednak uznano, że korzyści z nowej moralności przewyższą straty i uratują naszą cywilizację, w niebo nad Europą wzbiły się deszczowce, samoloty rozprowadzające cudowny lek na agresję i niegodziwość. W kilka dni skąpały w nim cały front, dzięki czemu walczący porzucili broń i przerwali walkę.
To był triumf postępu i dobra nad strachem oraz nienawiścią!
Przerażone kraje bloku wschodniego (zaliczamy do niego także państwa Południa) wycofały tyle wojsk, ile zdołały, grożąc, że „trąd Zachodu” nie może dosięgnąć ich terytorium. Natychmiast zaczęły wznosić mur separacyjny pomiędzy Europą a Rosją i Turcją, stanowiący symbol niezgody oraz odrzucenia postępu.
Po zakończeniu wojny już wszyscy obywatele świata zachodniego z radością zgodzili się na aktywację dobrozmysłu. Szczęśliwie można było wrócić do metod nieszkodliwych dla środowiska – każdy musiał zgłosić się do odpowiedniego punktu, gdzie otrzymywał zbawienny
impuls. Jeśli ktoś zdezerterował, dla własnego dobra zostawał uaktywniony przymusowo. Nową moralność zyskał każdy mieszkaniec naszej zwycięskiej cywilizacji oprócz wojskowych, utrzymywanych w zdolności do zabijania na wypadek agresji ze Wschodu. Wszystkie kraje zachodnie złączyły swoje siły w jedną Armię Zachodu, liczącą kilkanaście milionów wyszkolonych żołnierzy. I tak w czasie wolnym od służby członkowie armii egzystują dziś razem z cywilami. Mają jednak specjalne nadajniki, częste badania i poddani są ścisłej inwigilacji, by nie zakłócać idealnego, społecznego ładu. Porządek przede wszystkim!
Większość pozostałych państw odrzuciła cudowną technologię dobrozmysłu, zrywając z Zachodem wszelkie kontakty i interesy. Europa, Ameryka i Japonia (która ostatecznie opowiedziała się po stronie postępu) zostały supermocarstwami, na których terytorium zminimalizowano przestępczość, osiągnięto niezakłócone równouprawnienie i zmaksymalizowano zadowolenie z życia obywateli. Jesteśmy ziemią obiecaną, rajem dla każdego przedstawiciela ludzkiego gatunku!
Cały nasz świat stał się ateistyczny – dobrozmysł skutecznie zastępuje religię i wielokrotnie przewyższa korzyści płynące z jej moralnych nakazów. Rodzimi obywatele Zachodu nie mogą trwonić czasu na wiarę w jakiekolwiek bóstwa. Gdy wprowadzano ową zmianę, okupiono ją krwią tysięcy zaślepionych wiernych. Zaraz po zakończeniu walk trzeciej wojny światowej nasi nieskazitelni przywódcy ogłosili, że religie, choć powstały z czystych pobudek, z czasem przemieniły się w polityczne ruchy ku zniewoleniu ludzi, gromadzeniu bogactw i zdobyciu władzy. Mieszkańców wezwano do porzucenia wszelkich niezwiązanych z dobrozmysłem ideologii. Ponieważ szczepienie impulsem dopiero trwało, nim zabezpieczono wszystkich religijnych ludzi, masy zmanipulowanych wiernych popełniły samobójstwo. Te kilkanaście dni, podczas których zabiło się łącznie sto trzydzieści tysięcy zrozpaczonych obywateli, nosi oficjalną nazwę Błędu Asymilacji, a nieoficjalną: „żałoby po Bogu”. Kilkadziesiąt tysięcy wiernych zdołało uciec na Wschód przed jedynym słusznym wyborem – dobrozmysłem. Jesteśmy pewni, że uda się nam wyzwolić nie tylko ich, ale cały świat z fałszywych ideologii i życia w świecie zła, w którym wiara w gusła jest niepotrzebna!
Oprócz zlikwidowania religii dobrozmysł wyeliminował nierówności, zwłaszcza ze względu na płeć. Miliony uciśnionych kobiet, uwięzionych w domach, w toksycznych związkach i w klatkach stereotypów, weszło w świat pełnej, dowolnej autokreacji, umożliwionej przez nasz niezastąpiony rząd. Uwolniono je od oczekiwań, związanych z byciem prostackim symbolem seksu i grzechu, a jednocześnie uświęconą ikoną czystości. Przed erą dobrozmysłu mity te rządziły społeczeństwem, napędzając reklamę, przesiąkając w przekaz medialny i powodując uprzedmiotowienie kobiet. Po zlikwidowaniu tych kłamstw niemal każda dziedzina wiedzy, sztuki i przemysłu zyskała nowe gałęzie lub weszła w fazę rozkwitu, dzięki zaangażowaniu przedstawicielek płci żeńskiej. Mężczyźni przekształcili swoje bezsensowne dążenia do dominacji w intensywną rywalizację zespołową – skłonności do indywidualizmu zniwelowano dobrodziejstwami kooperacji. Kobiety, mężczyźni i dzieci egzystują w sposób wielokrotnie wydajniejszy niż przed wojną. Związki oraz rodziny stały się równe, doskonale zorganizowane, szczęśliwe i płodne. W dwa pokolenia Zachód zaczął gonić Wschód pod względem przyrostu naturalnego.
Odrzuciwszy postęp, Azja i Afryka pogłębiają swój status ziem pełnych uprzedzeń, prześladowań, wojen religijnych, mordów, gwałtów, okaleczeń i bezprawia. To miejsca wypełnione fanatyczną, niezwyciężoną, destrukcyjną wiarą, bólem, śmiercią i cierpieniem. Jesteśmy szczęśliwi, że trafili Państwo do naszego szlachetnego, nieskalanego złem świata, w którym możemy zapewnić Wam najlepszą egzystencję! Jesteśmy całkowicie odseparowani od zaślepionych sąsiadów zza kurtyny wstydu! Nasz spolegliwy opiekun, Stany Zjednoczone, nieustannie dąży do pobłogosławienia dobrozmysłem Wschodniaków. W swoich laboratoriach opracowuje impuls, który mógłby objąć cały opóźniony świat niezachodni. Zadanie to wciąż utrudnia szkodliwość zwielokrotnionego sygnału – im silniejszy bodziec, tym większe zmiany wprowadza w środowisku. W odpowiedzi na nasze pełne poświecenia dążenia cywilizacje wschodnie przekierowały cały swój kapitał w zbrojenie i gromadzenie broni nuklearnej, strasząc atakiem, jeśli spróbujemy „zarazić je swoim trądem”.
Tymczasem nasz sprawiedliwy rząd i rzetelne media ukazują Wschodniaków w prawdziwym świetle: jako ociemniałe, nurzające się w występku ofiary bestialskiej natury człowieka pozbawionego dobrozmysłu. Każdy Człowiek Zachodu bezwzględnie powinien współczuć krajom niezachodnim. Są dla nas niczym biedne, nieucywilizowane dzieci, które żyją w piekle wymyślonych bożków. Obywatele Wschodu uznają niewiernych za zmutowane, na zawsze zgubione ofiary okrutnego reżimu, który należy zniszczyć, a jego owoce wymordować. Cel ów skutecznie ich jednoczy, ale globalne starcie nie nastąpi, ponieważ w pełni panujemy nad sytuacją. Nie muszą się Państwo niczego obawiać – z dużym wyprzedzeniem znamy wszystkie wschodnie plany. Nasi zacofani sąsiedzi pragną przede wszystkim globalnego starcia, licząc na „akt łaski” – manewr polegający na przerzuceniu wojsk przez mur i eliminacji jak największej liczby wyleczonych ze szkodliwej agresji cywili. Niedościgły rząd zachodni uniemożliwia to utrzymywaniem żołnierzy w gotowości bojowej na całym swoim terytorium. Specjalne jednostki pilnują kurtyny wstydu oraz powietrznych, morskich i podziemnych punktów przerzutowych. Nietrawiony żadnymi konfliktami, wsparty intensywną pracą mężczyzn, kobiet i dzieci, zjednoczony Zachód kilkukrotnie prześciga Wschód pod względem rozwoju technologicznego! Góruje nad nim także w ewolucji społecznej i osiągnięciach cywilizacyjnych, tworząc sprawiedliwy, nowoczesny, pozbawiony przestępczości świat!
Zbroimy się w nowych żołnierzy ideologicznych, naszych najwspanialszych idoli, wojowników umysłu. Szpiegów, którzy mają przekonać biednych obywateli Wschodu do przyjęcia dobrozmysłu. Jest to program zakrojony na szeroką skalę, ale ze względów bezpieczeństwa szczegóły nie są podawane do wiadomości publicznej. Powstają nielegalne media podziemne, starające się dotrzeć do sedna poczynań naszych nieomylnych przywódców i wmówić odbiorcom, że Wschód posiada inną, szlachetniejszą naturę. Zalecamy unikanie tego typu źródeł i kierowanie się z każdym pytaniem lub wątpliwością do nas.
Global Navigation to łącznik ze wszystkim, co dobre w naszej cywilizacji! Prosimy nigdy nie odłączać się od sieci! Życzymy Państwu wydajnej, pragmatycznej egzystencji na rzecz wspólnej pomyślności ludzkiej.

