NAST.pl
 
Komiks
  Facebook
Facebook
 
Forum

  RSS RSS

 Strona główna     Zapowiedzi     Recenzje     Imprezy     Konkursy     Wywiady     Patronaty     Archiwum newsów     Artykuły i relacje     Biblioteka     Fragmenty     Galerie     Opowiadania     Redakcja     Zaprzyjaźnione strony   

Zaloguj się tutaj! | Rejestruj

Patronat

Aaronovitch, Ben - "Księżyc nad Soho"

Kloos, Marko - "Natarcie"

Ukazały się

Dukaj, Jacek - "Katedra" (2017)


 Day, David - "Atlas Tolkienowski"

 Smith, Guy N. - "Przeklęci"

 Martin, George R.R. - "Rycerz Siedmiu Królestw" (wyd. ilustrowane)

 Lawrence, Mark - "Klucz kłamcy"

 Douglas, Ian - "Star Carrier. Mroczny Umysł"

 Mull, Brandon - "Smocza straż"

 Lovecraft, H.P. - "Nienazwane"

Linki



Sanderson, Brandon - "Dawca przysięgi", część 1
Wydawnictwo: Mag
Cykl: Archiwum burzowego światła
Tytuł oryginału: Oathbringer
Tłumaczenie: Anna Studniarek
Data wydania: Listopad 2017
ISBN: 978-83-7480-891-0
Oprawa: miękka
Liczba stron: 560
Cena: 39,00 zł
Rok wydania oryginału: 2017
Tom cyklu: 3, część 1



