NAST.pl
 
Komiks
  Facebook
Facebook
 
Forum

  RSS RSS

 Strona główna     Zapowiedzi     Recenzje     Imprezy     Konkursy     Wywiady     Patronaty     Archiwum newsów     Artykuły i relacje     Biblioteka     Fragmenty     Galerie     Opowiadania     Redakcja     Zaprzyjaźnione strony   

Zaloguj się tutaj! | Rejestruj

Patronat

Aaronovitch, Ben - "Księżyc nad Soho"

Kloos, Marko - "Natarcie"

Ukazały się

Dukaj, Jacek - "Katedra" (2017)


 Day, David - "Atlas Tolkienowski"

 Smith, Guy N. - "Przeklęci"

 Martin, George R.R. - "Rycerz Siedmiu Królestw" (wyd. ilustrowane)

 Lawrence, Mark - "Klucz kłamcy"

 Douglas, Ian - "Star Carrier. Mroczny Umysł"

 Mull, Brandon - "Smocza straż"

 Lovecraft, H.P. - "Nienazwane"

Linki



Aaronovitch, Ben - "Szepty pod ziemią"
Wydawnictwo: Mag
Cykl: PC Peter Grant
Tytuł oryginału: Whispers Under Ground
Tłumaczenie: Małgorzata Strzelec
Data wydania: Listopad 2017
Oprawa: twarda
Liczba stron: 336
Cena: 35,00 zł
Rok wydania oryginału: 2012
Tom cyklu: 3



Aaronovitch, Ben - "Szepty pod ziemią"

