NAST.pl
 
Komiks
  Facebook
Facebook
 
Forum

  RSS RSS

 Strona główna     Zapowiedzi     Recenzje     Imprezy     Konkursy     Wywiady     Patronaty     Archiwum newsów     Artykuły i relacje     Biblioteka     Fragmenty     Galerie     Opowiadania     Redakcja     Zaprzyjaźnione strony   

Zaloguj się tutaj! | Rejestruj

Patronat

Aaronovitch, Ben - "Księżyc nad Soho"

Kloos, Marko - "Natarcie"

Ukazały się

Dukaj, Jacek - "Katedra" (2017)


 Day, David - "Atlas Tolkienowski"

 Smith, Guy N. - "Przeklęci"

 Martin, George R.R. - "Rycerz Siedmiu Królestw" (wyd. ilustrowane)

 Lawrence, Mark - "Klucz kłamcy"

 Douglas, Ian - "Star Carrier. Mroczny Umysł"

 Mull, Brandon - "Smocza straż"

 Lovecraft, H.P. - "Nienazwane"

Linki



Bardugo, Leigh - "Język cierni"
Wydawnictwo: Mag
Tytuł oryginału: The Language of Thorns
Tłumaczenie: Wojciech Szypuła
Data wydania: Listopad 2017
ISBN: 978-83-7480-890-3
Oprawa: twarda
Liczba stron: 320
Cena: 39,00 zł
Rok wydania oryginału: 2017



Bardugo, Leigh - "Język cierni"

Ayama i cierniowy las

Lato przeciągnęło się ponad miarę i żar zalegał na prerii ciężko niczym trup. Bezlitosne słońce spopielało wysokie trawy, zwierzęta padały martwe na spieczonych polach. W owym roku tylko muchy były zadowolone. Królowa zachodniej doliny miała natomiast kłopot.
Wszyscy znamy historię o tym, jak królowa stała się królową; jak – mimo łachmanów i podłego urodzenia – jej uroda zwróciła uwagę młodego księcia, który kazał ją sprowadzić do pałacu, gdzie odziano ją w złoto, we włosy wpleciono jej klejnoty i wszystkim kazano klękać przed dziewczyną, która zaledwie parę dni wcześniej była zwykłą służącą.
Wszystko to wydarzyło się, zanim książę został królem, w czasach, gdy – rozhukany jeszcze i nierozważny – codziennie po południu wyruszał na polowanie na grzbiecie rudego kuca, którego osobiście ujeździł. Sprawiało mu przyjemność, że działa na nerwy ojcu, wybrawszy na żonę dziewczynę z gminu, zamiast swoim ożenkiem przypieczętować jakiś polityczny sojusz. Matka dawno go odumarła, brakowało mu więc jej rozważnych rad, a poddani byli rozbawieni jego wybrykami i urzeczeni jego prześliczną małżonką. Przez pewien czas książęca para żyła spokojnie i szczęśliwie. Księżna powiła książątko o krągłej buzi, które gaworzyło radośnie w kołysce, z każdym dniem coraz bardziej i bardziej kochane.
Jednakże w tym samym roku, który przyniósł tamto niezwykle upalne lato, stary król zmarł i popędliwy książę został koronowany na jego następcę. Gdy królowa chodziła w ciąży z drugim dzieckiem, wszelkie deszcze ustały, ­słońce wypaliło rzekę do nagiego skalnego łożyska, pył wypełnił studnie. Królowa z obrzmiałym brzuchem codziennie spacerowała po blankach pałacowych murów, modląc się o mądrość, siłę i urodę przyszłego potomka, nade wszystko zaś – o chłodny wiatr, który owionąłby jej skórę i przyniósł choć odrobinę ulgi.
W noc narodzin drugiego królewskiego syna księżyc w pełni wzeszedł na niebie brunatny jak stary strup. Kojoty, które zgromadziły się wokół pałacu, wyjąc i drapiąc mury, wypruły wnętrzności strażnikowi posłanemu, by je przegonił. Ich zaciekłe ujadanie zagłuszyło krzyk królowej na widok rozwrzeszczanego stwora, który wyśliznął się z jej łona. Mały książę tylko trochę przypominał chłopczyka, znacznie bardziej zaś wilka. Całe jego ciało, od czubka głowy po końce pazurzastych łap, okrywała lśniąca czarna sierść, oczy miał czerwone jak krew, a z czoła sterczały mu zaczątki rogów.
Królowi nieśpieszno było do ustanowienia precedensu w postaci mordowania dzieci królewskiej krwi, ale taka bestia nie mogła przecież chować się w pałacu. Wezwał więc swoich najbardziej uczonych ministrów i najświetniejszych inżynierów i polecił im zbudować pod pałacem rozległy podziemny labirynt. Korytarze ciągnęły się przez wiele mil, aż pod rynek, nieustannie kręcąc, zawracając i krzyżując się. Budowa trwała całe lata, połowa zatrudnionych przy niej robotników przepadła bez wieści, kiedy jednak wreszcie dobiegła końca, król kazał wyprowadzić swojego potwornego syna z klatki w pałacowym pokoju dziecinnym i zamknąć go w labiryncie, by nigdy więcej nie naprzykrzał się ani matce, ani królestwu.