Moja ulica murem podzielona świeci neonami prawa strona lewa strona cała wygaszona zza zasłony obserwuję obie strony… Kult, Arahja


Rozdział pierwszy
WSZYSTKO, CZYM JESTEŚMY

Nikodem kolekcjonował cudze spojrzenia. Ukradkowe, nerwowe, pełne odrazy, podniecenia, współczucia. Bezczelne i ciekawskie. Zabarwione niezdrową fascynacją, oskarżycielskie, wrogie, potępiające. Rzadko trafiał na te obojętne albo wykazujące szczerą sympatię. Uważnie obserwował ludzi wokół, starając się zgadnąć, jak dana osoba na niego popatrzy. Miał wyćwiczone oko, stanowiło jego broń, narząd nadrzędnego zmysłu. Odwracał wzrok na ułamek sekundy przed tym, jak obcy miał obdarzyć go spojrzeniem. Czekał chwilę, by nieznajomy poczuł się bezpiecznie, gapiąc się na niego. A potem Nikodem sprawdzał swoje przypuszczenie, przyszpilając delikwenta wzrokiem.
Nie miał pojęcia, w jaki sposób sam patrzy na tych ludzi. Jaką emocję im przekazuje. Po latach obserwacji zdawał sobie sprawę, że zmysł wzroku pozostał odrobinę poza kontrolą systemu. Oczy zdradzały realne impulsy i odczucia, nawet jeśli nie wyodrębniały się one w świadomości, zostając natychmiast stłumione przez dobrozmysł. Odgadywanie i wychwytywanie tych nieocenzurowanych sygnałów było dla chłopaka niczym używka dająca wrażenie siły. Zdawało mu się, że jeśli nikt wokół nie może go zaskoczyć – panuje nad sytuacją, jest bezpieczny. Zawsze krok przed wszechobecnym, anonimowym tłumem.
Metro sunęło bez najmniejszych drgań. Nikodem siedział pomiędzy bladą kobietą, ściskającą kurczowo rączkę elektrycznego wózka na zakupy, a czarnoskórą dziewczyną z perskim kotem na kolanach. Dziewczynę miał po prawej stronie, dlatego co chwilę ukradkiem zerkała na jego poparzoną połowę twarzy. Nikodem widział towarzyszki podróży w szybie, odbijającej wyraźnie tę scenę na tle mroku tunelu metra. Jego twarz dzieliła wagon na pół. Część, w której ludzie gapili się na zmasakrowaną skórę, i tę drugą, gdzie prezentował nieskazitelnie gładkie oblicze, na które nikt nie zwracał uwagi.
Dziewczyna patrzyła na niego z fascynacją i współczuciem. Odwrócił głowę w jej stronę, a ona natychmiast wbiła wzrok w drapanego za uchem kota. Nikodem też spojrzał na zwierzę, badając jego spłaszczony pysk. Spróbował wyobrazić sobie, że ciemnoskóra pasażerka tłukła kotem o ścianę, aż jego głowa przybrała taki kształt. Dobrozmysł natychmiast stłumił obraz i ukarał chłopaka silnym dreszczem, który rozszedł się między łopatkami.
Nikodem bezszelestnie dojechał do stacji metra. Świat bez drgań i hałasu, tak reklamowano Wawelszczyznę, Nowomiasto Królewskie. Olbrzymia, hermetyczna aglomeracja obejmowała dawny Kraków i miejscowości wokół, łącząc je siecią podziemnych linii komunikacyjnych, ulic i systemów taśmowych. Teren miasta widziany z lotu ptaka przedstawiał się jako skupisko długich lub wysokich, oblepionych zabezpieczeniami budynków, szklanych bunkrów, ruin starego miasta oraz pozostałości po wojnie, a także wynaturzonych roślin i zwierząt. Atmosfera i biosfera na terenie powiatu krakowskiego zostały w wielu miejscach skażone, dlatego mieszkańcy żyli w zabezpieczonych budynkach oraz w podziemnych dzielnicach. Epicentrum choroby znajdowało się w sercu Krakowa. Ministerstwu Odzysku Środowiskowego udawało się co jakiś czas odkazić i odgrodzić kawałek parku, skweru czy terenu nad Wisłą. Budowano wtedy nad nim szklany bunkier i doprowadzano do niego podziemne dojście.
Nikodem zastanawiał się, czy inni wawelszczanie też marzą o hałasie. Wypróbowywał przy tym granice dopuszczalnych dla dobrozmysłu myśli. Sama potrzeba miejskiego zgiełku nie wywoływała nagany, póki nie zaczynało się hałasować. Chłopak podejrzewał, że każdy miał w głowie własnomyślnie zbadaną skalę. Katalog dozwolonych i zabronionych wyobrażeń oraz pomysłów. Szukał w cudzych spojrzeniach śladów wstydliwych eksperymentów.
Sunące sto kilometrów na godzinę metro zatrzymało się niczym duch na stacji pod budynkiem uczelni.
Drzwi rozsunęły się miękko i bezgłośnie. Chłopak westchnął boleśnie. Dzień wcześniej zepsuł słuchawki i niezagłuszona niczym cisza Nowomiasta przyprawiała go o mdłości. Wszedł wraz z milczącym tłumem na konwejer podpisany „Wawelski Uniwersytet Otwartych Umysłów im. Ofiar Trzeciej Wojny Światowej”. Wyłapywał niezliczone spojrzenia. Nie dziwił się, że wzbudzał takie zainteresowanie. Człowiek oszpecony, pozbawiony holograficznego kamuflażu, był rzadko spotykanym widokiem. Podejrzewało się go od razu o wschodniactwo, szukało egzotycznych rysów w twarzy. Wschodniacy mieszkający na Zachodzie czasem kultywowali dziwactwa związane z ich kulturą bądź wiarą, jeśli tylko dopuszczał je dobrozmysł.
Nikodem mieszkał tu zaledwie od miesiąca, a dziś zaczynał studia. Wyciszona, wygładzona przestrzeń wielkomiejska tłumiła w nim wszelkie wewnętrzne uniesienia. Wszedł do długiego, jasno oświetlonego tunelu, prowadzącego do wind. Wszędzie odczuwał tę samą temperaturę, dwadzieścia stopni. Każdy skrawek podziemi był czysty i suchy. Na błyszczących ścianach znajdowały się obrazy, żadne tam zdjęcia albo reprodukcje, tylko oryginały uratowane z muzeów. Okoliczni i światowi malarze z różnych wieków. Dzieła nie wisiały w gablotach, tylko zwyczajnie, powieszone na przezroczystych kołkach. Nikodem przeczytał kilka nazwisk na plakietkach pod obrazami.
Wyobraził sobie, że wśród nich widzi swoje własne, wraz z imieniem siostry. Amelia nie znosiła pracy na hologramach, za to świetnie radziła sobie z płótnem i farbami. Dopiero dzięki nim ukazywała świat widziany swoimi oczami: pełen bodźców, gwałtownych zmian oraz silnych emocji. Chłopak znów westchnął i przystanął na chwilę przed obrazem młodej, złotowłosej niewiasty, namalowanym akwarelą. Nie możesz tego robić, upomniał się w myślach. Musisz to zostawić.
Skierował się w lewo, do wielkiej windy podpisanej „Kierunki elitarne”. Przeszedł przez skaner rozpoznawczy, a drzwi rozsunęły się w ciszy, ukazując wnętrze z lustrami na bocznych ścianach i holotablicą informacyjną na wprost. W windzie było jeszcze jaśniej niż na korytarzu. Nikodem wszedł do środka, marząc o miękkich, ciepłych promieniach słońca na skórze. Dźwig w kilka sekund przetransportował jego i dwóch innych studentów do sześciokątnego holu wydziałowego.
Chłopak odetchnął, widząc niebo za oknami, mimo że miało ono bladozielony, odpychający kolor. Podszedł do długiego kontuaru z rzędem małych wyświetlaczy. Kiedy aktywował jeden z monitorów, wyrósł przed nim pulpit holograficzny z pytaniem: „Czego szukasz?”. Wpisał numer sali i wgrał załadowaną mapkę do swojego proroka. Uaktualniona nawigacja skierowała go na kolejny konwejer, wsuwający się w lewe skrzydło budynku.
Wszedł na taśmę i zaczął sunąć szerokim, często rozwidlającym się korytarzem wydziału dla kujonów. Odczytywał mijane tablice, kierujące do instytutów poszczególnych kierunków. Nim zobaczył nazwę własnego, minął Instytut Odzysku Środowiskowego, Kosmologii, Fizyki Jądrowej, Literaturoznawstwa i Technologii HIC. W końcu został sam na konwejerze, zmierzając na koniec skrzydła. Prorok zawibrował, więc Nikodem rozejrzał się, szukając rzeczywistość wirtualną. powodu. Na ścianie przed skrętem w ostatnią, prawą odnogę znajdował się skaner miejscowy. Chłopak włączył funkcję dodatkowej identyfikacji i wyciągnął rękę z prorokiem w stronę urządzenia prześwietlającego. Zapaliła się zielona lampka i rozsunęły się drzwi do Instytutu Filozofii, Wojskowości i Nawrócenia Wschodu.
Nikodem zszedł na posadzkę i z rozdrażnieniem sprawdził godzinę. Był spóźniony cztery minuty. Tyle mówiono dobrego o tej nowomiejskiej komunikacji, a metro ciągle miało opóźnienia. Przeszedł szybko przez pusty, pogrążony w ciszy korytarz. Nie słyszał nawet własnych kroków – miejscowe podłoża i buty były tak robione, by tłumić wszelki tupot i stuk; po zameldowaniu się w nowym mieszkaniu chłopak musiał nabyć kilka par „wyciszaczy”. Odnalazł salę trzysta jeden, machnął prorokiem przed czujnikiem. Drzwi wsunęły się w ścianę.
– Dzień dobry. Przepraszam – mruknął. Rozejrzał się po sali, rejestrując fakty w ułamkach sekund.
W półokrągłym, niewielkim audytorium zgromadziło się szesnaście osób w wieku poniżej dwudziestu lat. Przed nimi stał sędziwy profesor w cywilu. Pietraszka był wojskowym – sztywna poza zdradzała wieloletnią musztrę. Miejsca w pomieszczeniu prawdopodobnie zajęto alfabetycznie, ponieważ Nikodemowi pozostało drugie krzesło w pierwszym rzędzie, a Roger Tanajno, którego poznał przy okazji niezliczonych testów kwalifikacyjnych, siedział w przedostatniej ławce. Niemal wszyscy obecni odwrócili się od profesorskiej mównicy i wgapili w twarz nowo przybyłego. Tylko drobna blondynka, na samym przedzie, patrzyła na szczelnie zamknięte okno.
– Siadaj, Byrski. Co tak stoisz? Ominęły cię nudne sprawy organizacyjne. Przechodzimy właśnie do filozofowania.
Zajmując puste miejsce, Nikodem myślał o wiedzy, którą nabył przed egzaminami wstępnymi. Wydawało mu się, że ojcu filozofii – Platonowi – nie podobałby się ów kierunek studiów: szkolenie tej samej osoby na wojownika i filozofa. Nie pasowałoby to do jego wizji idealnego państwa, gdzie myśliciele i strażnicy stanowili dwie odrębne kasty. Za to Sokrates, mistrz Platona, walczył w bitwach. Być może stanowił nieco krnąbrny typ obywatela, którym miał zostać Nikodem. Możliwe, że połączenie filozofii i wojskowości było metodą udoskonalenia zarówno wojaczki, jak i myślenia. Taką metodę prezentowała na przykład Sztuka wojny Sun Tzu.
Autor, chiński strateg, za największy sukces uważał osiągnięcie zwycięstwa bez wszczynania walki. Owa lektura stanowiła najważniejsze wprowadzenie w studia Nikodema. Choć chłopak nie wybrał kierunku kształcenia dobrowolnie, nie miał na co narzekać – to najbardziej prestiżowy kierunek jego czasów: zbrojenie psychiki, po którym otrzymywało się tytuł openmindera, wojownika umysłu.
Ponownie rozejrzał się po towarzyszach, ale we wbitych w niego spojrzeniach nie odnalazł żadnej intrygującej emocji. Jedyną interesującą rzeczą zdawała się apatia odwróconej od niego dziewczyny.
– Filozofia to pytania – rzekł starzec. – Szukamy odpowiedzi, ale każda z nich rodzi szereg następnych niewiadomych. Najstarsza z nauk jest poszerzaniem terytorium niewiedzy. To tak, jakby oświetlać coraz dalsze krańce kosmosu. Widzimy wciąż więcej i dalej, lecz zaciemniona przestrzeń także się poszerza. Ale niewiadome to nie nasz wróg. Nieznane to nasz największy sprzymierzeniec. Jeśli jest coraz szersze, to znak, że i my wiemy więcej. Nawet jeśli nigdy się nie skończy i zawsze będzie potężniejsze niż nasza wiedza, to właśnie ona je pogłębia i poszerza.
Rozejrzał się uważnie po twarzach, z których kilka nadal było odwróconych. Uderzył pięścią w pulpit, żeby zwrócić uwagę studentów.
– Chyba zdajecie sobie sprawę, że jesteście tutaj, aby zbudować nowy świat, nowy sposób myślenia? Stawiać świeże pytania, szukać dróg tam, gdzie dotąd uważano, że ich nie ma? Nie będę was przymuszał, żebyście zachowali skupienie i uwagę, bo nie jesteście ani dziećmi, ani rekrutami do zwykłej armii. Od dziś stanowicie nierozerwalny zespół, którego zadaniem jest samodzielnie myśleć, wspólnie działać i docierać do najlepszego rozwiązania. Jeszcze się na siebie napatrzycie, aż będziecie mieli dość, za to pustka we łbie jednego ignoranta narazi cały wasz oddział. Jakieś pytania?
Cisza. Cholerna, nieznośna cisza, pomyślał Nikodem.
Postanowił się odezwać.
– Musieliśmy zdać egzamin wstępny z historii filozofii. Mówi pan, że mamy szukać innowacji, a moja głowa jest napchana kanonem. Spędziłem całe wakacje, próbując go zrozumieć, a teraz to na nic?
Profesor uśmiechnął się. Wyglądał, jakby nie posługiwał się mimiką twarzy zbyt często – mimo podeszłego wieku jego policzków i czoła nie znaczyły żadne wyraźne zmarszczki. Nikodem zobaczył w spojrzeniu starca zimną kalkulację: oceniał zdolności chłopaka. Pewnie uważa, że wygląd zahartował mnie lepiej od innych, pomyślał.
– Widocznie te kilka miesięcy wakacji to zbyt mało, żebyś nauczył się myśleć, Byrski. Będziemy czerpać z filozoficznego dorobku. Nie można budować bez filarów. Ale nie będziemy się skupiać na starych dylematach, wystarczająco dużo mamy tych współczesnych. Czyżbyś szukał odpowiedzi na pytanie, którego już się nie zadaje?
Chłopak zastanowił się. Tak, właściwie można było w ten sposób ująć to, co go dręczyło. Kiwnął głową, czując na sobie nową falę intensywnych spojrzeń.
– Zadaj je – zachęcił profesor. – Spróbuję nakreślić ci drogę do odpowiedzi.
– Czym zastąpić sobie Boga? Dobrozmysł wcale nie wypełnił po nim miejsca. Skutecznie wykonuje to, czego nie potrafiła urojona instancja boska i wierność jej domniemanym zasadom. Ale w erze dobrozmysłu człowiek nie wszedł na poziom absolutu. To niemożliwe w świecie podzielonym na pół, gdzie połowa ludzkości żyje w idealnych warunkach, a druga cierpi. Nie osiągnęliśmy doskonałego dobra, skoro nie potrafimy im pomóc. Wiara w Boga była takim marzeniem o doskonałości, o tym, że męka ma sens, prawda? A my odbieramy ten sens cierpieniu Wschodniaków. Wierni mówili kiedyś: „Bóg nas doświadcza, szatan zwodzi, jeśli to zniesiemy, czeka nas nagroda”. Nasza nauka mówi dziś: „Nie ma Wielkiego Brata, życie wieczne nie istnieje”. Bawią nas sprawy, za które ktoś teraz umiera za kurtyną. Szukam w tym sensu, ale natrafiam na pustkę. Czym mam sobie zastąpić Boga?
Nikodem niemal słyszał myśli pozostałych studentów. „Wschodniak. Uratowany Wschodniak, który niepotrzebnie chrzani o zbędnych bóstwach”. Profesor założył ręce na piersi i obdarzył chłopaka spojrzeniem pełnym surowej satysfakcji.
– Jesteście tu, by zostać openminderami. Najinteligentniejsze dzieciaki z najlepszych szkół, które przeszły testy na minimum dziewięćdziesiąt dwa procent. Władujemy w wasze wykształcenie mnóstwo pieniędzy, środków i wysiłku. Przekażemy wam wszystko, co wiemy. O wiele więcej, niż podaje się do publicznej wiadomości. Nauczymy was, że macie w sobie dużo większą empatię od tej, jaką daje dobrozmysł, taką, która potrafi niesamowite rzeczy. Wszystko po to, byście pomogli wybawić Wschód spod uciemiężenia i bestialstwa, niewiedzy, kłamstwa i wielkiego smutku. Znajdziesz swój upragniony sens, Byrski. Nie zastąpisz Boga, ale wyobraź sobie, że openminder to anioł. Damy wam skrzydła, byście wznieśli się ponad nędzę tego świata. Może dostrzeżesz „boga” w uratowanej twarzy.