Sanderson, Brandon - "Dawca przysięgi", część 1 #3

3. Pęd

TRZYDZIEŚCI CZTERY LATA WCZEŚNIEJ

Skałopąki pękały jak czaszki, miażdżone butami Dalinara, kiedy nacierał przez płonące pole. Za nim podążały jego elitarne oddziały, starannie dobrani żołnierze, jasnoocy i ciemnoocy. Nie byli strażą honorową. Dalinar nie potrzebował straży. Wybrał ludzi, których uznał za dość kompetentnych, by nie przynieśli mu wstydu.
Wokół niego tliły się skałopąki. Mech – wysuszony przez letnie upały i typowe dla tej pory roku długie przerwy między burzami – stawał w płomieniach, podpalając skorupy skałopąków. Wśród nich tańczyły ogniospreny. Dalinar, sam niczym spren, rzucił się przez dym, ufając, że pancerz i grube buty go ochronią.
Wróg – zepchnięty od północy przez jego armie – tuż przed nim wycofał się do tego miasteczka. Dalinar zmusił się, żeby zaczekać na swoje elitarne oddziały, które miały oskrzydlić przeciwnika.
Nie spodziewał się, że wróg podpali tę równinę, w akcie desperacji spali własne plony, by zablokować podejście od południa. Cóż, ogień mógł iść do Potępienia. Choć niektórzy z jego ludzi nie wytrzymali dymu lub gorąca, większość pozostała ze swoim dowódcą. Wbiją się we wroga i zepchną go z powrotem na główne siły.
Młot i kowadło. Jego ulubiona taktyka nie pozwalała, by wrogowie przed nim uciekli.
Kiedy Dalinar wypadł spośród dymu, ujrzał kilka szeregów włóczników pospiesznie ustawiających się w szyku. Wokół nich zbierały się niecierpliwospreny, przypominające czerwone wstęgi wyrastające z ziemi i kołyszące się na wietrze. Niskie mury miasta przed kilku laty zostały zburzone podczas innego konfliktu, więc jedynymi umocnieniami tych żołnierzy były gruzy – choć spora grań na wschodzie tworzyła naturalny wiatrochron osłaniający przed burzą, dzięki czemu osada mogła się roz­rastać.
Dalinar ryknął na wrogich żołnierzy i uderzył ostrzem – zwyczajnym długim mieczem – o tarczę. Miał na sobie gruby napierśnik, otwarty hełm i okute żelazem buty. Włócznicy przed nim zawahali się, kiedy jego żołnierze wypadli spośród dymu i płomieni, rycząc w morderczej kakofonii.
Kilku włóczników rzuciło broń i uciekło. Dalinar uśmiechnął się, ukazując zęby. Nie potrzebował Odprysków, by zastraszyć.
Uderzył we włóczników jak głaz toczący się przez zarośla, jego miecz wyrzucał w powietrze kropelki krwi. W dobrej walce chodziło o pęd. Nie zatrzymywać się. Nie myśleć. Nacierać i przekonać wrogów, że już są martwi. Wtedy stawiali mniejszy opór, gdy posyłało się ich na pogrzebowy stos.
Włócznicy gorączkowo uderzali włóczniami – nawet nie po to, by zabijać, ale raczej, by odepchnąć na bok tego szaleńca. Ich szeregi się załamały, gdy zbyt wielu skierowało swoją uwagę na niego.
Dalinar się roześmiał, tarczą odepchnął na bok parę włóczni, a mieczem wypatroszył jednego z żołnierzy. Mężczyzna upuścił broń, a jego sąsiedzi cofnęli się na ten przerażający widok. Dalinar zaatakował z rykiem, zabijając ich mieczem niosącym ślady krwi ich przyjaciela.
Elitarne oddziały uderzyły w przerwane szeregi i zaczęła się prawdziwa rzeź. Dalinar nacierał, zachowując pęd, przebijając się przez włóczników, aż dotarł na tyły, dopiero wtedy odetchnął głęboko i otarł popiół z twarzy. W pobliżu młody włócznik czołgał się po skałach, pozostawiając ślady krwi, i wzywał swoją matkę. Strachospreny mieszały się z pomarańczowymi, przypominającymi ścięgna bólosprenami. Dalinar pokręcił głową i mijając chłopaka, wbił miecz w jego plecy.
Ludzie często wzywali rodziców, kiedy umierali. Niezależnie od wieku. Siwobrodzi mężczyźni robili to na równi z dzieciakami takimi jak ten. Nie jest wiele młodszy ode mnie, pomyślał Dalinar. Miał może siedemnaście lat. Ale z drugiej strony Dalinar nigdy nie czuł się młody, niezależnie od wieku.
