NAST.pl
 
Komiks
  Facebook
Facebook
 
Forum

  RSS RSS

 Strona główna     Zapowiedzi     Recenzje     Imprezy     Konkursy     Wywiady     Patronaty     Archiwum newsów     Artykuły i relacje     Biblioteka     Fragmenty     Galerie     Opowiadania     Redakcja     Zaprzyjaźnione strony   

Zaloguj się tutaj! | Rejestruj

Patronat

Corey, James S.A. - "Wrota Abaddona"

Hamilton, Peter F. - "Pustka: Ewolucja"

Ukazały się

Antologia - "Za tamą"


 Haghenbeck, F.G. - "Diablero"

 Radecki, Łukasz - "Bóg Horror Ojczyzna"

 Larson, B.V. & VanDyke, David - "Wygnaniec"

 antologia - "Mroczne dziedzictwo. Antologia w hołdzie Jamesowi Herbertowi"

 Weber, David; Zahn, Timothy; Pope, Thomas - "Wezwanie do zemsty"

 Wolski, Marcin - "Pies w studni. Kot w windzie czyli rekonkwista"

 McDonald, Ed - "Zew kruka"

Linki


Sanderson, Brandon - "Droga królów"
Wydawnictwo: Mag
Cykl: Archiwum burzowego światła
Tytuł oryginału: The Way of Kings
Tłumaczenie: Anna Studniarek
Data wydania: Kwiecień 2014
Oprawa: miękka
Liczba stron: 960
Cena: 59,00 zł
Rok wydania oryginału: 2010
Wydawca oryginału: Tor Books
Tom cyklu: 1



Wywiad z Brandonem Sandersonem

Produktem pracy pisarza jest on sam, a nie książka



Tymoteusz Wronka: Jeszcze nie wszyscy czytelnicy w Polsce są świadomi tego, że większość twoich utworów dzieje się w jednym uniwersum – Cosmere. Czy to istotna informacja?

Brandon Sanderson: Pierwszą rzeczą, którą zawsze powtarzam, jest: nie musisz tego wszystkiego wiedzieć, by cieszyć się lekturą książek. Nie chcę, by ludzie czuli się przytłoczeni faktem, że sięgając po moją książkę, są zmuszeni do przeczytania wszystkich innych.
Mam swoją filozofię pisania. Uwielbiam, gdy opowieści mają warstwy, przez które można się przekopywać krok po kroku. Jako czytelnik uwielbiam znajdować ukryte treści i powiązania, a jako pisarz chciałem początkowo ukryć gdzieś w tle fakt, że rozpocząłem wielką serię.

Mógłbyś zatem opisać Cosmere w kilku słowach? Skąd się wziął i co charakteryzuje serię?

Kiedy zaczynałem, stworzyłem fundamenty systemu magii. To był punkt startowy, a następnie brałem jego małe fragmenty i zaczynałem o nich pisać, osadzając akcję na różnych planetach. Stworzyłem też kilka postaci, które pojawiają się w utworach osadzonych w różnych światach Cosmere.
Idea, która za tym stoi, jest następująca: wieki temu potężna siła czy istota została rozbita na wiele kawałków. Trafiły one do zwykłych ludzi, obdarzając ich mocą i boskością. Rozrzuceni po planetach, są źródłami magii o różnej naturze.
Całe to uniwersum nazwałem Cosmere. Dzieją się w nim wszystkie powieści fantasy, jakie do tej pory napisałem. Ale tak jak mówiłem – jeśli zaczniesz się zagłębiać, śledzić tropy, to znajdziesz powiązania pomiędzy poszczególnymi powieściami i światami, ale zamierzeniem jest, by każdy cykl stanowił opowieść samą w sobie.


Czyli nie sugerujesz żadnej konkretnej kolejności czytania powieści z Cosmere?