* * *

– Cóż za lokal tyś nam wybrał. Chcesz, żebym ci nogi wyrwał? – mruknął Karol, drapiąc się pod złotą peruką.
Nikodem wzniósł oczy do sufitu, na którym widniały reprodukcje włoskich fresków. Wypił na raz pół kubka grzanego wina. Podobnie jak Karolowi, knajpa mu nie odpowiadała. Znajdowali się w „Różowym Cycu”, barze imitującym europejskie realia siedemnastego i osiemnastego wieku. Wchodząc do środka, należało się przebrać, a wewnątrz trzeba było mówić do rymu, używać poetyckich określeń albo cytować poezję lub prozę. Powszechne, marketingowe wykorzystanie nowej moralności. Skoro wchodziłeś do „Różowego Cyca”, zgadzałeś się na regulamin, a dobrozmysł nie pozwalał ci tego obejść. Chłopak czuł się nieswojo na integracji, ale wiedział, że nie może od niej uciec. Bez chociaż znikomej wzajemnej sympatii trudno o owocną współpracę.
– Mamy zostać aniołami, zająć się zbawieniem świata, więc się raczyć browarami chcę jak prawdziwy sarmata – odparł Feliks Zelenow, krzywiąc się z wysiłku.
Ruda, chuda dziewczyna w okropnej fioletowej sukni zaśmiała się, pokazując duże, proste zęby.
– Taki z ciebie jest poeta, jak z Karola lekkoatleta.
Na parkiecie tańczono właśnie walca. Ktoś w kącie czytał na głos Szekspira. Nikodem przez chwilę wsłuchiwał się w mocny, kobiecy głos.
Czemu tak samotny,
W ponurych tylko marzeń towarzystwie?
Żywiący ciągle owe myśli, które
Powinny były umrzeć razem z tymi,
Co je wzbudzają. Na co nie ma środka,
Nad tym się nie ma i co zastanawiać;
Co się raz stało, już się nie odstanie.
– Co jest z tobą nie tak, niewiasto? Nie wiesz, po co wychodzi się na miasto? – spytał Karol blondynkę, która podczas dzisiejszych zajęć gapiła się w okno.
Teraz nic nie piła, nie rozglądała się, też patrzyła w skupieniu przed siebie i machała nerwowo nogą w barokowym trzewiku. Nikodem co jakiś czas spoglądał na jej ładną, szczupłą twarz, na której nie malowały się żadne emocje. Przypominała mu pokój o wytłumionym dźwięku. Nie mógł zajrzeć jej w oczy, bo ani razu nie obdarzyła go spojrzeniem. To ignorowanie działało chłopakowi na nerwy.
Dziewczyna nie zareagowała na pytanie Karola. Wysoki, opalony blondyn próbował zdobyć przywództwo w grupie. Ktoś taki był potrzebny, ale Karol starał się imponować im ze zbyt teatralną nonszalancją. I ledwo hamowanym przez dobrozmysł, lekceważącym stosunkiem do reszty.
– „Milczenie jest ostatnią radością nieszczęśliwych; strzeż się, by ktokolwiek poznał twoje cierpienie, bo ciekawość ludzka pije nasze łzy jak muchy krew rannego jelenia” – wyrecytował mały, chudy chłopak o niemal białych włosach, dzięki którym uniknął peruki. Mówiono na niego Wiedźmin. Wyglądał na szesnaście lat, prawdopodobnie był geniuszem. Wszyscy spojrzeli na niego pytająco. Wzruszył ramionami.
– Trzej muszkieterowie – wyjaśnił. Karol podniósł ręce w geście poddania i przyczepił się do Nikodema.
– A ty, dziwolągu, czemu nie nosisz holomaski? Jesteś Wschodniakiem, twój bóg nie okazał ci łaski?
– Jeśli chcesz, by owocne były twe starania, zadawaj właściwe pytania – odparł chłopak. Wciąż wyłapywał słowa z Makbeta i zaczynał pogrążać się w alkoholowym otępieniu. Zapach grzanego wina zdawał mu się wonią ciepłej krwi…
Zobaczył przed sobą błyszczące, pałacowe sale i żołdaków z szablami, którymi przypierali go do ściany.
– Gadaj, jak ci każą, co się stało z twoją twarzą?
– Kolego drogi, uciekłem z pożogi.
– Nie ma już pożarów, to jakaś gadka głupia! Jesteś z zadupia?
– Z głębokiej prowincji, tak, tam nowomiejskich zabezpieczeń brak.
– A może jednak ze Wschodu, z ciapatego rodu? – Ostrze szabli zniżyło się, przyszpiliło go na wysokości podbrzusza. – Sprawdźmy! Oni tam wszystkich obrzezają, prawa ludzkie za nic mają, potem rosną niemoty, pokaleczone miernoty…
Nikodem ocknął się. Milcząca dziewczyna wstała, zbierając jedną ręką fałdy swojej białej sukni. Drżała na całym ciele. Wyciągnęła dygoczącą dłoń w stronę Karola. Ruszyła w jego stronę, wstrząsana coraz silniejszymi konwulsjami.
Wszyscy zamarli. Białowłosy geniusz zagwizdał z podziwem.
– Uszkodzony układ dobrozmysłowy. Toż to spektakl widowiskowy!
Nieskutecznie atakowana przez dobrozmysł blondynka doszła do Karola, który siedział jak skamieniały, z wyrazem komicznej grozy na twarzy. Na widok anomalii zapomniał zgrywać chojraka i właśnie zaprzepaścił swoje szanse na przewodnictwo w grupie. Dziewczyna została w końcu awaryjnie znokautowana przez broń ostateczną dobrozmysłu – jeśli nie mógł powstrzymać kogoś przed czynem zabronionym, powodował utratę świadomości. Studentka padła u stóp Karola jak wyłączony android. Po tym widowisku Nikodem poczuł się zupełnie trzeźwy. Nadał sygnał SOS i włączył tryb ogólnodostępnego namiaru na swoim proroku. Dodał kod sto jeden, czyli informację o wypadku dobrozmysłowym. Wysłał taki dotąd raz w życiu, podczas narkoepidemii, gdy niezidentyfikowany boom dostał się do wody pitnej.
Uklęknął przy nieprzytomnej dziewczynie i przyłożył proroka do jej szyi. Holoekran wyświetlił parametry życiowe. Podwyższone ciśnienie, obniżona temperatura, silne zakłócenie fal mózgowych. System stwierdził, że stan wprawdzie nie jest stabilny, ale życie studentki nie zostało zagrożone. Nikodem popatrzył na bladą twarz młodej kobiety, czując jeszcze silniejszą potrzebę zajrzenia pod jej zamknięte powieki.
Od czasu epidemii o uszkodzonym dobrozmyśle słyszało się bardzo rzadko. Z niesprawnym układem odpowiedzialnym za niego, człowiek mógł swobodnie pomyśleć o niewłaściwej czynności i zacząć ją wykonywać.
– Ktoś będzie musiał z nią jechać. Niki, chyba masz pecha. – Wiedźmin patrzył na Nikodema, jakby swoim zachowaniem chłopak skazał się sam na podróż do szpitala. Ten pokręcił głową i wstał.
– Szukasz frajera? To nie moja afera. Zaraz mam pragmalot.
Ruda dziewczyna podskoczyła podekscytowana.
– Ja też mam! Nie idziesz sam.
Nikodem uśmiechnął się bez entuzjazmu. Pragnął już opuścić to duszne, utrudniające wysławianie się miejsce i przestać oglądać kontuzjowaną studentkę. Zaraz po wyjściu z „Różowego Cyca” zagadnął jednak towarzyszkę, wstukując w okienko holoczatu pytanie:

Niki: Jak ona ma w ogóle na imię? ;>
Ruda Ems: Daria  Jeśli chcesz znaleźć ją na nieofie bez inwigilacji, wpisz nick „Junko F.”.