Rozdział 1

Stacja Tufnell Park

Jeszcze latem popełniłem błąd i zdradziłem mamie, w jaki sposób zarabiam na życie. Nie chodzi mi o pracę w policji, bo o tym już wiedziała, zwłaszcza że ukończyłem szkołę w Hendon, ale o to, że pracuję w takim wydziale policji londyńskiej, który zajmuje się zjawiskami nadnaturalnymi. Mama przetłumaczyła to sobie w głowie na „łowcę czarownic”. I dobrze, bo moja mama, podobnie jak większość mieszkańców Afryki Zachodniej, uważa ten fach za bardziej godny szacunku niż zawód policjanta. Rażona niespodziewanym wybuchem matczynej dumy zaczęła opisywać moją nową ścieżkę zawodową przyjaciołom i krewnym, gronu, które – jak oceniam – obejmuje przynajmniej dwadzieścia procent społeczności Sierraleończyków żyjących obecnie w Zjednoczonym Królestwie. W tym także Alfreda Kamarę, który mieszkał na tym samym osiedlu co moja mama, a poprzez niego Abigail, jego trzynastoletnią córkę. To właśnie w ostatnią niedzielę przed Bożym Narodzeniem uznała, że chce, bym obejrzał znalezionego przez nią ducha. Przykuła moją uwagę, naprzykrzając się mojej matce do tego stopnia, że ta w końcu poddała się i zadzwoniła do mnie na komórkę.
Nie byłem zadowolony, ponieważ niedziela to jeden z nielicznych dni, kiedy nie mam porannych ćwiczeń na strzelnicy, więc zamierzałem poleżeć sobie dłużej w łóżku, a potem wpaść na mecz do pubu.
– To gdzie ten duch? – zapytałem Abigail, kiedy otworzyła frontowe drzwi.
– Dlaczego jest was dwoje? – odpowiedziała pytaniem.
Była niską chudą dziewczynką mieszanych ras, o jasnej skórze, która zimą stawała się ziemista.
– To moja koleżanka Lesley May – wyjaśniłem.
Abigail podejrzliwie przyjrzała się Lesley.
– Dlaczego nosisz maskę? – spytała.
– Bo twarz mi odpadła – odpowiedziała Lesley.
Abigail przez chwilę rozważała tę odpowiedź, a potem skinęła głową.
– W porządku.
– Więc gdzie to jest? – zapytałem znowu.
– To jest on – sprostowała Abigail. – I jest w szkole.
– No to chodźmy.
– Co, teraz? Jest lodowato.
– Wiemy – odparłem. To był jeden z tych nijakich zimowych dni ze złowieszczo mroźnym wiatrem, który nieustannie znajduje sposoby przedarcia się do ciała wszelkimi szczelinami w ubraniach. – Idziesz czy nie?
Rzuciła mi klasyczne spojrzenie wojowniczej trzynastolatki, ale nie byłem ani jej matką, ani nauczycielem. Nie chciałem, żeby coś zrobiła – chciałem wracać do domu i obejrzeć mecz piłki nożnej.
– Jak sobie chcesz – odparłem i odwróciłem się na pięcie.
– Czekaj. Idę.
Odwróciłem się w samą porę, żeby drzwi zatrzasnęły mi się tuż przed nosem.
– Nie zaprosiła nas do środka – powiedziała Lesley.
Brak zaproszenia to jedna z kratek na karcie do bingo pod hasłem „podejrzane zachowanie”, jaką każdy gliniarz nosi w swojej głowie; tuż obok plasuje się „idiotycznie niebezpieczny pies” i zbyt pośpieszne przedstawienie alibi. Wypełnij wszystkie kratki, a wtedy i ty wygrasz wizytę all-inclusive w lokalnym komisariacie.
– Jest niedziela rano – odpowiedziałem. – Jej tata pewnie jest w łóżku.
Postanowiliśmy poczekać na Abigail na dole w samochodzie, gdzie zabijaliśmy czas, grzebiąc w najprzeróżniejszych torebkach z zapasami przynoszonymi na obserwację policyjną, jakie zebrały się na przestrzeni roku. Znaleźliśmy całą tubkę owocowych drażetek i Lesley właśnie kazała mi odwrócić wzrok, żeby podnieść maskę i zjeść jedną, kiedy Abigail zapukała w okno.
Abigail, tak samo jak ja, odziedziczyła włosy po „niewłaściwym” rodzicu. Tyle że ja jako chłopak ścinałem włosy tak krótko, że zostawał tylko meszek, podczas gdy ojciec Abigail ciągał ją po kolejnych salonach fryzjerskich, krewnych i entuzjastycznych sąsiadach w próbach zapanowania nad jej fryzurą. Od samego początku Abigail jęczała i wierciła się, kiedy jej włosy chemicznie wygładzano, zaplatano albo poddawano trwałemu prostowaniu, ale ojciec postanowił sobie, że dziecko nie będzie go publicznie zawstydzało. Wszystko to dobiegło końca, kiedy skończyła jedenaście lat i spokojnie oznajmiła, że ma na szybkim wybieraniu numer telefonu zaufania dla dzieci i młodzieży i następna osoba, która zbliży się do niej z treską, środkiem do prostowania włosów albo – niech Bóg broni! – elektryczną prostownicą, będzie musiała tłumaczyć się ze swoich czynów przed opieką społeczną. Od tego czasu nosiła rozrastające się afro związane w kłąb z tyłu głowy. Kłąb był za duży, żeby zmieścić się w kapturze różowej kurtki zimowej, zatem Abigail nosiła przydużą rastafariańską czapkę, w której wyglądała jak rasistowski stereotyp z lat siedemdziesiątych. Moja mama mówiła, że włosy Abigail to wstyd i zgorszenie, ale nie mogłem nie zauważyć, że czapka przynajmniej osłaniała jej twarz przed mżawką.
– Co się stało z jaguarem? – zapytała Abigail, kiedy wpuściłem ją na tylne siedzenie.
Mój szef miał jaguara. To był autentyczny mark 2 z silnikiem rzędowym o pojemności 3,8 litra, który – ponieważ zdarzało się, że parkowałem go na osiedlu – stał się częścią lokalnego folkloru. Nawet dzieciaki, które wychowały się na telefonii komórkowej trzeciej generacji, uważały klasycznego jaguara za świetny wóz, zaś jasnopomarańczowy focus ST I, którym obecnie jeżdżę, to raptem kolejny ford łobuz pośród wielu.
