NAST.pl
 
Komiks
  Facebook
Facebook
 
Forum

  RSS RSS

 Strona główna     Zapowiedzi     Recenzje     Imprezy     Konkursy     Wywiady     Patronaty     Archiwum newsów     Artykuły i relacje     Biblioteka     Fragmenty     Galerie     Opowiadania     Redakcja     Zaprzyjaźnione strony   

Zaloguj się tutaj! | Rejestruj

Patronat

Baxter, Stephen - "Proxima"

Gaiman, Neil - "Drażliwe tematy"

Ukazały się

Gwynne, John - "Zawiść"


 Weisman, Greg - "Traveler. Wędrowiec"

 Masterton, Graham - "Martwe tańczące dziewczynki"

 Arnopp, Jason - "Ostatnie dni Jacka Sparksa"

 Ziemiański, Andrzej - "Virion. Obława"

 King, Stephen - "Bastion" (2018)

 Mull, Brandon - "Skoczkowie w czasie"

 Poe, Edgar Allan - "Miasto w morzu i inne utwory poetyckie"

Linki


Abercrombie, Joe - "Ostre cięcia"
Wydawnictwo: Mag
Cykl: Pierwsze prawo
Tytuł oryginału: Sharp Ends
Tłumaczenie: Robert Waliś
Data wydania: Czerwiec 2016
ISBN: 978-83-7480-652-7
Oprawa: miękka
Liczba stron: 338
Cena: 35,00 zł
Rok wydania oryginału: 2016



Wywiad z Joe Abercrombiem

„Oryginalność jest przereklamowana”: Joe Abercrombie - wywiad



Tymoteusz Wronka: Jaka historia kryje się za ukazaniem twojej debiutanckiej powieści? Zanim ukazało się „Ostrze” tekst został odrzucony przez wielu wydawców, a jednak książka odniosła sukces. Upór popłaca?

Joe Abercrombie: W pewnym okresie życia miałem dużo wolnego czasu pomiędzy kolejnymi zleceniami z branży filmowej i wtedy zacząłem pisać. Po dwóch czy trzech latach miałem gotową książkę. Od razu planowałem trylogię, ale zanim zacząłem pisać drugi tom, wolałem się przekonać, czy moje dzieło ma w ogóle szansę zostać wydane.
Zrobiłem tak, jak podręcznik debiutanckiego pisarza każe: przygotowałem piękny list motywacyjny, wyszukałem agencje zajmujące się podobnymi książkami, przyłożyłem się do detali i po kolei wysyłałem im propozycję. To były jeszcze czasy, w których nie używało się masowo emaili, więc nosiłem na pocztę duże paczki z maszynopisem, a następnie po 6-8 tygodniach dostawałem list o odrzuceniu książki. Najbardziej zdziwiła mnie ich bezosobowość. Zamiast notki podnoszącej na duchu i krótkiej argumentacji, były to kserówki z suchą informacją. Nie miałem pojęcia, czy napisałem totalnego śmiecia, czy też brakowało mi naprawdę niewiele.
Po 6-7 takich listach zniechęciłem się i przerwałem pisanie drugiego tomu. Wtedy uśmiechnęło się do mnie szczęście. Przyjaciel na kursie poznał początkującą redaktorkę fantastyki, która nie była jeszcze zniechęcona licznymi propozycjami debiutujących autorów. Namówił ją, by przeczytała „Ostrze” – spodobało jej się, tydzień później dostałem ofertę. Oczywiście książka wymagała jeszcze dużo pracy, ale oboje mieliśmy zapał i chęci.

„Ostrze” było twoim prawdziwym debiutem, nie miałeś kilku innych powieści napisanych wcześniej do szuflady?