Jego elitarne oddziały podzieliły szeregi wroga na dwie części. Dalinar zatańczył, otrząsając zakrwawione ostrze, czuł się pełen energii, podekscytowany, ale jeszcze nie żywy. Gdzie on był?
Chodź...
Większa grupa wrogich żołnierzy biegła ulicą w jego stronę prowadzona przez kilku oficerów w biało-czerwonych mundurach. Nagle się zatrzymali, wyraźnie przerażeni faktem, że ich włócznicy tak szybko ginęli.
Dalinar natarł. Jego ludzie umieli obserwować przebieg walki, więc szybko dołączyło do niego pięćdziesięciu żołnierzy – reszta musiała dobić nieszczęsnych włóczników. Pięćdziesięciu wystarczy. Na ciasnych uliczkach miasteczka nie powinien potrzebować więcej.
Skupił się na jedynym konnym. Mężczyzna miał na sobie zbroję wyraźnie naśladującą Pancerz Odprysku, choć była ze zwyczajnej stali. Brakowało jej urody i mocy ­prawdziwego Odprysku. Mimo wszystko sprawiał wrażenie najważniejszej osoby w okolicy. Dalinar mógł jedynie mieć nadzieję, że oznaczało to również, iż jest najlepszy.
Straż honorowa mężczyzny ruszyła do ataku, a wtedy Dalinar poczuł, że coś się w nim budzi. Jak pragnienie, fizyczna potrzeba.
Wyzwanie. Potrzebował wyzwania!
Zwarł się z pierwszym członkiem straży, zaatakował go szybko i brutalnie. Walka na polu bitwy nie przypominała areny pojedynkowej – Dalinar nie tańczył wokół mężczyzny, sprawdzając jego umiejętności. Gdyby tu spróbował czegoś takiego, skończyłby z ostrzem wbitym w plecy przez kogoś innego. Dlatego uderzył mieczem, a wróg uniósł tarczę, by zatrzymać klingę. Dalinar zadał serię kilku szybkich, potężnych ciosów, jakby wygrywał gorączkowy rytm na bębnie. Bum, bum, bum, bum!
Wrogi żołnierz ściskał tarczę nad głową, oddając Dalinarowi panowanie nad sytuacją. Dalinar uniósł własną tarczę i pchnął nią mężczyznę, zmuszając go do cofania się, aż w końcu się potknął i odsłonił.
Ten żołnierz nie zdążył nawet zawołać matki.
Ciało osunęło się na ziemię. Dalinar pozwolił, by jego ludzie zajęli się pozostałymi – miał już otwartą drogę do oświeconego. Kim był? Arcyksiążę walczył na północy. Czy to był jakiś inny ważny jasnooki? Albo... czy podczas niekończących się narad u Gavilara nie słyszał jakiejś wzmianki o synu?
Cóż, mężczyzna z całą pewnością robił wrażenie na tej białej klaczy, gdy przyglądał się przebiegowi bitwy zza zasłony hełmu, z peleryną falującą na wietrze. Wróg uniósł miecz do hełmu, przyjmując wyzwanie Dalinara.
Idiota.
Dalinar wskazał lewą ręką, licząc, że pozostał przy nim przynajmniej jeden z jego ludzi. I rzeczywiście, Jenin zrobił krok do przodu, zdjął z pleców krótki łuk i – przy akompaniamencie zaskoczonego okrzyku oświeconego – strzelił koniowi w pierś.
– Nienawidzę strzelać do koni – mruknął Jenin, kiedy zwierzę stanęło dęba. – Jakbym wrzucał tysiąc broamów do burzowego oceanu, oświecony.
– Kiedy to skończymy, kupię ci dwa.
Dalinar patrzył, jak oświecony spada z konia. Uchylił się przed wierzgającymi kopytami i zignorował rżenie bólu, szukając powalonego mężczyzny. Ku jego zadowoleniu wróg już się podnosił.
Zwarli się, gorączkowo zadając ciosy. W życiu chodziło o pęd. Należało wybrać kierunek i nie pozwolić, by cokolwiek – człowiek lub burza – zmieniło ten kurs. Dalinar nacierał na oświeconego, odpychał go do tyłu, zażarcie i wytrwale.
Czuł, że zwycięża w tej walce, panuje nad nią, aż do chwili, gdy wbił tarczę we wroga i – w chwili nacisku – poczuł, że coś pęka. Jeden z pasów przytrzymujących tarczę na jego ramieniu się rozpadł.
Wróg zareagował natychmiast. Pchnął tarczę i okręcił ją wokół ramienia Dalinara, zrywając drugi pasek. Tarcza poleciała na bok.
Dalinar potknął się i zamachnął mieczem, próbując sparować cios, który nie nadszedł. Tymczasem oświecony zbliżył się i uderzył go swoją tarczą.
Dalinar uchylił się przed cięciem, ale kolejny cios trafił go w bok głowy. Zatoczył się, a wgnieciony metal hełmu przebił jego skórę. Miał zawroty głowy i wszystko widział podwójnie.