– Ma zakaz prowadzenia go – powiedziała Lesley. – Dopóki nie przejdzie zaawansowanego kursu jazdy.
– To przez to, że wjechałeś karetką do rzeki? – spytała Abigail.
– Nie wjechałem karetką do rzeki – odparłem. Zaparkowałem „łobuza” na Leighton Road i wróciłem do tematu ducha. – Gdzie dokładnie w szkole jest ta zjawa?
– Nie jest w szkole, tylko pod nią. Tam gdzie biegną tory. I to jest on.
Szkoła, o której mówiła, to lokalna szkoła średnia, Acland Burghley, gdzie kształciły się niezliczone pokolenia z osiedla Peck­water Estate, w tym ja i Abigail. Albo – jak by nalegał Nightingale – Abigail i ja. Mówię „niezliczone”, ale szkołę wybudowano pod koniec lat sześćdziesiątych, czyli to nie mogło być więcej niż cztery pokolenia, maks.
Pojechaliśmy dalej. Znajdujący się w jednej trzeciej długości Dartmouth Park Hill budynek ewidentnie zaprojektował gorący wielbiciel Alberta Speera, zwłaszcza jego późniejszych prac przy monumentalnych umocnieniach Wału Atlantyckiego. Szkoła wraz ze swoimi trzema wieżami i grubymi betonowymi murami mogła z łatwością zdominować strategiczny zbieg pięciu ulic przy stacji Tufnell Park i zablokować przemarsz kolumny lekkiej piechoty główną drogą.
Znalazłem miejsce parkingowe przy Ingestre Road na tyłach szkolnych terenów, skąd podreptaliśmy po chrzęszczącym żwirze do kładki, która przebiegała nad torami za szkołą.
Ciągnęły się tamtędy dwie pary torów, z których południowa znajdowała się w co najmniej dwa metry głębszym wykopie niż północna. To oznaczało, że musieliśmy pokonać dwa osobne ciągi śliskich schodów na starej kładce, zanim mogliśmy zerknąć przez siatkę ogrodzeniową.
Szkolny dziedziniec i salę gimnastyczną wzniesiono na betonowej platformie, którą przerzucono nad torami. Z kładki – w zgodzie z ogólnym charakterem miejsca – oba budynki wyglądały niemalże dokładnie jak wejścia do dwóch bunkrów dla U-Bootów.
– Tam na dole – powiedziała Abigail i wskazała tunel po lewej.
– Zeszłaś na tory? – zapytała Lesley.
– Uważałam.
Lesley nie była zachwycona, tak samo zresztą jak ja. Tory kolejowe są śmiertelnie niebezpieczne. Co roku sześćdziesiąt osób wychodzi na tory i daje się zabić, a jedyna dobra strona tego zjawiska jest taka, że kiedy to robią, stają się własnością Brytyjskiej Policji Kolejowej i nie są już moim problemem.
Zanim wasz świetnie wyszkolony policjant zrobi coś naprawdę głupiego, na przykład wyjdzie na tory kolejowe, wymaga się od niego dokonania oceny ryzyka. Poprawna procedura wymagałaby telefonu do policji kolejowej i prośby o przysłanie wykwalifikowanej ekipy ratowniczej, która mogłaby – chociaż nie musiała – zamknąć linię kolejową dla naszego bezpieczeństwa, abyśmy mogli z Abigail spokojnie poszukać ducha. Minusem niepowiadomienia służb kolejowych było to, że jeśli Abigail cokolwiek się stanie, będzie to właściwie oznaczało koniec mojej kariery zawodowej i prawdopodobnie – ponieważ jej ojciec to staroświecki patriarcha z Afryki Zachodniej – także koniec mojego życia.
Minusem powiadomienia stosownych służb byłaby natomiast konieczność wyjaśnienia, czego szukam, i wysłuchania, jak się ze mnie śmieją. Tak jak wszyscy młodzi ludzie od zarania dziejów, wolałem zaryzykować życie, niż narazić się na upokorzenie.
Lesley powiedziała, że powinniśmy chociaż sprawdzić rozkład jazdy.
– Jest niedziela – powiedziała Abigail. – Przez cały dzień trwają roboty inżynieryjne.
– Skąd wiesz? – zapytała Lesley.
– Bo to sprawdziłam. Dlaczego odpadła ci twarz?
– Bo za szeroko otworzyłam usta.
– Jak tam zejdziemy? – wtrąciłem szybko pytanie.
Po obu stronach torów wybudowano tanie osiedla komunalne. Za wieżowcem z lat pięćdziesiątych po północnej stronie znajdował się obsadzony krzakami płat przesiąkniętej wilgocią trawy, a dalej było ogrodzenie z siatki. Przez krzaki do dziury w ogrodzeniu i na tory znajdujące się za nim prowadził tunel wysokości dziecka.
Pochyliliśmy się i ruszyliśmy za Abigail. Lesley zachichotała, kiedy parę wilgotnych gałęzi uderzyło mnie w twarz. Przystanęła, żeby sprawdzić dziurę w ogrodzeniu.
– Siatka nie została przecięta – powiedziała. – Raczej przetarta i rozerwana. Może to lisy.
Pod siatką leżały zmyte przez deszcz wilgotne opakowania po chipsach i puszki po coli. Lesley rozgarnęła je czubkiem buta.
– Ćpuny jeszcze nie odkryły tego miejsca – uznała. – Nie ma igieł. – Spojrzała na Abigail. – Skąd wiedziałaś o tym miejscu?
– Dziurę widać z kładki.
Trzymając się jak najdalej od torów, ruszyliśmy w stronę betonowego wylotu tunelu pod szkołą. Graffiti pokrywało ściany aż do wysokości głowy. Nadmuchane jak balony litery, precyzyjnie namalowane sprejami w wyblakłych barwach podstawowych, zostały pokryte przez bardziej prymitywnych grafficiarzy, którzy posługiwali się wszystkim, od farb w spreju po pisaki. Pomimo obecności paru swastyk wątpiłem, żeby to miejsce zaimponowało admirałowi Dönitzowi.