Nie, pozostawiam czytelnikom dowolność, choć oczywiście w ramach serii należy czytać książki po kolei. Niemniej zwykle na początek polecam „Z mgły zrodzonego” z serii „Ostatnie Imperium”. Pokazuje całkiem nieźle, czym kieruję się przy pisaniu fantasy, a jednocześnie powieść sprawdza się jako samodzielna pozycja.

Jesteś doceniany przez czytelników za umiejętność tworzenia interesujących i oryginalnych realiów, szczególnie związanych z systemami magii. Jak dużo czasu poświęcasz temu aspektowi twórczości?

Zajmuje mi to nieco czasu, nie ukrywam. Jestem typem pisarza, który przed przystąpieniem do pisania lubi mieć gotowy zarys całości. Jest to o tyle dziwne, że opowieść z mało interesującą magią i ciekawymi postaciami jest nadal świetną historią, ale w drugą stronę to już nie działa. Jestem przede wszystkim znany i doceniany za moje systemy magii – zresztą nie ukrywam, że starałem się, by był to element wyróżniający moją twórczość. Mam jednak nadzieję, że postaci także się zapadają w pamięć. Odpowiadając więc na pytanie: tak, sporo pracuję i wymyślam zanim przystąpię do samego pisania.

Zaczynasz od stworzenia świata czy od innych elementów?

To zależy od konkretnej książki. Zwykle stawiam znak równości pomiędzy realiami, fabułą i postaciami. Zaczynam pisać, mając niezłe wyobrażenie dwóch pierwszych elementów, natomiast tworzenie bohaterów przychodzi mi bardziej naturalnie, organicznie – to zresztą chyba typowe dla wielu pisarzy. Muszę im pozwolić się rozwijać w trakcie pisania, więc często tworzę testowe rozdziały z ich punktu widzenia. Jeśli początkowe pomysły działają, to kontynuuję; w innym przypadku wyrzucam taki rozdział i próbuję innych rozwiązań. Robię to przynajmniej kilka razy w każdej książce. Nie potrafię poznać danej postaci, póki nie spojrzę jej oczami na świat.

W Polsce twoja twórczość stała się naprawdę popularna po wydaniu „Drogi królów”. Na rodzinnym rynku było podobnie?

W USA było trochę inaczej. Zacząłem być zauważany po wydaniu trzeciej powieści ze świata „Ostatniego Imperium”. Niemniej „Droga królów” jest moją najlepiej sprzedającą się książką, więc można powiedzieć, że tak.

Jak myślisz, co sprawiło, że akurat ta książka tak idealnie trafiła w gusta czytelników?

Zaczynając prace nad tą książką założyłem sobie, że będzie to moje opus magnum. Miałem nadzieję, że stworzę dzieło życia – coś, do czego poziomu wcześniej się nie zbliżyłem. Nie do końca to wyszło, ale taka mi wtedy przyświecała idea.
Rozpocząłem prace nad tą powieścią w 2002 roku. Wiedziałem, że będzie to coś specjalnego, ale zdawałem sobie sprawę, że zanim ją wydam, czytelnicy będą musieli mi ufać – w końcu to ogromny projekt. Musiałem więc wpierw napisać kilka innych książek, ale też nauczyć się paru rzeczy.
„Droga królów” ma najbardziej rozbudowaną fabułę i najbardziej charakterystyczne postacie. I jest to najlepsza rzecz, jaką do tej pory napisałem. Mam nadzieję, że właśnie te rzeczy przyciągają do niej czytelników.

Porozmawiajmy nieco o twoich innych książkach. W Polsce ukazały się dwie pozycje zawierające nowele – „Legion” i „Idealny stan”. Skąd taki przeskok pomiędzy monumentalnym fantasy a krótkimi tekstami w zupełnie innych klimatach?