***

Tego samego lata, gdy królowa powiła monstrum, przyszło na świat także inne dziecko. Kima urodziła się w znacznie uboższej rodzinie, ledwie mającej dość ziemi, by wyżywić się z jej płodów, za to kiedy pierwszy raz otworzyła buzię i nabrała tchu, nie zaczęła krzyczeć, lecz śpiewać, a wtedy niebiosa się rozwarły i spadł deszcz, który położył kres przeciągającej się ponad miarę suszy.
Jeszcze tego samego dnia świat się zazielenił. Powiadano, że gdziekolwiek zjawiała się Kima, w powietrzu czuć było słodką woń świeżej roślinności. Była wysoka i gibka jak młoda lipa i poruszała się z wdziękiem, który zdawał się niemal niepokojący – jakby lada chwila mógł ją porwać wiatr, tak lekkim stąpała krokiem. Jej gładka skóra lśniła odcieniem brązu, jaki przybierają zbocza gór w tej miodowej godzinie tuż przed zachodem słońca. Rozpuszczone włosy okalały jej twarz gęstą aureolą czarnych loków, upodabniając ją do rozkwitającego kwiatu.
Nikt w miasteczku nie przeczył, że narodziny Kimy to błogosławieństwo dla jej rodziców, było bowiem oczywiste, że wyjdzie za mąż za zamożnego mężczyznę, może nawet księcia, i przyniesie im wiele szczęścia.
Tymczasem zaledwie rok później na świat przyszła ich druga córka – i tym razem bogowie wybuchnęli śmiechem, w miarę bowiem dorastania dziecka stało się oczywiste, że brakuje mu wszystkich tych przymiotów, które Kima ­posiadła w takim nadmiarze. Ayama była niezgrabiaszem, wszystko leciało jej z rąk; ciało miała krzepkie, płaskostope, niskie i krągłe jak kufel do piwa. Tembr głosu Kimy był łagodny i kojący jak deszcz, głos Ayamy zaś przywodził na myśl żar lejący się z nieba w samo południe, tak okrutny, że człowiek odruchowo krzywił się i odwracał. Zakłopotani tym rodzice poprosili ją więc, by odzywała się możliwie jak najrzadziej, wynajdowali jej rozliczne domowe obowiązki i wypuszczali ją za próg tylko po to, by mogła odbyć długi spacer z praniem nad rzekę i z powrotem.
Aby nie zakłócać spoczynku Kimie, wyłożyli Ayamie siennik na ciepłych kamieniach kuchennego paleniska. Jej włosy stawały się coraz bardziej rozczochrane, skóra chłonęła popiół i wkrótce cała Ayama zdawała się bardziej szara niż brunatna, gdy nieśmiało przekradała się z cienia w cień, lękając się, by kogoś nie urazić. Z czasem ludzie zapomnieli, że w domu są dwie córki, nie jedna, i nauczyli się myśleć o Ayamie wyłącznie jak o służącej.
Kima często próbowała rozmawiać z siostrą, szykowano ją jednak do roli narzeczonej bogacza, toteż ledwie udało jej się zagadnąć do Ayamy w kuchni, zaraz ktoś wołał ją do szkoły albo na lekcję tańca. Za dnia Ayama harowała w milczeniu, nocą zaś podkradała się do łóżka Kimy, brała siostrę za rękę i słuchała opowiadanych przez babkę bajek, usypiana skrzypiącym, wiekowym głosem Ma Zil. Kiedy świece się dopalały, Ma Zil szturchała ją laską i kazała jej wracać na swoje posłanie, zanim rodzice obudzą się i zobaczą, że naprzykrza się siostrze.
Trwało to przez dłuższy czas. Ayama pracowała w kuchni, a Kima stawała się coraz piękniejsza. W pałacu pod urwiskiem królowa opiekowała się swoim ludzkim synem, a nocą zatykała uszy zwitkami wełny, żeby nie słyszeć dobiegającego spod ziemi skowytu młodszego potomka. Król prowadził – i przegrywał – wojnę na wschodzie. Ludzie gderali, gdy nakładał na nich nowe podatki lub wcielał ich synów do wojska. Narzekali na pogodę. Modlili się o deszcz.
Aż w pewien pogodny, słoneczny poranek miasteczko obudził huk gromu. Na niebie nie było widać ani jednej chmurki, ale od łoskotu zadygotały dachówki na dachach, a pewien staruszek zachwiał się na nogach, wpadł do rowu i przeleżał w nim dwie godziny w oczekiwaniu na ratunek z rąk własnych synów. Wtedy już wszyscy wiedzieli, że to nie burza była źródłem nieoczekiwanego hałasu: to potwór wymknął się z labiryntu, a jego ryk poniósł się echem w dolinie i wprawił góry w drżenie.
Ludzie przestali narzekać na podatki, słabe plony i wojnę. Zamiast tego zaczęli się lękać, że bestia może porwać ich z łóżka i pożreć żywcem. Barykadowali się w domach i ostrzyli noże. Nie wypuszczali dzieci za próg i przez całą noc palili latarnie.
Nikt jednak nie jest w stanie żyć w ciągłym strachu, kiedy więc kolejne dni mijały spokojnie, zaczęto dochodzić do wniosku, że, być może, bestia wyświadczyła im uprzejmość i znalazła sobie inną dolinę do terroryzowania – do czasu, gdy Bolan Bedi, który wyjechał doglądać swojego stada, znalazł na zachodnich pastwiskach pozarzynane bydło i ­trawę nasiąkłą krwią. Inni donosili o podobnych wypadkach, wieść o rzeziach się rozeszła i w końcu także ojciec Ayamy zapuścił się na odległe łąki, żeby zasięgnąć języka. Po powrocie opowiadał straszne rzeczy: o cielętach z poobrywanymi łbami i rozprutych od szyi po krocze owcach, których wełna przybrała kolor rdzy. Tylko prawdziwe monstrum mogło wyrządzić takie szkody w jedną noc.