Przynajmniej nie kapało nam na głowy. Unosił się też smród moczu, ale zbyt gryzący, żeby pochodził od ludzi. Może lisy, pomyślałem. Z powodu płaskiego sufitu, betonowych ścian i samej szerokości tunel bardziej kojarzył się z opuszczonym magazynem.
– Gdzie to było? – zapytałem.
– Pośrodku, tam gdzie jest ciemno – powiedziała Abigail.
No jasne, pomyślałem.
Lesley spytała ją, co sobie w ogóle myślała, kiedy pierwszy raz tu zeszła.
– Chciałam zobaczyć Ekspres Hogwart.
Nie ten prawdziwy, szybko dodała. Bo to zmyślony pociąg, nie? Zatem to oczywiste, że nie mógł to być prawdziwy Ekspres Hog­wart. Jednakże jej przyjaciółka Kara, która mieszka w mieszkaniu z oknami wychodzącymi na tory, powiedziała, że od czasu do czasu widuje parowóz – bo tak właśnie należy go nazywać – i pomyślała, że to tę lokomotywę wykorzystano jako Ekspres Hog­wart.
– No wiesz, w filmach.
– I nie mogłaś go obejrzeć z kładki? – zapytała Lesley.
– Za szybko przejeżdża – wyjaśniła. – Musiałam policzyć koła, bo w filmach to GWR 4900 Class 5972, czyli w klasyfikacji Whyte’a konfiguracja 4-6-0.
– Nie wiedziałem, że taka z ciebie hobbistka.
– No co ty – żachnęła się Abigail i dała mi kuksańca w rękę. – Nie chodzi mi o zbieranie numerów lokomotyw, tylko o potwierdzenie teorii.
– Zobaczyłaś ten pociąg? – spytała Lesley.
– Nie. Zobaczyłam ducha. I dlatego zaczęłam szukać Petera.
Spytałem, gdzie widziała widmo, a ona pokazał mi linie, które narysowała kredą.
– I jesteś pewna, że tu się ukazało?
– On się ukazał – znowu mnie poprawiła. – Cały czas ci mówię, że to jest on.
– Teraz go nie ma – zauważyłem.
– Pewnie, że nie. Gdyby tu był cały czas, ktoś inny już dawno by to zgłosił.
To była słuszna uwaga i zakonotowałem sobie, żeby sprawdzić zgłoszenia, gdy już wrócę do Szaleństwa. Znalazłem tam obok niemagicznej biblioteki pomieszczenie z szafami na dokumenty pełnymi papierzysk sprzed drugiej wojny światowej. Pośród nich notatniki wypełnione odręcznymi zapiskami na temat zaobserwowanych duchów – na ile się zorientowałem, obserwowanie duchów było ulubionym hobby dorastających przyszłych czarodziejów.
– Zrobiłaś zdjęcia? – spytała Lesley.
– Ze względu na pociąg miałam przygotowany telefon i w ogóle – powiedziała Abigail – ale zanim pomyślałam o zrobieniu zdjęcia duchowi, już zniknął.
– Czujesz coś? – tym razem mnie zapytała Lesley.
Przeszedł mnie zimny dreszcz, kiedy stanąłem w miejscu, w któ­rym stał duch. Owionął mnie zapach butanu, który przebił się przez woń lisiego moczu i mokrego betonu, chichot psa Muttleya i ryk dobywający się z pustej piersi naprawdę ogromnego silnika dieslowskiego.
Magia zostawia ślad w otoczeniu. Prawidłowa nazwa dla tego zjawiska to vestigia. Kamień najlepiej je absorbuje, a żywe istoty najsłabiej. Beton jest prawie tak samo dobry jak kamień, ale mimo to ślady mogą być słabe i niemal nie do odróżnienia od wytworów wyobraźni. Umiejętność różnicowania tych spraw jest kluczowa, jeśli chce się praktykować magię. Dreszcz to pewnie wpływ pogody, a chichot, prawdziwy czy też wyobrażony, miał swoje źródło w Abigail. Zapach propanu i ryk diesla sugerowały znajomą tragedię.
– No? – dopytywała się Lesley.
Lepiej radzę sobie z vestigia niż ona, i to nie tylko dzięki temu, że uczę się magii dłużej od niej.
– Coś tu jest – powiedziałem. – Chcesz zrobić światło?
Lesley wyjęła baterię z komórki i to samo kazała zrobić Abigail.
– Ponieważ – wyjaśniłem, kiedy dziewczyna się zawahała – magia zniszczy układy scalone, jeśli są podłączone. Nie musisz, jeśli nie chcesz. To twój telefon.
Abigail wyjęła zeszłoroczny model ericssona, otworzyła go z wprawą i wyjęła baterię. Skinąłem głową do Lesley – mój telefon miał ręczny wyłącznik; dorobiłem go z pomocą jednego z moich kuzynów, który grzebał w komórkach od dwunastego roku życia.
Lesley wyciągnęła rękę, wypowiedziała magiczne słowo i przywołała kulę światła wielkości piłeczki golfowej, która unosiła się nad jej otwartą dłonią. Magiczne słowo w tym wypadku brzmiało lux, a potoczna nazwa czaru – „ognik”. To pierwszy czar, od jakiego zaczyna się naukę. Ognik Lesley rzucał perłowe światło, które wywoływało cienie o miękkich konturach na betonowych ścianach tunelu.
– Rety! – zachwyciła się Abigail. – Wy potraficie czarować!
– Oto i on – powiedziała Lesley.
Młody człowiek pojawił się koło ściany. Był biały, miał około dwudziestki, może trochę mniej, może trochę więcej, nosił szopę nienaturalnie jasnych włosów posklejanych żelem w kolce, tanie białe adidasy, dżinsy i watowaną granatową kurtkę. Trzymał w ręku farbę w spreju i ostrożnie malował łuk na betonie. Syk był ledwie słyszalny i nigdzie nie było widać świeżej farby. Kiedy na chwilę przestał i potrząsnął puszką, brzęk był stłumiony.
Ognik Lesley osłabł i poczerwieniał.
– Daj mu jeszcze trochę – powiedziałem.
Skupiła się i jej ognik zapłonął jaśniej, nim znowu przygasł. Syk stał się głośniejszy i teraz widziałem, co chłopak maluje. Był ambitny – malował zdanie, które zaczynało się niedaleko wejścia.