Mam taką metodę, że po skończeniu powieści w Cosmere muszę zrobić coś, co pozwoli mi odsapnąć, zrelaksować się i przestawić umysł na inne tory. W przeszłości w ten sposób powstały choćby książki z serii „Alcatraz i Bibliotekarze” czy „Mściciele”.
Problem z nimi jest taki, że pisanie młodzieżowych powieści też zajmuje wiele czasu, a wydawcy i czytelnicy domagają się kontynuacji, itp. Postanowiłem więc nieco zmienić podejście i wytrenować się w pisaniu krótszych, niepowiązanych tekstów pomiędzy większymi projektami, bo inaczej chyba nigdy bym nie dokończył np. „Archiwum burzowego światła”, jeśli co chwila wyskakiwałby mi projekt, który rozrastałby się np. do powieściowej trylogii.
Postanowiłem więc spróbować formy noweli. Relaksuję się przy ich pisaniu, umysł mi odpoczywa, a także pozwala to na wypróbowanie nowych rzeczy przy pisaniu. Okazało się, że to działa – świetnie się bawię przy ich wymyślaniu, nie zajmują wiele czasu, a potem odświeżony mogę wrócić do bardziej rozbudowanych projektów.

To także inny sposób patrzenia na budowę wątków: krótsza forma wymaga ograniczania pomysłów, zwięzłości.

Tak, ale jednocześnie nadal staram się nadać całości sporej głębi fabularnej czy emocjonalnej. Niemniej faktycznie trzeba się skoncentrować na jednej postaci i jej historii. Krótsza forma, nieco inne podejście, ale nadal można otrzymać udaną opowieść.


Piszesz dla różnych grup odbiorców. Większość twoich książek to typowe fantasy, ale masz na koncie także młodzieżową serię „Mściciele” czy „Alcatraza i Bibliotekarzy” dla dzieci. Odmiennie podchodzisz do procesu tworzenia dla tych różnych grup?

Zdecydowanie tak. Najbardziej się różni seria o Alcatrazie, bo jest przeznaczona dla najmłodszych. Znacznie mniejsza jest różnica między powieściami z Cosmere a „Mścicielami” - w Wielkiej Brytanii ta seria ukazuje się nawet jako normalna fantastyka u mojego wydawcy „dorosłych” książek.
Niemniej w powieściach young adult staram się nieco bardziej skoncentrować na wydarzeniach, szybciej wprowadzić akcję i dynamiczniej prowadzić narrację. Jest tyle możliwości rozrywki dla współczesnej młodzieży, tak łatwo odciągnąć ich na rzecz innych form rozrywki – sam pamiętam jak się zachowywałem w ich wieku – więc trzeba nieco zmodyfikować podejście, gdy się dla nich pisze. Pamiętam dobrze jakie rzeczy przyciągały moją uwagę w książkach i uczyniły mnie nałogowym czytelnikiem – i te same staram się zamieścić w „Mścicielach”.

Niemniej nawet seria „Alcatraz i Bibliotekarze”, choć dla dzieci, może podobać się także dorosłym – choćby za sprawą tego, że bawisz się konwencją, niemal przełamujesz czwartą ścianę i zwracasz się bezpośrednio do czytelnika.

Mocno się inspirowałem „Serią niefortunnych zdarzeń” Daniela Handlera. Ma być zabawnie, także w kontekście tego, jak to jest być pisarzem fantastyki. Serię zacząłem pisać jako przerywnik między innymi dużymi powieściami. Miało to być coś zupełnie innego i odświeżającego w porównaniu z książkami z „Ostatniego Imperium”. Początkowo było to ćwiczenie, w którym uczyłem się pisać w zupełnie inny sposób: bardziej humorystyczny i improwizowany. Chciałem spróbować czegoś nowego, a jednocześnie czegoś, co pozwoli mi w przyszłości być lepszym pisarzem.

Ile czasu poświęcasz dziennie na pisanie? Patrząc na to, ile wydajesz, wydaje się, że twoja doba jest przynajmniej o kilka godzin dłuższa.

Wiele osób zadaje mi to pytanie. Wbrew pozorom wcale nie należę do osób, które szybko piszą. Jestem za to bardzo konsekwentny i każdego dnia piszę po trochu. Przez „trochę” rozumiem… dużo. Po prostu oddaję się swojej pracy całym sercem. Piszę osiem-dziesięć godzin dziennie każdego dnia.