Mieszkańcy zachodniej doliny nigdy nie uważali swojego króla za jakiegoś herosa – regularnie przegrywał przecież wojny, wziął sobie wieśniaczkę za żonę, a na dokładkę uwielbiał pławić się w luksusach. Teraz jednak wprost pękali z dumy, gdy (jak na władcę przystało) poprzysiągł bronić doliny i raz na zawsze rozprawić się ze swoim synem-potworem. Zebrał liczną wyprawę myśliwską i posłał ją na dzikie ziemie, gdzie – jak domniemywali jego ministrowie – zaszyła się bestia; w charakterze zbrojnej eskorty przydzielił myśliwym własną gwardię królewską. Pomaszerowali głównym traktem: stu żołnierzy wzniecało podkutymi butami tumany kurzu, a prowadził ich kapitan w lśniących rękawicach z kutego brązu. Ayama stała przy kuchennym oknie, obserwowała ich przemarsz i zachwycała się ich odwagą.
Kiedy następnego ranka mieszkańcy miasteczka udali się na rynek, by tam jak zwykle zająć się handlem, powitał ich makabryczny widok: obok studni na środku placu wyrosła wieża zbudowana z kości stu mężczyzn, które ułożono jak kawałki drewna wyrzuconego przez morze na brzeg, zwieńczona połyskującymi w słońcu brązowymi kapitańskimi rękawicami.
Ludzie płakali i drżeli. Ktoś musiał przecież obronić ich stada i ich samych. Skoro żołnierze nie byli w stanie zabić bestii, król powinien w jakiś sposób ułagodzić swojego młodszego syna.
Król przykazał najmędrszemu ze swoich ministrów udać się na dzikie ziemie i zawrzeć rozejm z potworem. Minister wysłuchał go, posłusznie spakował swoje rzeczy... i czmychnął z doliny, aż się za nim kurzyło. Więcej o nim nie słyszano.
Zdesperowany król, nie mogąc znaleźć śmiałka, który wyprawiłby się w dzicz i negocjował w jego imieniu, zaoferował trzy kufry złota i trzydzieści bel jedwabiu każdemu, kto będzie miał dość odwagi, by zostać jego posłem.
Tego wieczoru we wszystkich domach w dolinie toczyły się ożywione dysputy.
– Powinniśmy stąd odejść – powiedział ojciec Ayamy, gdy rodzina zasiadła do kolacji. – Widzieliście te kości? Jeżeli król nie potrafi obłaskawić potwora, ten z pewnością wkrótce przyjdzie i pożre nas wszystkich.
– Udamy się na wschód – zawtórowała mu matka Aya­my – i osiedlimy się na wybrzeżu. Tam będzie nasz nowy dom.
Ale starej Ma Zil, siedzącej na niskim taborecie przy ogniu i żującej liście jurdy, nie uśmiechała się daleka podróż.
– Poślijcie Ayamę – powiedziała i splunęła w płomienie.
Milczenie się przedłużało, ogień syczał i trzaskał. Ayama zadrżała, chociaż przecież stała przy samym piecu, pogryzając proso.
– Nie, nie, nie – odezwała się w końcu jej matka, jakby zdała sobie sprawę, że to właśnie ona musi zaoponować. – Ayama może być trudnym dzieckiem, ale jest moją córką. Przeniesiemy się nad morze.
– Poza tym – wtrącił ojciec – spójrz tylko na ten jej brudny fartuch i kudły w nieładzie. Kto by ją wziął za królewskiego emisariusza? Bestia na jej widok tylko parsknie śmiechem i przepędzi ją z dzikich ziem.
Ayama nie była pewna, czy potwory umieją się śmiać, ale nie było czasu, żeby się nad tym zastanawiać, bo Ma Zil znów splunęła w ogień.
– On jest potworem – przypomniała. – Nie zna się na pięknych buziach i eleganckich strojach. Niech Ayama zostanie królewskim posłańcem. Cała rodzina się wzbogaci, a Kima znajdzie jeszcze lepszego męża i zatroszczy się o nas wszystkich.
– A jeśli potwór ją pożre? – zaniepokoiła się dobra Kima ze łzami w pięknych oczach.
Ayama była wdzięczna siostrze, bo choć sama chciała gorąco sprzeciwić się planowi babki, rodzice od tak dawna kazali jej trzymać język za zębami, że mówienie przychodziło jej z trudem.
Ma Zil zbyła słowa Kimy machnięciem ręki.
– Wtedy zaśpiewamy jej pieśń kości. A i tak będziemy bogaci.
Na to rodzice Ayamy nic już nie powiedzieli, nie chcieli jednak spojrzeć córce w oczy – zwłaszcza że oczami wyobraźni widzieli już góry królewskiego złota.
Później tej samej nocy, kiedy Ayama przewracała się z boku na bok na twardych kamieniach paleniska i ze strachu nie mogła spać, Ma Zil przyszła do niej i stwardniałą od odcisków dłonią dotknęła jej policzka.
– Nie martw się – powiedziała. – Wiem, że się boisz, ale kiedy już zdobędziesz królewską nagrodę, zatrudnisz włas­nych służących. Nigdy więcej nie będziesz musiała szorować podłóg ani wydrapywać przypalonego gulaszu ze starego kot­ła. Będziesz się ubierać w błękitne letnie jedwabie, raczyć się białymi nektarynkami i spać w prawdziwym łóżku.
Widząc zatroskanie wciąż malujące się na twarzy Aya­my, Ma Zil podjęła po chwili:
– Daj spokój, Ayamo, przecież wiesz, jak to jest w życiu: wszystko, co najciekawsze, przydarza się wyłącznie ładnym dziewczętom. Ty spokojnie wrócisz do domu przed zachodem słońca.
Ta myśl rzeczywiście wydała się Ayamie pocieszająca i kiedy Ma Zil zaśpiewała jej kołysankę, zasnęła, zaczęła śnić... i głośno chrapać, bo we śnie nikt nie mógł jej uciszyć.