Ruszyli przez podziemny rynek drugiej dzielnicy, mijając stonowane, nieliczne szyldy reklamowe, kilku milczących sprzedawców i fontannę, w której woda płynęła tak łagodnie, że nie wywoływała nawet szmeru. Nikodem poczuł mdłości i nie miał pojęcia, czy winowajcą jest wino, czy też nieznośna, niema rzeczywistość. Wiedział, że dźwięki, zwielokrotnione w plątaninie tuneli, mogłyby znacznie utrudnić komunikację, a nawet przynieść zagładę podziemnej aglomeracji, osłabiając konstrukcje nośne.
Większość przechodniów miała ekrany holograficzne otwarte przed nosem. Krokami ludzi kierował prorok, podczas gdy oni pracowali, oglądali, czatowali bądź czytali. Zdawali się tłumem bez twarzy. Nikodem starał się nigdy nie wyświetlać holoekranu przed sobą. Wydawało mu się to jeszcze bardziej nieludzkie niż holomaski.
Razem z Emilią skierował się do głównego dworca metra, na pociąg, który kursował między Nowym Wawelem a lotniskiem imienia Johna Deweya. Poczuł lekkie ukłucie podniecenia w brzuchu. Za chwilę usłyszy hałas, który robiły pragmaloty. Wzniesie się ponad tę wytłumioną plątaninę tuneli…
Loty nad cmentarzyskiem mechów, zwanym potocznie Lemowiskiem, każdy obywatel uskuteczniał co kilka miesięcy. W całym kraju było wiele podobnych miejsc, lecz tylko trzy, łącznie z Lemowiskiem, posiadały własny ekosystem. Grupie Nikodema zintensyfikowano loty – miała kursować nad ruinami Krakowa trzy razy w tygodniu, żeby każdy z jej członków nauczył się topografii terenu. Przy finalizowaniu rekrutacji na studia chłopak usłyszał też, że organizowano im szperacze zwane aniołami, czyli specjalne mechy dla openminderów. Mieli nimi biegać po Lemowisku niczym po poligonie, gdy już opanują mechanikę w ośrodku szkoleniowym.
Normalnie podobne loty miały odnawiać kodowanie w umysłach ludności, że wojna jest złem, zniszczeniem i zagładą. Nowomiasto mogło co jakiś czas z triumfem wyrwać skażonemu Krakowowi kawałki terenu i je oczyszczać, ale władze nigdy nie naruszyłyby wykorzystywanego propagandowo serca Lemowiska. Nikodem mimo wszystko lubił te loty, bo były pretekstem do wyrwania się z domu. Podejrzewał, że wkrótce zmieni swoje odczucia, gdy będzie odpytywany z każdego szczegółu terenu, układu ulic i możliwych przejść przez ruiny.
Znów pomyślał o studentce. Darii. Dziewczyna intrygowała go. Wchodząc do metra, wstukał w hocza kolejne pytanie o tajemniczą blondynkę.

Niki: Jak myślisz, co chciała mu zrobić?
Ruda Ems: Nawet skręcić kark! Słyszałam o niej od trzeciorocznych z psychologii. Studiowała z nimi, ale jest tylko rok starsza od nas. Wiesz, że to Dziecko Jednej Ziemi? :o Niki: No co ty?!
Ruda Ems: Serio, to TA Daria :D Podobno w dzieciństwie miała dobrozmysł o czułości 0,63. Tylko dwie setne niżej od rekordu kraju.
Niki: Miała? ;>
Ruda Ems: Przy dojrzewaniu coś jej się zaczęło chrzanić. A przypieczętowała sprawę w tym roku. Koniecznie chciała zdobyć rzetelne informacje na temat Wschodu. Latem udało jej się przedostać za kurtynę. Zanim ją złapali, dostała autentycznej szajby. Zmieliło jej układ dobrozmysłowy na papkę xD
Niki: I wypuścili ją?
Ruda Ems: Przecież zrobiła krzywdę tylko sobie ;) Teraz też ją wypuszczą. Jest zbyt użyteczna i mądra. W świecie Zachodu nie marnuje się takich na oddziałach zamkniętych!