Było prawdziwym debiutem. Co prawda mniej więcej w wieku dwudziestu lat zacząłem coś pisać, ale była to ta sama opowieść, sceny i bohaterowie. Inne było tylko ujęcie: pełne banału, pompatyczne, pozbawione humoru i indywidualnego rysu. Gdy wróciłem po latach do tego tekstu, zupełnie mi się nie podobał i napisałem go od nowa, dodałem odrobinę ironii i pozwoliłem, by bohaterowie uzyskali własny głos. Jako przykład podam początkową scenę z Logenem. W pierwszej wersji rozdziera niedźwiedzią skórę, którą nosi, gołymi rękami z okrzykiem zwycięstwa na ustach; w drugiej próbuje ją rozciąć, zacina się, przewraca itd. Ta sama scena, zupełnie inne podejście. Znacznie bardziej z przymrużeniem oka, jak mi się wydaje.

W którym momencie postanowiłeś napisać kolejne trzy książki w tym świecie?

Pierwsza książka się już ukazała i zbierała dobre recenzje, druga właśnie miała zostać wydana, kończyłem trzecią i wtedy redaktor zadał mi pytanie „Co dalej”? Zacząłem szukać inspiracji i wpadłem na pomysł… by ukraść pomysły innym. Wykorzystać to, co zadziałało już wielokrotnie. Kto by chciał testować nowe i niebezpieczne idee, które mogą zakończyć się porażką, kiedy w pewnym zakresie można eksperymentować w ramach tego, co się już sprawdziło? Chciałem też napisać coś krótszego, więc inspiracji poszukałem w filmach. Wybrałem kilka ulubionych, zastanowiłem się, o czym naprawdę są, i spróbowałem odtworzyć ich ducha w powieściach.


Którymi filmami się inspirowałeś?

Najpierw „Zbiegiem z Alcatraz” z Lee Marvinem, gangsterską opowieścią o zemście, którą przeniosłem we włosko-renesansowe realia, zmieniłem głównemu bohaterowi płeć, i tak powstała „Zemsta najlepiej smakuje na zimno”. Przy „Bohaterach” inspiracją był „O jeden most za daleko” – nakręcony z rozmachem, przejmujący film wojenny. Kluczem było pokazanie, że obie strony są takie same: są wśród nich osoby szlachetne i złe, godne podziwu i potępienia. Przy trzeciej książce wykorzystałem westerny, a przede wszystkim „Bez przebaczenia”, w którym Clint Eastwood pokazuje inne spojrzenie na ten gatunek. Dla mnie główną ideą stojącą za westernami jest ukazanie granicy, nieodkrytego jeszcze terytorium, samotności, mozolnego wkraczania cywilizacji w dzicz. Z tego zalążka narodziła się „Czerwona kraina”.

W jednym z pierwszych wywiadów mówiłeś, że w swoim pisarstwie dużo zawdzięczasz wpływowi twórczości George’a R.R. Martina. Uwolniłeś się już od jego wpływu?

Zdecydowanie. Mogę śmiało powiedzieć, że wkroczyłem na własną ścieżkę i zostawiłem go daleko za sobą pod każdym względem. Czasem jeszcze jesteśmy porównywani, co z pewnością podnosi Martina na duchu w tych trudnych dla niego czasach…
A na poważnie, to nie potrafię jednoznacznie odpowiedzieć na to pytanie. Te inspiracje nadal gdzieś we mnie są, wyrosłem z nich. Kiedy w latach 90. czytałem „Grę o tron”, czułem, że to jest właśnie coś dla mnie. Uważałem, że fantasy jest sztampowe i przewidywalne, heroiczne i „czyste”. U Martina odnalazłem to, czego mi w tym gatunku przez lata brakowało. Podobało mi się też skoncentrowanie na bohaterach, a nie budowaniu świata. Uświadomiłem sobie, że można zrobić coś interesującego, nieco szokującego nawet w sztywnych ramach gatunkowych. Nic dziwnego, że chciałem pisać tak, jak on.

W książkach naginasz sztywne ramy fantastycznych konwencji. Była to świadoma decyzja?