On zaraz spróbuje mnie dobić, pomyślał.
Dalinar ryknął i zamachnął się swoją klingą. Jego gwałtowny, szaleńczy cios trafił w miecz oświeconego i wyrwał mu go z rąk.
Mężczyzna uderzył Dalinara pancerną rękawicą w twarz, miażdżąc mu nos.
Dalinar osunął się na kolana, miecz wyślizgnął mu się z palców. Jego przeciwnik z trudem łapał oddech i przeklinał, zdyszany tą krótką, gorączkową walką. Sięgnął do pasa po nóż. Poczuł, że coś się w nim budzi.
To był ogień, który wypełnił wewnętrzne palenisko. Przepłynął przez niego i obudził go, przynosząc jasność umysłu. Odgłosy walki jego elitarnych oddziałów ze strażą honorową oświeconego przycichły, łoskot metalu o metal stał się cichym brzękiem, a krzyki były już odległym mruczeniem.
Dalinar się uśmiechnął, a po chwili wyszczerzył zęby. Znów widział wszystko wyraźnie. Oświecony – z nożem w dłoni – podniósł wzrok, wzdrygnął się i zatoczył do tyłu. Wydawał się przerażony.
Dalinar ryknął, splunął krwią i rzucił się na wroga. Cios skierowany w jego stronę wydawał się żałosny. Dalinar uchylił się przed nim i wbił ramię w brzuch przeciwnika. Coś dudniło w jego wnętrzu, puls bitwy, rytm zabijania i umierania.
Dreszcz.
Wytrącił przeciwnika z równowagi i zaczął rozglądać się za swoim mieczem. Wtedy jednak Dym wykrzyknął jego imię i rzucił mu halabardę z hakiem po jednej stronie, a szerokim, cienkim ostrzem po drugiej. Dalinar złapał ją w powietrzu, obrócił się, zahaczył ostrze o kostkę oświeconego i szarpnął.
Oświecony padł na ziemię z brzękiem stali. Zanim jednak Dalinar zdążył to wykorzystać, dwaj członkowie straży honorowej wyplątali się z walki z jego ludźmi i ruszyli na pomoc swojemu panu.
Dalinar zamachnął się i wbił halabardę w bok jednego ze strażników. Wyrwał ją i znów się zamachnął – uderzył w hełm podnoszącego się oświeconego, rzucając go na kolana – po czym cofnął się i w ostatniej chwili zatrzymał cios drugiego strażnika drzewcem halabardy.
Trzymając halabardę obiema rękami, szarpnął do góry, unosząc klingę strażnika ponad jego głowę. Zrobił krok do przodu, aż znalazł się twarzą w twarz z mężczyzną. Czuł jego oddech.
Splunął krwią ze zmiażdżonego nosa w oczy żołnierza, po czym kopnął go w brzuch. Odwrócił się do oświeconego, który próbował uciec. Dalinar warknął przepełniony Dreszczem. Zamachnął się halabardą trzymaną w jednej ręce, wbił hak w bok oświeconego i szarpnął, znów obalając go na ziemię.
Oświecony przetoczył się na plecy.
Przywitał go widok Dalinara opuszczającego halabardę obiema rękami, wbijającego hak w napierśnik i pierś. Rozległ się satysfakcjonujący trzask, a ostrze splamiła krew.
Jakby ten cios był sygnałem, jego elitarne oddziały w końcu złamały opór straży honorowej. Dalinar patrzył z uśmiechem, jak uciekają, a w powietrzu wokół niego pojawiały się chwałospreny jak świetliste złote kule. Jego ludzie zdjęli krótkie łuki i zastrzelili dobry tuzin uciekających wrogów. Na Potępienie, to wspaniałe uczucie pokonać liczniejszego wroga.
Powalony oświecony jęknął cicho.
– Dlaczego... – powiedział spod hełmu. – Dlaczego my?
Dalinar odrzucił halabardę Dymowi.
– Nie wiem.
– Ty... ty nie wiesz? – wykrztusił umierający.
– Mój brat wybiera. Ja jedynie idę tam, gdzie mi wskaże.
Machnął w stronę umierającego, a wtedy Dym wbił miecz w pachę mężczyzny, dobijając go. Oświecony walczył całkiem dobrze, nie miało sensu przedłużanie jego cierpienia.
Podszedł kolejny żołnierz, w ręku trzymał miecz Dalinara. W ostrzu była szczerba wielkości palca, wydawał się też wygięty.
– Powinniście go wbijać w miękkie części, oświecony – zauważył Dym – a nie walić w te twarde.
– Będę o tym pamiętał. – Dalinar odrzucił miecz na bok, widząc, jak jeden z jego ludzi szuka wśród zabitych nowej broni.
– Dobrze się czujecie, oświecony?