Nikodem uśpił proroka. Przez chwilę przyglądał się pasażerom, ale myśl o Darii nie dawała mu spokoju.
Dobrozmysł uniemożliwiał złe czyny wobec innych, respektował jednak podstawowe prawo człowieka, jakim jest decydowanie o sobie. Wolni ludzie Zachodu mogli działać na swoją szkodę, nawet popełnić samobójstwo. Daria pozostawała zagrożeniem jedynie dla siebie.
Dopiero gdy poczuł silny, gwałtowny dreszcz, który zauważyła nawet Emilia, Nikodem uzmysłowił sobie, że zastanawiał się nad możliwością wyciągnięcia z Darii informacji o Wschodzie. Kiedy zadał sobie pytanie, czy tryb awaryjny przeszkodziłby dziewczynie podzielić się swoją wiedzą, dobrozmysł ukarał go mocnym impulsem. Ruda towarzyszka podróży uniosła brwi, patrząc na chłopaka pytająco, ale ten jedynie wzruszył ramionami. Wyszli z metra wprost przed szklane, rozsuwane drzwi, prowadzące na lotnisko. Machnęli prorokami przed skanerem mniejszego, specjalnego wejścia dla uprzywilejowanych. Nikodem wciąż czuł się zażenowany, korzystając ze specjalnych ulg.
Gdy wyjeżdżali długim, pustym konwejerem na boczną płytę lotniska, Emilia rozejrzała się i wyciągnęła z kieszeni paczuszkę pomarańczowego proszku. Nabrała szczyptę na palec i wciągnęła nosem. Chłopak obserwował ją z przerażeniem, na którego widok roześmiała się cicho.
– Boom, prowincjuszu – szepnęła. – To akurat coolboom, dzięki któremu podczas lotu można sobie wyobrazić całą tę wojenną jatkę. Dobrozmysł jest przyblokowany w sektorze wyobrażeń przestrzennych i czujesz tylko jednostajne mrowienie. Nie wolno częstować prochami, ale przecież mogłabym upuścić woreczek… – Przeszedł ją dreszcz.
– Przestań. Nie chcę tego. Nie namawiaj mnie. Spojrzała na niego z politowaniem. Nikodem zacisnął pięści. Pierwszy dzień, a już ktoś zaproponował mu boom. Spożywanie go było legalne, zgodnie z zasadą wolności własnej. Zakazano jedynie rozprowadzania narkotyków przytępiających poszczególne obszary dobrozmysłowe. Istniały lekkie, jak ten w ręku Emilii, jak i twarde boomy. Wschód, głównie Chiny, wspomagał ich produkcję i starał się zalewać nimi nielegalny rynek Zachodu.
Najgorszy z nich, blackboom, powodował czasowe, całkowite stłumienie dobrozmysłu. Siał przy tym trudne do przewidzenia spustoszenie w organizmie. Jego spożycie było dozwolone, ale każde przestępstwo na innym człowieku, jakiego dopuszczała się osoba na blackboomie, karano z bezwzględną surowością. Najczęściej śmiercią lub ciężką, publiczną, dożywotnią pracą na rzecz społeczeństwa.
Za rozprowadzanie najcięższych używek Żandarmeria Dobra Publicznego porażała przestępcę specjalnym impulsem pobudzającym dobrozmysł. Takie podwójne napromieniowanie skutkowało całkowitym zniszczeniem osobowości. Ukarany obywatel zmieniał się w coś podobnego do organicznej maszyny. Bez innych potrzeb i pragnień niż fizjologiczne i prospołeczne, z niekończącym się zapałem służył odtąd ludziom jako tania siła robocza.
– Coś tam mruczałeś o prowincji w „Cycu”. Skąd dokładnie jesteś? – spytała półgłosem Emilia. Jej źrenice zrobiły się wielkie, oczy szkliste i lekko przekrwione. Ich spojrzenie stało się nie do rozczytania.
– Z głębokiej prowincji na Wyżynie KrakowskoCzęstochowskiej.
– Wyżyna, ekstra! Połowa pozostała praktycznie bez skażenia, można iść, gdzie dusza zapragnie, nie? Wybuchają tam jeszcze pożary? Stare instalacje i te sprawy?
Nikodem uzmysłowił sobie, że dziewczyna prawdopodobnie wyobraża sobie, jak został poparzony. Przez ułamek sekundy poczuł zniesmaczenie i gniew. Potem instynkt, który w sobie wypracował, wyciszył emocje. Dobrze wiedział, że nie może obrażać się za każdym razem, gdy inni zachowują się niestosownie. Nie musiał lubić pozostałych studentów, ale powinien chociaż ich zaakceptować.
– Nie znam statystyk – odparł obojętnie.
– Niki, będziesz musiał rozmawiać. – Emilia jakby czytała w jego myślach. – Integrować się. Tego wymaga program studiów.
– Ale nie wymaga zaprzyjaźniania się.
Znajdowali się tuż przed płytą lotniska. Dziewczyna stanęła przodem do niej, a tyłem do towarzysza. Intensywny, miedziany kolor jej włosów przypomniał Nikodemowi siostrę. Przygryzł wargę i zganił się w duchu.
– Cóż, jesteś wolnym człowiekiem – skwitowała cicho. – Najwyżej skończysz jak Daria.
Wyjechali na mniejsze lądowisko. Od głównego odgradzało je największe weneckie lustro, jakie Nikodem kiedykolwiek widział. Ogromny, szklany dach nad jego głową rozsunął się bez szmeru i wtedy chłopak wreszcie usłyszał hałas. Choć pragmaloty – długie, wąskie samoloty startu pionowego – maksymalnie wytłumiono, wciąż wydawały z siebie buczenie i odgłosy silnika.
Dwie duże maszyny wylądowały na głównej płycie lotniska, gdzie zgromadziło się kilkadziesiąt osób. Przed Nikodemem, Emilią i czwórką starszych studentów zatrzymał się pragmalot MigCC: mniejszy, bardziej aerodynamiczny samolot pionpoziomskos. Nikodem jeszcze takim nie latał. Pojazd przypominał kosmiczny aeromobil, pojazd rozpowszechniony w świecie zachodnim, lecz mało obecny w skażonej, zagnanej pod powierzchnię ziemi Polsce. Wieloczęściowe, szerokie skrzydła, smukły kształt kadłuba i charakterystyczna, czarna, błyszcząca obudowa robiły wrażenie. Na lewym boku pojazdu widniały dwie białe litery: „om”. Openminder. Na holoekranie ponad nimi zapłonęło na zielono: „proszę wsiadać od tyłu”. Przeszli więc pod ogon samolotu, gdzie opuściła się klapa, prezentując szare, błyszczące, schludne wnętrze. Zobaczyli wygodne fotele, przy których znajdował się bogato wyposażony minibarek. Widok na zewnątrz zapewniały szerokie podłużne okna oraz osobiste ekrany, na których mogli przełączać obrazy z dziesięciu różnych kamer. Sprytny program nakładający na mapę notatki, wskazówki i łącza pozwalał tworzyć schemat ruin na swój sposób. Nikodem pochodził ze średnio zamożnej rodziny, ale starał się nie dziwić, gdy napotykał podobne udogodnienia.
Mig wzbił się płynnie w górę, w trzy sekundy docierając wysoko ponad lotnisko. Chłopak odetchnął głęboko, gdy znalazł się w powietrzu. Zzieleniałe niebo wypełniło okno i kilka obszarów holoekranu. Samolot wyrwał się do przodu, błyskawicznie niosąc ich w stronę Lemowiska.
Oczyszczone stare zabudowania oraz nowe budynki kontrastowały z plamami skażonych kamienic, domów i biurowców. Pokrywał je chory bluszcz i liczne grzyby o jaskrawych barwach. Teren dawnego Krakowa wyglądał jak szachownica. Najbardziej zniszczone punkty były tylko kupami gruzu, zachłannie pożeranymi przez wynaturzone rośliny.
Lemowisko obejmowało obszar od fortu kleparskiego po stary Wawel, sięgając aż do Kazimierza. MigCC wlatywał nad ten obszar od strony Kleparza, zmierzając do serca Krakowa. Na głównym holoekranie pojawiła się mapa ruin, która przyprawiła Nikodema o dreszcz. Czarne plamy, poplątane nitki i punkty oznaczały całkowicie zniszczone miejsca. Szare obszary wokół nich symbolizowały częściowo zrujnowane obiekty. Wszystko pokrywały zielone, niebieskie, czerwone i żółte smugi skupisk roślin o różnym stopniu toksyczności. Na ekranie pulsował punkt docelowy – bazylika Mariacka. Ciemnoszara, a więc niemal całkowicie zniszczona. Miasto Królów przetrwało wojny, okupacje, rozbiory i grabieże, by ostatecznie stać się cmentarzyskiem kości, zabytków i starych maszyn bojowych.