Nie, chyba nigdy nie postanowiłem, że właśnie tak będę pisał. Zresztą uważam, że nadal poruszam się w ustalonych ramach i nie sądzę, bym tworzył szalenie oryginalne rzeczy. Ba, oryginalność jest przereklamowana. Jesteśmy przyzwyczajeni, że konkretne wątki będą prowadzić do danych rozwiązań. Nad tym można pracować i dzięki temu zaskakiwać, poprzez wprowadzanie delikatnych zmian do wzorców. „Pierwsze prawo” ma zdecydowanie więcej wspólnego z innymi powieściami fantasy, niż nie ma… ale jak to mówią, diabeł kryje się w szczegółach. Zależy jak piszesz o postaciach, jakie nadajesz im motywacje i czy starasz się nadać im cechy prawdziwych ludzi – a wtedy dostają własnego życia i można z nimi zrobić coś nowego i ekscytującego.

Czyli byłeś znudzony pojawianiem się ciągle tych samych klisz fabularnych?

Oczywiście. Ile można czytać o sierocie z cudownym dziedzictwem, który pod opieką szlachetnego i wszystkowiedzącego mentora zostaje władcą obiecanego w przepowiedni królestwa? Miałem wrażenie, że te historie będą opowiadane wciąż i wciąż i nigdy się to nie skończy. Chciałem zrobić coś innego. Napisałem historię, w której co prawda bohater ma mentora, ale ten jest pomyleńcem z kompleksem Boga, a sam heros to dandys i tchórz.


Jednym z wyróżników twojej twórczości są pełnokrwiści bohaterowie. Jaki masz na nich przepis?

Umiejętność tworzenia interesujących, dobrze skonstruowanych postaci jest według mnie kluczem dla dobrej prozy, niezależnie od jej gatunku. Gdybym znał gotowy przepis, a chciałbym, to udawałoby mi się to bez wysiłku za każdym razem. Przy „Pierwszym prawie” specjalnie się nad tym nie zastanawiałem, bo ci bohaterowie byli ze mną przez lata i ich powstawanie było długim, ale naturalnym procesem. Jednakże, gdy zacząłem pisać coś nowego, złapałem się na tym, że nie wiem jak nadać im indywidualnego rysu. Część z nich wyszła mi papierowa. Dużo czasu i pracy poświęciłem, by nabrały one życia. Nadal jednak nie zawsze mi się to udaje i nie każda nowa postać jest równie barwna i rozpoznawalna co Logen czy Glokta. Oni mają tę iskierkę, której poszukuję, ale nie mam pojęcia skąd się ona bierze.
Są warsztatowe elementy, które można określić z góry. Zdecydować, że ta postać będzie mówiła krótkimi zdaniami, inna nie będzie zauważała kolorów, jeszcze inna będzie opisywana w długich akapitach. Można na wstępie przemyśleć wiele rzeczy, ale póki nie zacznie się pisać, nie ma się pojęcia, czy magia zadziała i spod klawiatury wyjdzie udany protagonista.

Może pomogło ci studiowanie psychologii?

W pewnym zakresie na pewno. Szczególnie w wiedzy dotyczącej reakcji na stres, traumy pourazowej i zachowań ludzkich w przerażających sytuacjach. Fantasy jest nierealistyczne: Aragorn po latach walki, wybiciu setek orków i wycięciu sobie drogi do władzy jest świetnym królem i wrażliwym kochankiem. W prawdziwym życiu nie mamy jednak tego luksusu, że zabijamy orków; zabijamy innych ludzi, a to pozostawia ślad w psychice. Konsekwencje są znaczące dla wszystkich zaangażowanych. Szukam więc odpowiedzi na pytanie, co tak naprawdę oznacza bycie brutalnym bohaterem w świecie fantasy. I czy po czymś takim nadal można być kimś dobrym?

Nie masz wrażenia, że postaci z „Morza Drzazg” są delikatniejszymi wariacjami bohaterów z „Pierwszego prawa”?