– Nigdy nie czułem się lepiej. – Głos Dalinara brzmiał trochę niewyraźnie z powodu zapchanego nosa. Bolało jak Potępienie, a z ziemi zaczęła się podnosić gromadka bólosprenów, malutkich rąk ze ścięgien.
Jego ludzie zebrali się wokół niego, a Dalinar poprowadził ich dalej ulicą. Wkrótce zobaczył główne siły przeciwnika wciąż walczące przed nimi, atakowane przez jego armię. Zatrzymał swoich ludzi, rozważając możliwości.
Thakka, kapitan jego elitarnych oddziałów, odwrócił się w jego stronę.
– Jakieś rozkazy, panie?
– Wejdźcie do tych budynków. – Dalinar wskazał na szereg domów. – Zobaczymy, jak dobrze będą walczyć, kiedy otoczymy ich rodziny.
– Żołnierze będą chcieli plądrować – zauważył Thakka.
– A co jest do splądrowania w takich chałupach? Mokre skóry i miski ze skałopąków? – Zdjął hełm, żeby otrzeć krew z twarzy. – Plądrować mogą później. Teraz potrzebuję zakładników. Gdzieś w tym burzowym mieście są cywile. Znajdźcie ich.
Thakka pokiwał głową, wykrzykując rozkazy. Dalinar sięgnął po wodę. Musiał się spotkać z Sadeasem i...
Coś wbiło się w jego ramię. Zauważył to kątem oka, rozmazany czarny kształt, który uderzył w niego z siłą kopnięcia. Stracił równowagę i poczuł ból w boku.
Zamrugał, nie wiedząc, jakim sposobem znalazł się na ziemi. Z jego prawego ramienia wystawała burzowa strzała z długim, grubym drzewcem. Przebiła czysto kolczugę tuż obok miejsca, w którym kończył się napierśnik.
– Oświecony! – Thakka ukląkł i osłonił Dalinara własnym ciałem. – Na Keleka! Oświecony, czy...
– Kto to wystrzelił, na Potępienie? – spytał ostro Dalinar.
– Tam – odparł jeden z jego ludzi, wskazując grań nad miastem.
– Ale to musi być ponad trzysta jardów! – Dalinar odepchnął Thakkę na bok i wstał. – To nie...
Tym razem patrzył, więc udało mu się uskoczyć przed kolejną strzałą, która wbiła się w ziemię zaledwie stopę od niego i roztrzaskała o kamienie. Zapatrzył się na nią, po czym zaczął krzyczeć.
– Konie! Gdzie są burzowe konie?!
Niewielka grupka żołnierzy podbiegła, prowadząc wszystkie jedenaście koni, które wcześniej przeprowadzili ostrożnie przez pole. Dalinar musiał uchylić się przed kolejną strzałą, zanim chwycił wodze Nocy, swojego karego wałacha, i wspiął się na siodło. Czuł przeszywający ból w ramieniu, ale coś bardziej dojmującego popychało go do przodu. Pomagało mu się skupić.
Pogalopował w stronę, z której przybyli, dzięki czemu znalazł się poza zasięgiem łucznika, a za nim podążało dziesięciu jego najlepszych ludzi. Musiała istnieć jakaś droga w górę tego zbocza... Tam! Skalisty szlak wijący się zakosami, na tyle łagodny, że nie bał się pogalopować na Nocy.
Martwił się, że zanim dotrze na szczyt, jego cel ucieknie. Jednak kiedy w końcu dotarł na grań, w jego tors po lewej stronie uderzyła strzała, przebiła napierśnik w pobliżu ramienia i prawie zrzuciła go z siodła.
Na Potępienie! Dalinar jakimś sposobem się utrzymał, ściskając wodze w jednej dłoni. Pochylił się nad końskim grzbietem i patrzył, jak łucznik – wciąż odległa postać stojąca na kamiennym występie – wypuszcza następną strzałę. I kolejną. Na burze, szybki był!
Dalinar szarpnął Noc w bok, później w drugą stronę. Czuł, jak Dreszcz wypełnia go swoim pulsowaniem. Odpędzał ból, pomagał mu się skupić.
Łucznik w końcu się zaniepokoił, zeskoczył ze swojego wzniesienia i zaczął uciekać.
Dalinar chwilę później przejechał nad występem. Łucznik okazał się mężczyzną około dwudziestki w obszarpanym ubraniu. Ręce i ramiona miał tak umięśnione, że wyglądał, jakby mógł podnieść chulla. Dalinar mógł go stratować, ale przegalopował obok, kopnął go w plecy i przewrócił.
Zatrzymał konia, a ruch ten sprawił, że jego ramię przeszył ból. Zwalczył go, choć łzawiły mu oczy, i odwrócił się do łucznika, który leżał skulony wśród rozsypanych strzał.