Chłopak wyjrzał za okno i poczuł podniecenie zmieszane ze strachem – lecieli znacznie niżej niż podczas zwyczajowych lotów cywilnych. Przeważnie podczas wycieczki Nikodem wyobrażał sobie, że każda z ruin to twarz z wycelowanym w niego spojrzeniem. Mógł z niego odczytać wszystko, co dany budynek spotkało. MigCC tymczasem kluczył pomiędzy wyszczerbionymi ścianami, stosami gruzów, zwalonymi pomnikami i morzem pstrokatych roślin, niemal muskając elementy Lemowiska.
Chłopakowi zdawało się, że jest o krok od wyszczerzonych zębów kamienic, którym latami przypisywał imiona, doznania i pragnienia. Siedząca przed nim Emilia drżała i wierciła się na krześle. Przez chwilę Nikodem poczuł żal, że nie wziął boomu.
Pragmalot sunął nad porośniętymi zmutowaną roślinnością plantami. Jakieś stworzenie, przypominające krzyżówkę małpy i psa, obnażyło kły, bujając się na ocalałej ramie pomnika Matejki. Z poplątanych, wściekle niebieskich zarośli wzniosły się setki wielkich, zielonoczarnych motyli, przesłaniając na kilka sekund widok. Samolot zwolnił, obrócił się o dziewięćdziesiąt stopni i wleciał w rumowisko prowadzące do rynku.
Nikodem uważnie śledził na mapie nazwy, kreśląc pospieszne notatki. Pierwszą maszynę spotkali na placu Szczepańskim. Chłopak lubił ją – był to wielki mech, oparty niczym goryl na długich rękach. Zastygł na środku placu, zwiesiwszy głowę, jakby zwątpił lub pokutował. Na holoekranie wykwitły dane konstrukcji. Japoński Kuratas 9.6 Nagaidesu, przeciwnik starej generacji, ale potężny i trudny do pokonania. Pancerz i hełm robota imitowały samurajską zbroję. Jako jeden z nielicznych wyposażony był w autopilota. Wydłużone ręce potrafiły rozwinąć się jeszcze na kilkanaście metrów. Krążyła legenda, że na tego Nagaidesu zadziałał dobrozmysł, dlatego wycofał się z walk, choć sterujący nim ludzie znajdowali się tysiące kilometrów od megaimpulsów rozsyłanych przez deszczowce.
Plac Szczepański nosił nieoficjalną nazwę placu Pokuty, a mechatrona okrzyknięto Wielkim Mnichem. Oplatały go najróżniejsze rośliny, a na ramionach nosił gniazda wynaturzonych ptaków.
Niektóre budowle, postawione wieki wcześniej wokół placu, ocalały. Pokrywał je szlam, grzyby oraz zmutowana, smocza lilia, którą ktoś z mieszkańców musiał hodować przed wojną. Stwarzała doskonałe warunki dla leniwego, tłustego robactwa, które wiło się w cieniu kamienic.
Pragmalot wsunął się w ulicę Szczepańską, gdzie zalegały stosy zmiażdżonych czołgów i samolotów, które nie umknęły łapom mechów. Wokół maszyn walały się sterty kości zarówno pilotów, jak i żołnierzy piechoty oraz cywili. Nikogo z poległych na terenie Lemowiska nie pogrzebano. Po budynkach zostały tylko wyszczerzone, potrzaskane ściany i wszechobecny gruz. Ta ulica zdawała się wyjątkowo odpowiadać kolczastej roślinie o fioletowych, mięsożernych kwiatach, pochodnej kapturnicy, hodowanej niegdyś w ogrodzie botanicznym Uniwersytetu Jagiellońskiego. Wykwitała z każdej szpary w maszynach i cegłach, oplatała zachłannie czaszki, miednice i klatki żeber, wyraźnie gardząc pojedynczymi kośćmi.
Nikodem jeszcze nigdy nie znajdował się tak blisko powojennych szczątków. Czuł panikę, gdy zbliżał się do wylotu ulicy i rynku, gdzie stoczono niegdyś najcięższe walki. Chłopak miał wrażenie, jakby spacerował po jednym z ostatnich świadectw ludzkiego okrucieństwa na Zachodzie. Prześladowała go myśl, że narusza intymną sferę, tajemnicę, skorupę dawno już zastygłą, pod którą ukryto coś wstydliwego. Nie mógł zebrać myśli, owładnięty strachem i głodem wrażeń jednocześnie.
Zielone niebo było lekko zachmurzone, lecz i tak rynek zdawał się jaskrawo oświetlony z powodu licznych, wielkich, fosforyzujących roślin. Tłoczyły się na nim zwierzęta, ptactwo oraz robactwo, jakby istoty żywe lgnęły do mechówgigantów. Każdy z nich zabił minimum trzysta osób i rozwalił setkę mniejszych maszyn wojskowych. Chłopak przypomniał sobie, że wszystkich porażonych przez deszczowce ludzi poddano serii naświetlań i ciężkiej terapii lekowej. Koszty doszczętnie zrujnowały nowowawelski budżet. Twierdzono, że najpoważniejsze skutki uboczne megaimpulsów zostały w obywatelach zniwelowane, choć zdarzały się dziwaczne choroby ich potomków. W Nowomiasto zainwestowały wtedy Stany Zjednoczone, których tysiące żołnierzy przeszło leczniczą terapię. Właśnie wtedy utworzono tu silne centrum Projektu Openminder.
Przyglądając się pstrokatym stworzeniom, pośród których zdarzały się prawdziwe straszydła, Nikodem błogosławił swoje prowincjonalne, zdrowe korzenie. Przeniósł spojrzenie z zatłoczonej ziemi w górę, by z dreszczem podniecenia skupić się na pogromcach zachodniej armii.
Siedem demonów, noszących smocze imiona, zastygło w różnych ekspresyjnych pozach, zdradzających tryb berserka. Chińskiej produkcji maszyny, przewyższające nieistniejącą już wieżę bazyliki Mariackiej, siały zniszczenie i pogrom wśród wojsk zachodnich przez czterdzieści pięć godzin.
Tylko jeden, Bai Hu, został obalony przez Raziela: słynny prototyp szperacza, w którym siedział oficer Aleksander Mróz. To właśnie nad Bai Hu jako pierwszym przemknął teraz MigCC, blisko roztrzaskanego pyska. W pustych oczodołach wiły się wściekle pomarańczowe węże.
Chińskie demony miały długie ogony, którymi atakowały przeciwnika od tyłu albo z flanki. Nikodem mógł przyjrzeć się strukturze słynnego oręża, złożonego z potężnych pierścieni poruszających się na wewnętrznych, zespolonych ze sobą kulach. Skonstruowany w ten sposób ogon był niemal tak ruchomy jak u żywego gada. Kończył go ostry szpic. Choć cały mech został skrzętnie pochłonięty przez morze kwiatów, Nikodem czuł grozę, gdy pragmalot niósł go wzdłuż olbrzymiego tułowia.
Pozostałe demony – Zhu Que, Haku, Qing Long, Xuan Wu, Shenlong i Yinglong – wciąż zdawały zaciekle walczyć przeciwko narzuceniu obywatelom Zachodu dobrozmysłu. Zhu Que, ognistoczerwony, zgięty wpół, wyciągał ręce do jednego z lądowych pojazdów bojowych. Jak wyjaśniano na ekranie, czołg bronił się skondensowanym polem siłowym. Pragmalot przeleciał między nogami mecha, pod olbrzymią pajęczyną, na której warował pająk z tułowiem wielkości ludzkiej głowy. Był biały jak śnieg, o grubych, cętkowanych odnóżach i tak włochaty, że wzbudzał raczej skojarzenie z maskotką. Nikodem rozwinął listę stworzeń i włączył opis pająka.
Zaburzony kod genetyczny, bielactwo, gigantyzm, gęsty włos charakterystyczny dla ssaków, przerost aparatu gębowego, ślepota, drapieżnictwo, toksyczny jad drugiej kategorii (zabija w ciągu pięciu do siedmiu minut).
Jak dobrze, że te stworzenia mogły żyć jedynie w zmutowanym, porażonym środowisku Lemowiska, pomyślał chłopak. Samolot wzbił się w górę, przemknął nad zrujnowanymi Sukiennicami, opuścił podwozie i niczym orzeł nad terytorium łownym przysiadł na gruzowisku zwalonej wieży Mariackiej. Na głównym holoekranie pojawił się napis: „włóż słuchawki, szkolenie szperackie”. Chłopak sięgnął po zalecany sprzęt i zobaczył, że drżą mu ręce.
Emilia odwróciła do niego rozanieloną twarz i obdarzyła odurzonym spojrzeniem.
– Ale jatka! – szepnęła z przejęciem. Nikodem nałożył słuchawki i westchnął.
Czuł, że mimo wszelkiej powściągliwości wkrótce nastąpią w nim nieodwracalne zmiany.