Do pewnego stopnia na pewno. Chyba każdy pisarz ma określony zasób wzorców i sytuacji, w których osadzają postaci, które lubią wykorzystywać więcej niż raz w różnych książkach. Pisząc dla młodzieży, chciałem wykorzystać to, co zadziałało już wcześniej w pewnych wariacjach. Na przykład Cosca to udana kreacja, więc w „Pół króla” wprowadziłem jego żeńską wersję w postaci kapitan statku. Tworząc Yarviego zaczerpnąłem trochę z Glokty, a trochę z Bayaza. Używam tego, co dobre i omijam stare błędy. W „Morzu Drzazg” w wielu aspektach wykorzystałem wcześniejsze motywy, chociaż starałem się pokazać je z nieco innej perspektywy. Jak już wspominałem, nie jestem wielkim fanem oryginalności za wszelką cenę.

Nie jesteś zbyt łaskawy dla swoich postaci.

Moją rolą nie jest przyjaźnienie się z nimi. Muszę z nich jak najwięcej wycisnąć, żeby przełożyło się to na emocjonalną reakcję czytelnika. Jeśli ja jestem inkwizytorem, a czytelnik przesłuchiwanym, to bohaterowie są moimi narzędziami. Często dostaję pytanie, czy mam jakieś uczucia związane z moimi postaciami… i prawdę powiedziawszy nie mam. Cieszę się, kiedy działają w zamierzony sposób: co może oznaczać, że umierają w bardzo efektowny i efektywny sposób. Nie zachodzi tu emocjonalna reakcja jak z prawdziwymi ludźmi; chodzi wyłącznie o wywołanie reakcji u odbiorcy. Jest to dla mnie dość sterylne, pozbawione uczuć ćwiczenie.

Skąd pomysł na napisanie książek young adult?

Były trzy główne powody. Po pierwsze pieniądze, chociaż szczerze powiedziawszy wcale nie tak duże. Po drugie myślenie rynkowe – otworzenie się na nowych czytelników. „Pierwsze prawo” było rzeczą, którą zawsze chciałem napisać. Kolejne trzy książki w tym świecie pojawiły się naturalnie. Przy „Morzu Drzazg” po raz pierwszy zastanowiłem się na spokojnie, co chciałbym (i powinienem) teraz napisać. Postanowiłem skierować twórczość do nieco innego odbiorcy, ale nie pisać aż tak odmiennie, by starzy czytelnicy nie chcieli za mną podążyć. Chciałem też napisać krótsze książki, które można by było wydawać szybciej. Cieszyło mnie też tworzenie czegoś od zera, bez konieczności zwracania uwagi na coś, co wymyśliłem dobrych kilka lat wcześniej.
Był jeszcze jeden powód: sam mam dzieci i chciałem, żeby mogły przeczytać coś, co napisał ich ojciec. Widziałem też, jak reagują na to, co czytają. Przypomniało mi to jak intensywnie można przeżywać lekturę, kiedy jest się młodym. Sam pamiętam, że książki przeczytane w tym wieku znacznie mocniej mnie naznaczyły.


Czym różni się według ciebie pisanie dla dorosłych i młodzieży?

Z mojego punktu niewiele. Starałem się pisać zgodnie z nazwą young adult – czyli tworzyć dla nieco młodszych dorosłych. To, co czytałem w wieku 14-16 lat, nie różni się znacząco od tego, co czytam obecnie. Można w tych książkach pisać o seksie, przemocy czy gwałtownych emocjach. Zasadnicza różnica polega na tworzeniu młodszych bohaterów, żeby czytelnicy mogli się z nimi identyfikować. Druga sprawa to krótsze i mniej rozbudowane fabuły, chociaż chciałem przy tym zachować epicki rozmach, tak typowy dla dorosłego fantasy.

Faktycznie, czytając „Morze Drzazg” ma się wrażenie, że znacząco ograniczyłeś kreowanie pobocznych wątków.

Trochę mnie zaskakuje i frustruje jak potężne, rozbudowane są obecnie cykle fantasy. Kiedyś nie byłem w stanie wyobrazić sobie czegoś większego od „Władcy Pierścieni”, a teraz wydaje się on krótką historyjką w porównaniu na przykład do „Koła czasu”, gdzie każda z bodajże czternastu książek jest niemal długości dzieła Tolkiena. Mam czasem poczucie, że jeśli nie jesteś w stanie dotrzeć do sedna w trzech grubych powieściach, to prawdopodobnie nie masz żadnego celu, do którego dążysz. Uważam, że powinno być miejsce także dla opowieści prostszych, ale nadal opisujących pełne rozmachu wydarzenia, bez strat w konstrukcji bohaterów czy ilości czarnego humoru.