W chwili gdy dogonili go jego ludzie, niezgrabnie zeskoczył z siodła. Złapał łucznika i podniósł go szarpnięciem, jego wzrok przyciągnął niebieski tatuaż na policzku mężczyzny. Łucznik sapnął i wpatrzył się w Dalinara. Spodziewał się, że musi robić duże wrażenie pokryty warstwą popiołu z pożarów, z twarzą zalaną krwią ze złamanego nosa i rany na głowie, przebity nie jedną, ale dwiema strzałami.
– Zaczekałeś, aż zdejmę hełm – powiedział ostro Dalinar. – Jesteś zabójcą. Zostałeś przysłany tutaj, by mnie zabić.
Mężczyzna skrzywił się, po czym pokiwał głową.
– Zadziwiające! – Dalinar puścił łucznika. – Pokaż mi, jak strzelasz. Jaka to odległość, Thakko? Mam rację, prawda? Ponad trzysta jardów?
– Prawie czterysta. – Thakka podjechał bliżej. – Ale ma przewagę wysokości.
– Mimo wszystko. – Dalinar podszedł do krawędzi grani. Odwrócił się do oszołomionego łucznika. – I co? Bierz swój łuk!
– Mój... łuk?
– Głuchy jesteś, człowieku? – warknął Dalinar. – Bierz go!
Łucznik spojrzał na dziesięciu żołnierzy, ponurych i niebezpiecznych, po czym rozsądnie postanowił wypełnić polecenie. Podniósł strzałę, a później swój łuk – wykonany z gładkiego, czarnego drewna, którego Dalinar nie rozpoznawał.
– Przeszły przez mój burzowy pancerz – mruknął Dalinar, macając strzałę, która trafiła go z lewej.
Ta nie była taka zła – przebiła stal, ale wytraciła większość pędu. Ta po prawej z kolei przecięła kolczugę, a z rany płynęła krew.
Pokręcił głową i osłonił oczy lewą dłonią, przyglądając się polu bitwy. Po jego prawej walczyły armie, a elitarne oddziały atakowały od flanki. Tylna straż znalazła cywilów i właśnie wyprowadzała ich na ulicę.
– Wybierz trupa. – Dalinar wskazał na pusty plac, na którym wcześniej trwała potyczka. – Wbij strzałę w jednego z tych tam, jeśli potrafisz.
Łucznik oblizał wargi wciąż wyraźnie zdezorientowany. W końcu wyjął lunetę zza pasa i przyjrzał się okolicy.
– Ten w niebieskim, obok przewróconego wozu.
Dalinar zmrużył oczy i pokiwał głową. Thakka tymczasem zsiadł z konia, wyjął miecz i oparł go o ramię. Niezbyt subtelne ostrzeżenie. Łucznik naciągnął łuk i wypuścił strzałę z czarnym pierzyskiem. Poleciała prosto do celu i wbiła się w wybranego trupa.
Obok Dalinara pojawił się samotny podziwospren, podobny do kręgu niebieskiego dymu.
– Na Ojca Burz! Thakko, przed dzisiejszym dniem postawiłbym pół księstwa na to, że taki strzał jest niemożliwy. – Odwrócił się do łucznika. – Jak cię zwą, zabójco?
Mężczyzna uniósł brodę, ale nie odpowiedział.
– Tak czy inaczej, witam w moich elitarnych oddziałach – stwierdził Dalinar. – Niech ktoś znajdzie mu konia.
– Że co? Próbowałem was zabić!
– Tak, z dużej odległości. Co świadczy, że masz wyjątkowo dużo zdrowego rozsądku. Przyda mi się ktoś o twoich umiejętnościach.
– Jesteśmy wrogami!
Dalinar skinął na miasto poniżej, gdzie otoczona armia – w końcu – się poddawała.
– Już nie. Wygląda na to, że teraz jesteśmy sojusznikami!
Łucznik splunął na ziemię.
– Niewolnikami tego tyrana, waszego brata!
Dalinar pozwolił, by jeden z żołnierzy pomógł mu wspiąć się na siodło.
– Jeśli wolisz zginąć, uszanuję to. Możesz też do mnie dołączyć i podać cenę.
– Życie mojego oświeconego Yezriara. Dziedzica.
Dalinar spojrzał na Thakkę.
– Czy to ten...?
– ...Którego zabiliście tam na dole? Tak, panie.
– Ma dziurę w piersi. – Dalinar znów spojrzał na zabójcę. – Co za pech.
– Ty... ty potworze! Nie mogliście go pojmać?
– Nie. Inne arcyksięstwa się zaparły. Nie chcą uznać władzy mojego brata. Zabawy w berka z wysoko urodzonymi jasnookimi jeszcze ich zachęcają. Jeśli zrozumieją, że pragniemy ich krwi, zastanowią się. – Dalinar wzruszył ramionami. – Co powiesz na to? Przyłącz się do mnie, a nie złupimy miasteczka. A w każdym razie tego, co z niego pozostało.
Mężczyzna spojrzał na poddającą się armię.