– Bądźcie idealni dla siebie... – przeczytała Abigail. – Co to ma znaczyć?
Położyłem palec na ustach i zerknąłem na Lesley, która przechyliła głowę, żeby pokazać mi, że może podtrzymywać czar przez cały dzień, jeśli zajdzie potrzeba, chociaż nie zamierzałem jej na to pozwolić. Wyjąłem standardowy notes policyjny i przygotowałem długopis.
– Przepraszam – odezwałem się swoim najlepszym policyjnym głosem. – Mogę prosić na słówko?
W Hendon naprawdę nas uczą, jak mówić takim głosem. Celem jest osiągnięcie takiego tonu, który przebija się przez opary alkoholu, agresywności czy losowego poczucia winy, w jakich nurza się dany obywatel.
Młody człowiek udał, że mnie nie słyszy. Wyjął drugą puszkę farby z kieszeni kurtki i zaczął malować cień dużej litery „N”. Spróbowałem jeszcze parę razy, ale najwyraźniej zamierzał skończyć słowo „NAWZAJEM”.
– Ej, słonko – odezwała się Lesley. – Odłóż to, odwróć się i porozmawiaj z nami.
Syk ucichł, puszki powędrowały z powrotem do kieszeni i chłopak się odwrócił. Twarz miał bladą i kanciastą, a oczy skrywał za parą przydymionych okularów w stylu Ozzy’ego Osbourne’a.
– Jestem zajęty – powiedział.
– Tyle to sami widzimy – odpowiedziałem i pokazałem mu legitymację policyjną. – Jak się nazywasz?
– Macky – odparł i odwrócił się do ściany. – Jestem zajęty.
– Co robisz? – zapytała Lesley.
– Sprawiam, że świat będzie lepszym miejscem – wyjaśnił Macky.
– To duch – odezwała się z niedowierzaniem Abigail.
– To ty nas tu przyprowadziłaś – odparłem.
– No tak, ale kiedy go widziałam, był mglisty, dużo bardziej mglisty.
Wyjaśniłem jej, że nakarmił się magią wygenerowaną przez Lesley, co doprowadziło do następnego pytania, którego zawsze się obawiałem.
– To czym jest magia?
– Nie wiemy – odpowiedziałem. – Nie jest to żadna forma promieniowania elektromagnetycznego. Tyle wiem.
– Może fale mózgowe – podsunęła Abigail.
– Raczej nie, ponieważ wtedy natura magii byłaby elektrochemiczna i nadal wiązałaby się z jakąś fizyczną manifestacją, skoro byłaby wysyłana poza mózg.
Zatem można zwalić wszystko na magiczny pył skrzatów albo kwantowy stan splątany – wychodzi na to samo co pyłek skrzatów, tyle że zawiera słówko „kwantowy”.
– Zamierzamy pogadać z tym gościem czy nie? – zapytała Les­ley. – Bo jak nie, to gaszę światło. – Ognik zakołysał się nad jej dłonią.
– Ej, Macky! – zawołałem. – Nadstaw ucha.
Chłopak wrócił do swojego dzieła. Kończył cieniowanie na „M” w „NAWZAJEM”.
– Jestem zajęty – powtórzył. – Sprawiam, że świat będzie lepszym miejscem.
– A jak zamierzasz to osiągnąć? – zapytałem.
Macky uznał, że należycie wykończył ostatnią literę i odsunął się od ściany, żeby popodziwiać swoje dzieło. Wszyscy uważaliśmy, żeby trzymać się jak najdalej od torów, ale Macky albo ryzykował, albo, co bardziej prawdopodobne, zwyczajnie zapomniał. Zobaczyłem, jak Abigail porusza ustami w słowie „cholera”, kiedy zdała sobie sprawę, co zaraz się stanie.
– Bo tak – powiedział Macky i wtedy uderzył w niego pociąg-widmo.
Minął nas niewidzialny i cichy, ale w podmuchu żaru i smrodu diesla. Macky został zmieciony z torów na ziemię i wylądował zgnieciony w kulkę tuż pod literą „D” w słowie „IDEALNI”. Rozległ się bulgot, jego nogi szarpały się kilka sekund spazmatycznie, zanim w końcu chłopak znieruchomiał. Rozpłynął się, a wraz z nim jego graffiti.
– Mogę już przestać? – zapytała Lesley.
Ognik nadal był przyćmiony – Macky ciągle zasysał z niego energię.
– Jeszcze chwileczkę – poprosiłem.
Usłyszałem słaby grzechot i kiedy spojrzałem w stronę wylotu tunelu, dostrzegłem niewyraźną i przezroczystą postać, jak maluje zarys rozdętej litery „B”.
„Cykliczne”, zapisałem w notatniku, „powtarzalne. Pozbawione świadomości?”.
Powiedziałem Lesley, że może zgasić ognik, i Macky zniknął. Abigail, która na wszelki wpadek rozpłaszczyła się przy ścianie tunelu, patrzyła, jak szybko przeszukujemy z Lesley pas ziemi obok torów. W połowie drogi do wyjścia podniosłem z piasku i rozrzuconej podsypki zakurzone i połamane szczątki okularów ­Macky’ego. Zamknąłem oczy, trzymając je w dłoni. Jeśli idzie o vestigia, metal i szkło są nieprzewidywalne, ale wychwyciłem, choć z trudem, kilka taktów rockowej solówki na gitarze.
Zrobiłem notatkę na temat okularów – fizyczne potwierdzenie istnienia ducha – i zastanowiłem się, czy zabrać je do domu. Czy usunięcie z miejsca wypadku czegoś tak integralnie związanego z duchem wpłynie na samo widmo? A jeżeli zabranie ich uszkodzi albo zniszczy ducha, to czy ma to jakieś znaczenie? Czy duch to osoba?
Nie przeczytałem nawet dziesięciu procent książek na temat duchów w niemagicznej bibliotece. Właściwie to czytałem niemal tylko podręczniki, które zadawał mi Nightingale, i to, na co natykałem się w czasie śledztwa, w typie Wolfe’a albo Polidoriego. Z tego, co wyczytałem, było jasne, że stosunek wobec duchów wśród oficjalnych czarodziejów zmieniał się przez wieki.