Porozmawiajmy chwilę o „Kole Czasu”. Jak to się stało, że zostałeś wybrany do dokończenia serii po Robercie Jordanie?

Zanim Robert Jordan zmarł, poprosił żonę, by znalazła kogoś, kto dokończy jego serię. Nie chciał tego robić sam, zbytnio mu to przypominało o zbliżającym się końcu; a przynajmniej tak przedstawiła to wdowa po nim. Po śmierci męża rozpoczęła długie poszukiwania osoby, która skończy „Koło Czasu”.
Nie znałem ich, ale na swojej stronie napisałem krótki tekst, w którym dałem wyraz temu jak wiele dla mnie znaczyło „Koło Czasu” i twórczość Roberta Jordana. Ktoś to wydrukował i dał wdowie po Jordanie. Przeczytała to, a następnie zadzwoniła do wydawcy z pytaniem „A co z tym gościem”? Dostała do przeczytania „Z mgły zrodzonego” na próbę, a po lekturze zadzwoniła do mnie. Nie spodziewałem się tego, a tym bardziej pytania, czy byłbym zainteresowany dokończeniem „Koła Czasu”.
Cykl czytałem odkąd byłem nastolatkiem, pierwszy tom w wieku piętnastu lat. Uwielbiam je od tego czasu, a propozycja była dla mnie wielkim zaszczytem. Nie wiedziałem, co odpowiedzieć na nią, poza „Tak, poproszę”! To było jakieś dziesięć lat temu i mogę powiedzieć, że była to jedna z tych chwil, które odmieniły moje życie.

Odczuwałeś presję?

Oj tak, wielką. To trudna sprawa pojawić się znikąd, wejść w czyjąś rolę i sprostać oczekiwaniom milionów fanów na całym świecie.

Jak wyglądały twoje przygotowania do napisania zakończenia tego cyklu? Robert Jordan zostawił dużo materiałów, na bazie których mogłeś pracować?

Robert Jordan pozostawił po sobie około dwustu stron tekstu (około sto stron powieści oraz kolejne sto stron zapisu rozmów z asystentami), a także plik notatek dotyczących nadchodzących wydarzeń. O niektórych postaciach zostawił mnóstwo informacji – na przykład o Egwene. O innych nie pozostawił żadnych notatek – o Perrinie było łącznie jedno zdanie we wszystkich materiałach.
Moja praca wyglądała trochę tak, jakby ktoś dał mi worek ze stłuczonym wazonem i zapytał czy mogę go skleić, choć brakuje połowy kawałków. Spędziłem osiem miesięcy na ponownym czytaniu serii i tworzeniu zarysu całości zanim w ogóle przystąpiłem do pisania. Ja pracuję według wcześniej ułożonego planu, natomiast Jordan tego nie robił, raczej odkrywał dalszy ciąg fabuły w trakcie pisania. Wdowa i asystenci Jordana zaakceptowali moje pomysły i wtedy przystąpiłem do kończenia cyklu.


Wspomniałeś, że Robert Jordan był dla ciebie bardzo ważnym pisarzem. A jacy inni twórcy wpłynęli na twoją twórczość?

Bardzo ważną pisarką dla mnie była Anne McCaffrey, jej twórczość wywarła na mnie olbrzymi wpływ. Pierwszą książką fantastyczną, jaką przeczytałem, była „Zguba Smoków” Barbary Hambly. Przeczytałem mnóstwo książek Tada Williamsa – zresztą Tad nadal pisze fantastyczne książki. Chyba jest ostatnim z autorów mojego dzieciństwa, który nadal jest aktywny pisarsko. Z innych twórców często wspominam nadal piszącego i wydającego świetne powieści Guya Gavriela Kaya. Natomiast z science fiction uwielbiałem Asimova.

Uczysz także kreatywnego pisania.