– Wchodzisz czy nie? Obiecuję, że nie zmuszę cię do zastrzelenia nikogo, kogo darzysz sympatią.
– Ja...
– Wspaniale!
Dalinar zawrócił konia i odjechał.
Jakiś czas później, kiedy elitarni żołnierze Dalinara go dogonili, ponury łucznik siedział na koniu razem z pozostałymi. Kiedy Dreszcz przycichł, Dalinar czuł przeszywający ból prawego ramienia, ale dało się go wytrzymać. Musiał znaleźć jakiegoś chirurga, żeby obejrzał ranę.
Po powrocie do miasta wydał rozkaz zakończenia grabieży. Wiedział, że jego ludziom się to nie spodoba, ale miasteczko i tak nie było wiele warte. Bogactwa zaczną się pojawiać, kiedy dotrą do centrów księstw.
Pozwolił, by koń niósł go spokojnym krokiem przez miasto, mijał żołnierzy, którzy usiedli, by się napić i odpocząć po długiej walce. Nos wciąż go bolał i Dalinar musiał się powstrzymywać przed wydmuchiwaniem krwi. Jeśli rzeczywiście był złamany, to by mu zaszkodziło.
Nie zatrzymywał się, walcząc z tępym poczuciem... nicości, które często następowało po walce. To była najgorsza chwila. Wciąż pamiętał, jak to jest żyć, ale teraz musiał stawić czoło powrotowi do codzienności.
Przegapił egzekucje. Sadeas już nabił na włócznie głowę miejscowego arcyksięcia i jego oficerów. Zawsze lubił się popisywać. Dalinar minął ponury szereg, kręcąc głową, i usłyszał stłumione przekleństwo nowego łucznika. Będzie musiał z nim porozmawiać, podkreślić, że kiedy wcześniej zaatakował Dalinara, strzelał do wroga. Czyn, który należało uszanować. Ale gdyby teraz spróbował zaatakować Dalinara lub Sadeasa, sytuacja wyglądałaby inaczej i Thakka od razu zabrałby się do poszukiwania jego rodziny.
– Dalinarze?! – zawołał ktoś.
Dalinar zatrzymał się i odwrócił w stronę źródła dźwięku. Torol Sadeas – olśniewający w swoim złocistym Pancerzu Odprysku, który został już nawet umyty – przeciskał się między gromadką oficerów. Młodzieniec o czerwonej twarzy wydawał się dużo starszy niż przed rokiem. Kiedy zaczęli to wszystko, wciąż wyglądał jak niezgrabny młodzik. Już nie.
– Dalinarze, czy to strzały? Na Ojca Burz, wyglądasz jak ciernisty krzew! Co ci się stało w twarz?
– Pięść. – Wskazał brodą na głowy na włóczniach. – Dobra robota.
– Książę dziedzic nam uciekł. Zorganizuje opór.
– To by było imponujące, jeśli wziąć pod uwagę, co mu zrobiłem.
Sadeas wyraźnie się rozluźnił.
– Och, Dalinarze. Co my byśmy zrobili bez ciebie?
– Przegralibyście. Niech mi ktoś przyniesie coś do pica i sprowadzi chirurgów. W tej kolejności. Poza tym, Sadeasie, obiecałem, że nie złupimy miasta. Żadnej grabieży i żadnych niewolników.
– Że co? – spytał ostro Sadeas. – Komu obiecałeś?
Dalinar wskazał ponad ramieniem na łucznika.
Sadeas jęknął.
– Kolejny?
– Doskonale celuje. I jest lojalny.
Spojrzał w bok, gdzie żołnierze Sadeasa zebrali gromadkę zapłakanych kobiet, by ich dowódca mógł sobie jakąś wybrać.
– Spodziewałem się rozrywki dzisiejszej nocy – zauważył Sadeas.
– A ja spodziewałem się, że będę oddychał przez nos. Przeżyjemy. O dzieciakach, z którymi dziś walczyliśmy, nie da się tego powiedzieć.
– Dobrze już, dobrze. – Sadeas westchnął. – Jedno miasteczko pewnie możemy zostawić w spokoju. Jako symbol, że nie jesteśmy pozbawieni miłosierdzia. – Znów spojrzał na Dalinara. – Musimy ci zdobyć jakieś Odpryski.
– Żeby mnie chroniły?
– Chroniły? Na burze, Dalinarze, w tej chwili nie jestem pewien, czy mogłaby cię zabić nawet lawina. Nie, po prostu w porównaniu z tobą wydajemy się słabi, skoro ty osiągasz tak wiele właściwie nieuzbrojony!
Dalinar wzruszył ramionami. Nie zaczekał na wino ani chirurgów. Poprowadził konia z powrotem, zebrał swoje elitarne oddziały i wydał im rozkazy, by ochronili miasteczko przed splądrowaniem. Kiedy skończył, poprowadził konia przez dymiącą ziemię do obozu.
Skończył żyć na ten dzień. Następna okazja miała się pojawić za kilka tygodni, a może miesięcy.