* * *

Kiedy opuszczał lotnisko, Emilia znowu go zagadnęła. – Dużo forsy w nas pompują… – Wyglądała na bardziej zmęczoną niż to możliwe po kilku godzinach zalegania w wygodnym fotelu. Nikodem przypomniał sobie, że po boomie następuje „zejście”, podobnie jak po narkotykach starej generacji.
– To hipokryzja – odparł, dziwnie poirytowany. Sam nie wiedział do końca, co go dręczy. – Robią z nas bogów. Wierzą w nas niczym w Erosa, Światowida i Chrystusa. Zapełniają nami pustkę. Są hipokrytami. Co za różnica, wymyślić sobie nieistniejącego zbawiciela czy nadać taki status zwykłym ludziom? Wracamy do faraonów, historia zatoczyła koło. Nie podoba mi się to. Nie ma w tym szlachetności. Nie ma chwały.
– Na pewno posiadasz przodka Wschodniaka – skwitowała Emilia z kwaśną miną. – Myślisz o zupełnie niepotrzebnych sprawach. Oprócz Darii mamy jeszcze troje podobnych wam szajbusów na roku. Zola to eurosierota. Cała jej rodzina uciekła stąd na Półwysep Skandynawski. Ona została, bo od samego początku była cholernym prymusem i polski om ani myślał wypuszczać jej z rąk. Matka z ojcem nawet się na nią nie obejrzeli. Zola jest ciągle wkurzona, wszystko analizuje i wiecznie powtarza, że gdy tylko dowie się wystarczająco dużo, znajdzie sposób na obejście dobrozmysłu i rzuci to całe openminderstwo w diabły.
Wjechali konwejerem w tunel metra, więc przeszli na hocza.

Ruda Ems: Wiedźmin jest ze Wschodu, to wschodniosierota. Ktoś przerzucił go przez kurtynę, jak miał kilka lat. Trafił akurat w ręce Śląskiego Oddziału Obrony Muru. Nie wiadomo, jakie dokładnie ma pochodzenie. Niby wygląda trochę jak albinos, ale te jego włosy w intensywnym świetle są niebieskie... No i Lena. Jest Specjalna. Jej rodzice zwiali za kurtynę, na Wschód. Pewnie wszystkie te dogodności i ulgi, jakimi potem rząd próbował jej to zadośćuczynić, spowodowały, że mogła wyrosnąć na openmindera. Niczym nie musiała się martwić, tylko nauką, a mimo to jest taka ponura i nieustannie na wszystko narzeka.
Niki: Skąd znasz wszystkich już pierwszego dnia? :o
Ruda Ems: Gadaliśmy całe wakacje na oszce :3
Niki: ?!
Ruda Ems:  Prowincjusz pełną gębą. OHA = Official Holochat Antiisolation. W każdym razie, wyperswadowaliśmy tym dziwakom pomysł walki z systemem. Tobie też to zalecam, inaczej się zatracisz. A wiesz, co robią z zatraceńcami!!!