Dodano: 2017-11-27 17:20:38
Komentarze
-Jeszcze nie ma komentarzy-
Komentuj


Artykuły

Drugi wywiad z Rafałem Kosikiem


 Gra o tron subiektywnym okiem (s07e07)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s07e06)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s07e05)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s07e04)

Recenzje

Cameron, Miles - "Straszny smok"


 Lotz, Sarah - "Dzień czwarty"

 Weitz, Chris - "Młody świat"

 Avoledo, Tullio - "Krucjata dzieci"

 Weir, Andy - "Artemis"

 Tregillis, Ian - "Wyzwolenie"

 Adams, Douglas - "Restauracja na końcu wszechświata. Życie, wszechświat i cała reszta"

 Chima, Cinda Williams - "Zaklinacz ognia"

Fragmenty

 Gromyko, Olga; Ułanow, Andriej - "Plus/minus"

 Lawrence, Mark - "Klucz kłamcy"

 Sanderson, Brandon - "Dawca przysięgi", część 1 #3

 Sanderson, Brandon - "Dawca przysięgi", część 1 #2

 Bardugo, Leigh - "Język cierni"

 Aaronovitch, Ben - "Szepty pod ziemią"

 Sanderson, Brandon - "Dawca przysięgi", część 1 #1

 Bourne, J.L. - "Więcej niż wygnanie"

Projekt i realizacja:sismedia.eu       Reklama     © 2004-2017 nast.pl     RSS      RSS