Sir Isaac Newton, twórca współczesnej magii, najwyraźniej uważał je za irytującą skazę w pięknie jego ładnego, uporządkowanego wszechświata. W XVII wieku rozpętała się szaleńcza gorączka klasyfikowania duchów na podobieństwo roślin i zwierząt, a w okresie Oświecenia bardzo dużo i z powagą rozmawiano o wolnej woli. Wiktoriańscy czarodzieje schludnie dzielili się na tych, którzy uważali duchy za dusze do zbawienia, i tych, którzy uważali je za duchowe zanieczyszczenie, które należało ­egzorcyzmować. W latach trzydziestych, kiedy teoria względności i teoria kwantów zjawiły się, by wywołać niepokój na skórzanych tapicerkach Szaleństwa, rozogrzały spekulacje i chwycono się biednych starych duchów zmarłych jako wygodnego obiektu badań we wszelkiej maści eksperymentach magicznych. Zgodna opinia głosiła, że to niewiele więcej niż nagrania gramofonowe dawnych żywotów, i w związku z tym zyskały ten sam status etyczny co muszki owocówki w laboratoriach genetycznych.
Zapytałem o to Nightingale’a, ponieważ to jego czasy, ale rzadko przebywał wtedy w Szaleństwie. Sporo jeździł po imperium brytyjskim i poza nim, jak powiedział. Zapytałem go, co robił.
– Pamiętam, że pisałem mnóstwo raportów. Ale w jakim celu, tego nigdy nie byłem do końca pewien.
Nie sądziłem, żeby to były „dusze”, ale dopóki nie wiedziałem, czym rzeczywiście są, wolałem dmuchać na zimne i trzymać się kodeksu etycznego. Wydrapałem płytki dołek w podsypce, w miejscu, gdzie Abigail zrobiła znak, i zakopałem tam okulary. Zanotowałem czas i miejsce, żeby zawrzeć to w dokumentacji w Szaleństwie. Lesley przygotowała notatkę służbową na temat lokalizacji dziury w ogrodzeniu, ale to ja musiałem zadzwonić do policji kolejowej, ponieważ ona oficjalnie była na zwolnieniu lekarskim.
Kupiliśmy dla Abigail twixa i puszkę coli i wymogliśmy na niej obietnicę, że niezależnie od Ekspresu Hogwart będzie się trzymać z dala od torów. Miałem nadzieję, że widmowy zgon Macky’ego wystarczy, by nie wracała do tego miejsca. Potem podrzuciliśmy ją z powrotem na osiedle i pojechaliśmy na Russell Square.
– Ta kurtka jest na nią za mała – powiedziała Lesley. – I jaka nastolatka interesuje się parowozami?
– Myślisz, że ma kłopoty w domu?
Lesley wepchnęła palec wskazujący pod dolną krawędź maski i się podrapała.
– Kurna, ten materiał wcale nie jest hipoalergiczny.
– Możesz to zdjąć. Już prawie jesteśmy na miejscu.
– Myślę, że powinieneś zgłosić nasze obawy opiece społecznej.
– Zapisałaś już swoje minuty?
– To, że znasz jej rodzinę, nie znaczy, że wyświadczysz jej przysługę, ignorując problem.
– Pogadam z mamą – odparłem. – Ile minut?
– Pięć.
– Raczej dziesięć.
Lesley nie wolno było czarować dłużej niż dziesięć minut dziennie. To jeden z warunków, jakie postawił doktor Walid, kiedy podpisał jej zgodę na naukę. Poza tym miała zapisywać w dzienniku rzucone czary, raz w tygodniu wlec się do szpitala uniwersyteckiego i wkładać głowę do maszyny do rezonansu magnetycznego, a doktor Walid sprawdzał, czy w jej mózgu nie pojawiają się zmiany, które są wczesnym objawem rozkładu hipertaumaturgicznego. Ceną za użycie zbyt dużej ilości magii jest potężny udar (jeśli masz szczęście) albo śmiertelny w skutkach tętniak mózgu (jeśli masz pecha). Fakt, że przed nastaniem ery rezonansu magnetycznego pierwszym znakiem ostrzegawczym nadużycia magii było padnięcie trupem, to jeden z wielu powodów, dla których magia nigdy nie przyjęła się jako hobby.
– Pięć minut – powiedziała.
Poszliśmy na kompromis i zgodziliśmy się na sześć.
* * *
Nadinspektor detektyw Thomas Nightingale jest moim pracodawcą, moim przełożonym i moim mistrzem – ściśle w kontekście relacji nauczyciel-uczeń, ma się rozumieć – i zwykle w niedziele jadamy wcześniejszą kolację w tak zwanej prywatnej jadalni. Jest odrobinę niższym ode mnie szczupłym szatynem o zielonych oczach i wygląda na czterdziestkę, ale jest dużo, dużo starszy. Chociaż zwykle nie przebiera się do kolacji, to zawsze sprawia na mnie wrażenie, że powstrzymuje się tylko przez wzgląd na mnie.
Na kolację mieliśmy wieprzowinę w sosie śliwkowym, tyle że z jakiegoś powodu Molly uznała, że idealną przystawką do tego będą Yorkshire pudding i smażona kapusta na słodko. Jak zwykle Lesley zdecydowała się zjeść w swoim pokoju. Nie dziwię jej się – trudno jeść Yorkshire pudding z godnością.
– Zaplanowałem dla ciebie na jutro małą wyprawę za miasto – powiedział Nightingale.
– Tak? Dokąd tym razem?
– Do Henley-on-Thames.
– A co jest w Henley?
– Prawdopodobnie Mały Krokodyl. Profesor Postmartin pogrzebał dla nas trochę i odkrył jeszcze dwóch członków.
– Każdy chce być detektywem – powiedziałem.
Jednakże Postmartin jako strażnik archiwów i absolwent Oxfordu nadzwyczajnie nadawał się do wytropienia tych studentów, którzy naszym zdaniem mogli nielegalnie uczyć się magii. Przynajmniej dwóch z nich zakończyło magiczną edukację, uzys­kując poziom skończonych skurwysynów: jeden działał w latach sześćdziesiątych, a drugi nadal żył, miewał się doskonale i latem próbował mnie zrzucić z dachu. To był czteropiętrowy budynek, więc poczułem się tym osobiście dotknięty.