Jakie są następne planowane przez ciebie książki? Jakiś czas temu pojawiła się informacja, że podpisałeś kontrakt na kolejne trzy powieści w świecie „Pierwszego prawa”.

Też o tym słyszałem. Na nieszczęście wydałem już zarobione w ten sposób pieniądze, więc chyba je nawet w końcu napiszę. Zabieram się za prace nad tymi trzema książkami, o których wspomniałeś, ale żadnych konkretów nie mogę przekazać. Jeszcze nigdy nie byłem w takiej sytuacji; przez dziesięć lat, gdy wychodziła książka, kończyłem już następną. Teraz nie zacząłem jeszcze na poważnie myśleć o tej trylogii – ale przynajmniej wiem, że to będzie cykl, a nie pojedyncze powieści. Forma taka wymusza więcej prac wstępnych i koncepcyjnych, żeby się nie obudzić przy trzecim tomie z myślą, że we wcześniejszych mogłem coś zrobić inaczej i lepiej. Prawdopodobnie będzie trzeba na pierwszą część dość długo poczekać.1)

Po sukcesie „Gry o tron” i „Władcy Pierścieni” coraz więcej książek fantasy adaptowanych jest na potrzeby kina i telewizji. Są szanse zobaczymy twoje utwory przeniesione na ekran?

Cóż… Gdybym cokolwiek podpisał, to stosowne oświadczenie by się już pojawiło. Gdyby nic się nie działo, to nic nie mógłbym na ten temat powiedzieć. Gdyby się coś działo, to obowiązywałaby mnie tajemnica, więc nic nie mógłbym na ten temat powiedzieć. Jednym słowem nic nie mogę powiedzieć.


1) Dwa miesiące temu autor ujawnił nieco więcej szczegółów na temat zapowiadanej trylogii.


Wywiad pierwotnie ukazał się w „Nowej Fantastyce” 10/2015.

Zdjęcia: Lou Abercrombie




Autor: Tymoteusz Wronka


Dodano: 2018-09-03 12:42:57
Komentarze

Sortuj: od najstarszego | od najnowszego

Yans - 16:15 03-09-2018
Supcio, nowa trylogia nadchodzi!

Janusz S. - 20:08 03-09-2018
Niestety powoli.

Komentuj


Konkurs

Wygraj "Wodę na sicie"


Artykuły

Wywiad z Dmitrem Glukhovskym


 Wywiad z Joe Abercrombiem

 Modyfikowany Węgiel - powieść a serial

 Co będzie warto czytać z polskiej fantastyki w 2018 roku?

 Kreator światów w spódnicy – krótka opowieść o Ursuli K. Le Guin

Recenzje

del Toro, Guillermo & Hogan, Chuck - "Wieczna noc"


 Baxter, Stephen - "Proxima"

 Kosik, Rafał - "Różaniec"

 Bradley, Marion Zimmer - "Mgły Avalonu"

 Golden, Christie - "Cisza przed burzą"

 Brzezińska, Anna - "Woda na sicie"

 Miller, Madeline - "Kirke"

 Pettersen, Siri - "Bańka"

Fragmenty

 Dębski, Rafał - "Żelazny Kruk. Wyprawa"

 Straub, Peter - "Upiorna opowieść"

 Hejankowski, Sebastian - "Światłoczuły"

 Lewandowska, Magdalena i Małgorzata - "Drzewo wspomnień"

 Dworakowski, Witold - "Pani Czterdziestu Żywiołów"

 Kiszela, Marcin - "Ostatni prorok"

 Sudomir, Agnieszka - "Szablon"

 Brzezińska, Anna - "Woda na sicie"

Projekt i realizacja:sismedia.eu       Reklama     © 2004-2018 nast.pl     RSS      RSS