Tak, wykładam na zajęciach, uczę pisania fantasy i science fiction. De facto miałem zajęcia wczoraj, ale akurat leciałem do Polski, więc musiałem znaleźć zastępstwo.

Dałbyś jakąś radę osobom, które chciałyby zostać pisarzami?

Moją najlepsza rada brzmi – wiem, że może to zabrzmieć nieco dziwnie – produktem pracy pisarskiej jesteś ty sam, pisarz, a nie książka. Każde słowo, każda strona, którą piszesz, czyni cię lepszym pisarzem. Rozwój swoich umiejętności jest celem. Wydanie książki czy nawet podzielenie się nią wyłącznie z przyjaciółmi, to tylko efekt uboczny procesu, który czyni cię lepszym pisarzem. I na tym należy się skupić: na ćwiczeniu i doskonaleniu się. Sekretem w byciu dobrym pisarzem jest fakt, że najpierw trzeba było być marnym twórcą, a potem w procesie samodoskonalenia nie poddać się przez lata.

Jakie masz najbliższe plany pisarskie?

Oczywiście jesienią wychodzi trzeci tom „Archiwum burzowego światła”, do którego robię ostatnie poprawki. Później planuję zacząć pisanie nowej serii młodzieżowej, powiązanej trochę z „Mścicielami”. Nieco później mam zaplanowane napisanie ostatniej powieści z „Ostatniego Imperium”, której bohaterami nadal będą Wax i Wayne. Dalej moje szczegółowe plany nie sięgają.

Myślałeś może, aby napisać coś science fiction? „Idealny stan” czy „Pierworodny” wykorzystują elementy SF.

Napisałem kilka tekstów SF, ale głównie krótszych form; nigdy nie napisałem powieści. Sięgam po ten gatunek głównie dlatego, że gdy kończę moje epickie fantasy, potrzebuję odskoczni – a science fiction jest na tyle różne, że pozwala umysłowi uniknąć monotonii.

Nie planujesz więc powieści lub całego cyklu SF?

Nie wydaje mi się, by to miało nastąpić. Najbliższa temu będzie zapewne seria w świecie „Ostatniego Imperium” w konwencji SF, ale na to przyjdzie nam jeszcze trochę poczekać.
___
Wywiad pierwotnie ukazał się w „Nowej Fantastyce” 06/2017.
fot. Nazrilof


Autor: Tymoteusz Wronka


Dodano: 2018-09-21 20:54:10
Komentarze
-Jeszcze nie ma komentarzy-
Komentuj


Konkurs

Świąteczny konkurs z Tolkienem


Artykuły

Wywiad z Brandonem Sandersonem


 Wywiad z Dmitrem Glukhovskym

 Wywiad z Joe Abercrombiem

 Fantastyka 2017 - plebiscyt

 Modyfikowany Węgiel - powieść a serial

Recenzje

Lovecraft, H.P. - "Wyzwanie z Innego Świata"


 Stephenson, Neal & Galland, Nicole - "Wzlot i upadek D.O.D.O."

 Gaiman, Neil - "Ocean na końcu drogi"

 Le Guin, Ursula K. - "Wracać wciąż do domu"

 Lawrence, Mark - "Szara siostra"

 Wegner, Robert M. - "Każde martwe marzenie"

 Silverberg, Robert - "Skrzydła nocy"

 Małecki, Jakub - "Nikt nie idzie"

Fragmenty

 Haghenbeck, F.G. - "Diablero"

 Wegner, Robert M. - "Każde martwe marzenie"

 Cadigan, Pat - "Alita: Battle Angel. Miasto złomu"

 Eames, Nicholas - "Królowie Wyldu"

 Bourne, J.L. - "Rozbita klepsydra"

 Dębski, Rafał - "Żelazny Kruk. Wyprawa"

 Straub, Peter - "Upiorna opowieść"

 Hejankowski, Sebastian - "Światłoczuły"

Projekt i realizacja:sismedia.eu       Reklama     © 2004-2018 nast.pl     RSS      RSS