– Myślę, że Postmartin zawsze wyobrażał sobie, że jest detektywem-amatorem – stwierdził Nightingale. – Zwłaszcza kiedy przede wszystkim chodziło o gromadzenie uniwersyteckich plotek. Sądzi, że znalazł jednego w Henley i drugiego, który nadal mieszka w naszym pięknym mieście, i to w Barbican. Chcę, żebyś pojechał jutro do Henley i trochę powęszył, sprawdził, czy facet jest adeptem. Znasz procedurę. Ja z Lesley odwiedzimy tego drugiego.
Zebrałem sos śliwkowy resztką puddingu.
– Henley leży trochę poza moim rewirem.
– Tym bardziej masz powód, by poszerzyć horyzonty – odpowiedział Nightingale. – I pomyślałem, że mógłbyś to połączyć z ­„wychowawczą” wizytą u Beverley Brook. Jak mniemam, mieszka obecnie na tym odcinku Tamizy.
To znaczy nad Tamizą czy w niej? – zastanawiałem się.
– Z przyjemnością – powiedziałem.
– Tego się spodziewałem.
* * *
Z jakiegoś niewytłumaczalnego powodu policja londyńska nie ma standardowego formularza dla duchów, musiałem więc sfuszerować go samodzielnie w arkuszu kalkulacyjnym Excela. W dawnych czasach każdy komisariat miał gościa od segregacji danych, funkcjonariusza, który zajmował się pudełkami z fiszkami zapełnionymi informacjami na temat miejscowych przestępców, starych spraw, plotek i wszystkiego innego, co może pozwolić orędownikom sprawiedliwości w niebieskich mundurach wyłamać właściwe drzwi. A przynajmniej drzwi we właściwej okolicy. W Hendon College zachowano takie biuro, zakurzony pokój wypełniony od podłogi po sufit i od ściany do ściany pudłami z fiszkami. Kadetom pokazuje się ten pokój i informuje się ich przyciszonym głosem o tych dawnych czasach ubiegłego wieku, kiedy wszelka informacja była zapisana na kawałkach papieru. Obecnie – o ile tylko ma się zapewniony dostęp – można się zalogować do terminalu AWARE, by uzyskać dostęp do CRIS-a, jeśli szuka się raportów z przestępstw, Crimint+, jeżeli chodzi o wywiad kryminalny, NCALT-a, gdy szuka się programów szkoleniowych, lub do MERLIN-a, który zajmuje się przestępstwami dotykającymi lub obejmującymi dzieci, i w kilka sekund zdobyć potrzebne informacje.
Szaleństwo, będąc oficjalną skarbnicą informacji, o których prawomyślni policjanci nie chcą nawet mówić, a już z pewnością nie życzą sobie, żeby krążyły w elektronicznym systemie informacyjnym, do którego może dobrać się pierwszy lepszy gość i każdy dziennikarz z „Daily Mail”, zdobywa informacje w staroświecki sposób – w postaci żywego słowa. Większość tego trafia do Nightin­gale’a, który je spisuje (bardzo czytelnym charakterem pisma, mogę dodać) na papierze, a ja włączam je potem do dokumentacji, przenosząc na standardową fiszkę i umieszczając we właściwej sekcji katalogu niemagicznej biblioteki.
W przeciwieństwie do Nightingale’a ja piszę raporty na laptopie, korzystając z gotowego formularza w arkuszu kalkulacyjnym, drukuję je i potem wprowadzam do biblioteki. Oceniam, że niemagiczna biblioteka zawiera ponad trzy tysiące akt, nie licząc notesów z obserwacjami duchów, które pozostawiono nieposegregowane w latach trzydziestych. Pewnego dnia wprowadzę to wszystko do bazy danych, najpewniej nauczywszy wcześniej Molly pisać na klawiaturze.
Po robocie papierkowej pół godziny poświęciłem – więcej nie zdołałem – Pliniuszowi Starszemu, który zdobył sławę, tworząc pierwszą encyklopedię i żeglując odrobinę zbyt blisko Wezuwiusza w wielki dzień dla tego wulkanu. Potem zabrałem Toby’ego na spacer wokół Russell Square, wpadłem na kufelek do „Marquis” i wróciłem do Szaleństwa i łóżka.
W jednostce składającej się z jednego nadinspektora i jednego posterunkowego to nie nadinspektor jest pod telefonem w środku nocy. Po tym, jak niechcący usmażyłem trzy komórki, nabrałem zwyczaju wyłączania telefon, kiedy przebywam w Szaleństwie. To jednak oznaczało, że jeśli zdarzał się telefon służbowy, to odbierała go na dole Molly, a potem informowała mnie o tym fakcie, stojąc bez słowa w progu mojej sypialni, aż budziła mnie czysta upiorność jej obecności. Zostawianie na drzwiach znaku „proszę pukać” nie dawało żadnego skutku, tak samo jak zamykanie ich na zamek i podpieranie klamki krzesłem. Kocham kuchnię Molly, ale raz prawie mnie zjadła. Dlatego myśl o tym, jak sunie do mojego pokoju bez zaproszenia, kiedy ja już uderzyłem w kimono, oznaczała bardzo niewielką ilość przyzwoitego snu. Zatem dzięki kilku dniom ciężkiej pracy i pomocy kustosza z Muzeum Techniki przeciągnąłem kabel telefoniczny do swojej sypialni.
Teraz, kiedy potężna armia sprawiedliwości, czyli londyńska policja, potrzebuje moich specjalistycznych usług, przesyła sygnał po miedzianym drucie w izolacji, włączając elektromagnetyczny dzwonek w bakelitowym aparacie telefonicznym, który wyprodukowano pięć lat przed narodzinami mojego ojca. To przypomina budzenie melodyjną wiertarką udarową, ale lepsze to niż druga możliwość.
Lesley nazywa ten telefon bat-fonem.
Obudził mnie tuż po trzeciej nad ranem.
– Wstawaj, Peter – powiedziała inspektor detektyw Stephanopoulos. – Czas, żebyś popracował trochę jak porządny policjant.