Ujechali metrem ledwie kilka kilometrów, gdy podziemny pociąg nagle ostro wyhamował. Nikodem wchłonął okrutny zgrzyt hamulców. Czat z Emilią przerwał komunikat: „proszę zachować spokój. nastąpiło skażenie tunelu. przymusowa zmiana trasy. proszę czekać, jak najszybciej zaplanujemy państwa podróż”.
Chłopak słyszał o skażeniach, stąd przecież te wszystkie opóźnienia. Nie tylko ludzie wydzierali zniszczonemu, strutemu miastu teren. Lemowe rośliny oraz stwory wnikały w podziemną cywilizację, próbując wyrwać kawałki dla siebie. Nikodem sądził do tej pory, że to tylko jedna z wizytówek reklamowych Nowomiasta, sposób na nakręcanie turystyki i zarobek. Nieustannie obowiązujący w okolicy starego rynku wysoki stopień zagrożenia przyciągał mnóstwo turystów. Chłopak usłyszał nad głową ciche tąpnięcia. Światło w metrze zmieniło się na niebieskie – ostrzegawcze. Okna i drzwi zostały zasłonięte przez grube zabezpieczenia. Podziemny pociąg zamienił się w bunkier. Prorok Nikodema zakomunikował mu: „alert 32. atak drapieżników. Proszę zachować spokój i nie ruszać się z miejsc”. Przez chwilę słychać było jedynie szum włączanych zabezpieczeń. Odgłosy poruszających się po dachu pociągu stworzeń zniknęły. Chłopak wiedział, że póki nie zapłonie zielone światło, nie zostały przeprowadzone wszystkie procesy zabezpieczające. I wtedy metro rozjarzyło się ciemną czerwienią.
Nikodem szybko wszedł przez proroka w dane techniczne pojazdu. Ostatnie zabezpieczenia pociągu zawiodły – zacięła się jakaś zapadka przewodnia. W ogonie nie zostały zasłonięte okna ani drzwi. Chłopak rozejrzał się po przerażonych twarzach pasażerów. Po chwili, jakby ktoś wyłączył im świadomość, ludzie wokół niego zamarli na swoich miejscach. W oczach podróżnych pojawiła się obojętność. Wierciło się tylko kilkoro dzieci.
Z kabiny maszynisty wyszedł dyżurny funkcjonariusz Żandarmerii Dobra Publicznego, uważnie spoglądał na sufit. Przeładował prawdziwą, ostrą broń. Nikodem nigdy dotąd nie widział jej na żywo. Pasażerowie metra nie poruszali się i milczeli, jakby stali się statystami na planie filmu. Emilia za to wstała do panelu z bronią i machnęła prorokiem przed skanerem. Dopiero wtedy dotarło do Nikodema, że jako openminderowy adept miał prawo publicznie sięgać po rozwiązania siłowe w sytuacji zagrożenia.
Podszedł do dziewczyny, która przeglądała kilka rodzajów narzędzi walki i paralizatorów. Nad ich głowami coś łupnęło z całej siły, jakby duży ciężar zwalił się na wagon. Mały chłopiec przy oknie zaczął płakać i wtulił się w nieruchomą, nieobecną matkę. Nikodem nie rozumiał apatii towarzyszy podróży. Oprócz dzieciaków przytomny zdawał się tylko on, Emilia i wysoki blondyn z ŻDP.
– Co się dzieje? – spytał koleżankę.
– Ślepowilki. Muszą być głodne. Strzelałeś kiedyś z broni? – Tak, przez całe dzieciństwo. Z wiatrówki.
Czerwone światło w metrze zamigotało. Okno na suficie, umiejscowione u końca wagonu, przyjęło na siebie kilka potężnych ciosów. Z hukiem i chrzęstem szkło pękło, obsypując deszczem odłamków kilku wawelszczan. Odsunęli się, lecz żaden z pasażerów nie krzyknął, nawet nie wypowiedział słowa. Ze ścian wagonu zaczęła wyłaniać się żółta, odkażająca mgła. Ze schowków w suficie spadły maski tlenowe, zupełnie jak w samolotach.
Żandarm przeskanował szybko Nikodema i Emilię, sprawdzając ich tożsamość, po czym wydobył z torby na ramieniu małe, poręczne maski filtrujące. Gdy cała trójka założyła je na twarze, wskazał na jednorazówki ze strzałkami usypiającymi.
– Nie wiem, czy to renegaci, czy stado. Każda grupa zachowuje się inaczej. Wszystkie te wilki są pod szczególną ochroną. Medycyna wykorzystuje ich oczy. Nie wolno wam celować w głowę! Możecie strzelać tylko usypiaczką. Gaz, który je obezwładni, dotrze tu w trzy minuty.
– Po co panu ostra broń, skoro nie może jej pan użyć? – mruknął Nikodem, biorąc do rąk kilka lekkich jednorazówek.
– Na ludzi, chłopcze.
Nikodem wyrecytował w myślach przykazanie ich świata: „Istota ludzka to coś więcej niż zwierzę. Stanowi o tym rozum i dobrozmysł. Jeśli te instancje zawiodą, człowiek zmienia się w bestię”. Chłopak zacisnął szczęki i kucnął za wielką, niebieską walizką. Włączył w proroku odliczanie trzech minut. Ręce drżały mu lekko, a serce zdawało się szamotać w okolicy jabłka Adama. Usłyszał ostrzegawcze, głośne warczenie, wydobywające się z wybitego okna. Włosy stanęły mu na karku.
Przez okno przecisnął się potężny, ciemnoszary stwór z pokrzywionymi łapami i połamanym ogonem. Wylądował nadspodziewanie zgrabnie na podłodze. Wilczy łeb miał szerszy niż normalne wilki. Z wielkiej szczęki wystawały potężne kły. Ślepowilk cały obleziony był tłustym, kremowym robactwem. Zwierzę prychnęło z niezadowoleniem, gdy wciągnęło żółte opary w nozdrza.
Mimo ograniczonej widoczności Nikodem patrzył na jego niemal fosforyzujące, białe oczy. Nie dostrzegał w nich źrenic ani tęczówek. Nie miał pojęcia, czy ślepowilki coś widzą, ale zdawało się, że stwór mierzy cały wagon uważnym spojrzeniem. W końcu zwrócił łeb w stronę kwilącego w ramionach matki chłopca.
– To samiec alfa! – krzyknął żandarm. – Musi stąd wyjść, nie może nawdychać się oparów. Nie strzelajcie, zaczekajcie!
Nikodem słyszał, że mężczyzna szamoce się z czymś za jego plecami. Ślepowilk obnażył kły i powoli ruszył w stronę niewzruszonej matki z synem. Pasażerowie wyglądali, jakby oglądali nudny film, a nie uczestniczyli w tej szalonej sytuacji. Nikodem oddychał zbyt łapczywie, przez co maska nie filtrowała dokładnie powietrza. Czuł na języku gorzki, nieprzyjemny smak, jakby jadł popiół. Trzymając ślepowilka na muszce, zerknął za siebie.
Zobaczył Emilię, stojącą na środku wagonu z opuszczoną bronią, i żandarma, który właśnie wywlókł z kabiny maszynisty związaną, młodą świnię. Rzucił ją z impetem pod nogi ślepowilka, a przed matkę z chłopcem błyskający światłem straszak. Zwierzęciu nie trzeba było więcej. Złapało szamoczące się prosię i wycofało pod rozbite okno. Nie mogło wyskoczyć tak wysoko, uderzyło więc całym ciałem w tylne drzwi.
– Ty! Openminderze! Otwórz mu drzwi. Musisz pociągnąć za rączkę. Tam, na lewo.
– Mam do niego podejść?! – zdziwił się Nikodem, ale nie czekając na odpowiedź, wstał na miękkich nogach i zrobił kilka chwiejnych kroków ku ślepowilkowi. Mimo strachu czuł się niesamowicie; adrenalina robiła swoje. Z jednej strony obserwował własne ruchy z niedowierzaniem, próbując się zatrzymać. Z drugiej ciągnęło go w pobliże drapieżnika. Jakby ślepowilk stanowił magnes dla uśpionej dobrozmysłem pierwotności w chłopaku.
Zwierzę odwróciło do niego łeb i zamarło, gdy minął je i chwycił za mechanizm zwalniający. Zanim Nikodem otworzył drzwi, przez dwie sekundy wpatrywał się w białe ślepia. Miał pewność, że samiec alfa odwzajemnia spojrzenie. Chłopak nigdy dotąd nie doświadczył takiego wzroku. Ślepowilk patrzył na niego bez lęku, wrogości ani sympatii – zupełnie obojętnie.
Chłopak pociągnął za rączkę, na co drzwi rozsunęły się. Zwierzę wypadło na zewnątrz i zniknęło w mroku tunelu metra. Żandarm podszedł do Nikodema i zaryglował wyjście. Wyjął z torby zwiniętą płachtę zabezpieczającą. Chłopak pomógł mu ją rozwinąć i przytrzymać przy rozbitym oknie, a mężczyzna przybił ją do dachu czymś w rodzaju kołkownicy.
– Uwzględnię waszą współpracę w raporcie. Może będziecie z tego mieli jakieś profity od przełożonych. Odłóżcie jednorazówki i zajmijcie miejsca. Ruszymy za kilka minut. Nie ściągajcie masek, póki nie zapłonie zielone światło. Zostawcie mi je na siedzeniu.
– Dlaczego ci ludzie… – zaczął Nikodem, ale żandarm podniósł rękę, uciszając go.
– Jesteś na pierwszym roku, młody. Nie masz prawa zadawać żadnych pytań poza salą wykładową.
Żandarm odwrócił się od niego i zniknął w kabinie maszynisty. Nikodem stał przez chwilę skonsternowany, czując, że działanie adrenaliny szybko mija. Emilia zdążyła już usiąść i grzebała właśnie w proroku, jakby nic się nie stało. Chłopak odetchnął głęboko i opadł na siedzenie obok niej.
Światło w pociągu kilkukrotnie zmieniało barwę, aż w końcu zapłonęło zielenią. Zapory zostały usunięte i metro ruszyło na najbliższą stację. Ludzie zdjęli maski i rozglądali się z lekkim zdezorientowaniem po wagonie, gdzie tańczył robot porządkowy, zagarniając rozbite szkło.

Nikodem usunął powiadomienia w proroku i już miał go wygasić, ale potrzeba zwierzeń, której od dawna nie czuł, odezwała się zbyt silnie. Nie chciał jednak rozmawiać o tym, co zaszło. Wolał to dogłębnie przemyśleć. Musiał natomiast wrócić do przerwanej rozmowy i coś jeszcze przekazać towarzyszce.

Niki: Brat mojej mamy był zatraceńcem. Miałem kilka lat, gdy wyparował. Ojciec mawia, że wujek był dla świata tym, czym dla gorącej herbaty jest kostka cukru. Osładzał go, lecz w końcu został przez niego pożarty.
Ruda Ems: Cukier?! U was jeszcze używa się cukru?!!! Faktycznie jesteście popieprzeni ;)


Dodano: 2019-04-05 09:14:34
Komentarze
-Jeszcze nie ma komentarzy-
Komentuj


Artykuły

Nie tylko Netflix animuje króliki, czyli „Wodnikowe Wzgórze” przez dekady


 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e06)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e05)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e04)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e03)

Recenzje

Warren, Ed i Lorraine & Chase, Robert David - "Nawiedzenia. Historie prawdziwe"


 Podlewski, Marcin - "Księga Zepsucia. Tom 1"

 Sullivan, Michael J. - "Zniknięcie córki Wintera"

 Vonnegut, Kurt - "Syreny z Tytana"

 Ziębiński, Robert - "Stephen King. Instrukcja obsługi"

 Dukaj, Jacek - "Po piśmie"

 Banks, Iain M. - "Wspomnij Phlebasa"

 Sullivan, Michael J. - "Śmierć Dulgath"

Fragmenty

 Karnicka, Anna - "Paradoks Marionetki: Sprawa Marionetkarza"

 Ruocchio, Christopher - "Imperium ciszy"

 Jensen, Danielle L. - "Mroczne wybrzeża"

 Eames, Nicholas - "Krwawa Róża"

 Wójtowicz, Milena - "Vice versa"

 Christopher, Adam - "Ciemność nad miastem"

 Warren, Ed i Lorraine & Chase, Robert David - "Nawiedzenia. Historie prawdziwe"

 Guzek, Marcin A. - "Szare Płaszcze: Rubież"

Projekt i realizacja:sismedia.eu       Reklama     © 2004-2019 nast.pl     RSS      RSS