Dodano: 2017-12-04 22:47:19
Komentarze
-Jeszcze nie ma komentarzy-
Komentuj


Artykuły

Drugi wywiad z Rafałem Kosikiem


 Gra o tron subiektywnym okiem (s07e07)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s07e06)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s07e05)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s07e04)

Recenzje

Cameron, Miles - "Straszny smok"


 Lotz, Sarah - "Dzień czwarty"

 Weitz, Chris - "Młody świat"

 Avoledo, Tullio - "Krucjata dzieci"

 Weir, Andy - "Artemis"

 Tregillis, Ian - "Wyzwolenie"

 Adams, Douglas - "Restauracja na końcu wszechświata. Życie, wszechświat i cała reszta"

 Chima, Cinda Williams - "Zaklinacz ognia"

Fragmenty

 Gromyko, Olga; Ułanow, Andriej - "Plus/minus"

 Lawrence, Mark - "Klucz kłamcy"

 Sanderson, Brandon - "Dawca przysięgi", część 1 #3

 Sanderson, Brandon - "Dawca przysięgi", część 1 #2

 Bardugo, Leigh - "Język cierni"

 Aaronovitch, Ben - "Szepty pod ziemią"

 Sanderson, Brandon - "Dawca przysięgi", część 1 #1

 Bourne, J.L. - "Więcej niż wygnanie"

Projekt i realizacja:sismedia.eu       Reklama     © 2004-2017 nast.pl     RSS      RSS