Dodano: 2017-11-25 09:23:40
Komentarze

Sortuj: od najstarszego | od najnowszego

historyk - 01:03 26-11-2017
I już w drugim zdaniu zaimkoza... Dalej nie czytam, szkoda nerw :D To samo było w pierwszym tomie, o czym pisałem:

http://seczytam.blogspot.com/2016/09/ben-aaronovitch-rzeki-londynu.html

Komentuj


Artykuły

Drugi wywiad z Rafałem Kosikiem


 Gra o tron subiektywnym okiem (s07e07)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s07e06)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s07e05)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s07e04)

Recenzje

Cameron, Miles - "Straszny smok"


 Lotz, Sarah - "Dzień czwarty"

 Weitz, Chris - "Młody świat"

 Avoledo, Tullio - "Krucjata dzieci"

 Weir, Andy - "Artemis"

 Tregillis, Ian - "Wyzwolenie"

 Adams, Douglas - "Restauracja na końcu wszechświata. Życie, wszechświat i cała reszta"

 Chima, Cinda Williams - "Zaklinacz ognia"

Fragmenty

 Gromyko, Olga; Ułanow, Andriej - "Plus/minus"

 Lawrence, Mark - "Klucz kłamcy"

 Sanderson, Brandon - "Dawca przysięgi", część 1 #3

 Sanderson, Brandon - "Dawca przysięgi", część 1 #2

 Bardugo, Leigh - "Język cierni"

 Aaronovitch, Ben - "Szepty pod ziemią"

 Sanderson, Brandon - "Dawca przysięgi", część 1 #1

 Bourne, J.L. - "Więcej niż wygnanie"

Projekt i realizacja:sismedia.eu       Reklama     © 2004-2017 nast.pl     RSS      RSS